Wariacje Goldbergowskie

Okładka książki Wariacje Goldbergowskie
Bogdan Frymorgen Wydawnictwo: Austeria Seria: Z rękopisów publicystyka literacka, eseje
84 str. 1 godz. 24 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Seria:
Z rękopisów
Data wydania:
2024-02-28
Data 1. wyd. pol.:
2024-02-28
Liczba stron:
84
Czas czytania
1 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
9788378667483
Średnia ocen

                7,5 7,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wariacje Goldbergowskie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wariacje Goldbergowskie

Średnia ocen
7,5 / 10
10 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1699
839

Na półkach: , , ,

„Wariacje Goldbergowskie” Bogdana Frymorgena to książka bardzo osobista, a jednocześnie zakorzeniona w czymś wspólnym – w doświadczeniu słuchania. Punktem wyjścia jest Bach, ale szybko okazuje się, że ważniejsze od samego utworu są skojarzenia, powroty i to, co muzyka uruchamia w pamięci.

Teksty układają się w ciąg krótkich form, które wracają do tych samych motywów, za każdym razem trochę inaczej. Nie ma tu linearnej opowieści, raczej krążenie wokół kilku tematów: pamięci, przemijania, prób uchwycenia chwil, które z natury są nie do zatrzymania.

Najmocniejsze jest to, jak Frymorgen pisze o muzyce – bez pozy i bez „opowiadania o niej z zewnątrz”. Czuć w tym prawdziwą bliskość i uważność. Muzyka nie jest tu dodatkiem do życia, tylko czymś, co je współtworzy, porządkuje, czasem ratuje.

W tle pojawia się też refleksja o czasie – o tym, jak wracają te same dźwięki i jak inaczej się je słyszy po latach. To książka o słuchaniu, które zmienia się razem z człowiekiem.

Zostaje po niej wrażenie obcowania z czymś bardzo szczerym. Bez efektownych gestów, za to z wyraźnym przekonaniem, że muzyka ma znaczenie – i że warto się przy niej zatrzymać.

„Wariacje Goldbergowskie” Bogdana Frymorgena to książka bardzo osobista, a jednocześnie zakorzeniona w czymś wspólnym – w doświadczeniu słuchania. Punktem wyjścia jest Bach, ale szybko okazuje się, że ważniejsze od samego utworu są skojarzenia, powroty i to, co muzyka uruchamia w pamięci.

Teksty układają się w ciąg krótkich form, które wracają do tych samych motywów, za...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

