rozwiń zwiń

Wielkie oblężenie Malty

Okładka książki Wielkie oblężenie Malty
Bruce Ware Allen Wydawnictwo: Rebis historia
430 str. 7 godz. 10 min.
Kategoria:
historia
Format:
papier
Tytuł oryginału:
The Great Siege of Malta
Data wydania:
2018-06-05
Data 1. wyd. pol.:
2018-06-05
Liczba stron:
430
Czas czytania
7 godz. 10 min.
Język:
polski
ISBN:
9788380622050
Tłumacz:
Tomasz Hornowski
Średnia ocen

                8,2 8,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wielkie oblężenie Malty w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wielkie oblężenie Malty

Średnia ocen
8,2 / 10
65 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1575
1562

Na półkach:

Perełka. Książka napisana niczym powieść przygodowa z wątkami sensacyjnymi. Pomysł na książkę nie specjalnie twórczy ale już wykonanie znakomite, zwłaszcza jeśli chodzi o samo tytułowe oblężenie Malty. Ale zanim autor do tego przeszedł poświęcił sporo uwag na wszystkie wydarzenia które do niego doprowadziło, w tym opisał równie wciągająco oblężenie Rodos. Może nie wielkie ale równie dramatyczne. Są też ciekawe opisy walk morskich i morsko -lądowych w przestrzeni Morza Śródziemnego. Całość widzimy jak wielką szachownicę ze sprawie poruszanymi pionkami. Oblężenie Malty jest wisienką na torcie wielkiej gry toczonej między siłami Osmanów a sprzymierzonymi wojskami (w rzeczywistości brzmi dumnie i czasem nieprawdziwie) świata zachodniego. Zostało pokazane niezwykle wciągająco, z licznymi detalami, w sposób tak plastyczny, że niekiedy sam „czułem ból” zadawany obrońcom. Ich heroizm jest godzien podziwu i aż dziw bierze, że nie funkcjonuje w przestrzeni kultury popularnej jako synonim determinacji i bohaterstwa.

Perełka. Książka napisana niczym powieść przygodowa z wątkami sensacyjnymi. Pomysł na książkę nie specjalnie twórczy ale już wykonanie znakomite, zwłaszcza jeśli chodzi o samo tytułowe oblężenie Malty. Ale zanim autor do tego przeszedł poświęcił sporo uwag na wszystkie wydarzenia które do niego doprowadziło, w tym opisał równie wciągająco oblężenie Rodos. Może nie wielkie...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

198 użytkowników ma tytuł Wielkie oblężenie Malty na półkach głównych
  • 118
  • 76
  • 4
64 użytkowników ma tytuł Wielkie oblężenie Malty na półkach dodatkowych
  • 40
  • 14
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1

Tagi i tematy do książki Wielkie oblężenie Malty

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Złoty wiek piratów. Prawda i mity o piratach Benerson Little
Złoty wiek piratów. Prawda i mity o piratach
Benerson Little
„Dla większości z nas pirat to romantyczna figura: wolny duch, awanturnik w powiewnej koszuli, ukrywający złoto na bezludnej wyspie. Tymczasem prawdziwy pirat był kimś znacznie bardziej skomplikowanym – i o wiele bardziej niebezpiecznym”. Tymi słowami można by streścić esencję pracy Benersona Little’a. „Złoty wiek piratów. Prawda i mity o piratach” to książka, która uderza w naszą wyobraźnię niczym pełna salwa burtowa, rozbijając w pył popkulturowe wyobrażenia ukształtowane przez Hollywood. Little, będący nie tylko historykiem, ale i byłym operatorem Navy SEAL, podchodzi do tematu z pasją badacza i precyzją żołnierza, tworząc dzieło, które czyta się z zapartym tchem. Demitologizacja na pełnym morzu Głównym celem autora jest odarcie piractwa z taniego sentymentalizmu. Zapomnijcie o „spacerze po desce” – Little wyjaśnia, że piraci, jako ludzie praktyczni, nie marnowali czasu na tak widowiskowe egzekucje; jeśli ktoś miał zginąć, po prostu lądował za burtą lub kończył z kulą w potylicy. Autor rzuca światło na realia życia na pokładzie, które było dalekie od sielanki. To była egzystencja pełna gnilca, brudu i nieustannego hazardu ze śmiercią. Jednak to, co w książce najbardziej fascynuje, to nie opisy cierpienia, lecz ukazanie pirackich załóg jako precursorów demokracji. Little z entuzjazmem analizuje „piracki kodeks” – zestaw reguł, które gwarantowały każdemu członkowi załogi prawo głosu, sprawiedliwy podział łupów, a nawet prymitywny system ubezpieczeń społecznych (odszkodowania za utratę kończyny). W świecie absolutystycznych monarchii, statek piracki był paradoksalnie jednym z najbardziej wolnościowych miejsc na planecie. Taktyka walki oczami praktyka Unikalna perspektywa Little’a jako komandosa sprawia, że rozdziały poświęcone walce są absolutnym majstersztykiem. Autor analizuje potyczki nie jako chaotyczne bijatyki, ale jako starannie zaplanowane operacje psychologiczne. Dowiadujemy się, że piraci rzadko dążyli do zatopienia statku handlowego – ich celem było przejęcie nienaruszonego ładunku. Dlatego kluczowym narzędziem był terror. Czarna bandera z symbolem śmierci nie służyła do ozdoby; była komunikatem: „Poddajcie się, a przeżyjecie. Walczcie, a nie okażemy litości”. Precyzja, z jaką Little opisuje użycie kordelasów, pistoletów skałkowych czy granatów z epoki, pozwala niemal poczuć dym prochowy w nozdrzach. Jego analizy dotyczące zwrotności slupów i taktyki wykorzystywania mielizn karaibskich archipelagów dowodzą, że piraci byli genialnymi strategami, potrafiącymi wykorzystać każdą słabość potężnych, ale ociężałych okrętów królewskiej marynarki. Galeria łotrów i wizjonerów Little nie zapomina o ludziach. Portrety takich postaci jak Czarnobrody, „Czarny