Podróż włoska

Okładka książki Podróż włoska autorstwa Johann Wolfgang Goethe
Johann Wolfgang Goethe Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy literatura podróżnicza
576 str. 9 godz. 36 min.
Kategoria:
literatura podróżnicza
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Italienische Reise
Data wydania:
1980-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1980-01-01
Liczba stron:
576
Czas czytania
9 godz. 36 min.
Język:
polski
ISBN:
830600129X
Tłumacz:
Henryk Krzeczkowski
Zbiór wspomnień, uwag, spostrzeżeń oraz relacji i zwięzłych zarysów, ułożonych w porządku chronologicznym, zgodnie z marszrutą pierwszej podróży Goethego do Włoch, odbytej w latach 1786-1788.
Średnia ocen
6,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Podróż włoska w ulubionej księgarni i Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl. Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki. Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Podróż włoska

Średnia ocen
6,4 / 10
28 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
401
272

Na półkach: , ,

Po przeczytaniu Podróży włoskiej Goethego, zacząłem się zastanawiać, skąd pisarz miał fundusze na swoje peregrynacje i czy miał rację podesta w Malcesine, urzędnik Republiki Weneckiej o uprawnieniach sądowniczych, który podejrzewał pisarza o szpiegostwo.

Johann Wolfgang Goethe wyruszył w swoją podróż do Włoch 3 września 1786 roku:

O trzeciej nad ranem wymknąłem się chyłkiem z Karlsbadu, bo inaczej nie wyrwałbym się stamtąd. Przyjaciele i znajomi, którzy dwudziestego ósmego sierpnia tak serdecznie świętowali moje urodziny, uznali, że mają prawo mnie zatrzymać; ale nie było, co dłużej zwlekać. Spakowałem tylko mantelzak i torbę z borsuczej skóry, po czym sam, nie zabierając ze sobą nikogo, wskoczyłem do dyliżansu.
s. 7.

W momencie wyjazdu Goethe miał 37 lat i od dziesięciu lat pełnił funkcję tajnego radcy, z prawem udziału i zabierania głosu w posiedzeniach rady ministrów, na dworze Karola Augusta, księcia Sachsen-Weimar-Eisenach. W administracji księstwa Goethe kierował komisją do spraw wojny, również sprawami finansowymi oraz okresowo zajmował się zagadnieniami kulturalnymi, był także dyrektorem budowy dróg. Pisarz wyjechał do Italii, jednak za wiedzą księcia Karola Augusta, który zapewnił mu dalsze pobieranie wynagrodzenia służbowego. Za co płacił mu książę? Tego możemy się tylko domyślać.

Po drodze do Werony i Wenecji pisarz zatrzymał się nad jeziorem Garda, ponieważ jak pisze „nie chciałem stracić cudu natury, jeziora garda leżącego nieco z drogi. Cudowny widok wynagrodził mi ten objazd stokrotnie”. To właśnie nad Gardą miało miejsce zatrzymanie Goethego, który szkicował stary zamek w Malcesine. Był on podejrzewany o szpiegostwo na rzecz cesarstwa austriackiego i knowania przeciw Republice Weneckiej. Na szczęście po złożeniu takiego oświadczenia:

Nie tylko nie jestem poddanym cesarza, ale szczycę się tym, że podobnie jak wy, jestem obywatelem republiki, która, co prawda, nie dorównuje potęgą i wielkością prześwietnej Wenecji, niemniej jest samorządna i żadnemu miastu w Niemczech nie ustępuje pod względem handlu, bogactwa i mądrości swych rajców.
s. 30.

i potwierdzeniu słów Goethego, przez człowieka o imieniu Gregorio, który bywał w Niemczech na służbie.

Miłośników Włoch zachwycą opisy zwiedzanych przez Goethego miast i regionów oraz obyczajów panujących w Italii końca XVIII wieku. Możemy wraz z pisarzem wyruszyć na przechadzkę po Wenecji, Ferrarze, Rzymie, Neapolu czy Palermo. Mamy też okazję delektować się opisami starożytnych ruin, kościołów, mostów, akweduktów i cudów przyrody odwiedzanych przez Goethego. Dodatkowo w Podróży włoskiej znajdziemy reprodukcje szkiców sporządzonych przez niego w trakcie podróży.

Każdy z Czytelników może też porównać własny gust z gustem pisarza i stwierdzić, czy zgadza się z jego ocenami. Moje odczucia rozminęły się znacznie ze słowami Goethego, kiedy przeczytałem jego wrażenia z willi Pallagonia, nieopodal Palermo:

Cały dzień dzisiejszy zajęły nam niedorzeczności księcia Pallagonia. (…) Najbardziej bowiem prawdomówny człowiek jest w kropce, gdy ma opisać jakąś bzdurę. (…)

Droga do zamku jest szersza, niż to zazwyczaj bywa. Mury po obu jej bokach tworzą nieprzerwany cokół, na którym znakomite postumenty dźwigają przedziwne grupy poprzedzielane licznymi wazami. Potworności te, sfuszerowane przez kiepskich kamieniarzy, są odrażające, a wrażenie to podkreśla jeszcze najlichszy muszlowy tuf, z którego są wykonane. (…)

Absurdalność tego bezguścia osiąga szczyt w gzymsach domków pochylonych to w jedną, to w drugą stronę tak, że nasze poczucie poziomu i pionu, znamię naszego człowieczeństwa i podstawa wszelkiej eurytmii, jest boleśnie naruszone.
s. 218-219.

