To, co możliwe

Okładka książki To, co możliwe
Elizabeth Strout Wydawnictwo: Wielka Litera Cykl: Lucy Barton (tom 2) literatura piękna
288 str. 4 godz. 48 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Cykl:
Lucy Barton (tom 2)
Tytuł oryginału:
Anything Is Possible
Data wydania:
2024-03-27
Data 1. wyd. pol.:
2017-09-13
Liczba stron:
288
Czas czytania
4 godz. 48 min.
Język:
polski
ISBN:
9788383600512
Tłumacz:
Paweł Lipszyc
Średnia ocen

                7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup To, co możliwe w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

To, co możliwe



książek na półce przeczytane 1289 napisanych opinii 738

Oceny książki To, co możliwe

Średnia ocen
7,0 / 10
456 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
708
608

Na półkach: ,

Uwielbiam powieści Elizabeth Strout, ale ta do moich ulubionych nie będzie należała. To drugi tom cyklu o Lucy Barton, pisarce, którą po raz pierwszy poznajemy w książce „Mam na imię̨ Lucy”. Oczywiście jak u Strout jest tutaj mistrzowsko wykreowany świat małej miejscowości, z jej nietuzinkowymi, wyrazistymi postaciami. Niestety, to co zwykle podoba się mi w tworzonych przez nią fabułach – wysublimowana powolność w prowadzeniu narracji, literacki spokój i równowaga, tutaj leciutko skręcało w kierunku znużenia. Na plus – to możliwość wejrzenia w społeczność, w której wychowywała się Lucy, a z kolejnych powieści cyklu wiadomo, że jej dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Po raz kolejny zastanawiałam się też, na ile Lucy Barton to alter ego samej pisarki…

Uwielbiam powieści Elizabeth Strout, ale ta do moich ulubionych nie będzie należała. To drugi tom cyklu o Lucy Barton, pisarce, którą po raz pierwszy poznajemy w książce „Mam na imię̨ Lucy”. Oczywiście jak u Strout jest tutaj mistrzowsko wykreowany świat małej miejscowości, z jej nietuzinkowymi, wyrazistymi postaciami. Niestety, to co zwykle podoba się mi w tworzonych...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1003 użytkowników ma tytuł To, co możliwe na półkach głównych
  • 549
  • 454
188 użytkowników ma tytuł To, co możliwe na półkach dodatkowych
  • 101
  • 37
  • 12
  • 9
  • 8
  • 7
  • 7
  • 7

Inne książki autora

Elizabeth Strout
Elizabeth Strout
Jest autorką bestsellera „New York Times” Olive Kitteridge, powieści, za którą dostała nagrodę Pulitzera (2009). Napisała też Nie odstępuj ode mnie oraz Amy and Isabelle (nagroda „Los Angeles Times” Art Seidenbaum i „Chicago Tribune” Heartland Prize). Była finalistką nagrody PEN/Faulkner i londyńskiej Orange Prize, do której jest ponownie nominowana za swoją najnowszą powieść Mam na imię Lucy. Mieszka w Nowym Jorku.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Instrukcja dla pań sprzątających Lucia Berlin
Instrukcja dla pań sprzątających
Lucia Berlin
Zgromadzone teksty — wydane już po śmierci autorki — sprawiają, że książka, choć to zbiór opowiadań, przywodzi na myśl autobiograficzną kronikę życia, pełną chwil boleści, zmagań i codziennych drobin nadziei. Berlin koncentruje się przede wszystkim na kobietach żyjących na marginesie — samotne matki, wdowy, kobiety uzależnione, osoby pracujące fizycznie lub usługowo, często – sprzątaczki, pielęgniarki, osoby zajmujące się domem czy opieką. Ich życie nie jest ani przez chwilę idealizowane; Berlin pokazuje trudy, ubóstwo, wstyd, uzależnienie, chorobę, przemoc, a także miłość, poczucie winy, tęsknotę. W opowiadaniach Berlin wnika głęboko np. w psychikę kobiety zmagającej się z alkoholizmem; przedstawia pracę pielęgniarki w izbie przyjęć, jej codzienne doświadczenia ze śmiercią, cierpieniem, obserwacją ludzi w ekstremalnych sytuacjach; w jeszcze innym — los matki imigrantki, jej obawy, relacje z lekarzami, urzędami, opieką nad dzieckiem. Bohaterki Berlin nie zawsze są jednoznacznie silne. Czasem są zranione, czasem przegrywają, ale często właśnie przez te niedoskonałości czy ograniczenia stają się najbardziej przekonujące i prawdziwe. Ich życie to ciąg balansowania między obowiązkami — wobec dzieci, pracy, samych siebie — a pragnieniem ucieczki, oddechu, normalności. Jednym z głównych atutów tej książki jest styl Berlin: prosty, surowy, często fragmentaryczny, z elementami humoru nawet w bardzo trudnych momentach. Narracja nie zawsze idzie linią prostą — wydarzenia się