Punkt równowagi

Okładka książki Punkt równowagi
Andrzej Bobkowski Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie literatura piękna
417 str. 6 godz. 57 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2008-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2008-01-01
Liczba stron:
417
Czas czytania
6 godz. 57 min.
Język:
polski
ISBN:
9788308042311
Średnia ocen

                7,3 7,3 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Punkt równowagi w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Punkt równowagi

Średnia ocen
7,3 / 10
31 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
60
18

Na półkach: ,

Do opowiadań Bobkowskiego trzeba podchodzić na kilka razy jeśli najpierw przeczytało się "Szkice piórkiem." Czytelnikom przyzwyczajonym do żywiołowej narracji pierwszosobowej tego autora ciężko będzie początkowo przyzwyczaić się do zmiany. Opowiadania są różne. W jednych czuć tzw. "robotę",inne są lekkie, co w zestawieniu z życiorysem autora daje obraz jego "wzlotów i upadków". Zbiór jest wydany bardzo solidnie, w twardej oprawie.

Do opowiadań Bobkowskiego trzeba podchodzić na kilka razy jeśli najpierw przeczytało się "Szkice piórkiem." Czytelnikom przyzwyczajonym do żywiołowej narracji pierwszosobowej tego autora ciężko będzie początkowo przyzwyczaić się do zmiany. Opowiadania są różne. W jednych czuć tzw. "robotę",inne są lekkie, co w zestawieniu z życiorysem autora daje obraz jego "wzlotów i...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

123 użytkowników ma tytuł Punkt równowagi na półkach głównych
  • 75
  • 46
  • 2
23 użytkowników ma tytuł Punkt równowagi na półkach dodatkowych
  • 13
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Punkt równowagi

Inne książki autora

Andrzej Bobkowski
Andrzej Bobkowski
Rodzinnie związany z teatrem (pierwsza żona Juliusza Osterwy, Wanda Malinowska, była jego bliską krewną), pozostawał w kręgu czarów "Reduty". Studiował w Szkole Głównej Handlowej. W marcu 1939 wyjechał z żoną do Paryża i podjął pracę w podparyskiej fabryce broni. Został ewakuowany na południe Francji, wrócił wszakże do Paryża jesienią 1940. Wędrówka rowerowa przez okupowaną Francję to jeden z wątków mistrzowskich "Szkiców piórkiem" (1957), uznawanych za arcydzieło współczesnej diarystyki. W roku 1949 wyjechał do Gwatemali, uciekając od Europy, "kolebki kultury i obozów koncentracyjnych". Dorobek literacki Bobkowskiego przypada na lata emigracji. Poza wspomnianą pozycją tworzy go tom opowiadań "Coco de Oro" (1970) i dramat "Czarny piasek" ("Kultura" 1959).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Rok myśliwego Czesław Miłosz
Rok myśliwego
Czesław Miłosz
Lekkie zaskoczenie tym, że ta książka jednak nie całkiem do mnie trafiła. Czyżby wszystkie wcześniej czytane - a ważniejsze - rzeczy Noblisty wywindowały moje oczekiwania na jakiś niebotyczny poziom? A może to „wina” czytanych równolegle „Dzienników” Maraia, przy których mało czyje memuary nie zbledną? A zarazem, jak to u Miłosza, wiele tu kontemplacji czasownika ”esse”. Sporo wspaniałą polszczyzną stworzonych poszczególnych zapisków angażujących i intelekt, i duszę. O Wilnie, o literaturze, o komunizmie, o Polsce. No i wspomnienia... Piękne uwagi o sadzeniu bugenwilli, o „świetle Kalifornii”, o „nadal działającym magnetyzmie pomiędzy mną o kobietami, które oczywiście wiedzą, czy ktoś jest w grze, czy poza nią”, o tym, że „od dzieciństwa mieszkałem w krajach, które się właśnie