Po przeczytaniu takiego opisu zapałałem ochotą porównania niemieckiego umiłowania porządku z polskim umiłowaniem wolności (zdjęcie poniżej). Pojechałem na Sycylię. Obejrzałem opisywaną willę… i nie mogłem zgodzić się z Goethem.

Warto sięgnąć po Podróż włoską jeszcze z jednego powodu. Wszak to jej autor stworzył przepiękny wiersz Kennst du das Land, znany w Polsce z przekładu Adama Mickiewicza – Znasz-li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa…

Po przeczytaniu Podróży włoskiej Goethego, zacząłem się zastanawiać, skąd pisarz miał fundusze na swoje peregrynacje i czy miał rację podesta w Malcesine, urzędnik Republiki Weneckiej o uprawnieniach sądowniczych, który podejrzewał pisarza o szpiegostwo.

Johann Wolfgang Goethe wyruszył w swoją podróż do Włoch 3 września 1786 roku:

O trzeciej nad ranem wymknąłem się...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

138 użytkowników ma tytuł Podróż włoska na półkach głównych
  • 95
  • 41
  • 2
22 użytkowników ma tytuł Podróż włoska na półkach dodatkowych
  • 15
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Goethe. Poezje Johann Wolfgang Goethe, Andrzej Lam
Ocena 7,6
Goethe. Poezje Johann Wolfgang Goethe, Andrzej Lam
Okładka książki Opowieści niesamowite z języka niemieckiego Ludwig Bechstein, Joseph von Eichendorff, Paul Ernst, Hanns Heinz Ewers, Friedrich Gerstäcker, Johann Wolfgang Goethe, Jeremias Gotthelf, Wilhelm Hauff, Paul Heyse, E.T.A. Hoffmann, Henryk Mann, Thomas Mann, Dauthendey Max, Gustav Meyrink, Paul Rohrer, Georg von Schlieben, Oskar A.H. Schmitz, Theodor Storm, Karl Hans Strobl, Ludwig Tieck, Friedrich de la Motte Fouqué, Heinrich von Kleist
Ocena 7,4
Opowieści niesamowite z języka niemieckiego Ludwig Bechstein, Joseph von Eichendorff, Paul Ernst, Hanns Heinz Ewers, Friedrich Gerstäcker, Johann Wolfgang Goethe, Jeremias Gotthelf, Wilhelm Hauff, Paul Heyse, E.T.A. Hoffmann, Henryk Mann, Thomas Mann, Dauthendey Max, Gustav Meyrink, Paul Rohrer, Georg von Schlieben, Oskar A.H. Schmitz, Theodor Storm, Karl Hans Strobl, Ludwig Tieck, Friedrich de la Motte Fouqué, Heinrich von Kleist
Johann Wolfgang Goethe
Johann Wolfgang Goethe
Najwybitniejszy niemiecki poeta okresu romantyzmu, dramaturg, prozaik, uczony, polityk, wolnomularz. Związany z romantyzmem, nie zerwał nigdy więzi łączących go z klasycyzmem. Był również myślicielem i uczonym, znawcą wielu dziedzin wiedzy oraz sztuki. Był, obok Friedricha Schillera, czołowym przedstawicielem klasycyzmu weimarskiego oraz prekursorem romantyzmu. Był również myślicielem i uczonym, znawcą wielu dziedzin wiedzy oraz sztuki. Studia prawnicze ukończył w Lipsku i Strasburgu. W 1775 Goethe osiadł w Weimarze, w którym mieszkał do końca życia. Pełnił różne funkcje na dworze księcia sasko-weimarskiego, dochodząc do rangi prezydenta Izby Finansów. W 1782 został nobilitowany. Od 1791 do 1817 kierował teatrem oraz wszystkimi instytucjami oświatowo-kulturalnymi księstwa. W 1786 wyjechał na dwa lata do Włoch, co wywarło duży wpływ na jego twórczość. Najbliższa przyjaźń łączyła go z Fryderykiem Schillerem. Zmarł w Weimarze, w całkowitym osamotnieniu, po śmierci żony i jedynego syna. Ostatnie słowa, które wypowiedział przed śmiercią, brzmiały: „Więcej światła”. Prace przyrodnicze Goethe usiłował powiązać wzajemnie nauki przyrodnicze, filozofię, politykę oraz poezję. Po powrocie z podróży po Italii poświęcił się z wielkim zaangażowaniem badaniom w dziedzinie botaniki, geologii, chemii oraz optyki. Zdołał zgromadzić około 23 tysiące preparatów przyrodniczych. Optyka (teoria kolorów) Za główne swe dzieło w zakresie nauk przyrodniczych Goethe uważał swą Teorię kolorów (Farbenlehre), która jednak według obecnego stanu wiedzy jest uznawana za błędną. Przeprowadził liczne doświadczenia związane z powstawaniem widma optycznego. Zafascynowany teorią poznania Immanuela Kanta Goethe uważał, że przede wszystkim należy badać proces postrzegania kolorów. W związku z takim podejściem do badanego problemu jego Farbenlehre (teoria kolorów) wykracza poza fizykę i wkracza na obszar określany wówczas jako Metafizyka (obecnie psychologia). W ten sposób Goethego Farbenlehre można uznać za pierwszą psychologię kolorów. Jednak do tego dzieła Goethego fizycy XX wieku zgłaszali swe uwagi. Niels Bohr wypowiadał się na temat podstawowych elementów fizycznej rzeczywistości oraz stwierdził, że Goethego wgląd w naturę (świat materialny) przynajmniej w niektórych punktach wykraczał znacznie poza ówczesny stan wiedzy. Carl Friedrich von Weizsäcker wypowiadał się na temat metodologii stosowanej przez Goethego w artykule Einige Begriffe aus Goethes Naturwissenschaft. Rozumienie wiedzy metodyka Naukowoteoretyczny opis swej metodyki przedstawił Goethe w opracowaniu Eksperyment jako pośredniczenie do obiektu i subiektu (osoby poznającej i działającej) (Der Versuch als Vermittler von Objekt und Subjekt). Tamże określa swe postępowanie jako empiryczne, a nie spekulatywne. Metodyka Goethego odróżniała się od pozytywistycznego empiryzmu ze względu na usytuowanie człowieka nie jako zewnętrznego obserwatora, lecz jako element obserwowanego układu. Goethego studia przyrodnicze mają szczególne znaczenie dla rozwoju antropozofii Rudolfa Steinera oraz pedagogiki waldorfskiej. Koncepcja wynikająca z prac Goethego określana jest obecnie jako goetheanizm.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy Podróż włoska przeczytali również

Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach Krzysztof Rutkowski
Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach
Krzysztof Rutkowski
Krzysztof Rutkowski to taki miłośnik kultury francuskiej, który nie ma dla niej pobłażania w wielu jej aspektach. Potrafi np. napisać: “Czasami słodka Francja odsłania niechcący swe ineksprymable cuchnące i szare, bo niezmieniane od pół wieku. Otwieranie okien wtedy nie pomaga, a wylanie pół litra Chanela na łono i butelki whisky do gardła – nie zdaje się na nic”. To czwarta moja książka Autora, wybitnego intelektualisty, który ma nieszczęście nazywać się jak ktoś…. zupełnie inny. Jego znajomość wszystkiego, co się mieści w pojemnym pojęciu francuszczyzny jest po prostu zadziwiająca. Zarazem, co nieczęsto się zdarza, potrafi celnie uderzyć w słaby, czy też właśnie odwrotnie: silny, punkt tego, co opisuje. A może po prostu jest obiektywny - taka to dziwna przypadłość, przepadła już dawno niczym choćby trzepanie dywanów na podwórkach. I trzepie z zapałem nasz Autor ten francuski kobierzec aż iskry lecą, jaskrawe - bo zachwytu. Wystarczy nieco cytatów, by się przekonać, że mało kto pisze z takim pazurem. .. “W pierwszej połowie XIX wieku Paryż był miastem niesamowicie ciasnym, ciemnym, brudnym, błotnym i cuchnącym jak martwa ostryga”. “Powieści Balzaka i Stendhdala opisują tylko niewielką, cienką – jak bieda zupka – warstwę paryskiego społeczeństwa. 50 tysięcy paryżan żyło sobie w luksusie lub w dostatku; 250 tysięcy wiązało jakoś koniec z końcem, a 700 tysięcy klepało biedę z żałosnym dudnieniem pośród niepowtarzalnych zapachów po obu stronach Sekwany”. “Prawdziwy Babilon. Istna Sodoma. Paryż przerażał. Paryż był chorym człowiekiem Europy”. “Zagęszczenie ludności, stężenie brudu oraz wszelkiego plugastwa osiągnęło w niepięknych dzielnicach Paryża taki stopień, że nawet mieszkańcy nowych lub bogatych części miasta zaczęli się niepokoić”. “Przy zachlapanych stolikach wśród oparów, dymu, cuchu wilgotnych płaszczy i przepoconych koszul nieudani poeci, polscy emigranci i zwykli alkoholicy wyrzynali w pień królów i panów, zakładali zakony zarodowe na szczęśliwą przyszłość ludzkości, rozdzielali między siebie kobiety i zagrabione przez burżujów skarby. Znosili wszelką własność, tęskniąc do nowej pary własnych kalesonów. Niektórzy z nich umrą na suchoty, zwariują od przerzutów syfilitycznych, wskoczą do Sekwany, inni się wzbogacą jeszcze inni trafią do więzienia, reszta pójdzie do klasztoru”. “Psychoanalitycy twierdzą, że przyczyn homoseksualizmu Verlaine'a należałoby szukać w trzech słojach formaliną, w których jego matka zakonserwowała skutki wcześniejszych poronień.(...) Pewnego dnia w przypływie furii potłukł wszystkie słoje, potem rzucił się z nożem na ślubną małżonkę, prawie zadusił matkę, później postanowił zostać świętym”. “Prefekt miasta Paryża wydał w roku 1878 wszystkim policjantom tajnym, jawnym i dwupłciowym rozporządzenie, by pod żadnym pozorem nie zatrzymywali Verlaine'a. “Henri de Toulouse-Lautrec miał metr 52 cm wzrostu i najlepiej czuł się pod stołem lub w burdelu. (...) Koiły go w ramionach krągłe egerie. Wtulał się cały pod ich biusty, rozpłaszczał na brzuchu, wsysał w pępek”. “W latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia paryska bohema zmieniała skórę. Dawniej stanowiła sposób na życie. Powoli zamieniała się w zorganizowaną, zbiorową sztukę reklamy”. Jednym z ulubionych bohaterów Autora jest markiz Donatien Alphonse François de Sade. Najwspanialszy jest fragment o jego testamencie, w którym wyraził wolę, aby pochowano go w jego prowincjonalnym majątku, gdzieś w gęstwinie ogrodu (co się jednak nie stało, bo majątek wcześniej sprzedano). “Na zasypanym dole posadzić na powrót wszelkie chwasty, aby wyżej wspomniany dół nie odróżniał się niczym od otoczenia, a zagajnik zarósł jak wprzódy, i aby po moim grobie nie pozostał najmniejszy ślad na powierzchni ziemi podobnie – jak mniemam – pamięć o mnie wśród ludzi zaginie, z wyjątkiem może tyciej garstki nielicznych, którzy obdarzyli mnie swą miłością aż do ostatniej chwili i o których słodkie wspomnienie zabiorę ze sobą do grobu”. Autor celnie wytyka Francji prorosyjskość w XIX wieku i prosowieckość w XX. Wiele miejsca zajmuje rozprawa Rutkowskiego z taką orientacją zwłaszcza u francuskich intelektualistów. “Największy podziw budziła, budzi