przeplatają, czasami przeskakują; narratorka często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, co zwiększa poczucie intymności i autentyczności. Tytuł „Instrukcja dla pań sprzątających” stanowi zabieg ironiczny: choć nagłówek sugeruje poradnik, instrukcje tu są bardziej elementem literackiego kolażu, sposób na opowiedzenie o pracy, o hierarchiach społecznych, o relacjach między pracującą kobietą a osobami, dla których sprząta, i — szerzej — o byciu kobietą w trudnych warunkach. Humor i tragizm często idą tu w parze: Berlin potrafi pokazywać absurd życia — czy to związany z biurokracją, czy z własnym uzależnieniem, czy z nierównościami społecznymi — ale robi to bez patosu, z akceptacją i empatią. Niektóre opowiadania brzmią tak, jakby miały swoje źródło w życiu. Berlin zna smak ubóstwa, walki, niesprawiedliwości, samotności. To nie fikcja odkryta z oddali, ale doświadczenie z pierwszej ręki. Autorka nie próbuje upiększać: odsłania, pokazuje rany, ale także momenty bliskości, miłości, humoru. Te kontrasty wzmacniają przekaz. Chwilami nieco męczy brak linearności / porządku. Ten zbiór wymaga koncentracji; wydarzenia, osoby, miejsca mogą się powtarzać, ale nie zawsze wiadomo, w jakiej relacji czasowej lub geograficznej. To może dezorientować czytelnika przyzwyczajonego do bardziej chronologicznego czy kontekstualnego prowadzenia. Czasami opowieści są niedokończone — Berlin często wprowadza sytuacje, które nie mają jasnego zakończenia; pozostaje pytanie, domysł; niektóre opowieści uderzają swoją prostotą, ale nie wszystkim może odpowiadać taka otwartość. Niektóre opowiadania są mocniejsze, bardziej zapadające w pamięć, inne — lżejsze albo mniej przekonujące. Książka Berlin pojawiła się w czasie, gdy literatura w dużej mierze znajdowała się pod wpływem autobiografii, gdy głosy osób dotychczas marginalizowanych zaczynały być słyszane. Berlin wpisuje się w ten nurt, ale nie stara się tylko być „autorką z marginesu” — jej pisarstwo to dyscyplina języka i narracji, to literatura, która wymaga od czytelnika zarówno współczucia, jak i refleksji. Ponadto swoją siłą uderza w tematy rzadziej eksplorowane: kobiety pracujące fizycznie, kobiety uzależnione, kobiety o wielorakich obowiązkach; życie, które nie pozwala na luksus banalnego optymizmu. Berlin nie daje łatwych rozstrzygnięć — nie chodzi o to, by pocieszać, ale by pokazywać. To zbiór, który zostaje w pamięci, bo Berlin potrafi mówić o rzeczach trudnych — alkoholizmie, ubóstwie, samotności, granicach wytrzymałości — w sposób, który nie znieczula, ale uczy widzieć.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Amy i Isabelle Elizabeth Strout
Amy i Isabelle
Elizabeth Strout
Elizabeth Strout to taka autorka, która nie potrzebuje fajerwerków, by wywołać poruszenie. Wystarczy jej mała kuchnia, zaparowane okno, i matka z córką, które próbują się nawzajem odnaleźć. Odnaleźć w sobie, w życiu, w tym wspólnym milczeniu. W "Amy i Isabelle" pisarka pokazuje, że najważniejsze historie dzieją się właśnie w zwyczajnym życiu, w jego ukrytym ciężarze i niewypowiedzianych słowach. Strout z bezbłędną uważnością zagląda tam, gdzie inni nawet nie patrzą, pod powierzchnię relacji. Do tych wszystkich, dusznych emocji zamkniętych w ciasnej kuchni. Do napięcia między tym, co powiedziane, a tym, co przemilczane. Amy i Isabelle – córka i matka , to duet, w którym miłość miesza się z wstydem, troska z kontrolą, a samotność… z pragnieniem bycia zauważoną. Jest w tej książce ból dorastania i ból macierzyństwa, ale nie ten krzykliwy – raczej ten, który szumi w głowie wieczorem, kiedy zgasną światła. Strout oddaje te uczucia z taką prostotą i czułością, że trudno się od niej oderwać. I tak trudno się nie odnaleźć choć trochę, w każdej z bohaterek. Uwielbiam w jej pisaniu tę mądrość, uważność i wrażliwość. To, jak nie ocenia, tylko obserwuje. Jak pozwala postaciom być niedoskonałymi, a jednocześnie głęboko ludzkimi. W "Amy i Isabelle" nie ma łatwych odpowiedzi, są tylko prawdziwe emocje, często zawstydzające, czasem bolesne – ale właśnie przez to tak bardzo nasze. To powieść o matkach i córkach, o pragnieniu bliskości i strachu przed nią, o dorastaniu do siebie i oddalaniu się od siebie… o życiu, które nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli – ale które wciąż można próbować zrozumieć, dzień po dniu.
