Podróże do Włoch

Okładka książki Podróże do Włoch
Jarosław Iwaszkiewicz Wydawnictwo: Austeria biografia, autobiografia, pamiętnik
440 str. 7 godz. 20 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2025-04-01
Data 1. wyd. pol.:
1980-01-01
Liczba stron:
440
Czas czytania
7 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788378667346
Średnia ocen

                6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Podróże do Włoch w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Podróże do Włoch

Średnia ocen
6,8 / 10
69 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
814
814

Na półkach:

„Podróżowanie we Włoszech „po kwiatach” jest równie dobre jak każde inne, „po architekturze” czy „po obrazach”, czy po prostu „po pięknych i rzadkich słowach”, jak to robi Hipolit Taine”.

Czym są Włochy dla Jarosława Iwaszkiewicza? Pisze: „(…) byłem w Rzymie coś trzydzieści razy, we Włoszech bez Rzymu sześć razy i trzynaście razy na Sycylii. Te podróże rozciągały się na przestrzeni przeszło pół wieku”. To kawał życia, który pięknie przełożył się na literaturę, bowiem włoszczyznę wyciągamy z wielu zakamarków iwaszkiewiczowskiej poezji i prozy. Trudno po latach zachować chronologię tych licznych podróży. Nie o takie też usystematyzowanie autorowi chodziło.

Każdy z rozdziałów, to inny rejon Włoch. Jest Piza, cała w deszczu, Luka, zimna, ciasno zamknięta w obronnych murach, wieże San Gimignano i Rzym z jego kościołami, rzeźbami, Panteonem, nudny Neapol, który nie zachwycił, niemal po litewsku zabobonne Bari, zanurzone w ogrodach i Sycylia z górującą Etną w śniegowej czapie. Opowieść płynie zgodnie z nurtem wspomnień, nie opiera się zawirowaniom, meandrom i zakolom, spontanicznie narzucające się obrazy łączą się z sobą w naturalny, miękki sposób, tworząc historię, która układa się sama, spina fale skojarzeń, biegnie dalej, przed siebie. Dzięki temu można dojrzeć zamiany zachodzące w otoczeniu, w końcu to podróż rozpięta na pięćdziesięciolecie. Znikają jedne elementy architektury, w ich miejsce pojawiają się nowe, co znacząco wpływa na odbiór zabytkowej zabudowy, na atmosferę miejsca. Niestety, zwykle na niekorzyść, przynajmniej w mniemaniu Iwaszkiewicza. Metamorfoza zachodzi także w samym autorze, coraz dojrzalszym, doświadczanym w życiu zarówno szczęściem, jak i cierpieniem, bogatszym o nowe przeżycia i kolejne lektury, zauroczenia i rozczarowania. „Najdziwniejsze jest to, że w tych włoskich podróżach i włoskich wrażeniach nagle powracają nieprzysypane codzienną krzątaniną wspomnienia najdawniejszej młodości, dzieciństwa – i tak krzyżują się z włoszczyzną, tworząc dziwną mieszaninę”. Iwaszkiewicz, ulegając nastrojowi chwil, niejeden raz odsłania się przed nami, zdaje się mówić: Oto jaki jestem, gdy jestem sam z sobą, gdy nie muszę wstydzić się wzruszenia. Z pewnością „Podróże do Włoch” są istotnym elementem uzupełniającym autobiografii pisarza, bardzo interesującym suplemenetem.

O włoskich podróżach powstało wiele zapisków, wydanych bądź to w formie listów, pamiętników, diariuszy, bądź też esejów czy opowiadań. Iwaszkiewicz ma z tym pewien problem, tłumaczy, czemu dokłada do tego stosu jeszcze własną cegiełkę. Jak dobrze, że nie zniechęcił się, uznając, że ma do opowiedzenia coś osobistego oraz bardzo chce, wręcz powinien to uczynić. Obok wyimków z obszernych „Dzienników” Sandora Marai i „Pamięci Włoch” Wojciecha Karpińskiego, właśnie italiana Iwaszkiewicza stawiam na półce, by w stosownej chwili mogły ucieszyć mnie fragmentem, w zależności od zapotrzebowania, melancholijnym lub zabawnym. Każdy opisuje swoje własne Włochy, odmienne, z bardzo osobistym ekslibrisem na każdej stronie. Iwaszkiewicza, wbrew pozorom, czyta się najlżej, wręcz tańczy się wzrokiem po tych ciepłych frazach. Szczerych, nie lękających się przyznać, że nie wszystko, co opiewane w przewodnikach, robi wrażenie, że rzymska czy sieneńska, z arcydzielną maestrią ułożona mozaika niekiedy nie wytrzymuje konkurencji z tą prostszą, ale mającą większą siłą wyrazu, zapamiętaną z maleńkiego kościółka na polskiej prowincji, zaś w Wenecji naprawdę głęboki oddech łapie się dopiero spoglądając w dal z nabrzeża.

Stale też powraca pytanie, na które nie ma odpowiedzi: „Dlaczego zawsze wybieram ten obraz?” Czemu właśnie to, a nie coś innego budzi mnie z letargu, każe patrzeć, wracać, by patrzeć znów, i jeszcze… Obok jest całe mnóstwo innych, wielka sztuka przedstawiająca, feeria barw i scen obyczajowych, lecz TAK oddziałuje na mnie właśnie to jedno płótno. Iwaszkiewicz podejmuje się analizy tego zjawiska, wgląda przy tym w siebie i w swoje kulturowe dziedzictwo, lecz odpowiedź może być zaledwie przypuszczeniem, jednym z wielu. Znamy to uczucie, prawda?