kończyły”, o „zagęszczeniu historii”, której padł ofiarą, Są też ówczesne, zasadne wszak, złudzenia: „Papież reprezentuje Polskę czystą (…) na dnie swojej nędzy Polska dostała króla i to takiego, o jakim śniła”, choć nie miał ich podczas wojny: ”Warszawa okupacyjna była dla mnie miejscem i czasem spotkania z polskim nacjonalizmem w jego najwyższym stężeniu, kiedy to występował wyłącznie jako patriotyzm, którego nikt nie ma prawa krytykować”. I jeszcze zdanie coraz mniej aktualne z każdym nowym dniem zblatowania KK z nikczemną władzą i jego moralnej zapaści w niebyt: „Ostoją Kościoła katolickiego zdaj ą się być wierni powstrzymujący się od dociekań albo dlatego, że to ich nie ciekawi, albo że z góry zakładają nieprzekraczalną granicę”. Bo Miłosz wie dużo o nas: ”W każdym niemal Polaku wietrzę niewinność wysokiej retoryki ducha, tak że mam wspólny język tylko z Polakiem zdemonizowanym, takim, który przeszedł przez marksizm, ateizm czy może jakieś tam dewiacje, na przykład narodowościowe w rodzinie albo seksualne. I jak mam umieścić Jana Pawła II?". No i lubi przywolywać prawdy niekoniecznie dla nas przyjemne: „Gdyby po I wojnie dokładnie stosowano zasadę samostanowienia narodów, wschodnia granica Polski przebiegałaby wzdłuż linii Curzona. Również zasada samostanowienia narodów musiałaby podyktować po II wojnie obecną granicę wschodnią w wypadku tak całkowitej przewagi aliantów zachodnich, że nie doszłoby do ugody w Jałcie. Polska oznaczałaby wąski pas wzdłuż Wisły, zbyt gęsto zaludniony, żeby dawało to jakieś szanse. Żaden rząd zachodni nie wpadłby na taki pomysł; jak Stalin, żeby wysiedlić miliony Niemców z ich wielowiekowych siedzib i oddać ten region Polakom. Tym samym, rzec można, że Polska istnieje z woli i łaski Stalina”. Szczególnie przemówiły do mnie uwagi o ptakach, którymi Autor interesował się od szczęsnego dzieciństwa w ostępach nad ukochaną Niewiażą (we dworze mieszkał nawet puchacz!). Wspominając w USA tamte czasy, pełne owadów i żywiących się nimi ptaków, pisze o ”chmarach owadów, które bzykały, cięły, gryzły, właziły w oczy (...). Środki chemiczne dały radę całemu temu rojowisku, które jeszcze jednym odróżniało moje dzieciństwo, otoczone mnogością ptaków. Dziś ptaki owadożerne maja trudne życie, choć mała ich liczba nie musi zastanawiać ludzi, którym brak porównań”. Ale zazdroszczę mu widoku tańców kolibrów, ptaków pracowicie brodzących na płytkich zalewach Zatoki San Francisco czy sznuru pelikanów ciągnących po wieczornym niebie. I kolejny ważny temat – ten straszliwy rozbrat między duchem a ciałem. Zmysłowy niemal do starości Miłosz cytuje także zafascynowanego tym problemem Kunderę: „Ponieważ człowiek wypróżnia się, Bóg jest niemożliwy. Trudno zrozumieć, czemu tak ma być, równie dobrego argumentu, jak system trawienny, dostarczy urządzenie organów płciowych i groteskowość aktu kopulacji. Powinniśmy być aniołami, szkoda, że nie jesteśmy”. I jeszcze ta ironia: ”Jeżeli Beatrycze pozostała dla Dantego duchem, to tylko dlatego że był żonaty z inną osobą i nie z Beatrycze, ale z nią dokonywał tych aktów, które w paryskim argot nosiły rożne wynalazcze nazwy, m.in. melanger ses urines”. Bardzo mi się też podoba stosunek Autora do krajana z Wilna, mojego ulubionego Józefa Mackiewicza. Obaj pisarze dokonywali zupełnie innych wyborów i chyba raczej się nie znosili. A jednak Miłosza stać i na ciepłe wspomnienie, i na obronę go przed absurdalnymi oskarżeniami o kolaborację. Zarzuty te były karą