Bart” Roberts czy Anne Bonny są nakreślone z ogromną dbałością o detale. Autor unika czarno-białych ocen. Pokazuje piratów jako ludzi wyrzuconych poza nawias społeczeństwa, którzy w obliczu nędzy i brutalności ówczesnej marynarki handlowej wybrali „krótkie, ale wesołe życie”. To właśnie ta ludzka twarz piractwa, pełna sprzeczności, odwagi i okrucieństwa, sprawia, że książkę trudno odłożyć. Podsumowanie: Skarb wart odkrycia „Złoty wiek piratów” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce wyjść poza ramy fikcji literackiej. Benerson Little wykonał tytaniczną pracę, przekopując się przez archiwa, by dostarczyć nam tekst rzetelny, a jednocześnie niesamowicie barwny. Choć autor nie szczędzi szczegółów technicznych dotyczących żeglugi, podaje je w sposób tak przystępny, że nawet szczur lądowy poczuje się pewnie na pokładzie. To książka entuzjastyczna, napisana ze swadą i ogromną wiedzą. Udowadnia, że prawda o piratach jest znacznie bardziej ekscytująca niż jakikolwiek scenariusz filmowy. Po jej lekturze Jolly Roger już nigdy nie będzie wyglądał tak samo – zamiast pirackiej romantyki, dostrzeżecie na nim symbol desperackiej walki o wolność w świecie, który nie znał litości.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Powstanie i upadek starożytnego Egiptu Toby Wilkinson
Powstanie i upadek starożytnego Egiptu
Toby Wilkinson
Gdy człowiek sobie uzmysłowi, że w momencie upadku Troi cywilizacja egipska liczyła już przeszło 2 tysiące lat, a w momencie przybycia do Egiptu Cezara, 2 tysiące lat temu, kolejny tysiąc lat, gdy sobie to wszystko doda i jakoś spróbuje tę otchłań czasu przyłożyć do np. historii Polski, to aż go ciarki przechodzą :) Tym bardziej nie do końca fortunne wydaje mi się tłumaczenie oryginalnego "Rise..." jako "powstanie". Chyba więcej sensu miałby np. "rozkwit", mówimy przecież o czymś co trwało kilka tysięcy lat i raczej nie składało się tylko z "powstania i upadku". No ale to tak na marginesie, a propos polskiego tytułu. Poza tym trudno do czegoś się tutaj przyczepić - narracja jest potoczysta, wykład klarowny i przystępny a całość pozwala ogarnąć umysłem te tysiąclecia historii. Oczywiście nie dało się uniknąć pewnej powierzchowności i skrótowości ale raczej jest ona zaletą w tym przypadku. Książka będzie w sam raz na początek przygody z historią starożytnego Egiptu, jako baza do dalszych lektur, w czym na pewno pomoże bardzo rozbudowana sekcja przypisów i źródeł. Albo po prostu jako źródło do uzupełnienia wiedzy dla ludzi na co dzień interesujących się innymi okresami historii (tak było w moim przypadku). Tradycyjnie dla Rebisu wydanie jest bardzo solidne i cieszy oko. Gdyby wszyscy tak wydawali książki to nie istniałby dla mnie temat e-booków. A, tak zupełnie na zakończenie, to może autor a może tłumacz w jednym małym fragmencie wyłożyli się gdy przyszło do wspomnienia o egipskiej armii. Użycie dzisiejszej nomenklatury wojskowej (pluton, kompania, generał itp.) w książkach o tak zamierzchłej przeszłości zazwyczaj mnie drażni. Ale tu macham na to ręką, to nie jest przecież książka o historii wojskowości.
Killick - awatar Killick
ocenił na 7 4 miesiące temu
Wojna trzydziestoletnia 1618-1648. Tragedia Europy Peter H. Wilson
Wojna trzydziestoletnia 1618-1648. Tragedia Europy
Peter H. Wilson
Po czterokrotnym przeczytaniu tej pozycji w ciągu ostatnich 5 lat, w końcu czuję się na siłach by wystawić jej ocenę. Obszerna tematycznie - dająca znakomite podstawy. Należy podkreślić, że mimo wszystko pozostaje to dziełem absolutnie bazowym i w p r o w a d z a j ą c y m do tematu wojny trzydziestoletniej. Brak rozwinięcia wielu tematów nadrabia naprawdę mistrzowskimi wskazówkami bibliograficznymi zamieszczonymi w przypisach. Podnoszono kilkukrotnie, że Wilson zdaje się faworyzować stronę habsburską i bawarską. W kilku miejscach jest to rzeczywiście widoczne, ale autor zdaje się raczej po prostu zlikwidować istniejące w historiografii mity stworzone przez hagiografów czy to Gustawa Adolfa (demitologizacja bitwy pod Lutzen jako wielkiej wygranej szwedzkiej) czy d'Enghiena (Rocroi w wydaniu Wilsona nie jest wcale jakieś bardzo zatrważające). Wykorzystuje też okazje by podnieść z błota zapomnienia kilku wybitnych dowódców wojny (e.g. Mercy czy Guebriant), dotychczas ocenianych jako średnich lub niewspominanych. Nie boi się krytykować spostrzeżeń wcześniejszych autorów (lady Wedgewood czy też samego wielkiego Parkera) - plus za odwagę. Wilson również bardzo bezkompromisowo rozlicza czarną legendę Wallensteina jako rzekomego zdrajcy. Pod względem sposobu napisania, rozmiaru i doboru treści - dzieło doskonałe. Ma oczywiście również (co prawda nieliczne) błędy merytoryczne - te drobne, niewielkie literówki (e.g. pomyłka przy dacie ordynacji Reichskammergericht wprowadzającej procedurę wizytacji), ale również nieco większe - co prawda obecne właściwie we wszystkich większych opracowaniach dotyczących omawianego tematu (S. Murdoch parę lat temu już wykazał, że opis bitwy pod Lemgo, który znajdujemy m.in. u Wilsona to absolutna bzdura, niemająca pokrycia w źródłach). Mimo wszystko jest to absolutnie najlepsza dostępna na rynku pozycja wprowadzająca do tematyki wojny trzydziestoletniej - przez wiele lat będzie najpewniej stanowić podstawową literaturę w temacie największego konfliktu nowożytnej Europy.