i budzić będzie nad Sekwaną Rosja. Najpiękniejszy most w Paryżu nosi imię cara Aleksandra III”. “Do połowy XIX wieku, mniej więcej do upadku Wiosny Ludów, francuska lewica adorowała i miłośnie wzdychała do Polski oraz narodów podobnie uciśnionych. Rosja jawiła się jako upiór i oprawca. (...) W drugiej połowie XIX wieku sympatia do Polski stopniała we Francji jak lód na słońcu, by rozpuścić się w brudnej kałuży po Komunie Paryskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym podziw wzbudzała już na Sekwaną tylko Rosja sowiecka, a po roku 1945 fala rusofilli z gwiazdą rozpłynęła się we Francji jak sos beszamelowy po kotlecie z mlecznego jagnięcia”. “Trudno sobie nawet dzisiaj wyobrazić, do jakiego stopnia komunizm sowiecki stał się obiektem pożądania dla francuskich środowisk intelektualnych (...) To widmo gdzie indziej przelewanej krwi tak przyjemnie łechtało wyobraźnię w uniwersyteckich salach, w kawiarniach i w salonach. Niczym wspomnienie o słodkich razach zadawanych szpicrutą boskiego markiza”. “We Francji na literackie sukcesy mogą liczyć wyłącznie osoby, które poznały wszelkie zawiłości składni oraz ortografii mowy Racine'a i Moliera. Ponadto warto być draniem i w odpowiednim czasie sympatyzować z czerwonymi. Albo z Czarnymi Panterami, Frakcją Czerwonej Armii lub terrorystami z OWP. Jean Genet popierał z całego serca zarówno Pantery, jak i Arabów, bowiem doszedł do wniosku, że to bardzo piękni chłopcy. Wyznał jednocześnie z żalem, że z żadnym z przystojnych bojowników o wyzwolenie Palestyny nie udało mu się spędzić nocy”. “W 1954 roku Jean Paul Sartre napisał, że każdy obywatel Związku Radzieckiego cieszy się zupełną wolnością słowa i ma prawo krytykować sowiecką władzę ile wlezie. (....) Doszedł do wniosku, że kapitalizm nie może już niczego ofiarować ludzkości. Jedyną rozsądną propozycją jest komunizm. Jak zaczniemy krytykować komunizm, to stracimy sens życia. Jak się straci sens życia – to koniec”. I jeszcze francuska obsesja na punkcie wiecznej młodości: “Tu starości unika się jak kataru lub po prostu w ogóle nie zauważa, niczym kloszarda na ławce, psich odchodów na chodniku lub grymasu na ustach teściowej. Starość nie istnieje a młodość stała się synonimem piękna”. “Bycie w formie zastąpiło obecnie bycie w prawdzie. Zdrowie stało się celem samym w sobie, a młodość absolutem”. Albo taka inteligentna złośliwość: “Kiedy byłem małym chłopcem, to ze wszystkich francuskich profesorów lubiłem najbardziej Claude’a Levi-Straussa, ponieważ kojarzył mi się nieuchronnie z wybornymi dżinsami, które wtedy uznawałem za szczyt osiągnięć rękodzieła artystycznego”. Wielkie wrażenie na koniec wywiera opis kopii listów pisanych ze strefy okupowanej i przechwyconych na rozkaz kolaboracyjnego francuskiego “rządu” Vichy. Niemcy tego nie żądali, to była czysto francuska narodowa inicjatywa. “Tysiące francuskich urzędników pocztowych otwierało codziennie przez 8 godzin (z przerwą na obiad) dziesiątki tysięcy prywatnych listów nad parą i przepisywało je pracowicie z kopiami na przebitce, bo marszałek Petain chciał koniecznie wiedzieć, jakie w narodzie panują nastroje. (...) Tysiące pracowników poczty i telegrafu podsłuchiwało rozmowy Francuzów i notowało wybrane fragmenty”. “Szpiegowano w majestacie prawa, stosy pracowitych stron wędrowały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w uzdrowisku Vichy, a konsekwencje – w wypadkach uznanych za niebezpieczne – spadały na gadułów jak piorun w zacierkę”. Pasjonująca to lektura książki mojego ulubionego wydawnictwa Słowo/Obraz/Terytoria...
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 6 miesięcy temu
Mój Rzym Jan Parandowski
Mój Rzym
Jan Parandowski
“Mój Rzym” to niewielka, przepiękna książka, którą napisał Jan Parandowski, nieco dziś zapomniany, kiedyś niezwykle popularny pisarz. Książka zawiera osobiste relacje autora z podróży do Rzymu, jakie odbywał w latach 1913-1966. Jak pisze Parandowski: "Żadne miasto nie ma takiej pamięci, jak Rzym, ani tak nie umie żyć ze wspomnieniami". Po przeczytaniu i syceniu wzroku książką-albumem Witolda Kaweckiego Rzym moje miasto. Najpiękniejszy przewodnik, sięgnąłem po odmienną, ale równie piękną lekturę. “Mój Rzym” Jana Parandowskiego to książki licząca niewiele ponad 120 stron, nie zawierająca ilustracji. Zachwyca opisami Wiecznego Miasta, na które składają się relacje