Oczywiście w podróży zwykle coś się wydarza, obserwujemy ulicę, codzienność, ciekawe fizjonomie i zaskakujące incydenty. Później wchodzą one w skojarzenia z miejscem i wyświetlają się pod powiekami we wspomnieniu. Nie inaczej u Iwaszkiewicza. Nieoczekiwanie włoski bruk zmienia się w znajomy krakowski trotuar, przez sielski pejzaż przebija fragment ukraińskiego nieba i żółci zboża aż po horyzont. Nasze doświadczenie jest płynne, łączy się i nadbudowuje, to, co ważne zawsze czeka gdzieś blisko powierzchni, by ponad nią wychynąć i o sobie przypomnieć. Dlatego też między innymi tak chętnie zanurzamy się w tę włoszczyznę Iwaszkiewicza, nie wiedząc, co nas za chwilę czeka, do jakiego brzegu dobijemy, kołysząc się na fali nostalgii, jaka twarz autora się nam objawi. „Najdziwniejsze to wszystko we wspomnieniu, kiedy się jedno nakłada na drugie, dawne wspomnienia na nowe, nowe na dawne i robi się ta mieszanina barw, kształtów, chłodu, smutku i niepokoju, jaką jest dla mnie Wenecja”.

Włoskie niebo, nie zawsze lazurowe, przybiera różne odcienie, za nimi napływa melancholia, uczucie jedności z naturą, albo rozpalające fantazję wyobrażenie/pewność, że zdarzyć się może wszystko. W tle, obok naturalnych odgłosów przyrody, dźwięczy fortepian melodią Chopina, wśród zachwycających pejzaży przemykają powidoki renesansowych malowideł. Wszystko to jest wieczne, wielkie, i zarazem bliskie, tu, w Italii. Malarstwo, znak rozpoznawczy Włoch, wszechobecne, zjawiskowe, syci się włoskim kolorytem, by później oddać go otoczeniu - „(…) tę suchą majestatyczność, tę żółtość i ten brąz odnalazłem w tamten jesienny wieczór w Torcello. Cały Sąd Ostateczny na ścianie chóralnej kościoła wydał mi się jak wyschnięta winnica, jak liście przywarzone jesienią z fiołkowymi gronami w środku”. Pięknie współgra wrażliwość Iwaszkiewicza, uważna, nieco melancholijna, powściągliwie pastelowa, z italską delikatnością, symetrią i elegancją. Wszystko zaś kojarzy się przy tym literacko, malarsko albo muzycznie. Myśli płyną w tych luźnych zapiskach swobodnie, wzajemnie się wzbudzając i wyciszając. Sylwetka Piety z Bazyliki św. Piotra prowadzi wprost do ogólnych rozważań o roli sztuki w różnych okresach historycznych i różnych kulturach, o miłości do artyzmu, ale i jakiejś niewytłumaczalnej ku niemu nienawiści, skutkującej zniszczeniem, a wic zamachem wręcz niewyobrażalnym.

„Podróże do Włoch” łączą niesłychaną, uwodzącą erudycję z intymnym zwierzeniem, chęć utrwalenia pamięci z nostalgią spoglądania w przeszłość, radość przeżywania na nowo przygód i ekscytacji ze świadomością nieuchronnego przemijania. Lektura literacko piękna, dodatkowo inspirująca i ciekawa, niosąca ukojenie świadomością nieprzemijalności, trwałości dziedzictwa człowieka, co jest niewątpliwie cudownym łącznikiem poprzez wieki.
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/

„Podróżowanie we Włoszech „po kwiatach” jest równie dobre jak każde inne, „po architekturze” czy „po obrazach”, czy po prostu „po pięknych i rzadkich słowach”, jak to robi Hipolit Taine”.

Czym są Włochy dla Jarosława Iwaszkiewicza? Pisze: „(…) byłem w Rzymie coś trzydzieści razy, we Włoszech bez Rzymu sześć razy i trzynaście razy na Sycylii. Te podróże rozciągały się na...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