magdalena - awatar magdalena
oceniła na 9 8 miesięcy temu
Nieczułość Martyna Bunda
Nieczułość
Martyna Bunda
To jedna z tych powieści, które wciągają od pierwszych stron nie efektowną akcją, lecz gęstą atmosferą i emocjonalną prawdą. Czyta się ją znakomicie – język jest oszczędny, a jednocześnie nasycony znaczeniami, dzięki czemu historia płynie naturalnie, bez zbędnych dłużyzn, ale pozostaje w czytelniku na długo. Kaszuby nie są tu jedynie tłem wydarzeń, lecz pełnoprawnym bohaterem opowieści. Surowy krajobraz, rytm życia wyznaczany przez naturę i tradycję, zamknięta społeczność – wszystko to wzmacnia poczucie ciężaru przeszłości, z którą bohaterowie muszą się mierzyć. W centrum stoi matka, kobieta naznaczona powojennymi traumami, żyjąca bardziej wspomnieniami i lękami niż teraźniejszością. Jej emocjonalna niedostępność, tytułowa nieczułość, nie jest jednak chłodną obojętnością, lecz tarczą ochronną, próbą przetrwania po doświadczeniach, których nie da się wypowiedzieć. Trzy córki – każda inna, każda wyrazista i przekonująca psychologicznie – pokazują różne sposoby radzenia sobie z dziedziczonym bólem. Ich siła nie polega na braku słabości, ale na umiejętności trwania, na cichym oporze wobec losu. Łączy je dom i więź krwi, która bywa zarówno ciężarem, jak i jedynym oparciem. Relacje między kobietami są skomplikowane, pełne napięć, przemilczeń i niewypowiedzianych pretensji, a jednocześnie głęboko poruszające w swojej autentyczności. Historia jest naprawdę niesamowita – surowa, momentami bolesna, ale też piękna w swojej prawdzie. To opowieść o dziedziczeniu traumy, o kobiecej sile, o miłości wyrażanej nie gestami, lecz trwaniem obok siebie mimo wszystko. Powieść, która nie krzyczy emocjami, lecz sączy je powoli, zostawiając czytelnika z poczuciem, że obcował z czymś ważnym i bardzo prawdziwym.
Sylwia - awatar Sylwia
oceniła na 9 3 miesiące temu
O matko! Alejandro Palomas
O matko!
Alejandro Palomas
Niejedna polska rodzina mogłaby zobaczyć swoje odbicie w obrazie opisanym w powieści hiszpańskiego pisarza, tłumacza i dziennikarza Alejandro Palomasa. Na portret składają się tutaj portrety kolejnych członków rodziny, a każdy z nich ma dwa oblicza- to, co przeznaczone jest dla świata i to, co kryje się głęboko wewnątrz każdej postaci. Bohaterowie skrywają swoje problemy nawet przed samymi sobą. Całość ma charakter sztuki teatralnej, choć jest zbudowana jak zwyczajna powieść. Uczestniczymy bowiem w przyjęciu noworocznym, na którym spotyka się cała rodzina Amalii. Oprócz niej są jeszcze jej dwie córki i syn oraz wuj i partnerka jednej z córek. Są rozmowy, żarty, sprzeczki, ale wyczuwamy, że każdy bohater ma w tym dniu do zakomunikowania coś ważnego. Co ciekawe wszyscy naznaczeni są jakąś stratą- śmiercią ukochanej, rozstaniem z chłopakiem, rozwodem, utratą dziecka- i żaden z bohaterów nie mówi o swoim problemie. Są to tematy tabu, a ich unikanie powoduje, że relacje między nimi spowija jakaś aura sztuczności, udawania kogoś, kimś się nie jest. Istotne jest jednak jedno puste krzesło pozostawione przy stole. Dla kogo? Myślałam o tym przez prawie całą lekturę, aż poznałam odpowiedź na samym końcu. „O matko!” to bardzo intymna książka. Autor wnika w relacje rodzinne bardzo głęboko i pokazuje, na czym polega siła rodziny. Poszczególni członkowie klanu Amalii są irytujący, ma się wrażenie, że wcale nie mają ochoty spędzać ze sobą czasu, a jednocześnie czuje się, że to ludzie potrzebujący siebie nawzajem, spragnieni matczynego ciepła, wsparcia rodzeństwa i akceptacji swoich życiowych wyborów. Najbardziej wzruszyła mnie historia młodszej siostry Fernanda Emmy, która odwiedza matkę z życiową partnerką Olgą. Wspomnienie jej poprzedniego, tragicznie zakończonego związku jest bardzo poruszające i rzuca światło na przyczyny dziwnego zachowania dziewczyny. Równie pokiereszowana przez życie jest z