26 użytkowników ma tytuł Wariacje Goldbergowskie na półkach głównych
  • 15
  • 11
13 użytkowników ma tytuł Wariacje Goldbergowskie na półkach dodatkowych
  • 5
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Bogdan Frymorgen
Bogdan Frymorgen
kurator i wydawca, autor albumów fotograficznych i wystaw, studiował anglistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Przez dwadzieścia cztery lata pracował dla Serwisu Światowego BBC. Mieszka w Londynie, jest korespondentem radia RMF FM. Współpracuje z wieloma instytucjami kulturalnymi w Polsce. Członek Związku Polskich Artystów Fotografików i rady nadzorczej Żydowskiego Muzeum Galicja w Krakowie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Podzwyczajność. Eseje Georges Perec
Podzwyczajność. Eseje
Georges Perec
Z każdą kolejną książką Georgesa Pereca moja miłość do niego rośnie w postępie geometrycznym. To jeden z tych mistrzowskich pisarzy, którzy odpowiadają na moje niezadane pytania, w 99 proc mówiąc to, co chcę usłyszeć – a bynajmniej nie łaszą sie do czytelnika…. A chcę usłyszę prawdę o współczesności. Perec - choć jego książki liczą już sobie nieco latek – coraz bardziej jest aktualny, bo to, co krytykował te 50 lat temu, wciąż wzbiera i wzbiera, z każdą chwilą, która już od dawna nie trwa. A co wzbiera? Ano to wszystko zewsząd i dookoła, co namolnie każe mi się zachwycać wszystkim tym „nadzwyczajnym”, „niepowtarzalnym” i „wspaniałym”, co ma jedną, najczęściej jedyną cechę: jest nowe, właśnie co wyprodukowane. A to, co nowe, z samej istoty jest nadzwyczajne i spycha w otchłań zapomnienia (niczym w orwellowskim „grobie pamięci”) to, co jeszcze wczoraj za nadzwyczajne uchodziło. Inaczej to, co nowe, a zarazem nadzwyczajne, nigdy by się nie sprzedało, w każdym tego słowa aspekcie. A o to w końcu przecież chodzi…. Co na to wszystko Autor? „To, co się dzieje naprawdę, co przeżywamy, reszta, cała reszta, gdzie to jest? To, co się dzieje każdego dnia, to, co banalne, codzienne, oczywiste, pospolite, zwyczajne, pod-zwyczajne, rutynowe, ukryte w szumie, jak to w sobie uzmysłowić, jak zgłębić, jak opisać?”. Tak, podzwyczajność jest dziś tym, co najbardziej mnie pociąga w świecie, gdzie wszystko jest , a nawet musi być, „nadzwyczajne” – bo wtedy nic takie nie jest. I dalej Perec: „Przesypiamy nasze życie snem bez snów. Ale gdzie jest nasze życie? Gdzie są nasze ciała? Gdzie jest nasza przestrzeń”? A jaką Autor ma dla nas odpowiedź? „Zgłębić zwyczajność”, bo „przeżywamy ją, nie myśląc o niej”. Trzeba zatem; „zgłębić to, co od wieków przestało nas dziwić”. Jakże aktualnie brzmi takie np. zdanie, setki epok temu pisane, czyli w 1973 r.: „Dzienniki mówią o wszystkim, tylko nie o tym, co codzienne. Dzienniki mnie nudzą, nie informują mnie o niczym nowym; to, o czym opowiadają, nie odnosi się do mnie – o nic mnie nie pytają, nie odpowiadają też na pytania, które stawiam lub które chciałbym postawić”. „Pociągi zaczynają istnieć dopiero, gdy wypadną z torów, i im więcej podróżnych zginie, tym bardziej pociągi istnieją; samoloty nabierają znaczenia dopiero, gdy zostaną uprowadzone; jedynym przeznaczeniem samochodów jest uderzanie w platany; pięćdziesiąt dwa weekendy w roku, pięćdziesiąt dwa bilanse: tyle a tyle ofiar i tym lepiej dla wiadomości, jeśli liczby nie przestają rosnąć”. „Wydarzenie musi być podszyte skandalem, skazą, niebezpieczeństwem, jak gdyby życie nie mogło przejawiać się inaczej niż poprzez spektakularność, jak gdyby to, co wymowne i znaczące, zawsze musiało być anormalne: kataklizmy, historyczne wstrząsy, społeczne konflikty, polityczne skandale….” „Gazeta powiedziała nam coś innego niż: proszę się uspokoić, widzicie przecież, że życie toczy się dalej, ze swoimi wzlotami i