236 użytkowników ma tytuł Podróże do Włoch na półkach głównych
  • 136
  • 100
43 użytkowników ma tytuł Podróże do Włoch na półkach dodatkowych
  • 22
  • 5
  • 4
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Okładka książki Listy 1950-1955 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Ocena 8,3
Listy 1950-1955 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Okładka książki Listy 1944-1949 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Ocena 8,3
Listy 1944-1949 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Okładka książki Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie. Listy 1944–1950 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Ocena 7,2
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie. Listy 1944–1950 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Okładka książki Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie: Listy 1951–1955 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Ocena 7,7
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie: Listy 1951–1955 Anna Iwaszkiewicz, Jarosław Iwaszkiewicz
Jarosław Iwaszkiewicz
Jarosław Iwaszkiewicz
Pisarz (pseudonim Eleuter), poeta, eseista, tłumacz, współtwórca grupy poetyckiej Skamander, współpracownik Wiadomości Literackich, wieloletni redaktor naczelny Twórczości. Naukę rozpoczął w 1902 w szkole w Warszawie, w 1904 przeniósł się wraz z rodziną do Elizawetgradu (dziś Kirowohrad), gdzie uczęszczał do liceum, a od 1909 mieszkał i uczył się w Kijowie w liceum nr 4. W tymże liceum, w związku z poznaniem uzdolnionych artystycznie kolegów (zwłaszcza Mikołaja Niedźwiedzkiego, którego określał jako swój uniwersytet) oraz nauczycieli, podjął pierwsze próby twórcze, głównie w zakresie komponowania utworów muzycznych, ale także poezji. Po maturze rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Kijowskim, których jednak nie ukończył. Studiował także w konserwatorium w Kijowie. Pod koniec nauki w liceum i na początku studiów pracował też jako korepetytor, odbywając wtedy wiele podróży po dworach polskich i rosyjskich na terenie Polski i Naddnieprzańskiej Ukrainy, z których wrażenia będą kanwą licznych późniejszych utworów. Szczególnie istotny dla jego twórczości był pobyt w Byszewach koło Łodzi i znajomość z tamtejszym środowiskiem szlacheckim. W 1918 w związku z rozszerzającym się chaosem rewolucyjnym na Kijowszczyźnie wyjechał do Warszawy. Debiutował w 1915 wierszem Lilith w kijowskim piśmie "Pióro". Debiut książkowy to Oktostychy w 1919. Na początku lat 20. służył w stacjonującym w Ostrowie Wielkopolskim 221. Pułku Piechoty złożonym głównie z ochotników (towarzyszył mu m.in. Aleksander Wat). Od 1928 zamieszkał w Podkowie Leśnej w posiadłości Stawisko. Dzisiaj znajduje się w niej muzeum. W latach 1923–1925 był sekretarzem marszałka Sejmu Macieja Rataja. Od 1927 pracował w dyplomacji. Pełnił obowiązki sekretarza ambasady RP w Kopenhadze (1932–1935) i Brukseli (1935–1936). W czasie II wojny światowej działał w strukturach Polski Podziemnej w wydziale kultury i sztuki. Współpracował z prof. Lorentzem przy ratowaniu zabytków kultury. Willa w Stawiskach przez cały okres okupacji, a zwłaszcza po upadku Powstania warszawskiego, była schronieniem dla wielu ludzi kultury. W latach 1945–1946, 1947–1949 i 1959–1980 pełnił funkcję prezesa Związku Literatów Polskich. Od marca 1947 do grudnia 1948 wydawał pismo "Nowiny Literackie", które miały w jego zamierzeniu wznowić tradycje "Wiadomości Literackich". Po wojnie bezpartyjny poseł na Sejm PRL I, II, III, IV, V, VI i VII kadencji, przewodniczący Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju. Pochowany 5 marca 1980 na cmentarzu w Brwinowie pod Warszawą. Za swoją działalność literacką i polityczną otrzymał wiele nagród i odznaczeń, m.in. tytuły doktora honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego (1971) i Jagiellońskiego (1979).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Alfabet wspomnień Antoni Słonimski
Alfabet wspomnień
Antoni Słonimski
Trudno nie polubić „Alfabetu wspomnień”, w którym autor robi subiektywny przegląd swoich bliższych i dalszych znajomych, uwzględniając też paru takich, których osobiście nie spotkał lecz wspomnienia są warci, na przykład w anegdocie. Anegdot zresztą - jak to u Słonimskiego - jest sporo, a bardzo osobiste podejście do przywoływanych osób i zjawisk, od laurek poprzez wątpliwości aż po potępianie w czambuł, stanowią o atrakcyjności książki. Czy mam jakieś zastrzeżenia - owszem, pominięcia, choćby wynikające z przyjętej przez autora zasady, że nie będzie pisał o nadal, czyli w roku 1975, żyjących ludziach. Czyli na przykład o Jarosławie Iwaszkiewiczu, Irenie Krzywickiej i kilku innych, także z młodszych pokoleń, których aktywność na pewno śledził i wiele ciekawego miałby do powiedzenia. Natomiast fakt, że osobnego hasła nie ma w „Alfabecie” Maria Morska* po prostu mnie wkurzył, zwłaszcza że wzmianki o niej są, a jej zdjęcie otwiera sekcję Pikadorczycy i Skamandryci. Nie chodzi jedynie o ich wieloletnią miłość, o której wiedzieli wszyscy im współcześni - choć niektórzy utrzymywali, że