wobec Mackiewicza za to że szedł „pod prąd” polskiego nacjonalizmu i nie był pokorny nikomu, no i za wizytę w Katyniu. Wiązały się także z najważniejszą dla autora ”Kontry” ideą - Wielkiego Księstwa Litewskiego, jako kantonalnego państwa Polaków, Litwinow, Białorusinów, Żydów, Rosjan. Ideą zaciekle zwalczaną przez nacjonalistów z tych narodów – starannie przemilczanej przez dzisiejszych prawicowych apologetów Mackiewicza, błędnie sądzących, że mają go na własność…. A przecież – jak przypomina Milosz – to on pisał o „rozbiorze wewnętrznym” Wlk. Księstwa dokonanym przez Polaków, Litwinow, Białorusinów, skoro „sukcesor do całości się nie zgłosił. Po prostu nie było takiego. Każdy chciał tylko urwać dla siebie kawałek”. Milosz ma 100 proc. racji, gdy pisze, że Polska w tym kontekście ponosiła największą odpowiedzialność, skoro przez wieki spolonizowaliśmy elity litewskie tak, iż Litwinom zostali tylko chłopi (bo Białorusini zawsze nimi byli). Milosz pisze też, że na emigracji polecał książki Mackiewicza wydawcom z USA czy Niemiec, ale „z małym powodzeniem, bo za każdym razem nawijał się ktoś z Polaków, dbały o to, by zamiar wydania książki ubić”. W efekcie pisarz z żoną żyli w nędzy, przy której Gombrowiczowi znakomicie się wiodło. Zaiste, w polskim piekle nie potrzeba diabłów, aby nikt nie uciekł z kotła…. Zresztą świetnie widzimy to zjawisko dziś – miliard razy mocniejsze niż kiedykolwiek. W zasadzie to się dziwię, czemu tu jeszcze nie doszło do takiej wojny domowej, jak w Rosji po 1917 r. albo w Hiszpanii w latach 30. No tak, za mało broni w rękach ludzi… PS I jeszcze moje czepialstwo: gdzieś tu mowa o sanacyjnych dygnitarzach „ruszających na most w Zaleszczykach”. Ile powtarzania, że w Zaleszczykach na Dniestrze nie było wtedy mostu drogowego, tylko kolejowy, a winni wrześniowej klęski uciekali przez most graniczny w Kutach na Czeremoszu…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 3 lata temu
Ziemia! Ziemia!... Sándor Márai
Ziemia! Ziemia!...
Sándor Márai
Cyt.: „Umarli piszą ostatnio wiele dobrych rzeczy”. „Dzienniki”, Sándor Márai Tak napisał Sándor Márai w jednym ze swoich „Dzienników” , które prowadził przez niemal cały okres swojego życia na wiadomość, że drukiem ukazały się artykuły publikowane niegdyś w prasie przez Gyulę Krúdyego i Dezső Kosztolányiego a które zostały zebrane i opublikowane w książkach po śmierci ich autorów. I paradoksem wręcz jest, iż ten cytat można odnieść właśnie do autora tych słów. Ten jeden z najwybitniejszych węgierskich prozaików i eseistów dopiero wiele lat po śmierci zajmuje należne mu miejsce w literaturze nie tylko węgierskiej ale i światowej, odkrywany jest przez kolejne pokolenia czytelników zachwycających się stylistyczną elegancją jego prozy, jej wielkością i przenikliwością. Taka też jest i „Ziemia! Ziemia!”, znakomita i to na wielu płaszczyznach powieść czy też raczej esej którą Sándor Márai napisał tuż po swoim wyjeździe z Węgier na przełomie 1948/1949 roku w Salerno, gdzie przebywał po opuszczeniu kraju. Pisał pośpiesznie, niemal gorączkowo, nie przypuszczając nawet, że będzie to jego ostateczne pożegnanie z ukochanym krajem. Powieść ukazała się drukiem dopiero w 1974 roku w Kanadzie, wydana przez niewielkie emigracyjne wydawnictwo węgierskie i przeszła niemal niezauważona. Dopiero przeszło dziesięć lat po śmierci pisarza, gdy jego rękopisy powróciły na Węgry i zaczęły być stopniowo publikowane ta powieść – esej została odkryta na nowo. To