upadkami”. W ramach zgłębiania codzienności Autor zatem opisuje po kolei, co znajduje się w kolejnych domach w jego okolicy Paryża (a nie są to rejony wielkich bulwarów). Różnorodność tych lokali: usługowych, warsztatów rzemieślniczych, małych kafejek itp. musi budzić smutek w dobie gentryfikacji. Dziś taka lista składałaby się z sieciówek i placówek z czarnymi szybami. Ale w książce jeszcze czasy, gdy tkanka miejska wciąż ma ludzki wymiar (i zna się swych sąsiadów, których nie mija się tylko na korytarzu, często bez „Dzień dobry”)… A już zupełne rozrzewnienie ogarnęło mnie przy rozdziale złożonym z treści wakacyjnych pocztówek – 243 sztuk. To także już zaprzeszłość, a ileż sam się ich napisałem - od tych nieporadnych, z kolonii letnich do rodziców pisanych, poczynając. Treści z braku miejsca były lakoniczne, jakby dzisiejsze krótkie wpisy w SM – choć jednak chyba nie aż tak pozbawione treści… Fascynuje rozdział pt. „Próba sporządzenia spisu pokarmów płynnych oraz stałych, które spożyłem w ciągu roku 1974” (nie czytać przed jedzeniem!!!). Czego tam nie ma: pularda (kto to dziś je i kto w ogóle wie, co to?), jagnię mleczne; pominę już foi gras, małże św. Jakuba, ostrygi, koguta w rieslingu, głowiznę cielęca itp. A już przy winach diabli mnie biorą…. Świetne opisanie Londynu – miasta nie do ogarnięcia bez kilkutygodniowego w nim pobytu, z czym nie można się nie zgodzić. „Najlepiej więc iść za radą Stendhala, modelowego turysty, jeśli tacy w ogóle istnieją: +Z obcego kraju trzeba czerpać tylko to, co sprawia przyjemność. Największą przyjemność sprawiło nam w Londynie włóczenie się po ulicach+”. Z innych wątków: użycie przez tłumacza określenia brytyjskiego króla jako „George VI” (jednak najczęściej mówi się jednak Jerzy VI) uświadamia mi, że nasz język nie ma jednej normy w tym względzie. Nie mówiliśmy wszak „królowa Elisabeth”, ani Louis XVI a już na pewno nie Ołeskandr I czy Nikołaj I – przypomnijmy: dwaj nasi prawowici królowie, o czym wolimy nie pamiętać (ich następcy już się nie koronowali, bo już de facto nie było Królestwa…). To moja już 6. książka Pereca. Na szczęście jest wysyp jego wcześniej nietłumaczonych rzeczy….
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 rok temu
Wędrowiec śląski Henryk Waniek
Wędrowiec śląski
Henryk Waniek
Po książkę ze zbiorem esejów Ślązaka Wańka sięgnąłem jako po obowiązkową lekturę dla śląskich regionalistów. Liczyłem się z tym, że autor sporo miejsca poświęci szeroko pojętemu Dolnemu Śląskowi, ale nie spodziewałem się, że książka skupi się prawie wyłącznie na nim! W zasadzie, to poza osobistymi wspomnieniami i doświadczeniami w jedym czy dwóch tekstach, to niewiele miejsca poświęcono Śląskowi Górnemu, a jego cieszyńskiej czy opawskiej części to już chyba wcale... Liczyłem też na rozwinięcie pewnych kwestii tożsamościowych, autor jest w końcu zadeklarowanym narodowo Ślązakiem, ale niestety widać, że tak dobrano teksty, bo się nie afiszować z identyfikacją Autora. Widać, że Henryk Waniek rzeczywiście zjeździł i poznał dobrze większość opisywanych miejsc, wie o czym pisze, a jego erudycja robi wrażenie! Nie zmieniają tego drobne nieścisłości czy niektóre nieaktualne ustalenia historyczne w starszych tekstach, to w końcu nie rozprawy naukowe, ale literatura, eseje oparte na kawale solidnej wiedzy o Śląsku. I wydaje się - takie przynajmniej moje odczucie, mój smak literacki, a co za tym idzie, też i opinia - że najlepsze teksty, to te, gdzie najmniej fikcji i najmniej kreacji literackich, a więcej faktów, wspomnień, doświadczeń i opinii autora oraz prób weryfikacji informacji, dociekań do (popularnie rozumianej) prawdy historycznej i prób rekonstrukcji rzeczywistych zdarzeń. Części książki, gdzie Autor popuszcza wodze fantazji czy snuje alternatywne historie, mimo iż sprawnie literacko napisane, to z treści sprawiają wrażenie takiego, za przeproszeniem, pitu-pitu. Mimo tego pozycja obowiązkowa, przynajmniej w fragmentach dla miłośników Śląska, szczególnie dolnośląskich pasm górskich ;)