była platoniczna - ale o jej rolę aktorki, feministki i środowiskowej Muzy. Chętnie poczytałabym też o zdolnej plastyczce, Janinie Konarskiej, ale prawdę mówiąc na obecność żony Słonimskiego w jego „Alfabecie” za bardzo nie liczyłam. Hasła są bardzo różnej długości. Do tych najkrótszych należy Beck Józef. Słonimski przyznaje, że się z nim przyjaźnił, pisze: „… zerwaliśmy przyjaźń po sprawie brzeskiej. Po sprawie Zaolzia napisałem w Kronice ‚Mądry Polak po S k o d z i e’. Gdy Beck miał swoje słynne przemówienie w maju 1939r., uściskałem się z nim serdecznie. Nie piszę historii. Sprawy to dawne, zawiłe, bolesne. Nie mnie sądzić o nim jako o polityku.” Jest to, moim zdaniem, przykład tego, co wówczas o Becku można było napisać, dotykając choć nie interpretując zawirowań epoki. Z kolei inne króciutkie hasło, „Czeszer Mec. Pierwszy Polak pochodzenia mojżeszowego, który dostał literacką nagrodę Nobla: ożenił się z wdową po Reymoncie” ma enigmatyczno-sarkastyczny posmak. Jest wyrazem uszczypliwości pod adresem nagrody dla Reymonta (a nie dla Żeromskiego, któremu zdaniem środowisk literackich Nobel dużo bardziej się należał). Ale wobec zamordowanego w getcie żydowskiego prawnika, Czeszera, taki wpis specjalnie elegancki nie jest. Zwłaszcza że zanim trafił do getta, zapobiegawcza żona zdążyła się już z nim, swoim trzecim małżonkiem, rozwieść. W każdym razie Mecenas Czeszer literatem nie był. Za to z dużą estymą pisze Słonimski w „Alfabecie” o Itziku Mangerze, poznanym w Londynie, jak go nazywa „najwybitniejszym liryku piszącym w języku jidysz”. Pięknie opisuje jak się porozumiewali - on nie znał żydowskiego, Manger polskiego, choć kiedyś obaj mieszkali w tym samym mieście, Warszawie, jak tłumaczył jego lirykę, jak go ekspediował do Polski na uroczystość odsłonięcia pomnika bohaterów getta. Manger należał „do nie istniejących już plemion małomiasteczkowych Żydów Europy wschodniej”. Trochę o nim myślałem - wyznaje Słonimski - gdy w Elegii miasteczek żydowskich (1947 rok) pisałem: „Już nie ma tych miasteczek, gdzie szewc był poetą, zegarmistrz filozofem, fryzjer trubadurem”. Sam Słonimski duszy sentymentalnego liryka chyba nie miał. Był przede wszystkim, jak trafnie go nazwała autorka jego doskonałej biografii, heretykiem na ambonie.** Lubił pouczać, wyzłośliwiać się, dogryzać, wykłócać się o swoje … Nawet jeśli kogoś darzył głęboką sympatią, starał się nadmiernie nie rozczulać. Czy kogoś w „Alfabecie” skrzywdził? No cóż, pisząc na przykład o Ferdynandzie Goetlu nie szczędzi słów obrzydzenia przytaczając jego faszystowskie pogróżki, kierowane bezpośrednio do niego. Ale choć o kolaborację z hitlerowcami go wprost nie oskarża, także go z tego zarzutu nie oczyszcza, jak robi to na przykład hasło w Wikipedii. Ograniczyłam się do paru, nietypowych moim zdaniem, przykładów, bo „Alfabet” każdy musi sam smakować, najlepiej wielokrotnie, po pewnym czasie - już niekoniecznie ciągiem, lecz wedle zapotrzebowania, na wyrywki. Na koniec jeszcze dwa cytaty z dość obszernego hasła Powrót. Dlaczego po jedenastu latach emigracji, pod koniec pobytu piastując prestiżowe i intratne funkcje w UNESCO i w londyńskim Polskim Instytucie, podjął Antoni Słonimski decyzję o przeprowadzce do zrujnowanej i nie całkiem niepodległej ojczyzny? Jest to interesująca, wieloaspektowa opowieść. Wybrałam z niej argumenty dla mnie bardzo przekonujące: „Obracałem się w Londynie w środowisku ludzi wybitnych i atrakcyjnych, ale nie jako partner równorzędny, lecz jako intruz. Niebłahą stanowiła przeszkodę bariera językowa. Mówiłem po angielsku poprawnie, ale bez finezji” „Przez pięć lat od 1946 do 1951 r. nie pisałem. Pogrążałem się coraz beznadziejniej w rutynę i obowiązki życia urzędniczego. Czułem, że jeszcze rok, dwa a zabraknie mi nie tylko siły wyrwania się z tego trybu życia, ale przestanę być pisarzem.” * Moją irytację na nieobecność w „Alfabecie wspomnień” Marii Morskiej (1895-1945) wzmogły daremne próby dotarcia do jej jedynej biografii, Hanna Faryna-Paszkiewicz: Opium życia. ** Joanna Kuciel-Frydryszak: Słonimski. Heretyk na ambonie.
Nina - awatar Nina
oceniła na 8 1 rok temu
Błazen-wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim Józef Hen
Błazen-wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim
Józef Hen
Autorzy biografii nie zawsze mają szansę na polubienie swoich bohaterów, a w niektórych przypadkach jest to wręcz niemożliwe. Tadeusza Boya Żeleńskiego z jego erudycją, dowcipem i inteligencją trudno jest nie obdarzyć sympatią i, jak można się było spodziewać, biograf - Józef Hen, ma do niego właśnie taki - serdeczny i pełen uznania - stosunek. To nie jest powieść biograficzna, a starannie przygotowana biografia o cechach pracy popularno-naukowej. Poświęcona niezwykłemu człowiekowi, któremu przyszło żyć i tworzyć w trudnych czasach, dużo miejsca i uwagi oddaje historycznym uwarunkowaniom jego działalności. Autor wyznaje, że przed laty pojawiła się szansa na prawdziwe spotkanie obu panów - przeszło sześćdziesiecioletniego Boya i czternastoletniego Hena. Było to we Lwowie podczas pierwszych lat wojennych, nie udało