Meribbaal - awatar Meribbaal
ocenił na 9 1 rok temu
Krucjaty. Wojna o Ziemię Świętą Thomas Asbridge
Krucjaty. Wojna o Ziemię Świętą
Thomas Asbridge
„Krew sięgała koniom do pęcin” – ten makabryczny obraz, wyjęty prosto z kronik Pierwszej Krucjaty, stanowi doskonałe memento dla monumentalnego dzieła Thomasa Asbridge’a. „Krucjaty. Wojna o Ziemię Świętą” to książka, która w świecie mediewistyki pełni rolę potężnego taranu: rozbija romantyczne mity o szlachetnych rycerzach, ale też uproszczone wizje barbarzyńskich najeźdźców, oferując w zamian obraz tak krwawy i złożony, że momentami przypomina on mroczne fantasy, tyle że boleśnie prawdziwe. Rozmach bez uprzedzeń Asbridge podejmuje się zadania niemal niemożliwego – opisania dwóch stuleci zmagań między chrześcijaństwem a islamem w sposób, który nie faworyzuje żadnej ze stron. To, co wyróżnia tę pozycję na tle dziesiątek innych, to rygorystyczne korzystanie ze źródeł łacińskich i arabskich w równym stopniu. Autor z ogromną wprawą zestawia ze sobą relacje kronikarzy krzyżackich z pismami takich postaci jak Ibn al-Asir, co pozwala czytelnikowi spojrzeć na oblężenie Jerozolimy czy bitwę pod Hittin z obu stron murów. Autor nie boi się brutalności. Opisy kanibalizmu w Ma’arrat an-Numan czy rzezi po zdobyciu Jerozolimy w 1099 roku są wstrząsające, ale u Asbridge’a nigdy nie służą taniej sensacji. Są one niezbędne, by zrozumieć psychologię tamtych ludzi – ich fanatyzm, desperację i głębokie przekonanie, że działają z mandatu niebios. Bohaterowie z krwi i kości Jednym z najmocniejszych punktów książki jest sposób kreowania postaci historycznych. Asbridge nie buduje pomników. Jego Ryszard Lwie Serce to genialny strateg, ale też człowiek o porywczym i trudnym charakterze, natomiast Saladyn zostaje odarty z nadmiaru dziewiętnastowiecznej legendy, by ukazać polityka pragmatycznego, który budował swój autorytet równie sprawnie mieczem, co dyplomacją. Autor wyśmienicie analizuje ich relację, pokazując, jak wzajemny szacunek mieszał się z bezwzględną chęcią zniszczenia przeciwnika. Krytyka: Erozyjna szczegółowość Czy „Krucjaty” mają wady? Dla czytelnika przyzwyczajonego do wartkiej akcji powieściowej, problemem może być ekstremalna szczegółowość. Asbridge potrafi poświęcić kilkanaście stron na analizę logistyki dostaw wody do obozów oblężniczych. Choć dla historyka to czyste złoto, laik może poczuć się przytłoczony natłokiem dat, nazwisk drugoplanowych baronów i topograficznych detali syryjskich zamków. Książka wymaga od czytelnika ogromnego skupienia; to nie jest lektura do pociągu, lecz wielkie danie, które trzeba trawić powoli. Można by również zarzucić autorowi, że momentami zbyt mocno skupia się na aspektach militarnych i politycznych, nieco po macoszemu traktując życie codzienne prostych pielgrzymów czy kwestie kulturowego przenikania się Wschodu z Zachodem, które działo się „pomiędzy” bitwami. Werdykt Mimo tych drobnych zastrzeżeń, dzieło Thomasa Asbridge’a to absolutny majstersztyk. To historia pisana z rozmachem kinowego hitu, ale wsparta twardymi dowodami naukowymi. Autor udowadnia, że krucjaty nie były czarno-białym starciem dobra ze złem, lecz tragicznym, wielowarstwowym splotem wiary, chciwości, odwagi i niezrozumienia. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć korzenie dzisiejszych napięć między światem Zachodu a islamem, choć Asbridge słusznie ostrzega przed zbyt łatwym wyciąganiem współczesnych paraleli. To książka, która zostawia czytelnika z poczuciem podziwu dla ludzkiej wytrwałości i przerażenia nad tym, do czego zdolny jest człowiek w imię Boga.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 8 2 miesiące temu
Lata wojen Peter Englund
Lata wojen
Peter Englund
Modelowa historyczna książka popularnonaukowa. Autor przedstawia kluczowy okres w historii Szwecji, czyli lata 1625 – 1656, wybierając sobie za bohatera Erika Jönssona Dahlberga, późniejszą ważną postać z historii tego kraju. Nie jest to przy tym biografia czy podręcznik historii politycznej, czy nawet esej bądź publicystyka historyczna. Najlepszą definicją byłoby określenie tej pozycji, jako popularnonaukowej monografii XVII-wiecznej wojny, sposobów jej prowadzenia i konsekwencji. Pokazując losy bohatera, Erika - na razie Jönssona, autor wyjaśniając tło wydarzeń omawia genezę i przyczyny wojny trzydziestoletniej, jej przebieg, główne bitwy, rokowania pokojowe, a przede wszystkim wojenne realia, z lubością pomijane przez historyków. Gdy Erik lub inne postacie bądź wydarzenia historyczne stykają się z jakimś problemem, autor opisuje jak sobie radzono z nim w XVII wieku (np. edukacja dzieci, ówczesne zwyczaje żywieniowe, stroje, działanie poczty, logistyka