Kamil_Kotas - awatar Kamil_Kotas
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Kilka uwag o emancypacji Susan Sontag
Kilka uwag o emancypacji
Susan Sontag
Trzeba trochę odjąć z oceny, bo jednak LEGO się oberwało, że zgubili nazwisko Skłodowskiej, a tutaj ta sama sytuacja. Eseje bardzo dobre jakościowo, czyta się to fenomenalnie. Bardzo dużo ciekawych tez czym jest według autorki feminizm, pozwolę sobie zacytować: "...kobiety powinny zapalać mężczyznom papierosy, nosić walizki i wymieniać opony w samochodach równie często jak mężczyźni kobietom. (...) To niezbędny wstęp do jakichkolwiek poważnych, stojących przed kobietami rozważań o kształcie instytucjonalnych ram ich wyzwolenia..." Jesteśmy 50 lat później i jest trochę lepiej, ale nadal wiele do zrobienia. Pytanie czy to wyzwolenie w formie proponowanej przez Sontag w ogóle kiedykolwiek w przyszłości ma rację bytu? Gdzie np działy HR będące praktycznie całkowicie zmonopolizowane przez kobiety w ogóle nie pojawiają się w dyskursie jako formy opresji. Zaskoczony jestem, że autorka już w latach 70 pisała o nadprodukcji i odrzuceniu kultu wzrostu i że planeta tego nie wytrzyma. U nas ten temat pojawił się w ostatnich latach, niesamowite jak długo trawimy myśli z zachodu. I jest to raczej nadal temat niszowy nikt kierujący gospodarka nie myśli na poważnie o zmianie tego paradygmatu. Tak samo kłamanie co do wieku przez kobiety, nadal jest to powszechne, że kobiety nie pyta się o wiek. Urodziny to zawsze "18". Postęp niewielki w godzeniu się że starzeniem. Koncerny kosmetyczne kwitną, chirurgia estetyczna również. Są też myśli które nie wytrzymały próby czasy jak, albo przynajmniej nie są aktualne w trzeciej dekadzie XXw. Mianowicie wspomnienie Chin jako wzorca z brakiem ideologii piękna i antykonsumpcjonizmem. Totalnie się zanurzyli w zakupach jak tylko zwiększył się ich dochód. Nie za bardzo też rozumiem umieszczenie eseju o Riefenstahl. Z jakiegoś powodu był ważny dla historii feminizmu jak mniemam, ale o wiele bardziej odkrywcze i ciekawe były te pierwsze o starzeniu się i pięknie. Ten jakby do tego zbioru mniej pasował.
Grzegorz Zaton - awatar Grzegorz Zaton
ocenił na 7 1 rok temu
Następnym razem pożar James Baldwin
Następnym razem pożar
James Baldwin
„Następnym razem pożar” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Jamesa Baldwina o którym słyszałem wyłącznie dobre rzeczy. Znajoma radziła mi by zacząć od jego powieści, jednak przypadek sprawił, że pod ręką miałem właśnie ten esej – i dziś cieszę się, że to właśnie on otworzył mi drogę do jego pisarstwa. Baldwin już od pierwszych stron pokazuje, jak niezwykłą ma umiejętność łączenia osobistego tonu z przenikliwą analizą społeczną. Książka, choć krótka, okazuje się niezwykle gęsta od treści. Baldwin pisze z jednej strony o religii – o jej urokach, sile ale też o momentach, w których potrafi zawieść. Interesujące jest to jak umiejętnie pokazuje napięcia między duchowością a codzienną rzeczywistością, w której religia bywa zarówno drogowskazem jak i narzędziem kontroli. Jego spojrzenie jest jednocześnie intymne i szerokie, zakorzenione w doświadczeniu a zarazem świadome szerszego kontekstu historycznego. Największe wrażenie robi jednak to jak Baldwin pisze o rasie, pochodzeniu i rasizmie. Robi to z pasją ale i chłodną przenikliwością. Stawia ważne pytania – o to jak społeczeństwo wytwarza nierówności, jak uprzedzenia przenikają codzienność a także o to jak radzić sobie z gniewem i poczuciem niesprawiedliwości. Jego wnioski są dojrzałe, odważne i poruszające, zwłaszcza że wynikają z bezpośredniego, własnego doświadczenia. To lektura, która zostaje w głowie długo po odłożeniu książki na półkę. „Następnym razem pożar” daje przedsmak niezwykłej wrażliwości i odwagi Baldwina – i sprawia, że chce się sięgnąć po więcej jego tekstów. Jeśli jego powieści są równie intensywne, przenikliwe i uczciwe, to przede mną bardzo dobre literackie spotkania.