się jednak Henowi dotrzeć na jeden z otwartych odczytów pisarza. To pozycja dla osób zainteresowanych Tadeuszem Żeleńskim i jego twórczością, która jest nie tylko bardzo dokładnie opisana, ale również skomentowana. Szczególnie praca recenzencka, działalność teatralna i środowisko literackie skupione wokół teatru zostały wnikliwie rozpoznane. Myślę, że przed przeczytaniem, dobrze jest mieć już za sobą przynajmniej lekturę felietonów lub innych mniejszych form literackich, bo biografia tej postaci bez znajomości twórczości lub jakiegoś szczególnego zainteresowania literaturą okresu Młodej Polski i Międzywojnia, może okazać się dla laika zbyt drobiazgowa i nużąca. Oczywiście, poza pracą nad felietonami, tłumaczeniami, recenzjami i działalnością społeczną poznamy również prywatne życie bohatera, ale to, chociaż bogate i szeroko komentowane, zostało przez Hena pokazane bardzo taktownie i dyskretnie. Romanse pisarza i wieloletni związek z Ireną Krzywicką, komentują właściwie tylko relacje pochodzące od niej samej lub zachowane fragmenty korespondencji. To było dla mnie bardzo udane spotkanie z jednym z ulubionych autorów Józefem Henem, tym razem w roli życzliwego i dociekliwego biografa. Tadeusza Boya Żeleńskiego zobaczyłam w nowym świetle, nie tylko jako krytyka, skandalistę, autora prześmiewczych tekstów i sprawnego tłumacza literatury francuskiej, ale przede wszystkim bezkompromisowego, upartego, odważnego wyraziciela swoich poglądów i opinii o teatrze, literaturze, sztuce, często wbrew panujacym trendom i zwyczajom, nie stosujących taryfy ulgowej nawet dla przyjaciół. Szczególnie teraz, w czasach bezkrytycznego zachwycania się banałem i twórczością (delikatnie mówiąc) mało wartościową (często z powodów wyłącznie merkantylnych) wydaje mi się to niezwykle cenne.
Iksja - awatar Iksja
oceniła na 9 4 miesiące temu
Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach Krzysztof Rutkowski
Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach
Krzysztof Rutkowski
Krzysztof Rutkowski to taki miłośnik kultury francuskiej, który nie ma dla niej pobłażania w wielu jej aspektach. Potrafi np. napisać: “Czasami słodka Francja odsłania niechcący swe ineksprymable cuchnące i szare, bo niezmieniane od pół wieku. Otwieranie okien wtedy nie pomaga, a wylanie pół litra Chanela na łono i butelki whisky do gardła – nie zdaje się na nic”. To czwarta moja książka Autora, wybitnego intelektualisty, który ma nieszczęście nazywać się jak ktoś…. zupełnie inny. Jego znajomość wszystkiego, co się mieści w pojemnym pojęciu francuszczyzny jest po prostu zadziwiająca. Zarazem, co nieczęsto się zdarza, potrafi celnie uderzyć w słaby, czy też właśnie odwrotnie: silny, punkt tego, co opisuje. A może po prostu jest obiektywny - taka to dziwna przypadłość, przepadła już dawno niczym choćby trzepanie dywanów na podwórkach. I trzepie z zapałem nasz Autor ten francuski kobierzec aż iskry lecą, jaskrawe - bo zachwytu. Wystarczy nieco cytatów, by się przekonać, że mało kto pisze z takim pazurem. .. “W pierwszej połowie XIX wieku Paryż był miastem niesamowicie ciasnym, ciemnym, brudnym, błotnym i cuchnącym jak martwa ostryga”. “Powieści Balzaka i Stendhdala opisują tylko niewielką, cienką – jak bieda zupka – warstwę paryskiego społeczeństwa. 50 tysięcy paryżan żyło sobie w luksusie lub w dostatku; 250 tysięcy wiązało jakoś koniec z końcem, a 700 tysięcy klepało biedę z żałosnym dudnieniem pośród niepowtarzalnych zapachów po obu stronach Sekwany”. “Prawdziwy Babilon. Istna Sodoma. Paryż przerażał. Paryż był chorym człowiekiem Europy”. “Zagęszczenie ludności, stężenie brudu oraz wszelkiego plugastwa osiągnęło w niepięknych dzielnicach Paryża taki stopień, że nawet mieszkańcy nowych lub bogatych części miasta zaczęli się niepokoić”. “Przy zachlapanych stolikach wśród oparów, dymu, cuchu wilgotnych płaszczy i przepoconych koszul nieudani poeci, polscy emigranci i zwykli alkoholicy wyrzynali w pień królów i panów, zakładali zakony zarodowe na szczęśliwą przyszłość ludzkości, rozdzielali między siebie kobiety i zagrabione przez burżujów skarby. Znosili wszelką własność, tęskniąc do nowej pary własnych kalesonów. Niektórzy z nich umrą na suchoty, zwariują od przerzutów syfilitycznych, wskoczą do Sekwany, inni się wzbogacą jeszcze inni trafią do więzienia, reszta pójdzie do klasztoru”. “Psychoanalitycy twierdzą, że przyczyn homoseksualizmu Verlaine'a należałoby szukać w trzech słojach formaliną, w których jego matka zakonserwowała skutki wcześniejszych poronień.