niezwykle osobista proza, obejmująca okres od grudnia 1944 roku, czyli od momentu wejścia Armii Czerwonej na Węgry do niemal końca 1948 roku. Był to rok w którym Sándor Márai opuścił kraj razem ze swoja rodziną i nigdy już do niego nie powrócił. Staje się w niej bacznym obserwatorem i jednocześnie biernym uczestnikiem wydarzeń, które zmienią Węgry i całą Europę Środkową i Wschodnią na kolejne kilkadziesiąt lat, zmienią dotychczasowy porządek społeczny i zamkną kilkadziesiąt milionów ludzi w uścisku żelaznych kleszczy terroru i strachu. Nie ocenia postaw ludzkich a jedynie relacjonuje wydarzenia, próbując zrozumieć podejmowane wybory. Beznamiętnie a jednocześnie z wielkim smutkiem relacjonuje upadek pewnej epoki, odrzucenie idei humanizmu i zastąpienie jej ideą kultury masowej, nijakiej i czasami wręcz infantylnej, nic nie wnoszącej do kultury europejskiej, Jest też swoistym oskarżeniem komunizmu, z łatwością zwabiającym pod swoje sztandary wszelkiej maści intelektualnych oportunistów wspierających nowe idee. Sándor Márai zastanawia się czy może żyć w kraju w którym nie będzie mógł pisać tego co uważa za słuszne a nawet jak to ujął, czy potrafi żyć w kraju, w którym będzie mógł milczeć. Te rozważania przyspieszyły jego decyzje o emigracji. To niezwykle bolesna decyzja dla pisarza, który decydując się na emigrację doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż pozbawiony zostanie czytelników dla których tworzy, rzeczy najważniejszej dla pisarza – bo cóż znaczy pisarz bez czytelników. „Ziemia! Ziemia!” jest też hołdem złożonym literaturze węgierskiej, jej najważniejszym postaciom i uznaniem jej wyjątkowości wynikającej z osamotnienia językowego w kulturze europejskiej. Niezwykle przenikliwa, doskonała językowo, bardzo osobista, literackie arcydzieło.
Sławek - awatar Sławek
ocenił na 10 1 miesiąc temu
Na tropach Smętka Melchior Wańkowicz
Na tropach Smętka
Melchior Wańkowicz
Na tropach Smętka to książka, którą czyta się z podwójnym poruszeniem: z zachwytem nad stylem i uważnością autora oraz ze świadomością historii, która dopiero miała nadejść. Dla mnie była to lektura naprawdę znakomita – nie tylko jako reportaż z podróży, ale jako zapis świata, którego już nie ma. Podczas czytania szczególnie uderzało mnie to, że autor nie mógł nawet przypuszczać, jak potoczą się losy opisywanych przez niego ziem. Opisy Prus Wschodnich, ludzi, miasteczek i krajobrazów powstawały w czasie, gdy granice wydawały się trwałe, a historia jeszcze nie zapisała na tych terenach swojego najbardziej dramatycznego rozdziału. Dziś, z perspektywy czasu, wiemy, że obszary te po wojnie znalazły się w granicach Polski, a ich tożsamość uległa całkowitej przemianie. To właśnie ta świadomość „tego, co będzie” najmocniej mnie poruszała. Czytając opisy codzienności, rozmów i obserwacji, miałem wrażenie obcowania z ostatnimi chwilami pewnego świata. Podróż, która odbywała się jeszcze przed wojną, nabiera dziś wymiaru niemal dokumentu epoki – zapisu normalności tuż przed katastrofą. Melchior Wańkowicz pisze z lekkością, humorem i ogromną empatią, ale to właśnie historia dopisuje do tej książki najważny komentarz. Dzięki temu Na tropach Smętka nie jest tylko opowieścią o wędrówce, lecz także świadectwem czasu, który bezpowrotnie minął. To książka, która zostaje w głowie długo po zakończeniu lektury – i zmusza do refleksji nad tym, jak bardzo losy miejsc i ludzi potrafią zmienić się szybciej, niż ktokolwiek mógłby to przewidzieć.
