Bob McLeod J. M. DeMatteis Mike Zeck Bob Sharen
„Kraven’s Last Hunt” to jedno z najwybitniejszych dzieł komiksowych nie tylko w ramach uniwersum Marvela, ale i szeroko rozumianej literatury graficznej. Opublikowana po raz pierwszy w 1987 roku sześcioczęściowa opowieść autorstwa J.M. DeMatteisa (scenariusz) i Mike’a Zecka (rysunki), zilustrowana przez Boba McLeoda i pokolorowana z niebywałą wrażliwością przez Boba Sharen’a, stanowi kamień milowy w narracyjnej i estetycznej ewolucji komiksu superbohaterskiego. „Ostatnie łowy Kravena” to mroczna medytacja nad kondycją ludzką, narracja egzystencjalna, w której superbohater jest raczej soczewką refleksji niż obiektem młodzieńczej fascynacji.
Nie sposób nie rozpocząć tej analizy od samej konstrukcji narracyjnej, która wyłamuje się ze schematów. DeMatteis, posługując się strukturą wewnętrznych monologów i kontrapunktem głosu Kravena oraz Spider-Mana, tworzy dualistyczną strukturę dusz – metaforyczny dialog życia i śmierci, światła i mroku, porządku i chaosu. Kraven, rosyjski arystokrata, uosabia dekadencki resentyment – tęsknotę za światem, który odszedł, oraz desperacką potrzebę przezwyciężenia własnej nieadekwatności wobec nowoczesności. Jego decyzja, by „zastąpić” Spider-Mana i udowodnić swoją wyższość, nie jest wyrazem megalomanii, lecz tragicznego romantyzmu, który na poziomie literackim przywołuje konotacje z Raskolnikowem Dostojewskiego i Konradem z „Dziadów”.
Szczególne uznanie należy się językowi, którym DeMatteis operuje w tej opowieści. Jest on gęsty, introspektywny, niekiedy wręcz poetycki – co w medium komiksowym, często zdominowanym przez dialogi użytkowe i ekspozycyjne, jawi się jako twórcza rewolucja. Wewnętrzne monologi Kravena przypominają strumień świadomości – pulsujący, nerwowy, pełen obsesyjnych repetycji i apollińskiej logiki próbującej okiełznać dionizyjskie wnętrze. To język człowieka, który przestał wierzyć w sens, a mimo to pragnie go ostatni raz dotknąć poprzez symboliczny akt dominacji i śmierci.
Z kolei Spider-Man, choć przez dużą część historii nieobecny fizycznie – pogrzebany żywcem przez swojego oprawcę – funkcjonuje jako obecność niemal mistyczna. Jego powrót ze śmierci to nie tylko fizyczne wydostanie się z grobu, ale także metaforyczne zmartwychwstanie ducha, który nie pozwala się złamać. Jest to jeden z najbardziej wymownych momentów w całym kanonie Marvela – akt nie tyle triumfu nad wrogiem, ile nad samym zwątpieniem. Zmartwychwstanie Petera Parkera to mit w czystej postaci – heroiczna apoteoza człowieczeństwa, które mimo słabości i cierpienia odnajduje sens w dalszym działaniu.
Warto także zatrzymać się przy rysunkach Mike’a Zecka. Jego kreska, twarda, realistyczna, ostra, współgra z psychologicznym ciężarem opowieści. Nie ma tu miejsca na pastelowe kolory czy bajkowe uproszczenia. Sceny są ciemne, nasycone cieniem i deszczem – urbanistyczne piekło Nowego Jorku zamienia się w przestrzeń symboliczną, naznaczoną niemal biblijnym cierpieniem i katharsis. Zeck perfekcyjnie oddaje emocje twarzy, gestów, spojrzeń – szczególnie w portretach Kravena, który na przestrzeni komiksu przechodzi drogę od pychy do pokory, od furii do ciszy, od życia do śmierci.
Nie sposób nie dostrzec też kulturowych odniesień, jakie niesie „Kraven’s Last Hunt”. To opowieść, która mogłaby z powodzeniem funkcjonować poza komiksem – jako dramat teatralny lub powieść psychologiczna. Ma w sobie ducha egzystencjalizmu Camusa i Sartre’a, romantycznego rozdarcia Byrona, i modernistycznej rozpaczy Eliota. Jednocześnie, dzięki medium komiksowemu, zyskuje ona dodatkową warstwę semiotyczną – obrazy, które nie tylko ilustrują, ale komentują, polemizują i wzmacniają tekst. Komiks staje się tu formą totalną – integrującą słowo i obraz w jednolitą strukturę artystyczną.