pisarza z lat 1913-1966. Znów oddam głos autorowi: "Rzym poznałem w roku 1913i tę moją niezapomnianą przygodę opisałem w cyklu felietonów, drukowanych w lwowskim “Przeglądzie”. Nie mam, oczywiście, zamiaru powtórzyć ich tu w całości, lecz wydaje mi się właściwe w tych osobistych relacjach, z jakich składa się “Mój Rzym”, uwzględnić i te pierwsze wrażenia, pisane językiem i stylem moich osiemnastu lat". Książka składa się z felietonów i mini-esejów, co pozwala na smakowanie każdego fragmentu z osobna i niespieszne czytanie. Z radością towarzyszyłem Parandowskiemu w jego podróżach po Rzymie, przypominając sobie “mój Rzym” i moje spotkania z miejscami, które odwiedzał pisarz. Pierwsze podróże odbyłem z 18-letnim Parandowskim po Via Appia i do Koloseum. Wracałem z nim do Rzymu – już pod rządami Mussoliniego – w 1926 i 1927 roku. Chodziłem z autorem po Rzymie antycznym i Rzymie wczesnochrześcijańskim. Trudno się nie zgodzić z twierdzeniami Parandowskiego, którymi otwiera swoją relację “Dzień rzymski”: "Wszystkie drogi w Rzymie są łatwe, oprócz tej, która prowadzi do domu. Niepodobna się rozstać z tym miastem i niepodobna go zdobyć zwykłym pokonaniem przestrzeni". Parandowski wraca do Rzymu po 30 latach. Wraca do Rzymu z komunistycznej Polski, w której nie ma już jego rodzinnego Lwowa. Obawia się nieco, że nie pozna miasta, które wcześniej odwiedził. Jak tylko wysiada z dworca kolejowego, to doświadcza, że trafił do Rzymu, który zasługuje na miano Wiecznego Miasta. I znów wyruszamy z Parandowskim na spacery po Rzymie – do term Karakalli, bazyliki Maksencjusza i kroczymy po starych kamieniach Forum. Z zaciekawieniem przeczytałem opowieść o Museo delle Terme, gdzie Parandowski poszedł zobaczyć cyprys Michała Anioła oraz słynnego pięściarza z brązu. Ciekawe, czy można jeszcze, tak jak pisarz, zbliżyć się na tyle do rzeźby, aby próbować odczytać, ukryty na rzemieniach pięściarskich, podpis rzeźbiarza? Parandowski udał się do muzeum uzbrojony w szkło powiększające, a woźny pomagał mu w odnalezieniu napisu, podpowiadając: Sotto, sotto! Możemy zwiedzać z autorem Rzym, chodząc po różnych dzielnicach i np. zatrzymać się dłużej na Zatybrzu albo przyjąć klucz kalendarzowy i spędzić “Listopad w Rzymie” (1961). Swoje relacje z Rzymu Parandowski kończy w 1966 roku, zauważając: "Każdy naród miał czas zżyć się z Rzymem, osiąść w nim własnym kościołem, hospicjum, stowarzyszeniem, instytutem naukowym, a i restauracją z rodzimymi potrawami, kawiarnią lub herbaciarnią, klubem czy innym miejscem spotkań, zapisać się na jego murach nazwą ulicy (my posiadamy Monte Polacco, via i vicolo dei Polacchi), wróść pomnikiem jednego ze swych sławnych ludzi lub choćby tablicą na domu, w którym on mieszkał. (…) Żyje się w Rzymie wszystkimi powabami dnia "powszedniego, zachwytem i radością, jakie niesie zgromadzone tu piękno, może jednak najbardziej wzruszeniem i pamięcią.
Jarosław Rubin - awatar Jarosław Rubin
ocenił na 7 3 lata temu
Czas milczenia Patrick Leigh Fermor
Czas milczenia
Patrick Leigh Fermor
Trzy krótkie eseje angielskiego autora na temat klasztorów i życia monastycznego, związane z pobytami autora w trzech francuskich opactwach i zwiedzeniem dawnych klasztorów prawosławnych w Kapadocji, na terenie obecnej Turcji. Przy czym pierwszy z nich zajmuje połowę książki, wliczając w to posłowie. Autor odwiedził je jako dojrzały człowiek, około czterdziestki. We francuskich klasztorach spędził pewien czas mając status gościa, zaś kapadockie pozostałości monastyrów zwiedzał jako turysta. Jak przyszyło na wykształconego erudytę i miłośnika Bizancjum (a co za tym idzie znawcę średniowiecza) Patrick Leigh Fermor przekazuje atrakcyjnie podaną dużą dawkę wiedzy na temat monastycyzmu, jego genezy, obu odmian, najpierw młodszej, zachodniej, później starszej wschodniej. Dużą zaletą jest wykazanie faz rozwojowych reguły benedyktyńskiej i jej ubocznych gałęzi – cystersów i trapistów, jako odpowiedzi na okresowo degenerujący się ruch, podatny na zbędne kontakty z władzą, szczególnie świecką. Ciekawostką są opowieści o losach francuskich klasztorów zarówno za czasów ancien regime’u jak i w porewolucyjnej Francji. Opisując rygoryzm reguł (w każdej kolejnej coraz mniej snu i coraz bardziej restrykcyjna dieta oraz coraz więcej czasu spędzanego przez zakonników w kościele oraz coraz więcej milczenia) autor