transportów wojskowych etc.). Zasadniczo kulisy treści ograniczają się do basenu Morza Śródziemnego oraz krajów zaangażowanych w wojnę trzydziestoletnią (i Rzeczpospolitej Obojga Narodów), ale są krótkie wypady do Nowego Świata, Stambułu czy wybrzeży Afryki. Książka rozpoczyna się odpisu bitwy pod Warszawą, niezbyt miłego oczom czytelników przyzwyczajonych do bogoojczyźnianego stylu pisania o wojnach naszych przodków (ani naszym wikipedystom, którzy nie chcą się przyznać do przegranej w tej batalii). Pokazuje archaiczność ówczesnego modelu polskiej wojskowości, w tym husarii, wielbionej przez fanów polityki historycznej. Autor trafnie zauważył, że zarówno ta formacja,jak i reszta polskiej kawalerii sprawdzała się w walkach z wrogami ze wschodu (Tatarzy, Turcy, Moskwa), ale już nie z zachodnimi (i istotnie, poza Kircholmem i małą bitwą pod Trzcianą nasza konnica nie radziła sobie ze Szwedami). Wbrew niektórym opiniom Englund nie oszczędza swoich rodaków. System polityczno-ekonomiczny Szwecji był delikatnie mówiąc daleki od ideału. Armia wcale tak dobrze nie wyekwipowana ani zorganizowana (aczkolwiek lepiej od naszej oraz habsburskiej), a jej dowódcy byli przede wszystkim pazerni na łupy. Opis wygranych bitew nie pokazuje „chwały szwedzkiego oręża”, tylko „krew pot i łzy” na polu walki oraz ogromną niekompetencję dowódców stron przeciwnych. Zamiast zalewu nazw i nazwisk mnóstwo łatwo przyswajanych informacji – np. o tym, że większość strat wśród żołnierzy była spowodowana chorobami i dezercjami, a nie śmiercią na polu bitwy, trupy były odzierane z odzieży i wszystkiego co wartościowe, w szwedzkiej armii tylko 1 na 12 żołnierzy pochodził z terenu tego kraju (w którym nota bene nie było pańszczyzny), a w riksdagu swoje przedstawicielstwo mieli nawet chłopi, królowa Krystyna nie była ani ładna ani romantyczna, ani cnotliwa, geneza szwedzkiego pieczywa chrupkiego miała bardzo przyziemny charakter, zdobyte armaty często były bezwartościowe z uwagi na inny kaliber kul, a Wiedeń był wówczas dużo mniejszy od Pragi. Natomiast, o czym autor nie pisze wprost, jednym w czym ówczesna Szwecja górowała nad resztą krajów europejskich był stosunkowo łatwy awans do elity. I dla ludzi wywodzących się z chłopstwa, jak bohater książki jak i dla obcych oficerów (głównie Niemców), kupców i przemysłowców (głównie Holendrów), później przeważnie uszlachcanych. I te różnice w kompetencjach m.in. dowódców czy organizatorów funkcjonowania armii były tak naprawdę siłą ówczesnego kraju Trzech Koron. To wszystko pokazuje bardzo dobre rozłożenie akcentów pomiędzy historię elit, a całej reszty ówczesnych społeczeństw. Ale w beczce miodu jest i łyżka dziegciu. Przekład tragiczny pod względem kulturowym i fatalna redakcja. Tłumacz nie wiedział, a wydawca nie sprawdził, że m.in. Brünn to nic innego jak morawskie Brno. Trier to Trewir, a Regensburg to Ratyzbona. Lewobrzeżna Praga to Mala Strana, a nie Małe Miejsce, a "Dyna" to po polsku Dźwina, uchodząca do Bałtyku w Rydze (i bitwa nad Dźwiną a nie pod Dyną). Źle wygląda nie stosowanie imion i nazwisk części panujących zgodnie z obowiązująca u nas tradycją. Czyli jest jeszcze cesarz Ferdynand II i III, ale zamiast Jerzego Rakoczego pojawia się … Georg (jeśli już to powinien występować jako György) Rakoczi, zamiast elektora saskiego Jana Jerzego – Johan Georg von Sachsen, a w miejsce elektora brandenburskiego Jerzego Wilhelma – Georg Wilhelm von Brandenburg. Książęta Kolonii i Moguncji byli arcybiskupami tych archidiecezji, a nie władcami. W husarii służyli husarze, a nie huzarzy, którzy posługiwali się nie lancami, a znacznie dłuższymi kopiami itd. Nie wystarczy znać język, trzeba bardzo dobrze rozumieć treść tłumaczonego dzieła. Brakuje też objaśnień wielu terminów czy wyjaśnień związanych z nazwami geograficznymi czy poszczególnymi postaciami historycznymi. To wszystko wpływa niestety na ocenę całości. Tym niemniej książkę, mimo jej solidnej objętości (800 storn) pochłania się szybko i z dużą satysfakcją. Tym bardziej, że odbrązawia dawne „sztuki” – zarówno wojenną, jak i dyplomatyczną.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 8 3 lata temu
Hue 1968. Wietnam we krwi Mark Robert Bowden
Hue 1968. Wietnam we krwi
Mark Robert Bowden