Kraven jako postać zasługuje na osobne studium. Jego samobójstwo – decyzja o odebraniu sobie życia po „zwycięstwie” – to jeden z najbardziej przejmujących momentów w historii Marvela. W przeciwieństwie do wielu antagonistów, którzy kończą swoje historie w huku i krzyku, Kraven odchodzi w milczeniu, z godnością, którą sam sobie przyznaje. To śmierć bardziej antyczna niż współczesna – przypomina samobójstwa bohaterów Sofoklesa czy Seneki, którzy poprzez akt ostateczny pragną zachować kontrolę nad własnym losem i nadać mu sens. To także akt odkupienia – Kraven, który przez całe życie łowił, sam staje się ofiarą.
Z perspektywy porównawczej, „Kraven’s Last Hunt” czerpie również z estetyki komiksów DC – zwłaszcza tych spod znaku Batmana, gdzie psychologizacja, mrok i motywy śmierci są dominujące. Nieprzypadkowo DeMatteis planował pierwotnie tę historię właśnie dla Batmana. Przeniesienie jej do świata Spider-Mana okazało się jednak zabiegiem genialnym – to właśnie dysonans między lekkim, młodzieńczym tonem większości opowieści o Człowieku-Pająku a ciężarem tej konkretnej historii sprawia, że „Ostatnie łowy Kravena” tak głęboko zapadają w pamięć. Jest to jakby interludium śmierci w symfonii życia – mroczny poemat wpisany w kolorową mitologię.
Ostatecznie „Kraven’s Last Hunt” to komiks, który redefiniuje pojęcie superbohatera. To nie tylko opowieść o walce dobra ze złem, ale filozoficzna przypowieść o tożsamości, granicach człowieczeństwa, potrzebie sensu i cenie, jaką płacimy za własne ideały. Dla filologa i miłośnika literatury, to dzieło pełne tropów, symboli i archetypów. Dla fana komiksów – niezapomniana opowieść o jednym z najbardziej dramatycznych momentów w historii Marvela. Dla intelektualisty – potwierdzenie, że komiks może być sztuką najwyższych lotów, zdolną do przekraczania gatunkowych i kulturowych granic.
Kraven nie jest już tylko łowcą. Jest tragicznym bohaterem. A Spider-Man nie jest tylko herosem. Jest symbolem nadziei, która nie umiera nawet wtedy, gdy zostaje pogrzebana.
Takie komiksy jak „Kraven’s Last Hunt” dowodzą, że opowieść obrazkowa może być równie wyrafinowana, głęboka i przejmująca jak największe dzieła literatury pięknej. To arcydzieło, które nie tylko zasługuje na uwagę, ale i na kontemplację.
Prawdopodobnie najlepsza rzecz od Marvela.
Opinia
Whedon i Cassaday staneli na wysokości zadania. W przeciwieństwie do wielu miałkich i głupiutkich opowieści o mutantach widać, że tu autorzy wiedzieli co robią i jak podejść do tematu. Whedon świetnie łączy absurdalność konceptu mutantów/superbohaterów w spandexie z bardziej poważnymi i dramatycznymi motywami (jak wynalezienie leku na mutację). Jest wartka akcja i dobrze pokazane relacje bohaterów. A wszystko to bez zbędnej pompy i przegadania (jak np. w New X-Men Granta Morrisona), napisane lekko i ze szczyptą humoru. Rysunki Cassaday'a są realistyczne i przejrzyste, całość ma filmowy styl, który świetnie komponuje się ze scenariuszem. Komiks bardzo dobry i ewidentnie widać tu pomysły, z których później Whedon skorzystał garściami przy tworzeniu pierwszego filmu o Avengers.
Whedon i Cassaday staneli na wysokości zadania. W przeciwieństwie do wielu miałkich i głupiutkich opowieści o mutantach widać, że tu autorzy wiedzieli co robią i jak podejść do tematu. Whedon świetnie łączy absurdalność konceptu mutantów/superbohaterów w spandexie z bardziej poważnymi i dramatycznymi motywami (jak wynalezienie leku na mutację). Jest wartka akcja i dobrze...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to