stara się wyjaśnić ich cel oraz sens, w rozumieniu zarówno założycieli poszczególnych zgromadzeń jak i jego współczesnych członków oraz pokazać tych ostatnich, jako ludzi szczęśliwych. A przynajmniej wyglądających na takich w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Należy jednak pamiętać, że sam Fermor nie żył jak zakonnicy. Nie wstawał ani o czwartej ani o drugiej w nocy, nie spędzał siedmiu godzin w kościele i mógł się odzywać do przydzielonych mu opiekunów. No i nie zadeklarował się jako ich współwyznawca. Z kolei w niby eseju, niby reportażu o wydrążonych w skałach monastyrach Kapadocji pobrzmiewa ewidentna tęsknota autora za czasami bizantyjskimi, ze świetnością Konstantynopola i wschodnim mistycyzmem. Lektura interesująca, ale znacznie mniej ciekawa od „Mani. Wędrówek o Peloponezie”.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 6 2 lata temu
Cyprysy i topole Marek Zagańczyk
Cyprysy i topole
Marek Zagańczyk
Trudno nie zachwycać się prozą podróżną Marka Zagańczyka, ale trzeba być przygotowanym na natłok erudycyjnych odniesień, które lektury nie ułatwiają. Autor wędruje bowiem geograficznie i literacko, nieustannie przeplata swoje wrażenia i relacje swych wędrujących poprzedników. Marek Zagańczyk miał niełatwe zadanie, sam sobie bowiem bardzo wysoko ustawił poprzeczkę. Swoją poprzednią książką wszedł do kanonu literackich podróży po Włoszech. „Droga do Sieny”, wydana w roku 2005, stała się punktem odniesienia dla wędrujących intelektualistów, pisano o niej i mówiono jako o nowej jakości literackiej w podróżopisarstwie. Trudno mierzyć się z legendą, a ta niewielka książeczka niewątpliwie nabrała wartości niemal symbolicznej. Zagańczyka ustawiono w jednym szeregu z wędrującymi pisarzami tej miary co Iwaszkiewicz czy Herbert, szeroko rozpisywano się o jego talencie i pisarskich umiejętnościach. Po kilku latach milczenia Marek Zagańczyk znów wybrał się w literacką podróż do Włoch. I znów powstała książeczka niewielka, ale nasycona treścią. Na nieco ponad stu stronach znalazło się miejsce dla dwudziestu rozdziałów, miniaturowych opowieści o jakimś miejscu, człowieku czy wędrownym doświadczeniu. Tym razem szkicom włoskim towarzyszą refleksje na temat miejsc znacznie nam bliższych geograficznie. Zapowiada to już tytuł, są w nim wszak południowe cyprysy i północne topole. A zatem Europa spójna, wspólna, połączona tą samą pasją poznawania, przeżywania, współuczestniczenia w wielkim dziedzictwie. Jak poprzednio łączą się w tej opowieści piękne opisy przyrody, bardzo osobista narracja i niezwykłe oczytanie autora. Językowo Marek Zagańczyk potrafi czarować i uwodzić. Bywa bardzo poetycki, jego opisy stopniują emocje, podkreślają subtelność otaczającego świata. To naprawdę mistrzostwo. Szkoda tylko, że autor nie pozwala sobie na więcej siebie w swoich tekstach. Nawet jeśli odkrywa rąbek swoich emocji, za chwilę skrywa się za cudzymi wspomnieniami, cytatami innych podróżników. Obudowuje się murem swojej erudycji tak bardzo, że chwilami lektura jego książki przypomina stąpanie po cudzych śladach. O ile na początku wprawia to w rodzaj czytelniczej euforii, bo niewiele jest dziś tak mądrych książek, o tyle z każdą stroną, z każdym kolejnym rozdziałem coraz bardziej nuży lub irytuje. Akceptuję konwencję, którą przyjął Marek Zagańczyk, ale wolę go w tych fragmentach, w których to on patrzy na świat, a nie jego zasłużeni poprzednicy.
Italianki_pl - awatar Italianki_pl
ocenił na 7 4 lata temu
Pamięć Włoch Wojciech Karpiński
Pamięć Włoch
Wojciech Karpiński
Tom esejów podróżniczych dotyczących Italii a napisanych jeszcze na przełomie latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia, przed erą masowej turystyki, selfies i przechwalania się w mediach społecznościowych. Autor prowadzi nas od góry cholewki (Wenecja) do czubka (Sycylia) włoskiego buta, zwracając uwagę czytelników na obiekty, miejsca i wydarzenia związane z poszczególnymi miastami, miejscowościami czy regionami. Jeśli chodzi o chronologię, to Wojciech Karpiński swobodnie przeskakuje ze starożytności do XIX wieku, by powrócić do baroku a następnie zagłębić się w średniowiecze. Widzimy wraz z nim ruiny rzymskich świątyń, raweńskich mozaik, mistrzów renesansu czy Piranesiego. Gibelinom i gwelfom towarzyszą Ostrogoci, Macchiavellemu Zygmunt Krasiński czy Andrea Caffi Rzymowi, Florencji czy