Tomasz Weśniuk - awatar Tomasz Weśniuk
ocenił na 7 2 miesiące temu
Nagi sad Wiesław Myśliwski
Nagi sad
Wiesław Myśliwski
--- Nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa spędzonego na sielskiej wsi, gdzie każdy każdego zna, jeszcze zanim się urodzi, życie płynie ustalonym torem a dalekim, nieznanym światem straszy się niegrzeczne dzieciaki. Pierwszoosobowy narrator poetyckim, bogatym w porównania, dygresje i opisy językiem snuje wspominki meandrując między różnymi wydarzeniami. Zaczyna się od powrotu z miasta, z nauk do domu, do ukochanej wioski. Spokojna podróż na wozie zaprzęgniętym w pożyczonego że dworu konia i milczący ojciec sprzyjają rozmyślaniom przesiąkniętym marzeniami, obawami, wątpliwościami. Wspomina posiłki w milczeniu, wizytę z ojcem u dziedziców, częste krępujące odwiedziny ojca pod szkołą, jak matka co wieczór się modliła samotnie w sypialni, pogrzeb taty i okrutną suszę w tamtym czasie, swój koklusz za dziecięcia i wyprawę ratunkową przez 9 mostów... Zaczyna jedną myśl, w trakcie wpłata inną, dodaje jakieś dywagacje, wraca do pierwszej myśli i tak do końca książki. --- Proza kontemplacyjna, skupiona na detalu, wymagająca uwagi. Potrzeba tu odpowiedniego momentu, nastroju, żeby ją poczuć, docenić, nie zrazić się brakiem akcji czy wręcz konkretnej fabuły. Trochę jest to też taka gawęda dziadka przy kominku, który opowiada jak to było za młodu, a że dziadek poeta to i gawęda specyficzna... U mnie wypieków na twarzy nie wzbudziła, ale miło czasem obcować z piękną polską mową. Ps. Jest to debiut więc może kolejne będą lepsze? Więcej wspominek mniej rozważań, roztrząsania wątpliwości?
WissQuek - awatar WissQuek
ocenił na 6 7 dni temu
Lato w Baden Leonid Cypkin
Lato w Baden
Leonid Cypkin
"Lato w Baden" to książka, która razem z drzwiami weszła do kanonu światowej literatury. Jest to dzieło tak sebaldowskie, że aż ciężko uwierzyć, że Cypkin nie mógł nic wiedzieć o Sebaldzie, tak jak ten drugi prawdopodobnie nie wiedział nic o Cypkinie. W tej powieści porusza nas już nawet sama historia jej powstania. Cypkin nie był pisarzem, a przynajmniej nie mógł nim być. Był dysydentem, któremu nie dane było zrobić kariery, na którą zasługiwał. A jednak jakimś cudem wydana w niszowej rosyjskojęzycznej "Nowej Gazecie" w USA powieść doczekała się swojej popularności. Równie fascynująca jest fascynacja Cypkina Dostojewskim. Dlaczego Żyd interesuje się do tego stopnia zajadłym antysemitą? Jest to pytanie również do nas - Polaków, bo my przecież też interesujemy się Dostojewskim, który był również polakożercą. Ale jak to jest możliwe, że człowiek, który z taką ogromną empatią podchodził do swoich bohaterów, który tak dogłębnie rozumiał ludzkie bolączki, nie miał w sobie krzty współczucia do wiecznie prześladowanego narodu żydowskiego, tak jak i nie miał go do znajdującego się pod carskim butem narodu polskiego? Wydaje mi się, że Cypkin osiągnął w swojej książce swój cel. Zbliżył się do Dostojewskiego tak blisko, jak to było tylko możliwe. Wydaje mi się, że