Queequeg - awatar Queequeg
ocenił na 8 4 miesiące temu
Idiomy. Eseje Eliza Kącka
Idiomy. Eseje
Eliza Kącka
Dobry pisarz przemawia do nas poprzez swoje dzieła, które nadal żyją i rezonują wtedy, gdy jego już nie ma. W swojej twórczości nadal istnieje i ma głos, wpływ na nasze emocje, a co za tym idzie, także poglądy i wybory. Są twórcy niepodrabialni, jedyni w swoim rodzaju, niczym idiomy, odczytywani jako całość, pewien stempel, po którym ich rozpoznajemy. Nie wszyscy byli tacy od początku. Niektórzy odnaleźli swoją ścieżkę późno, nie zdążyli powiedzieć wszystkiego, inni zaś byli bardziej charyzmatyczni niż ich dorobek, stanowili kreację sami w sobie… Autorka w „Idiomach” podąża tropem pisarzy, by prześledzić kolejne etapy ich stawania się, pomysły na „samostwarzanie” i sekrety indywidualności. Witkacy składał swój świat ze sprzeczności, dążąc do Czystej Formy nigdy jednak nie przekraczał granicy, za którą jest już tylko bezformie i chaos. Horror vacui czyli lęk przed próżnią każe mu wypełniać całą przestrzeń w sobie i wokół siebie dziwnością i kontrowersją – „wszystkoizmem”. Gombrowicz, dzięki swej intuicji, zdołał przewidzieć przemianę postaw społecznych na przestrzeni dziesięcioleci, opisał zaraźliwość ludzkich reakcji pod naporem zbiorowości tak doskonale jak Gustaw Le Bon w „Psychologii tłumu”, przenosząc swoje spostrzeżenia i domysły na grunt literatury w „Transatlantyku”. Pisarze mają dar antycypowania przyszłości, wykraczania odważnie poza swój czas i podążania za nowoczesnością, która sama jeszcze nie wie, że wkrótce nadejdzie. Na czym polega fenomen Schulza? Albo osobność Norwida, o którym za jego życia pisano: „Jest to fortepianista, któremu brak palców i dlatego, chcąc objawić harmonijne tony (…) tłucze po klawiszach łokciami i piętami (…)” A jednak przetrwał, okazał się też niezłomnym krytykiem swego czasu i człowieka, który przy swoim żarliwym katolicyzmie upomina się o czystość wiary i uczciwość sumienia. Norwid, czyli poeta „niezadomowiony – we własnym domu, w ojczyźnie, w piśmie.” Sposób, w jaki Eliza Kącka pisze o twórcach i literaturze jest niesamowicie wciągający poprzez swoją panoramiczność i dynamikę. To tak naprawdę krótkie, a zarazem zaskakująco pojemne treściowo eseje. Pisarz jest w nich źródłem, z którego wypływa cała masa pokrewnych strumieni, podążających w kierunku historii, w kierunku recepcji twórczości, ale też życia osobistego, motywacji, czy, co bardzo ciekawe, inspiracji, tych wcześniejszych i tych dopiero po latach. Pokazuje to wyraźnie, że literatura żyje, oddziałuje, szczególnie ta buntownicza, eksperymentująca, w której autor wyraża siebie, nie oglądając się na kanon, na zapotrzebowanie, przekraczając wszelkie normy, a także własne możliwości. Rozdziały poświęcone Marii Janion najlepiej uczą, jak można literaturę rozumieć, czytać całościowo, wychwytując to wszystko, co skryte między wierszami, łączyć i zestawiać wokół problemów i zjawisk, wyprowadzając wciąż nowe prawdy. Eliza Kącka niczym baletnica porusza się w temacie, czuje go, wyłuskuje rzeczy najważniejsze, przedstawiając je nam w sposób przejrzysty i po prostu literacko piękny. Płynie w tych opowieściach, daje się ponieść myśli, zawsze jednak