(...) Pewnego dnia w przypływie furii potłukł wszystkie słoje, potem rzucił się z nożem na ślubną małżonkę, prawie zadusił matkę, później postanowił zostać świętym”. “Prefekt miasta Paryża wydał w roku 1878 wszystkim policjantom tajnym, jawnym i dwupłciowym rozporządzenie, by pod żadnym pozorem nie zatrzymywali Verlaine'a. “Henri de Toulouse-Lautrec miał metr 52 cm wzrostu i najlepiej czuł się pod stołem lub w burdelu. (...) Koiły go w ramionach krągłe egerie. Wtulał się cały pod ich biusty, rozpłaszczał na brzuchu, wsysał w pępek”. “W latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia paryska bohema zmieniała skórę. Dawniej stanowiła sposób na życie. Powoli zamieniała się w zorganizowaną, zbiorową sztukę reklamy”. Jednym z ulubionych bohaterów Autora jest markiz Donatien Alphonse François de Sade. Najwspanialszy jest fragment o jego testamencie, w którym wyraził wolę, aby pochowano go w jego prowincjonalnym majątku, gdzieś w gęstwinie ogrodu (co się jednak nie stało, bo majątek wcześniej sprzedano). “Na zasypanym dole posadzić na powrót wszelkie chwasty, aby wyżej wspomniany dół nie odróżniał się niczym od otoczenia, a zagajnik zarósł jak wprzódy, i aby po moim grobie nie pozostał najmniejszy ślad na powierzchni ziemi podobnie – jak mniemam – pamięć o mnie wśród ludzi zaginie, z wyjątkiem może tyciej garstki nielicznych, którzy obdarzyli mnie swą miłością aż do ostatniej chwili i o których słodkie wspomnienie zabiorę ze sobą do grobu”. Autor celnie wytyka Francji prorosyjskość w XIX wieku i prosowieckość w XX. Wiele miejsca zajmuje rozprawa Rutkowskiego z taką orientacją zwłaszcza u francuskich intelektualistów. “Największy podziw budziła, budzi i budzić będzie nad Sekwaną Rosja. Najpiękniejszy most w Paryżu nosi imię cara Aleksandra III”. “Do połowy XIX wieku, mniej więcej do upadku Wiosny Ludów, francuska lewica adorowała i miłośnie wzdychała do Polski oraz narodów podobnie uciśnionych. Rosja jawiła się jako upiór i oprawca. (...) W drugiej połowie XIX wieku sympatia do Polski stopniała we Francji jak lód na słońcu, by rozpuścić się w brudnej kałuży po Komunie Paryskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym podziw wzbudzała już na Sekwaną tylko Rosja sowiecka, a po roku 1945 fala rusofilli z gwiazdą rozpłynęła się we Francji jak sos beszamelowy po kotlecie z mlecznego jagnięcia”. “Trudno sobie nawet dzisiaj wyobrazić, do jakiego stopnia komunizm sowiecki stał się obiektem pożądania dla francuskich środowisk intelektualnych (...) To widmo gdzie indziej przelewanej krwi tak przyjemnie łechtało wyobraźnię w uniwersyteckich salach, w kawiarniach i w salonach. Niczym wspomnienie o słodkich razach zadawanych szpicrutą boskiego markiza”. “We Francji na literackie sukcesy mogą liczyć wyłącznie osoby, które poznały wszelkie zawiłości składni oraz ortografii mowy Racine'a i Moliera. Ponadto warto być draniem i w odpowiednim czasie sympatyzować z czerwonymi. Albo z Czarnymi Panterami, Frakcją Czerwonej Armii lub terrorystami z OWP. Jean Genet popierał z całego serca zarówno Pantery, jak i Arabów, bowiem doszedł do wniosku, że to bardzo piękni chłopcy. Wyznał jednocześnie z żalem, że z żadnym z przystojnych bojowników o wyzwolenie Palestyny nie udało mu się spędzić nocy”. “W 1954 roku Jean Paul Sartre napisał, że każdy obywatel Związku Radzieckiego cieszy się zupełną wolnością słowa i ma prawo krytykować sowiecką władzę ile wlezie. (....) Doszedł do wniosku, że kapitalizm nie może już niczego ofiarować ludzkości. Jedyną rozsądną propozycją jest komunizm. Jak zaczniemy krytykować komunizm, to stracimy sens życia. Jak się straci sens życia – to koniec”. I jeszcze francuska obsesja na punkcie wiecznej młodości: “Tu starości unika się jak kataru lub po prostu w ogóle nie zauważa, niczym kloszarda na ławce, psich odchodów na chodniku lub grymasu na ustach teściowej. Starość nie istnieje a młodość stała się synonimem piękna”. “Bycie w formie zastąpiło obecnie bycie w prawdzie. Zdrowie stało się celem samym w sobie, a młodość absolutem”. Albo taka inteligentna złośliwość: “Kiedy byłem małym chłopcem, to ze wszystkich francuskich profesorów lubiłem najbardziej Claude’a Levi-Straussa, ponieważ kojarzył mi się nieuchronnie z wybornymi dżinsami, które wtedy uznawałem za szczyt osiągnięć rękodzieła artystycznego”. Wielkie wrażenie na koniec wywiera opis kopii listów pisanych ze strefy okupowanej i przechwyconych na rozkaz kolaboracyjnego francuskiego “rządu” Vichy. Niemcy tego nie żądali, to była czysto francuska narodowa inicjatywa. “Tysiące francuskich urzędników pocztowych otwierało codziennie przez 8 godzin (z przerwą na obiad) dziesiątki tysięcy prywatnych listów nad parą i przepisywało je pracowicie z kopiami na przebitce, bo marszałek Petain chciał koniecznie wiedzieć, jakie w narodzie panują nastroje. (...) Tysiące pracowników poczty i telegrafu podsłuchiwało rozmowy Francuzów i notowało wybrane fragmenty”. “Szpiegowano w majestacie prawa, stosy pracowitych stron wędrowały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w uzdrowisku Vichy, a konsekwencje – w wypadkach uznanych za niebezpieczne – spadały na gadułów jak piorun w zacierkę”. Pasjonująca to lektura książki mojego ulubionego wydawnictwa Słowo/Obraz/Terytoria...
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 6 miesięcy temu
Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Tom 1 Radosław Romaniuk
Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza. Tom 1
Radosław Romaniuk