pozoru silna i opanowana Silvia. Powody, dla których zachowuje się jak zaprogramowany robot są równie smutne jak w wypadku jej siostry. Z kolei ich matka Amalia wydaje się być nieco szurniętą starszą panią, oderwaną od świata i życia, naiwną do bólu, a momentami nawet nieco głupiutką. W istocie okaże się być prawdziwą matką, która wie, jak dać wsparcie swoim zagubionym w rzeczywistości dzieciom, a w dodatku bezdyskusyjnie akceptującą ich styl życia i preferencje seksualne. Wychodzi z niej prawdziwie kobieca mądrość i ogromna empatia. Alejandro Palomas zaserwował nam tutaj sporo humoru, którego nie sposób nie docenić. Tyrady Amalii, która myli podobnie brzmiące słowa (genetyczny czy genitalny- co za różnica?!), jej rozmowy z Silvią brzmiące jakby każda mówiła w innym języku, czy przechwałki wujka- playboya są naprawdę zabawne. Trochę przypominała mi ta powieść filmy w rodzaju „Cicha noc” czy „Chrzciny”, w których zastosowany został podobny schemat: rodzina spotykająca się z okazji jakiegoś święta i powoli ujawniające się tajemnice o kolejnych jej członkach. Myślę, że o każdej rodzinie dało by się coś podobnego napisać. A Alejandro Palomas zrobił to z dużym wyczuciem i wdziękiem. Dlatego polecam tę książkę wielbicielom powieści z wnikliwą psychologią postaci.
Anna-Maria - awatar Anna-Maria
oceniła na 7 2 lata temu
Świat w płomieniach Siri Hustvedt
Świat w płomieniach
Siri Hustvedt
Harriet Burden, po mężu Lord, jest artystką, która na własnej skórze odczuła, jak trudno być artystką w męskim świecie sztuki, na dodatek będąc żoną znanego i cenionego marszanda. Kiedy ktoś pyta znajomych jej męża, czy kojarzą Harriet, to niewielu mówi o jej sztuce, za to wielu o tym, jakie niesamowite przyjęcia wydawała… Bez komentarza. Kiedy mąż umiera, Harriet przechodzi przez okres głębokiej depresji, a później postanawia zrobić coś bardzo nieortodoksyjnego, swoisty eksperyment. Znajduje trzech mężczyzn artystów i „przywdziewa ich maski”, żeby pokazać trzy swoje prace - wielkie, dziwne instalacje. Każdy z nich godzi się na wypożyczenie swojej twarzy i nazwiska. I przy dwóch pierwszych mistyfikacjach wszystko idzie dobrze, gorzej przy trzeciej, bo artysta o pseudonimie Rune okazuje się przebiegłym facetem, który przywłaszczy sobie prace Harriet, a o niej powie, że przecież ona może mówić, co chce, oskarżać go bezpodstawnie, bo ma problemy psychiczne po śmierci męża (kobieta wariatka, kobieta histeryczka, kobieta ze zbyt silnymi emocjami – jak ja „uwielbiam” ten stereotyp). A „Poniżej” to jego dzieło, to jego kreacja, to jego pomysł. A potem na dodatek Rune umiera w dość niespodziewanych i może nieco podejrzanych okolicznościach. Możecie sobie wyobrazić, co się dzieje, kiedy Harriet próbuje głośno powiedzieć, że to ona jest autorką tych prac. Niektórzy wierzą, ale wielu nie. Przecież kobieta nie mogła stworzyć czegoś takiego. Przecież jeśli mężczyzna podpisał to swoim nazwiskiem, to kończy to dyskusję – on jest autorem. Ona może go inspirowała, może raz czy dwa pojawiła się w pracowni… Może… Powieść określana jest jako błyskotliwa i prowokacyjna. Zgadzam się. Została nominowana do Bookera w 2014, co świadczy o tym, że coś w niej jest. Też się zgadzam, rzeczywiście jest to dowód talentu autorki i jej literackiej wyobraźni, ale jednocześnie trzeba powiedzieć to jasno i głośno - ten literacki kunszt i wyobraźnia nie przełożyły się w tej powieści na linearne, „klasyczne” prowadzenie fabuły. Hustvedt skonstruowała opowieść, która jest jak szalona, fragmentaryczna układanka, jak utwór muzyczny, w którym kilka linii melodycznych pojawia się zaskakujących momentach, łączy ze sobą, zagłusza jedna drugą, przez chwilę brzmi synchronicznie, a potem rozjeżdża się absolutnie. Dlaczego tak jest? Bo „Świat w płomieniach” zapewne przypominałby projekty swojej powieściowej bohaterki – skomplikowane, zaskakujące, momentami