Czytałam niedawno "Wietnam" Hastingsa, a teraz postanowiłam bardziej zgłębić historię wojny wietnamskiej i sięgnęłam po "Hue 1968" Bowdena, książkę poświęconą najkrwawszej bitwie tej wojny. Spodobała mi się ona bardziej od poprzedniej lektury, autor tutaj snuł naprawdę wciągającą opowieść, ciekawie łącząc szerszy obraz całej wojny z indywidualnymi historiami. Właśnie ten ludzki wymiar bitwy - wspomnienia żołnierzy, dziennikarzy i cywilów - jest dla mnie najmocniejszą stroną "Hue 1968". Choć tę najbardziej znaną część ofensywy Tet obie strony przypisały sobie jako zwycięstwo - Amerykanie, bo odzyskali miasto i wypędzili z niego Vietcong, a Wietnam Północny, bo utrzymał Hue na tyle długo, by zwrócić uwagę światowej opinii publicznej - to nie da się ukryć, że przegrany był jeden i była to ludność cywilna miasta. Za największą wadę książki można uznać zbyt amerykański punkt widzenia, ale czego się spodziewać po amerykańskim dziennikarzu? Bowden starał się być bezstronny, dopuszczał do głosu też Wietnamczyków z Północy, starał się pokazał, o co i jak zacięcie walczyli... Owszem, to było ciekawe i istotne, ale zabrakło mi tutaj Wietnamczyków z Południa. A przecież oni też walczyli o Hue, ponieśli większe straty niż Amerykanie, a w książce zostali mocno zmarginalizowani - właściwie ciężko ich nie postrzegać z amerykańskiego punktu widzenia, że większość z nich była taka nieudolna, bez pomocy USA do niczego się nie nadawali... Nie kupuję tej części historii. Pominąwszy jednak ten dość istotny szczegół, nie da się ukryć, że walkę Amerykanów przeciwko Frontowi z Północy Bowden przedstawił bardzo ciekawie i szczegółowo - czasem dla mnie aż zbyt szczegółowo. Z jednej strony bywało to nawet zabawne, gdy autor przywoływał listy jednego z żołnierzy do żony, innym razem nieco męczące, gdy próbowałam sobie przypomnieć, kto jest kim i w jakim kontekście był już wspominany, bo tyle postaci się tu przewija. Mimo wszystko książkę bardzo polecam - szczególnie zainteresowanym historią wojny wietnamskiej.
Gabi Zet - awatar Gabi Zet
ocenił na 7 1 miesiąc temu
1491. Ameryka przed Kolumbem Charles C. Mann
1491. Ameryka przed Kolumbem
Charles C. Mann
Po przeczytaniu tej pozycji naszła mnie pewna refleksja, zdałem sobie sprawę, jak skostniałe i wymagające progresu są nauki humanistyczne. A szczególnie historia. Taka analogia z naszego podwórka - od kilku lat widzimy progres na polu badań nad religią i mitologią Słowian. Pomijając antynaukowych szurów pokroju Kosińskiego czy Bieszka (dla których narzędzie krytyki źródeł nie istnieje, jeśli tylko pasuje im do tezy wyssanej z d***), udało się wyjść poza sztywny gorset sceptycyzmu narzuconego przed laty przez Łowmiańskiego, przede wszystkim dzięki językoznawcom i etnologom (Łuczyński) oraz archeologom (Szczepanik). Jest tych nazwisk oczywiście więcej, ale konkluzja też jest oczywista - historia MUSI opierać się na interdyscyplinarności! Wszystko co miało zostać poddane analizie, zostało już dawno zweryfikowane po tysiąckroć! Kupując kolejną biografię czy syntezę dziejową nie znajdziemy w niej nic, co nie zostało już wcześniej napisane. Ba! To wszystko bez problemu znajdziemy na Wikipedii lub dowolnej innej stronie internetowej! Postęp jest możliwy tylko dzięki bardziej holistycznemu podejściu do historii jako nauki. Dlatego już na studiach powinny być zajęcia z nauk pomocniczych, a studenci historii bardzo szybko powinni podejmować się konkretnych specjalizacji – historyk ekologii, etnolog-religioznawca itd. I w tej interdyscyplinarności leży siła tej książki. Z jednej strony uczciwie argumentuje źródłami (relacje odkrywców i misjonarzy, bardzo bogata bibliografia i polemika w przypisach), daje dojść do głosu różnym rozbieżnym opcjom naukowym no i posiłkuje się wynikami badań geologów, botaników, chemików, astronomów i jeszcze wielu innych specjalistów. Co z tego wychodzi? Bardzo odważny, bynajmniej nie foliarski, obraz prekolumbijskiej Ameryki. Mann doskonale punktuje, jak bardzo badania nad historią Ameryk „ewoluowały” na przestrzeni wieków. Zadufani konserwatyści swoich szkół musieli ustąpić przed nowoczesną nauką (jak datowanie radiowęglowe) i dziś już prawie nikt nie neguje starszej metryki pierwszych „Amerykanów”, czy osiągnięć agrotechnicznych cywilizacji Nowego Świata. A jednak nadal pozostaje tyle do zbadania! Wzgórza Beni, osady typu Cahokia i kultury Missisipi czy Hopewel, kultury andyjskie i amazońskie… Co jeszcze w tej książce jest fascynujące? Że rozwija horyzonty, że wskazuje nowe ścieżki warte podążenia, daje pole nowym zainteresowaniom i uzmysławia, że nawet przy czterdziestce można się sporo nowego dowiedzieć o świecie. Dowiedziałem się z niej np. że kukurydza to pierwsze GMO w historii i nie chodzi tutaj o jakiś dobór naturalny jak było w przypadku „naszych zbóż”, nie, kukurydza to twór sztuczny! Albo że „wynalazek” Indian jakim jest terra preta (amazoński czarnoziem) może być użyteczny do walki z jałowieniem gleb i zwiększeniem areałów rolniczych na terenach z ich deficytem! I to jest dopiero niezaprzeczalny argument na potrzebę większej