Po biografię Jarosława Iwaszkiewicza sięgnąłem z wielkimi obawami, wywołanymi nie tyle objętością (toż to dwa potężnych rozmiarów tomy!), ale przede wszystkim z uwagi na jej bohatera. Z panem Iwaszkiewiczem spotkałem się raz i to w okresie pandemii, kiedy postanowiłem zmierzyć się ze Sławą i chwałą. Pokonała mnie ona okrutnie, a na domiar złego opinia o Iwaszkiewiczu jako sztywniaku, który siedział milczkiem przy słynnym stoliku w Ziemiańskiej (określał siebie „brzydkim kaczątkiem Skamandra”), zaczęła mi współgrać z jego twórczością. Sprawy nie ułatwiły filmowe adaptacje jego opowiadań. Ale jak się okazało, wszystko zmienia się z czasem, gdy człowiek pokrywa się patyną. Niewątpliwe dzięki autorowi biografii, Radosławowi Romaniukowi, przed którym pokornie chylę czoła, wróciłem do Iwaszkiewicza – i tego literackiego, i filmowego, i teraz zupełnie inaczej odczytuję jego twórczość. To, co dla mnie jest najważniejsze w każdej biografii ludzi wielkich, to podejście autora do tematu. Biografię można bowiem strugać, zasypując czytelników listami, wypowiedziami lub całymi stronami tekstu, który napisał/wygłosił jej bohater/bohaterka. Takie dzieło, przypominające bardziej naukowe dociekania, staje się przez to monotonne i bezbarwne. Sztuką natomiast jest to, aby biograf – tak jak właśnie uczynił to Romaniuk – słowa i czyny swego bohatera przekuwał w zrozumiały dla każdego tekst, wyciągał z nich esencję, ideę myśli, jakieś ukryte znaczenia, wiązał z innym wydarzeniami z życia, odkrywał przed nami to, co pisarz chciał pozornie lub celowo ukryć i zamaskować. Innymi słowy – aby tłumaczył, objaśniał postać. I nagle Jarosław Iwaszkiewicz staje się osobą przeciekawą, niejednolitą, nierzadko kontrowersyjną i właśnie na tym Romaniuk buduje swą opowieść (choć nie goni za tanią sensacją). W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że Inne życie stało się dla mnie wciągającym kryminałem, książką niemalże sensacyjną – nie tylko w odkrycia o życiu Jarosława, ale także tych, których spotkał na swojej drodze. Zachwycił mnie język autora, który współgrał z delikatnym, melancholijnym językiem Iwaszkiewicza. Mimo dotykania przez Romaniuka sfer najbardziej intymnych, biografia nie była pogonią ogarniętego obsesją paparazzi za jego ofiarą, wręcz przeciwnie – jest spokojną, ale jakże wciągającą opowieścią o człowieku, jego przywarach, namiętnościach, sukcesach i porażkach. I nagle gdzieś te kolejne setne strony Innego życia mijały niezauważalnie, pozostawiając we mnie poczucie obcowania z literaturą najwyższych lotów, słowem pięknym i niezwykłym bohaterem. Poezja Iwaszkiewicza, jego opowiadania i książki dzięki Romaniukowi dostały drugie życie, stały się jakąś fascynującą tajemnicą, ukrytą za zamkniętymi drzwiami, a my – dzięki autorowi – trzymamy klucz do zamka. Możemy sami poszukiwać „drugiego dna”, wzorców postaci, odwołań do wydarzeń, które wpłynęły na poetę, ukształtowały go, które tłumaczyły temperaturę jego emocji, rozpaczy, pożądania i goryczy. Sam pisarz zostawił notatkę z kluczem, dzięki któremu okazuje się, że bohaterów jego najsłynniejszej powieści skomponował z kilku realnych pierwowzorów. Takich kluczy jest znacznie więcej, zaś Romaniuk podsuwa nam je nieśmiało i ostrożnie, pozwalając, by to czytelnicy zdecydowali, jak postąpią z nimi dalej. Moją rolą nie jest przytaczanie życiorysu Iwaszkiewicza – zrobił to doskonale i niepowtarzalnie Romaniuk. Ilość informacji, do których dotarł, miejsc i ludzi, nieznanych wcześniej faktów tylko pozornie wydaje się przytłaczająca. Dzięki nim maluje się przed oczami czytelników wrażliwa postać poety, który swoją twórczość nazywał „poezją w prozie” i uważał, że nie fabuła jest ważna, lecz rozbudowany świat stworzonych jego bohaterów. Był mistrzem spowalniania wątków, wprowadzania jedynej w swoim rodzaju nostalgii, powrotów do lat młodości, pierwszych miłości i zauroczeń, a przy okazji doskonale potrafił wciągnąć czytelników w wewnętrzne monologi i rozterki wykreowanych przez siebie postaci. Zwracał uwagę na piękno przyrody, doskonałość otaczającego go świata, wystroju wnętrz, strojów, koloru oczu czy światła, jakie o poranku można spotkać na werandzie szlacheckiego dworku. Dzięki biografii Romaniuka inaczej dziś odczytuję owe słynne, niepowtarzalne „Lato się we mnie przełamało”… Iwaszkiewicz tworzył przez siedemdziesiąt siedem lat. W jego twórczości odnaleźć można wpływy kultury ukraińskiej i kresowego ziemiaństwa, a przede wszystkim towarzyskich związków z rodzinną Szymanowskich, które pisarstwu i poetyce Iwaszkiewicza „dostarczyły” inspiracji muzycznych. Romaniuk nie stroni także od opisywania burzliwego życia uczuciowego Iwaszkiewicza – jego biografia w pewnej chwili przypomina katalog kochanków i mężczyzn, którymi pisarz był zauroczony. Te wszystkie „miłostki” i „wielkie miłości” miały jednak niebagatelny wpływ na jego twórczość (autor nie boi się dobitnie o tym przekonywać, co czyni tę analizę – być może paradoksalnie – bliższą i bardziej zrozumiałą dla czytelnika), a jednocześnie ukazywały prawdziwą naturę pisarza-wrażliwca, człowieka w gruncie rzeczy samotnego, rozgoryczonego, zawiedzionego utraconymi szansami, być może żałującego podjętych życiowych decyzji. Iwaszkiewicz spotkał w swej twórczości modernistów, przyjaźnił się z największymi twórcami epoki