ją kontroluje, konsekwentnie zmierzając do puenty. Rewelacyjne są te nagłe skojarzenia, niby odległe, a tu nagle bliskie, jak Miron i Duchamp podnoszący zwykłość na wyżyny sztuki, z życia zaś czyniący teatr, ku uciesze wiernej publiczności. Termin „diogenizacja” życia, użyty tutaj w kontekście mironowskiego „zapadania” się we własne ja, już ze mną pozostanie. „Idiomy” charakteryzuje cudowna lekkość i erudycyjna ekwilibrystyka słowem, przestrzenią, czasem, nigdy nie wiemy, dokąd zawędrujemy za Elizą Kącką: od Norwida do Melville`a, od Gombrowicza do Diderota, od Schulza do „Pana Tadeusza”. Otwierają się nam oczy na nowe rozumienie i tekstu i człowieka, który go napisał. To swobodna gawęda pełna ważkich treści i zaskakujących spostrzeżeń otwiera nam te oczy i każe patrzeć inaczej, szerzej, bardziej intuicyjnie, odważyć się wejść na niezdeptane ścieżki. Tak więc Gombrowicz, Norwid, ale i nuta współczesności, w dodatku kobiecej, tego niedocenianego „krzątactwa” w codzienności, celebry powszedniości rzeczy i czynności, na której wszak stoi świat. Mowa rzecz jasna o Jolancie Brach-Czaina i jej epifaniach przyziemności w „Szczelinach czasu” i „Błonach umysłu”. Znalazłam w „Idiomach” także moich ulubieńców: Schulza i Leśmiana. O ile Schulza mam „wyczytanego” w te i nazad, o Schulzu takoż, to wkroczenie do „Leśmiandii” onieśmieliło mnie i zachwyciło, pozwalając mi uporządkować i pogłębić to, co dotąd zaledwie podpowiadała mi intuicja. Eliza Kącka stworzyła dla mnie Leśmiana – filozofa niepełności, poetę niewyobrażalności. Schulz zmyślał się i stwarzał w micie, Leśmian ukrywał się za poezją, znikał w niej. Obaj więc, jako ludzie, pozostają dla nas tajemnicą. Okazuje się, że Eliza Kącka podziela moją fascynację wędrówkami po krainach wyobrażonych, uporządkowanych i opisanych przez Manguela i Guadalupiego. Potężne to tomiszcze towarzyszy mi na co dzień, przenosząc w krainę fantazji, przypominając wymyślone czy tylko „przeinaczone” tła wielu literackich opowieści. Tła, które odgrywają w każdej historii rolę ważną, niekiedy wręcz ją stwarzając i uwiarygadniając. Nie wszystkie znam, autorzy więc inspirują mnie w poszukiwaniach. Te zaś miejsca, które przechowałam w pamięci, znów otwierają się przede mną zapraszająco. Wyspa Robinsona, zamek Kafki, niezapomniane Macondo i Dolina Muminków… Taka obfitość do wyboru, w zależności od nastroju, w pogoni za skojarzeniami, jako wstęp do nostalgicznego powrotu. I odpoczynek zawsze w którymś z „Niewidzialnych miast” Italo Calvino – terytorium już przeze mnie zasiedzonym. Elizę Kącką cechuje duża wrażliwość i uważność na słowo. Obraca je ona w dłoniach z respektem, formuje, rozróżnia rozmaite jego rejestry, dosłowne i te ledwie domyślne, zestawiając je ze sobą. Jest nie tylko obserwatorką, relacjonuje zdarzenia i fakty, ale też buduje nowe znaczenia, piętrzy je, komponuje porównania. Niczym wirtuoz, który z nieciekawych, rozpiętych na pięciolinii znaczków wyczarowuje melodię, tak autorka proste wyrazy układa w symbole, parabole i wysublimowane kolaże. I jeśli gdzieś widzę „wgląd” Olgi Tokarczuk, opisywany tutaj jako „nagłe, całościowe, spontaniczne uświadomienie sobie za jednym razem istoty”, to właśnie w tych mądrych, niekiedy wręcz poetyckich esejach Elizy Kąckiej. Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 8 1 rok temu
Długie lata 90. Architektura w Polsce czasów transformacji Anna Cymer
Długie lata 90. Architektura w Polsce czasów transformacji
Anna Cymer