interdyscyplinarności nauk historycznych! Na koniec kilka wad (w większości subiektywnych). Czuć amerykański rodowód autora. Przejawia się to w jego sposobie postrzegania świata (rewolucja amerykańska dała ŚWIATU demokrację. CO? XD), ale też w samej formie książki, która jest wzorowana na reportażu. Naprawdę nie interesują mnie anegdotki z podróży autora. Tym bardziej, że większość z nich nic nie wnosi do lektury. Druga wada, to zbytnia apoteoza rdzennych Amerykanów. Ja wiem, że należy rozwiewać mit „dzikusa”, ale żeby od razu popadać w drugą skrajność? Dwa przykłady – autor usprawiedliwia rytualne mordy Azteków tym, że w Europie równie wielu ludzi wieszano lub ścinano toporem za przestępstwa. Znowu – CO XD? Albo, w przypadku wspomnianej już „demokracji” – Mann oczywiście jako „indianofil” - szuka genezy tej demokracji użyczonej światu właśnie w ludach Pn. Ameryki, a dokładnie konfederacji Irokezów. Sek w tym, że podobne, „demokratyczne”, czy protoparlamentarne formy powstawały niezależnie w różnych miejscach świata. Sorry Charles, ale taka na przykład polska demokracja ma swoje korzenie w słowiańskich wiecach i szlacheckim sejmie, a dopiero później w republikańskiej Francji czy amerykańskiej rewolucji.
Radamajkis - awatar Radamajkis
ocenił na 9 3 miesiące temu
Wojna krymska 1853-1856. Ostatnia krucjata Orlando Figes
Wojna krymska 1853-1856. Ostatnia krucjata
Orlando Figes
Świetnie napisana książka o zapomnianym XIX-wiecznym konflikcie, a to była pierwsza nowoczesna wojna w Europie. Charakteryzowały tę wojnę: olbrzymie straty ludzkie, wykorzystanie potęgi przemysłu, ważna rola opinii publicznej, profesjonalna organizacja opieki medycznej na polu boju. Solidne 8/10. Orlando Figes jest znanym historykiem Rosji i ZSRR. Lubię go czytać, bo świetnie, jasno i zajmująco pisze, to dosyć rządka cecha wśród historyków. W tej książce zajmuje się wojną krymską, toczoną przez Anglię i Francję w sojuszu z Turcją przeciw Rosji. To ważny i zapomniany konflikt, o którym nic nie wiedziałem. Jak się okazuje, wojna krymska była niezwykła pod wieloma względami. Po pierwsze olbrzymie straty: „Co najmniej 750 000 żołnierzy zginęło w walce lub zmarło z powodu chorób.” Nikt nie liczył strat poniesionych przez ludność cywilną, ale też były olbrzymie. Dalej, miała charakter religijny: car Mikołaj I uważał, że „prowadzi wojnę religijną, krucjatę, wypełniając rosyjski obowiązek obrony chrześcijan w Imperium Osmańskim.” jego celem było rozciągnięcie prawosławnego imperium aż do Konstantynopola i Jerozolimy. Z kolei „Dla Brytyjczyków i Francuzów była to krucjata w obronie wolności i cywilizacji europejskiej przeciwko barbarzyńskiej i despotycznej Rosji, której agresywny ekspansjonizm stanowił realne zagrożenie nie tylko dla Zachodu, ale i całego chrześcijaństwa.” Była to też pierwsza wojna, którą prowadzono z wykorzystaniem nowych technologii przemysłowych, zaawansowanej broni, linii kolejowych, nowatorskiej logistyki i komunikacji, również z reporterami wojennymi i fotografami przebywającymi na polu boju. Dalej, była to pierwsza wojna, do której wybuchu doprowadziła presja ze strony prasy i opinii publicznej – chodzi głównie o opinię brytyjską, jednoznacznie antyrosyjską. Inna nowość tej wojny, to początki systematycznej organizacji opieki medycznej dla rannych na polu boju. Po stronie brytyjskiej zajmowała się tym sławna Florence Nightingale, po rosyjskiej – Nikołaj Pirogow, pionier systemu chirurgii polowej, przyjętego przez inne państwa dopiero w czasie I wojny światowej. Ciekawie opisuje Figes armię rosyjską, oto tworzyli ją głównie niepiśmienni i fatalnie wyszkoleni chłopi pańszczyźniani. Poza tym wojska carskie traciły ludzi w tempie znacznie szybszym od innych europejskich armii, bo słabo wyszkoleni oficerowie bez skrupułów szafowali życiem żołnierzy. Niemniej zdecydowana większość rosyjskich żołnierzy nie zginęła w bitwie, lecz zmarła od ran i z powodu chorób. Główną przyczyną chorób było potworne traktowanie żołnierzy: powszechnie ich bito w bestialski sposób. Poza tym fatalne żywienie sprawiało, że żołnierze byli wycieńczeni i podatni na choroby. Jakoś brzmi to znajomo... W tym nowoczesnym konflikcie Rosja ze swą zacofaną gospodarką opartą na pańszczyźnie stała na straconej pozycji. I rzeczywiście, wojnę przegrała, ale nie ucierpiała zbytnio pod względem terytorialnym, jedynie została poniżona i utraciła dominującą pozycję w Europie; odzyskała ją dopiero po 1945 roku. Jak już wspomniałem, książka jest znakomicie napisana, zwłaszcza olbrzymie błędy dowódców wojskowych mnie intrygują, opisuje ich Figes wiele. To bardzo ciekawa lektura mająca pewne odniesienia do czasów współczesnych.