Sycylii towarzyszą mniej znane i omijane w przewodnikach czy wycieczkach zorganizowanych Perugia czy Ferrara bądź … cmentarz protestancki (z kwaterą prawosławną) w Rzymie. A więc miejsca nieznane popkulturze, ale warte odwiedzenia lub chociażby przeczytania o nich, z których każde miało swoje pięć minut w historii, pięknie przedstawione przez autora. Dziś, gdy przewodniki zawierają głównie informacje praktyczne, nikt nie chce czytać tekstów dłuższych niż pół strony warto powrócić do nie tak odległych czasów, kiedy to ludzie do atrakcyjnych turystycznie miejsc podróżowali rzadziej dłużej, przeważnie raz życiu. Lekko razi tendencja do opisywania dzieł sztuki bez ich zdjęć, ale wynagradzają to dołączone do opisu ciekawe historie nieznane w internecie i przewodnikach. Książka zdecydowanie ciekawsze od „Drogi do Sieny”, ale mniej od „Barbarzyńcy w ogrodzie”.
Aguirre - awatar Aguirre
ocenił na 7 9 miesięcy temu
Podróże do Włoch Jarosław Iwaszkiewicz
Podróże do Włoch
Jarosław Iwaszkiewicz
„Podróżowanie we Włoszech „po kwiatach” jest równie dobre jak każde inne, „po architekturze” czy „po obrazach”, czy po prostu „po pięknych i rzadkich słowach”, jak to robi Hipolit Taine”. Czym są Włochy dla Jarosława Iwaszkiewicza? Pisze: „(…) byłem w Rzymie coś trzydzieści razy, we Włoszech bez Rzymu sześć razy i trzynaście razy na Sycylii. Te podróże rozciągały się na przestrzeni przeszło pół wieku”. To kawał życia, który pięknie przełożył się na literaturę, bowiem włoszczyznę wyciągamy z wielu zakamarków iwaszkiewiczowskiej poezji i prozy. Trudno po latach zachować chronologię tych licznych podróży. Nie o takie też usystematyzowanie autorowi chodziło. Każdy z rozdziałów, to inny rejon Włoch. Jest Piza, cała w deszczu, Luka, zimna, ciasno zamknięta w obronnych murach, wieże San Gimignano i Rzym z jego kościołami, rzeźbami, Panteonem, nudny Neapol, który nie zachwycił, niemal po litewsku zabobonne Bari, zanurzone w ogrodach i Sycylia z górującą Etną w śniegowej czapie. Opowieść płynie zgodnie z nurtem wspomnień, nie opiera się zawirowaniom, meandrom i zakolom, spontanicznie narzucające się obrazy łączą się z sobą w naturalny, miękki sposób, tworząc historię, która układa się sama, spina fale skojarzeń, biegnie dalej, przed siebie. Dzięki temu można dojrzeć zamiany zachodzące w otoczeniu, w końcu to podróż rozpięta na pięćdziesięciolecie. Znikają jedne elementy architektury, w ich miejsce pojawiają się nowe, co znacząco wpływa na odbiór zabytkowej zabudowy, na atmosferę miejsca. Niestety, zwykle na niekorzyść, przynajmniej w mniemaniu Iwaszkiewicza. Metamorfoza zachodzi także w samym autorze, coraz dojrzalszym, doświadczanym w życiu zarówno szczęściem, jak i cierpieniem, bogatszym o nowe przeżycia i kolejne lektury, zauroczenia i rozczarowania. „Najdziwniejsze jest to, że w tych włoskich podróżach i włoskich wrażeniach nagle powracają nieprzysypane codzienną krzątaniną wspomnienia najdawniejszej młodości, dzieciństwa – i tak krzyżują się z włoszczyzną, tworząc dziwną mieszaninę”. Iwaszkiewicz, ulegając nastrojowi chwil, niejeden raz odsłania się przed nami, zdaje się mówić: Oto jaki jestem, gdy jestem sam z sobą, gdy nie muszę wstydzić się wzruszenia. Z pewnością „Podróże do Włoch” są istotnym elementem uzupełniającym autobiografii pisarza, bardzo interesującym suplemenetem. O włoskich podróżach powstało wiele zapisków, wydanych bądź to w formie listów, pamiętników, diariuszy, bądź też esejów czy opowiadań. Iwaszkiewicz ma z tym pewien problem, tłumaczy, czemu dokłada do tego stosu jeszcze własną cegiełkę. Jak dobrze, że nie zniechęcił się, uznając, że ma do opowiedzenia coś osobistego oraz bardzo chce, wręcz powinien to uczynić. Obok wyimków z obszernych „Dzienników” Sandora Marai i „Pamięci Włoch” Wojciecha Karpińskiego, właśnie italiana Iwaszkiewicza stawiam na półce, by w stosownej chwili mogły ucieszyć mnie fragmentem, w zależności od zapotrzebowania, melancholijnym lub zabawnym. Każdy opisuje swoje własne Włochy, odmienne, z bardzo osobistym ekslibrisem na każdej stronie. Iwaszkiewicza, wbrew pozorom, czyta się najlżej, wręcz tańczy się wzrokiem po tych ciepłych frazach. Szczerych, nie lękających się przyznać, że nie wszystko, co opiewane w przewodnikach, robi wrażenie, że rzymska czy sieneńska, z arcydzielną maestrią ułożona mozaika niekiedy nie wytrzymuje konkurencji z tą