zachwycające, momentami obrzydliwe, miniaturowe w jednym miejscu, przerysowane, karykaturalne lub monstrualne w drugim. I tak jak osoby oglądające dzieła Harriet Burden muszą się pochylić, spojrzeć uważnie, zauważyć detale i szczegóły, w których autorka przemyca całe mnóstwo informacji, które łatwo przegapić, jeśli nie jest się bardzo skupionym, to czytelnicy stają się takimi samymi uważnymi detektywami. Hustvedt nie napisała tradycyjnej powieści. Ona dała nam zbiór tekstów. Znajdziecie tu obszerne fragmenty dzienników Harriet, która ta pisała z pasją i bez ograniczeń ani ilościowych, ani tematycznych. Będą artykuły, listy, zapisy wywiadów i rozmów. Będą punkty widzenia całego mnóstwa osób, które z Harriet miały kontakt oraz takich, które wcale nie musiały go mieć, bo przecież można mieć wyrobione zdanie na każdy temat nawet bez znajomości opowieści obu stron jednego zdarzania czy historii, prawda panowie krytycy i panowie eksperci od sztuki? Ale ku mojemu zaskoczeniu taka forma powieści nie odebrała jej ani grama emocjonalności. Śledzenie historii Burden wywołuje cały wachlarz odczuć, pośmiejecie się, zapłaczecie, poczujecie obrzydzenie i zachwyt. Jednak nie będę nawet ukrywać, że to nie jest książka dla każdego. Jest takie piękne słowo - „erudycyjna” i ono tu pasuje jak ulał, bo autorka miesza gatunki, pisze o całej gamie tematów, odwołuje się swobodnie do nauki, literatury i sztuki, co skutkuje tym, że na jednej stronie mamy króciutki esej o filozofii, na kolejnej rozważania o neuronauce, a wszystko „posypane” cytatami z kilku książek. Tu nie ma miejsca na niezaangażowane czytanie. Na dodatek nawet uważny czytelnik będzie stawiany w sytuacji, kiedy jedno zdanie będzie zawierać trzy słowa, których się nie rozumie. I tak, znacie mnie, ja nie lecę i nie sprawdzam od razu wszystkiego, nie robię notatek i nie przyklejam karteczek. Uznaję, że na tym się nie znam, za to zna się pisarka i jej powieściowa bohaterka, doceniam, podziwiam i szanuję, ale nie rozdzieram szat, że nie wiem. Przy okazji niskie pokłony dla tłumacza tej powieści, Jerzego Kozłowskiego, bo ja mogę się po jakimś terminie naukowym lub fragmencie cytatu „prześlizgnąć” wzrokiem i umysłem, on nie miał takiej możliwości.
Intensywni - awatar Intensywni
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Oto jestem Jonathan Safran Foer
Oto jestem
Jonathan Safran Foer
Jonathan Safran Foer przebył długą drogę: zaczął od niezwykłej wyprawy w poszukiwaniu żydowskiej historii i tożsamości (Wszystko jest iluminacją), poprzez kilka innych mocnych książek; w koncu – Oto jestem, czyli parodia Odysei według Foera. “Spójrz na Julię i Jacoba, małżeństwo z 16-letnim stażem. Czego im brakuje? Tego, co ich połączyło. Na początku zależało im, starali się, chcieli. Potem powołali do życia pierwszą istotę, dwie kolejne. Pojawiła się odpowiedzialność, jednocześnie każde z nich zaczęło się zamykać w sobie coraz mocniej, gubić w codzienności. Wygasło pożądanie, pojawił się wstyd, tajemnice”. Czyżby Oto jestem było zatem powieścią o upadku małżeństwa, a tym samym – rodziny? Czyżby podjął jeden z najbardziej eksploatowanych motywów literackich i, jako kolejny, przepuścił go przez siebie? Faktycznie, Foer nie jest nowatorski ani w treści, ani w formie – wygrał szczerością. Oto jestem to przede wszystkim wiwisekcja małżeństwa. Rozpisana na role-napięcia między aktorami dramatu: Jacoba, Julię, ojca oraz pradziadka Jacoba – Irva i Isaaca, oraz najmłodszych, czyli Sama, Maxa i Benjy’ego. Pierwsze, co nasuwa się po przeczytaniu powieści, to słowo „klatki”. Każdy z bohaterów jest zamknięty w swego rodzaju więzieniu. Jacob i Julia są zamknięci w piekle swojego małżeństwa, które ostatecznie – żaden spoiler, mniej więcej po 20 stronach można wyczuć ich emocje – okazuje się niewypałem. Irv, ojciec Jacoba, to rasista i ksenofob, prowadzący bloga, na