almos - awatar almos
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Konkwistador Buddy Levy
Konkwistador
Buddy Levy
Życie jest za krótkie, żeby przeczytać wszystkie książki, a oni ciągle piszą nowe. ----- ( niecenzuralne ). Po przeczytaniu książki, parę dni temu, pozostał mi duży niesmak. Autor zebrał, nie przeczę, w sposób przystępny i interesujący, wszystkie dostępne informacje, a dużo ich nie ma, i przepisał to co jest w innych opracowaniach. Nie mogę się pozbyć wrażenia, że jedynym celem napisania tej książki było szerzenie lewackich teorii na temat odpowiedzialności rdzennych mieszkańców Europy za masakry, zbrodnie, zniszczenie stolicy Azteków i wszystkie inne nieszczęścia spadające na mieszkańców późniejszego obszaru Królestwa Hiszpanii. Gdzie się da, Cortez opisywany jest jako " rzeźnik ", jego wszystkie działania są zbrodnicze, okrutne, nieludzkie itp. Jego dowódcy i żołnierze są naturalnie nie lepsi. Z takim podejściem do tematu, reklamę i promocję, ma autor w lewackich mediach zapewnioną. Prawda jest inna, wszystkie działani Corteza wpisywały się w przeszłe, ówczesne i OBECNE sposoby walki, zastraszanie i terroryzowanie ludności jak również zniszczenia były naturalnym tego następstwem. Cortez ze swoimi 800 żołnierzami, 8 końmi, armatą, kilkoma falkonetami i nawet z nieznanym Meksykanom uzbrojeniem NIGDY nie byłby w stanie zwyciężyć i podbić Azteków. Ich państwo nie było jednorodne, powstało w wyniku podbojów i siłowego uzależnienia wielu plemion płacących wysokie daniny, a nawet dostarczających ludzi na ofiary. Jak Montezuma opowiadał Cortezowi kilka plemion utrzymywało niezależność, potrzebną wojownikom do treningu i jako ciągły zasób ludzkich " konserw ". Wszystkie te podbite plemiona, od razu przyłączyły się do armii Corteza, to były setki tysięcy wojowników i z jego zwycięstwami stale ich przybywało. Przebieg kampanii znamy tylko z opisów hiszpańskich, jest oczywiste, że aby nie ujmować chwały swojego zwycięstwa pisali raczej o swoich, na pewno, bohaterskich czynach, mniej akcentując udział i ilość sprzymierzeńców. Nie ulega jednak wątpliwości, że były to bitwy dwóch indiańskich przeciwników z silnym poparciem Hiszpanów dla jednej ze stron. Autor zarzuca Cortezowi zniszczenie stolicy i wymordowanie ok. 200 tyś ludzi ( co nie jest zgodne z prawdą, 13. 02. 1258 r. wódz Mongołów Hulagu zdobył Bagdad i jak podają dziejopisowie islamscy z tamtych czasów jego armia wybiła 800 tyś. mieszkańców ), ale sam sobie przeczy, dostępne dokumenty świadczą, że wyburzał tylko budynki na drogach swoich ataków, aby zapobiec ostrzałowi z dachów. Stolicę oblegał i zdobył nie sam, dokumenty wspominają o ok. 150 tyś. sprzymierzeńców ( można przyjąć, że było ich dużo więcej, bo pod koniec kampanii dołączały coraz to nowe plemiona ), rządnych krwi i zemsty na swoich dotychczasowych gnębicielach. Oni to właśnie mordowali i niszczyli miasto przez wiele dni na co Cortez nie mógł mieć wpływu, tak jak na wiele wcześniejszych podobnych sytuacji. Po zwycięstwie ostatni władca Azteków przekazał władzę Cortezowi, a wszystkie plemiona na wyścigi poszły za jego przykładem. Był to więc nie podbój, tylko siłowe przejęcie władzy za zgodą wszystkich, albo dużej części mieszkańców tego regionu. Czy wybór zawsze jest słuszny ? Idź zobacz ceny w sklepie. Cortez zrobił to co 200 lat wcześniej Aztekowie !!! Czuję do niego podziw jako dowódcy, stratega, taktyka... a największy jako niespotykanego w historii szczęściarza. Tak nawiasem mówiąc jestem ciekaw, czy autor ( sądząc po nazwisku, Żyd ) jest taki śmiały w opinii o przywódcy państwa izraelskiego i tego co robi z Palestyńczykami ? Czy w ogóle dał głos na ten temat ? Książce daję 8 gwiazdek, bo jak pominąć lewackie wstawki, dobrze się ją czyta. ODPORNYM POLECAM !!!