oddał jego postać doskonale. Podczas lektury prawie czułem nieświeży oddech autora "Zbrodni i kary". Nie wiem, czy w ogóle w historii literatury inny pisarz zbliżył się do swojego niefikcyjnego bohatera tak bardzo, jak udało się to Cypkinowi. Przy czym nie czyni to tej lektury łatwą, a nawet wręcz przeciwnie. Wszystkie fobie i kompleksy Dostojewskiego są tak realne, że aż obrzydliwe, co czyni lekturę ciężką. Równie ciężka jest forma Cypkina i jego niekończące się zdania, którymi przebił nawet Sebalda. A skoro jesteśmy już przy Sebaldzie, to w tej fikcji-niefikcji, którą jest "Lato w Baden" brakowało mi ilustracji, tak jak pojawiają się one w powieściach Niemca. Ciekawe, czy Cypkin umieściłby w tej książce ilustracje, gdyby mógł mieć na to wpływ? Tę książkę bardzo polecam, ale raczej wprawionym czytelnikom, którzy nie boją się sięgnąć po cięższą, ale bardzo wartościową lekturę.
tzaw - awatar tzaw
ocenił na 9 4 miesiące temu
Opowieści chłodnego morza Paweł Huelle
Opowieści chłodnego morza
Paweł Huelle
(Pisane w dniu pogrzebu Autora) To rzecz o ”drugiej stronie” - życia, świata, nas samych – tam, „gdzie załamują się prawa fizyki”. Opowiadania pełne i magii, i całkiem realistycznych plag ludzkości. Tego, co nierozpoznawalne, ale jakoś niewytłumaczalny sposób wyczuwalne. Czego możemy się tylko domyślać, ale co ma jakiś własny stan istnienia… . Okryty ciepłą kołderką nostalgii, nie mogę się zgodzić z jakże licznymi tu opiniami, jakoby ten tom opowiadań Huellego miałby być gorszy od pozostałych. Być może, jeśli za kryterium takiej oceny ktoś uzna częsty brak tradycyjnej - powiedziałbym nawet: schematycznej – akcji. Te opowiadania są po prostu inne, a ich realizm – umowny na pierwszy rzut oka. No bo skoro „jest inny świat”…. Choć nie, jest nieco realizmu np. w „Ucieczce do Egiptu”: atak na uchodźców jeszcze z lat 90. – czeczeńskich uchodźców. Jeszcze wtedy niewyróżniających się tak jak dzisiejsi, o wiele bardziej znienawidzeni i zohydzani. Jeszcze wtedy, gdy pewna partia występowała na rzecz tamtych, ale wyłącznie jako żywego dowodu bestialstwa Putina i tylko jako swego paliwa – tak dziś myślę, bo przez swe ośmioletnie działania ta partia takie prawo sama mi dała, choćby kopulację „uchodźcy” z koniem publicznie prezentując na ministerialnej konferencji.…. I morze, to słynne „chłodne morze” obecne w każdym z tekstów, zarazem jako przeznaczenie, a może klątwa, ale na pewno więcej niż tylko „coś, gdzie dużo wody”…… I jeszcze o tym jest to rzecz, jak wielkie znaczenie, nie tylko symboliczne, ma Księga. Nie tylko ta święta dla jakiejś wspólnoty religijnej, ale i choćby katalog szwajcarskiego domu towarowego z zabawkami. Wszak to my nadajemy znaczenie zawartości zadrukowanego, przyciętego i razem sklejonego papieru. A zatem dla mnie ten zbiór także jest Księgą…. Znakomite jest opowiadanie o Menonitach, społeczności, którą unicestwił hitleryzm, a która odcisnęła swe piętno na Żuławach i okolicach. Pozostały po nich domy podcieniowe i osuszone przez nich tereny ujścia Wisły. No