którym publikuje antyarabskie i pełne krzywdy oraz poczucia winy teksty. Isaac to z kolei wciąż niezabliźniona rana po Zagładzie. Dla Sama klatką jest Inne życie, gra komputerowa, a także forma swojej niedojrzałości, połączona z nieuchronną bar micwą, czyli żydowskim wejściem w dorosłość. Nawet Argus, pies Jacoba, jest uwięziony w starości i chorobie. Każdy usiłuje z czegoś wyjść, z czegoś do czegoś uciec. W chęci ucieczki nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie fakt, że bohaterowie sami nie wiedzą, czego tak naprawdę chcą, a ich klatki mają tak grube kraty, że żaden z nich, choćby chciał, i tak nie ucieknie. Pozostaje im miotanie się między formami, między gębami; wiecznie przeglądają się w zwierciadle społeczeństwa, za wszelką cenę chcą do niego pasować, a jednocześnie żyć w wolności – i na tym polega ich tragedia. Sam Jacob powie przecież: „Poświęciłem mnóstwo swojego skończonego ziemskiego czasu na błahe rozmyślania, błahe emocje, wślizgiwanie się pod drzwiami do wolnych pokojów. Ile godzin spędziłem w sieci, oglądając po raz kolejny te same durne filmiki, przepatrując dokładnie spisy domów, których nigdy nie kupię, klikając raz po raz by sprawdzić, czy nie przyszły zdawkowe mejle od ludzi, na których mi nie zależy? Ile siebie, ile swoich słów, uczuć i działań z przekonaniem powstrzymywałem?”. Może Foer nie pisze tylko o małżeństwie, ale o nas wszystkich – o przeroście świata, przeroście, który boli coraz bardziej. Poczucie klęski wzmacnia także odwrócony przez Foera mit o Odyseuszu. Argus to Argos – bezgranicznie wierny Odyseuszowi-Jacobowi, jego żona, Julia, to Penelopa, pojawiają się też zalotnicy Penelopy (Marc i Daniel). Foer, burząc mit o Odyseuszu, opowiada jednocześnie o upadku rodziny; dobitnie podkreśla, że nie ma czegoś takiego jak „dom”, „powrót do domu”, „odzyskanie domu” czy „poszukiwanie domu”. Penelopa-Julia jest przytłoczona codziennymi obowiązkami; siłą rzeczy w jej oczekiwanie na powrót dawnego męża wkrada się rutyna, nuda, szarość, a wreszcie – nienawiść i potrzeba odrzucenia swego dotychczasowego życia. Odys-Jacob nie zamierza powrócić do żony, najbardziej boli go to, że sam nie wie czego chce. Pozostaje mu tylko samotność w podróbce domu, którą ostatecznie sam sobie stworzy. Penelopa pójdzie za zalotnikiem, a Odyseusz będzie żył i umrze w poczuciu klęski. Oboje zmęczeni sobą nawzajem – i cierpiący przez zły wybór. Czyżby Foer napisał powieść głęboko konserwatywną? W pewnym sensie tak, opowiada przecież o kresie rodziny. Jonathan Safran Foer pozostawia za sobą mnóstwo niedopowiedzeń, które kryzys małżeński drążą – ale wiele rozgrywa się też między słowami; trudno jednoznacznie stanąć po stronie Jacoba lub Julii, kluczowe kwestie pozostają zawieszone bądź przekłamane. „Jacob i Julia próbowali. Wymyślali znaki, przeliterowywali słowa w obecności wciąż małych dzieci, były też zasady. Ale język, który stworzyli i tworzyli nawet w tej chwili, zawęził świat, zamiast go objaśniać”. Blochowie to Buddenbrookowie Stanów Zjednoczonych, jednak upadek tych pierwszych tkwi w przeroście codzienności, który ich zabił. Trudno także poszukiwać w jego powieści jakiejkolwiek nadziei – jeśli Foer przekreśla mit o Odyseuszu, przekreśla sens dążenia do budowania jakichkolwiek ryzykownych relacji. Bo czy nie taką jest małżeństwo? Oprócz kryzysu małżeństwa/rodziny Foer nakreśla także panoramę żydowskiej społeczności w Stanach Zjednoczonych, mnogość postaw, konfliktów i tarć międzypokoleniowych. Isaac Bloch należy do pokolenia najstarszego, wciąż pamiętającego Zagładę; wciąż krwawi. Irv, jego syn, nosi w sobie poczucie wyjątkowości żydowskiej krzywdy; dla niego Holocaust nie jest już czymś, o czym należy jak najszybciej zapomnieć i spróbować odnaleźć się w świecie „po”, zacząć od nowa – Holocaust to narzędzie politycznych gier i element wywierania presji na