prostszą, ale mającą większą siłą wyrazu, zapamiętaną z maleńkiego kościółka na polskiej prowincji, zaś w Wenecji naprawdę głęboki oddech łapie się dopiero spoglądając w dal z nabrzeża. Stale też powraca pytanie, na które nie ma odpowiedzi: „Dlaczego zawsze wybieram ten obraz?” Czemu właśnie to, a nie coś innego budzi mnie z letargu, każe patrzeć, wracać, by patrzeć znów, i jeszcze… Obok jest całe mnóstwo innych, wielka sztuka przedstawiająca, feeria barw i scen obyczajowych, lecz TAK oddziałuje na mnie właśnie to jedno płótno. Iwaszkiewicz podejmuje się analizy tego zjawiska, wgląda przy tym w siebie i w swoje kulturowe dziedzictwo, lecz odpowiedź może być zaledwie przypuszczeniem, jednym z wielu. Znamy to uczucie, prawda? Oczywiście w podróży zwykle coś się wydarza, obserwujemy ulicę, codzienność, ciekawe fizjonomie i zaskakujące incydenty. Później wchodzą one w skojarzenia z miejscem i wyświetlają się pod powiekami we wspomnieniu. Nie inaczej u Iwaszkiewicza. Nieoczekiwanie włoski bruk zmienia się w znajomy krakowski trotuar, przez sielski pejzaż przebija fragment ukraińskiego nieba i żółci zboża aż po horyzont. Nasze doświadczenie jest płynne, łączy się i nadbudowuje, to, co ważne zawsze czeka gdzieś blisko powierzchni, by ponad nią wychynąć i o sobie przypomnieć. Dlatego też między innymi tak chętnie zanurzamy się w tę włoszczyznę Iwaszkiewicza, nie wiedząc, co nas za chwilę czeka, do jakiego brzegu dobijemy, kołysząc się na fali nostalgii, jaka twarz autora się nam objawi. „Najdziwniejsze to wszystko we wspomnieniu, kiedy się jedno nakłada na drugie, dawne wspomnienia na nowe, nowe na dawne i robi się ta mieszanina barw, kształtów, chłodu, smutku i niepokoju, jaką jest dla mnie Wenecja”. Włoskie niebo, nie zawsze lazurowe, przybiera różne odcienie, za nimi napływa melancholia, uczucie jedności z naturą, albo rozpalające fantazję wyobrażenie/pewność, że zdarzyć się może wszystko. W tle, obok naturalnych odgłosów przyrody, dźwięczy fortepian melodią Chopina, wśród zachwycających pejzaży przemykają powidoki renesansowych malowideł. Wszystko to jest wieczne, wielkie, i zarazem bliskie, tu, w Italii. Malarstwo, znak rozpoznawczy Włoch, wszechobecne, zjawiskowe, syci się włoskim kolorytem, by później oddać go otoczeniu - „(…) tę suchą majestatyczność, tę żółtość i ten brąz odnalazłem w tamten jesienny wieczór w Torcello. Cały Sąd Ostateczny na ścianie chóralnej kościoła wydał mi się jak wyschnięta winnica, jak liście przywarzone jesienią z fiołkowymi gronami w środku”. Pięknie współgra wrażliwość Iwaszkiewicza, uważna, nieco melancholijna, powściągliwie pastelowa, z italską delikatnością, symetrią i elegancją. Wszystko zaś kojarzy się przy tym literacko, malarsko albo muzycznie. Myśli płyną w tych luźnych zapiskach swobodnie, wzajemnie się wzbudzając i wyciszając. Sylwetka Piety z Bazyliki św. Piotra prowadzi wprost do ogólnych rozważań o roli sztuki w różnych okresach historycznych i różnych kulturach, o miłości do artyzmu, ale i jakiejś niewytłumaczalnej ku niemu nienawiści, skutkującej zniszczeniem, a wic zamachem wręcz niewyobrażalnym. „Podróże do Włoch” łączą niesłychaną, uwodzącą erudycję z intymnym zwierzeniem, chęć utrwalenia pamięci z nostalgią spoglądania w przeszłość, radość przeżywania na nowo przygód i ekscytacji ze świadomością nieuchronnego przemijania. Lektura literacko piękna, dodatkowo inspirująca i ciekawa, niosąca ukojenie świadomością nieprzemijalności, trwałości dziedzictwa człowieka, co jest niewątpliwie cudownym łącznikiem poprzez wieki. Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 8 9 miesięcy temu

Cytaty z książki Podróż włoska

Więcej

Jest tylko jeden Rzym na świecie, a ja w nim czuję się jak ryba w wodzie.

Jest tylko jeden Rzym na świecie, a ja w nim czuję się jak ryba w wodzie.

Johann Wolfgang Goethe Podróż włoska Zobacz więcej

Kto nie widział Sycylii, ten nie rozumie Włoch. Tu bowiem jest klucz do wszystkiego.

Kto nie widział Sycylii, ten nie rozumie Włoch. Tu bowiem jest klucz do wszystkiego.

Johann Wolfgang Goethe Podróż włoska Zobacz więcej

Lżej się żyje w tym ciepłym kraju, gdzie jedzenie jest tanie i wszystko niemal odbywa się pod gołym niebem.

Lżej się żyje w tym ciepłym kraju, gdzie jedzenie jest tanie i wszystko niemal odbywa się pod gołym niebem.

Johann Wolfgang Goethe Podróż włoska Zobacz więcej
Więcej