Jest wszędzie dookoła nas. Nie zauważamy jej. Ignorujemy ją. Śmiejemy się z niej. Burzymy ją. Ale bez niej nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy - była też nieuniknionym etapem w całym, procesie rozwoju. Architektura czasów transformacji, trafnie nazywanych przez autorkę "długimi latami 90.", bo o niej mowa, to zjawisko fascynujące - i wciąż w zbyt małym stopniu opisane i przeanalizowane. Książka Anny Cymer, będąca logiczną (i wyczekiwaną!) kontynuacją wspaniałej publikacji "Architektura w Polsce 1945-1989" to pierwsze tak kompleksowe ujęcie architektury czasów transformacji systemowej - nie jest to typowy katalog obiektów (choć wszystkie ważniejsze obiekty są wspomniane) ani album z minionej epoki (choć materiał zdjęciowy jest imponujący, zawsze jednak zbyt mały!). To raczej zwrócenie uwagi na to, że okres, który wielu chciałoby wyprzeć z pamięci i wymazać z mapy architektury, zajmuje w przestrzeni publicznej mnóstwo miejsca i stanowią istotną część nie tylko architektury jako takiej, ale współtworzą naszą świadomość kulturową. Trudno znaleźć miasto, w którym nie znajdziemy ikonicznego obiektu wpisującego się w opisywaną przez autorkę stylistykę (choć osobiście brakuje mi nieco w książce większej liczby realizacji z mniejszych miejscowości - sam tropię je wytrwale!). Książka pozwala spojrzeć na wszystkie te obiekty w nowy sposób, zbyt często bowiem mijamy je bezrefleksyjnie lub obdarzamy co najwyżej pogardliwym spojrzeniem. Tymczasem Anna Cymer pokazuje, że często stoi za nimi niezwykle interesująca historia, podpowiada też, w jaki sposób czytać taką architekturę - dla wielu zbyt jeszcze "świeżą" i nieoswojoną w kategoriach kulturowych. Nie da się wreszcie ukryć, że to epoka niezwykle barwna, widowiskowa, niepowtarzalna, która dała nam nie tylko wiele rzeczywiście kiczowatych i tandetnych realizacji, ale przyniosła też szereg obiektów, które już teraz uznać można za ponadczasowe i fascynujące. Absolutnie obowiązkowa lektura dla wszystkich - nie tylko miłośników architektury!
kunieczko - awatar kunieczko
ocenił na 9 1 rok temu
O pisaniu Anton Czechow
O pisaniu
Anton Czechow
Dlaczego nikt dotąd nie pokusił się o napisanie jakiejś opinii dla niewielkiej książki, która jest wyborem fragmentów z notatnika i epistolografii Antoniego Czechowa? Nie wiem i nie zamierzam snuć dywagacji na ten temat. Wspomnę jedynie, że mimo swoich rozmiarów lektura wyboru korespondencji klasyka daje dużą przyjemność. Chciałabym mieć takiego nauczyciela. Nie owija w bawełnę i jasno wyraża swoje myśli, dotyczące pisarstwa znajomych. Kilka smakowitych cytatów: "Nienawidzę zakłamania i przemocy w każdej postaci." "Kto niczego nie pragnie, niczego się nie spodziewa i niczego nie boi, ten nie może być artystą." "Szanuj się, na miłość boską, i powsciagnij rękę, gdy w głowie pusto. Pisz najwyższej dwa opowiadania w tygodniu, żeby trud rzeczywiście był trudem. Nie zmyślaj cierpień, których nie zaznales, i nie maluj obrazów, których nigdys nie widział, ponieważ kłamstwo jest o wiele nudniejsze w literaturze niż w rozmowie..." Kończąc pomału, ponieważ Czechow bardzo wysoko cenił zwięzłość, coś w tym temacie. "Wykreślam bez pardonu. Dziwna rzecz, mam teraz manię zwięzłości. Cokolwiek czytam - własne czy cudze - wszystko wydaje mi się nie dość zwięzłe." Na zakończenie ciut ostrzej: "Ludzie pióra, zwłaszcza prawdziwi artyści, dawno powinni stwierdzić, że człowiek na tym świecie nic nie rozumie, do czego już kiedyś przyznał się Sokrates, a po nim Wolter. Motłoch sądzi, że wszystko rozumie i wszystko wie, a im jest głupszy, tym - w jego mniemaniu - szersze ma widnokręgi. Toteż jeśli artysta, któremu motłoch wierzy, odważy się stwierdzić, że nie rozumie nic z tego, co widzi dokoła, będzie to już jakaś zdobycz w dziedzinie myśli i duży krok naprzód."
Tusiak - awatar Tusiak
ocenił na 8 2 lata temu

Cytaty z książki Wariacje Goldbergowskie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Wariacje Goldbergowskie