tych, którzy są Żydom obojętni lub otwarcie deklarują antysemityzm. Irv pozostaje zawieszony między Ameryką (snem) a Izraelem (snem, do którego wstydzi się przyznawać). Jacob i Julia to z kolei pokolenie pozostające obojętne na Zagładę, a skupione wyłącznie na małżeńskich niesnaskach i rosnącym głazem codzienności. Ich przeciwieństwem jest kuzynostwo Jacoba rodem z Izraela, pojawiające się jako kontra dla małżeństwa Blochów – z jednej strony są Żydzi amerykańscy, nadpsuci, a z drugiej – kibucowy kręgosłup i kibucowa moralność izraelskich kuzynów. Foer wyszydza jednych i drugich, w Blocach widząc pokolenie zagubione w szarości i poczuciu „nie wiem, czego chcę”, a w Izraelczykach – militarnych fanatyków. Sam, Max i Benjy to z kolei millenialsi – chcący świadomie decydować o sobie miłośnicy nowych technologii i Facebooka. W jaki zatem sposób wygrywa Foer z konwencją i pisze tak, że z każdą stroną chce się czytać dalej (chociaż znalazłyby się też fragmenty przegadane czy doklejone na siłę)? Jego sekret tkwi w kreacjach bohaterów, ich drobnych cechach i dziwactwach, które pozostają z tyłu głowy, oraz wiarygodności – trudno się zresztą dziwić, skoro Foer w 90 zapewne procentach posklejał powieść z siebie samego. Jest także wnikliwy i gorzki w analizie społeczeństwa, ironiczny w poszukiwaniu żydowskiej tożsamości oraz uciekaniu od niej, a także bolesny w diagnozie współczesności, małżeństwa, rodziny. Jacob-Odyseusz-Foer na kartach powieści tworzy Biblię – księgę uczuć i emocji, których nikt nie będzie umiał w przyszłości odtworzyć, zrekonstruować. „Jak zagrać kłucie nadziei”, „Jak zagrać dom”, „Jak zagrać ostatnią w pełni szczęśliwą chwilę” – to tytuły poszczególnych ksiąg owej Biblii. Może nawet Foer, poprzez małżeństwo, opowiada o nas wszystkich; o dziwnym kryzysie, w jakim się pogrążamy i ledwo sobie z tego zdajemy sprawę. Wyjątkowo ponurą wróży nam przyszłość. Pierwszy cytat pochodzi z wywiadu Michała Nogasia z Jonathanem Safranem Foerem pod tytułem Niebezpieczny spacer po miękkim dywanie. Pozostałe cytaty pochodzą z książki Foera.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na 6 1 rok temu
Swing Time Zadie Smith
Swing Time
Zadie Smith
Dotarłam do szczytu rankingu moich ulubionych powieści Zadie Smith, chociaż naprawdę wiele jeszcze przede mną. „Swing time” mnie kupiła już na samym początku, mimo lekkiego zwolnienia przy końcu powieści. Poznajemy życie bezimiennej bohaterki wychowywanej w mieszanej rasowo rodzinie oraz równolegle jej przyjaciółki. Razem z Tracey marzą o zostaniu tancerkami, bardzo wiele łączy te dziewczynki, ale także różni. Jedna ma wrodzony talent, druga musi się sumiennie uczyć. Odmienne charaktery, przebojowość i sytuacje rodzinne sumują wspólne dorastanie, poszukiwanie własnego ja i celu w życiu. Można powiedzieć, że ta powieść to samo życie, od Anglii, po Stany i Afrykę co jakiś czas przecinając drogi dziewczyn, a później dorosłych kobiet. Autorka ponownie oddała głos trudnościom z jakimi muszą się mierzyć ludzie wobec rasizmu, nierówności społecznych oraz oddania w wychowaniu własnych dzieci. Gdzie jest granica w pilnowaniu i decydowaniu za nie? Dwie rożne metody, a w nich żadna, która gwarantowałaby stuprocentowe szczęście i spełnienie dziecka. W tej historii dostajemy bardzo dużo kobiecości, jej przyjaźni i nigdy nieodłącznej rywalizacji. Miejsce, w którym się rodzimy ma ogromny wpływ na nasze decyzje, nasza bezimienna bohaterka widzi ten kontrast podróżując do wiosek Afryki, a także podczas pracy z idolką z dzieciństwa. Wiele pobocznych postaci zostawia po sobie lekcje, wszystkie coś wnoszą do życia dziewczyny, a musimy przyznać, że jest ona bardzo dobrą obserwatorką. Jest to historia o przynależności, o znalezieniu swojego miejsca i swoich ludzi oraz o tym jak wszystko można szybko stracić. Przepięknie napisana, wprawnym językiem Smith, którego nie da się z niczym innym pomylić i zapomnieć. Bardzo polecam, warto! Dziękuję za egzemplarz @wydawnictwoznakpl