i to ”Mimesis”… Wspaniałe, mocno niepokojące „Öland ” o pokornym pasterzu owiec na szwedzkiej wyspie (byłem, wspaniała – i te brodźce!), którego odwiedza gość z przeszłości… Najpiękniejsze według mnie to „Franz Carl Weber” - zachwycająco-wstrząsające, choć akurat tu w ogóle ani magii, ani morza. Ale poraża losem ojca narratora. Najpierw w mieście, „skąd wyjechał do Sankt Petersburga zaplombowanym wagonem Lenin” (poważny błąd Autora niedostrzeżony przez Wydawcę! – od 1914 r. był to już Piotrogród) wygrał on szczęśliwy los na loterii, by niedługo potem przegrać swój życiowy los na UB… A do tego wspaniała postać kobieca jak najbardziej zasadnie protestująca swą milczącą obecnością gdzie się da przeciw pewnemu biskupowi Sanctae Romanae Eccclesiae (spokojnie, nie naszemu), której nasz narrator oczywiście pomaga ujść przed karzącą ręką nie-sprawiedliwości… Huelle zawsze był piewcą sierpniowego zrywu 1980 i późniejszych przemian – co słusznie nazywa rewolucją. „Cokolwiek sądziłem o niej później, często krytycznie, nie zmieniało to oczywiście cudownego faktu: przyniosła wolność, a naszym przeciwnikom nie spadł choć włos z głowy” (co wielu uznaje za skandal i dowód „zmowy”…) . A zarazem trochę w nim żalu: „ – Wydawało nam się, że o coś walczymy (…). Ale tak naprawdę byliśmy uzależnieni od naszych strażników. Nawet, jak ich zabrakło, mogliśmy rozmawiać tylko o nich (…). Kilkanaście lat po upadku reżimu ludzie w jego kraju wciąż najchętniej rozmawiają o tym, kto na kogo donosił i kto był, czy też nie był tajnym agentem policji politycznej”. PS Inny błąd, raczej wydawnictwa, gdy w „Ukielu” mowa o „krzyku wodnego ptactwa (…) nurków”. Niestety, nie ma takich ptaków, są zaś nury (np. lodowiec albo rdzawoszyi), właśnie teraz zalatujące do nas z Północy. Krzyk tych pięknych, tajemniczych ptaków brzmi jakby dochodził z zaświatów i to chodzi narratorowi gdy wspomina zmarłą żonę…. I jeszcze parę cytatów: „Nigdy jeszcze nie czytał i nie grał tej muzyki. Była przejrzysta jak fugi Bacha, podniosła jak fraza Haendla, wesoła jak takty Vivaldiego, melancholijna jak pieśń Schuberta”. „Zirytowali go politycy: nawet dziecko kłamałoby z większym wdziękiem niż ci panowie oskarżający się nawzajem. Przypominali pijanych, spoconych tragarzy, wyrywających sobie walizkę jedynego pasażera, na jakimś prowincjonalnym, źle oświetlonym, dawno zamkniętym dworcu”. „Marzyć jest niebezpiecznie, bo sny ofiarowują rzeczy niemożliwe i dlatego po przebudzeniu najlepiej wziąć się zaraz do roboty”. „Znał się na ludzkich twarzach i wiedział, do jakiego stopnia spojrzenie czyichś oczu skrywa nikczemność albo dobroć duszy”. W dniu pochówku Pawła Huelle szczególnie wybrzmiewa takie jego zdanie: „Nie miał złudzeń: wszystkie religie bezczelnie kłamały. Bezczelnie, bo z tamtych zaświatowych krain nikt nigdy przecież nie dał znaku”..... Da znak?
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 9 2 lata temu

Cytaty z książki Punkt równowagi

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Punkt równowagi