ando - awatar ando
ocenił na 8 7 miesięcy temu
Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej S. C. Gwynne
Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej
S. C. Gwynne
Wrzask rebeliantów to całkiem udana pozycja na styku biografii i historii powszechnej. Teoretycznie przedmiotem zainteresowania autora jest Thomas "Stonewall" Jackson, jednak w praktyce jest to także specyficzna, szczątkowa quasibiografia szeregu generałów wojny secesyjnej - zarówno konfederackich, jak i federalnych - z niesławnym McClellanem na czele, przez Pope'a, Longsteeta, Banksa i szereg innych, a na Robercie Lee kończąc. We Wrzasku rebeliantów mgła wojny rozwiewa się przed czytelnikiem wszędzie tam, gdzie pojawia się Jackson, zawiera zaś w nieprzenikniony całun tam, gdzie "Stonewalla" nie ma, oferując mnóstwo wiedzy i ciekawe interpretacje wydarzeń ograniczonych jednak czasoprzestrzennie do "okolic" generała Jacksona. Rzecz jest napisana sprawnie, a przy tym całkiem nieźle na poziomie literackim. Dobrze się to czyta, momentami wręcz jak powieść sensacyjną. Biografie rządzą się nieco innymi prawami niż klasyczne monografie, więc jest to rzecz wybaczalna, a nawet mile widziana. Pewnym problemem jest to, że Gwynn do postaci Jacksona podszedł ciut zbyt czołobitnie. "Stonewall" przedstawiony na kartach tej książki nie jest do końca spójny ze "Stonewallem" w jakiego wierzy autor. Jackson bywał szalenie niekonsekwentny - potrafił naciągać otrzymane rozkazy, czy wręcz posuwać się do niesubordynacji, jeśli mu to pasowało, tylko po to by w innych sytuacjach trzymać się litery poleceń ściśle i bez zastrzeżeń, nawet jeśli nie miało to sensu (a mogłoby pomóc innemu generałowi lub nawet wygrać bitwę). Autor wszystko to opisuje uczciwie, jednak koniec końców zamiata pod dywan. Zawsze ma jakieś usprawiedliwienie dla swojego bohatera, zwykle kierujące ostrze winy i odpowiedzialności ku innym. Trudno też nie zauważyć jak duża część triumfów Jacksona była w rzeczy samej dyskusyjna o tyle, że albo były odniesione ogromnym kosztem, albo nie przyniosły wymiernego sukcesu. I to sprowadza się do kwestii tego co mi brakuje: twardej, inteligentnej analizy. Na ile błędy Jacksona wynikały z czynników obiektywnych (faktem jest, że wszyscy generałowie uczyli się wtedy wojny na nowo, skoro był to konflikt toczony według zupełnie innych standardów niż dotychczasowe), a na ile z tego, że jednak nie był geniuszem? Nie chcę kwestionować legendy wielkiego generała, jednak sądzę, że praca naukowa mu poświęcona powinna podejść do sprawy bez różowych okularów, a nawet wręcz kwestionować i kontestować. Oczywiście powyższe to uwaga, na którą należy spojrzeć z pewnej perspektywy. Wojna Secesyjna to w ogóle bardzo szczególny konflikt i aby realnie ocenić jakość jakiegokolwiek generała należałoby najpierw dojść do porozumienia co było ważniejsze: wygrywanie bitew (lub, częściej, ich nieprzegrywanie) czy raczej oszczędzanie zasobów ludzkich (zwłaszcza z perspektywy Konfederacji). Jackson krwawił swoimi armiami i przy ponad dwukrotnej przewadze przeciwnika ponosił zwykle straty niewiele mniejsze od niego, co w ogólnym rozrachunku czyni jego zwycięstwa - dość dosłownie - pyrrusowymi ("Jeszcze jedno takie zwycięstwo i jesteśmy zgubieni"). Last but not least - mapki - dość słabe. Pojedyncze szkice taktyczne poświęcone np. bitwie pod Antientam nie są w stanie nawet w przybliżeniu ukazać złożonych działań prowadzonych podczas tej bitwy. Koniec końców, to tylko drobiazgi, które nie pomniejszają wartości dzieła. Subiektywna czołobitność autora wobec Jacksona też jest do wybaczenia, zwłaszcza że Gwynn choć stara się manipulować wnioskami, to nie manipuluje faktami: te podaje dość klarownie i uczciwie. Chciałbym też przy tej okazji podkreślić, że ogrom informacji dostarczonych przez autora jest naprawdę unikalnych. Reasumując: Wrzask rebeliantów nie jest ani klasyczną monografią, ani biografią, raczej interesującą hybrydą biograficzno-monograficzną poświęconą zarówno Wojnie Secesyjnej jako takiej, jak i Thomasowi "Stonewall" Jacksonowi i, gratisowo, szeregowi innych generałów. Dzieło napisane jest językiem literackim, więc czyta się je dobrze i przyjemnie. Nie jest to pozycja bezwzględnie wybitna, ale zasługuje na uwagę, a jej zalety przewyższają wady. Do kultowego dzieła McPhersona tej pozycji brakuje dość dużo, jednak nie sądzę by Gwynn w ogóle próbował nawiązać starcie z Battle Cry of Freedom. Dobrze znalazł się w wybranym przez siebie temacie i zaprezentował go wystarczająco wyczerpująco i ciekawie. Ocena ciut na wyrost, ale uznałem, że 7 byłoby jednak niezasłużoną karą.
failsafedb - awatar failsafedb
ocenił na 8 2 miesiące temu

Cytaty z książki Wielkie oblężenie Malty

Więcej
Bruce Ware Allen Wielkie oblężenie Malty Zobacz więcej
Więcej

Ciekawostki historyczne