goszcze_w_slowach Aleksandra - awatar goszcze_w_slowach Aleksandra
oceniła na 8 25 dni temu
Pod śniegiem Petra Soukupová
Pod śniegiem
Petra Soukupová
Jak zwykle Petra Soukupova przeorała mój umysł. Podziwiam jej sposób opowiadania historii, tę niezwykłą zdolność do przedstawiania świata z poziomu bohaterów. Wszystkie sytuacje i wydarzenia, a także same postaci, poznajemy nie z opisu narratora, ale od środka, na podstawie strumienia myśli oraz wypowiadanych słów (a jedno i drugie często jest zupełnie różne). W "Pod śniegiem" również wędrujemy, a raczej skaczemy, po głowach bohaterów i każdą sytuację widzimy ich oczyma. Rozumiemy doskonale jedną postać i jej współczujemy, za chwilę czytamy myśli kolejnej osoby, ją też rozumiemy, potem następną... I tak wciąż, kołowrotek ludzkich myśli, bardzo prawdziwych, wiele z nich zdaje się być wyciągnięte z naszego życia, z naszych głów. I każdy z bohaterów ma (zgodnie ze słowami Piłsudskiego) swoją rację i nie ma pojęcia jaka jest racja drugiej osoby. I chyba go to nie interesuje. Smutny obraz tego, jak bardzo można być samotnym wśród ludzi, nawet tych najbliższych. I wszyscy są temu winni, bo nikt nie jest szczery wobec innych. Nikt nie mówi, co go boli, czego nie lubi, o czym marzy. Bliskość i czułość są w tej rodzinie tylko dla malutkich dzieci, ale te dzieci, gdy dorosną powielają zachowania rodziców, błędne koło. Chociaż w swej wymowie powieść jest naprawdę gorzka, wręcz przygnębiająca, to zdecydowanie ją polecam. Daje do myślenia.
Juanita - awatar Juanita
oceniła na 8 1 miesiąc temu
Nikt mnie nie ma Åsa Linderborg
Nikt mnie nie ma
Åsa Linderborg
"Nikt mnie nie ma" Åsy Linderborg to autobiograficzny książka, która wywołuje emocje na wielu poziomach, łącząc w sobie osobistą historię z szerszym kontekstem społecznym. Już od pierwszych stron czujemy ciężar, który spoczywa na małych barkach głównej bohaterki. Åsa, jako kilkuletnia dziewczynka, z całych sił próbuje zrozumieć świat wokół siebie, w którym jej ukochany ojciec staje się zarówno źródłem poczucia bezpieczeństwa, jak i bólu. Relacja między Åsą a jej ojcem została przedstawiona w sposób niezwykle autentyczny. Z jednej strony mamy tu ciepło dziecięcej miłości, idealizację ojca, który staje się dla niej bohaterem. Z drugiej odczucie strachu i zagubienia, które jej towarzyszy. Z biegiem czasu odkrywa, że ojciec jest nieudacznikiem, uzależnionym od alkoholu i niezdolnym do funkcjonowania w coraz bardziej skomplikowanej rzeczywistości lat 70 w Szwecji. Ten rozłam między wizją idealnego ojca a brutalną rzeczywistością jest wyjątkowo poruszający. Autorka w mistrzowski sposób ilustruje nie tylko osobistą tragedię, ale także szerszy obraz społeczeństwa, które staje w obliczu szybkich zmian. Szwecja tamtych lat, opisana przez pryzmat patologicznej relacji ojca i córki, jawi się jako miejsce pełne kontrastów. Przez całą książkę towarzyszy nam poczucie bezsilności i smutku. Nie byłam w stanie uniknąć emocjonalnego zaangażowania w historię Åsy. Czułam jej ból, kiedy uświadamia sobie, że jej ojciec nie jest tym, kim sądziła. To uczucie zdrady, która przychodzi z dorastaniem, jest pięknie, choć tragicznie. "Nikt mnie nie ma" to nie tylko opowieść o trudnej relacji rodzinnej, ale także refleksja nad utratą, nadzieją i procesem dorastania w świecie, który nie zawsze jest przyjazny. To historia, która zmusza do myślenia. Linderborg pisze o trudnych sprawach w sposób przystępny, ale głęboki, co sprawia, że ta książka pozostaje w pamięci na długo po jej zakończeniu. To poruszająca lektura, która zostawia nas z wieloma pytaniami i refleksjami.
mamausza - awatar mamausza
oceniła na 8 1 rok temu

Cytaty z książki To, co możliwe

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki To, co możliwe