dwudziestolecia międzywojennego i powojennych, strasznych czasów stalinizmu. Dzięki biografii Romaniuka wraz z Iwaszkiewiczem wędrujemy po warszawskich kawiarniach i redakcjach, paryskich salonach, odwiedzamy rzymskie kawiarnie i zachwycamy się sycylijskimi widokami. Jest to wyprawa wyjątkowa, porywająca i zupełnie wyrywająca czytelnika z szarość dnia codziennego. Wreszcie odwiedzamy kresowe posiadłości i Stawisko, w którym Iwaszkiewicz wraz z małżonką i córkami spędził lata wojenne, prowadząc niemalże „dom otwarty” i udzielając pomocy tym, którzy jej zwłaszcza w czasach powstańczej zawieruchy roku czterdziestego czwartego potrzebowali. Tu Romaniuk roztacza przed nami obraz sielskiego, spokojnego życia, regulowanego porami roku i odwiedzinami członków rodziny, poetów i pisarzy, których losy czasami na krótko związały się z losami Jarosława. Inne życie jest biografią idealną, zaś jej idealnym uzupełnieniem niech będzie wydany przez Iskry w równie reprezentacyjnym tomie zbiór opowiadań, esejów i poezji Jarosława Iwaszkiewicza: Droga. Proza i wiersze, ze wstępem Radosława Romaniuka. Książki otrzymałem dzięki portalowi Sztukater.pl, gdzie także można tę recenzję przeczytać.
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na 8 3 lata temu
Ziemia Ulro Czesław Miłosz
Ziemia Ulro
Czesław Miłosz
Sam Czesław Miłosz mówi nam, iż ten zbiór esejów jest ubocznym produktem jego pracy intelektualnej nad literaturą (w dużej mierze romantyczną i post-romantyczną) środkowoeuropejską i rosyjską w przygotowaniu kolejnego sezonu wykładów na amerykańskiej uczelni. Trudno dziś już pewno ustalić, na ile eseje te stanowiły treść samych wykładów, na ile zaś były ich szkieletem, osnową czy resume raczej? Trochę nam tu o swej pracy nauczyciela akademickiego opowiada; wyobraża ktoś sobie być na takim kursie, gdzie sam Miłosz, wychodząc od pytania “unde malum?” prowadzi nas do rozważań o manicheizmie? Ja mam dreszcze na samą myśl o tych wykładach. Miłosz, w poczuciu i przeczuciu określoności i skończoności swego czasu na ziemi, zajmować się postanawia jedynie twórcami literatury, których uważa za ważnych dla i swego literackiego świata, do swego kręgu ich zalicza, sam zaś siebie często mianuje ich spadkobiercą. Zajmuje się więc w swych rozważaniach Mickiewiczem, Svedenborgiem, Blake’m, Dostojewskim i swym stryjecznym antenatem: Oskarem Władysławem Miłoszem. W rozważaniach o Mickiewiczu, nie kryjąc swej fascynacji wielkością jego dzieła, ostro rozgranicza jego działalność publicystyczną, filozoficzną i mesjanistyczne kaznodziejstwo - tych ostatnich nie pojmując. Zauważa też, że oba te sprzeczne nurty jego działalności mają wspólny korzeń, a jest nim jego zagłębienie w duchowość i lokalną obrzędowość, w pierwszym odbiorze chrześcijańską, w rzeczywistości zaś miksującą owe chrześcijaństwo z licznymi naleciałościami rodzimowierczymi a może i po-judaistycznymi. Sam więc sobie odpowiada niejako na pytanie o zagadkę tej sprzeczności w postaci narodowego wieszcza. W sporze postaw, choć nigdy zdaje się nieodbytej konfrontacji między Simone Weil (znawczynią gnozy, średniowiecznych herezji i manicheizmu) a Teilhardem de Chardin (rzecznikiem , guru i filozoficznym uosobieniem idei “nowego chrześcijaństwa”) staje Miłosz po stronie tej pierwszej, we francuskim filozofie zaś widząc wielkiego mistyfikatora, wspomagającego Kościół w jego mimikrze i próbie znalezienia sobie miejsca we współczesności, w której de facto nie ma już dla niego miejsca. W ogóle podoba mi się to dążenie Noblisty - wychodzącego wszak z prowincjonalnej, pełnej grozy i obrzędowości odmiany katolicyzmu - do wszelkiego dualizmu, gnozy, manicheizmu. To mi bliskie, jakoś to ze mną koresponduje: gdyby dana mi była łaska wiary, to poprosiłbym o taką w duchu średniowiecznych herezji, koniecznie antytrynitarską, najchętniej może ariańską. Jakże interesująco brzmi wykładnia Miłosza o niekompatybilności kulturalnej ludzi porozumiewających się różnymi językami; zwłaszcza w dziedzinie języka i literatury, szczególniej jeszcze poezji. Nie da się rozumieć poezji obcojęzycznej, samemu nie będąc członkiem danej społeczności-kultury. Ta refleksja zawsze towarzyszy mi lekturze poezji Rilkego w tłumaczeniu Jastruna; wydanie jest dwujęzyczne i w obu potrafię to przeczytać, ale zawsze zastanawiam się, czy to Rilke mnie zachwyca, czy równie genialna re-interpretacja innego wspaniałego poety? A jak paradoksalnie brzmi ta wypowiedź w głosie Miłosza, właśnie próbującego (wykładami w Berkeley) dokonać - we własnym swym przekonaniu niemożliwego - wyłożyć słowiańszczyznę ludziom nie potrafiącym Europy (to może bardziej już dzisiejsi Amerykanie) wskazać na siatce globusa… Daje zaś asumpt do dalszych przemyśleń, gdy mówi o - wynikającej z samej konstrukcji składniowej języka (tu: polskiego) - niezdolności wyrażania w nim pewnych pojęć czy idei. I tak właśnie przekonuje nas o ułomności polszczyzny w opisywaniu pojęć filozoficznych czy nieprzystawaniu jej do metafizyki. Stąd niemożność przełożenia na polski francuskich tekstów filozoficzno-metafizycznych O.W. Miłosza przez jego duchowego “syna”. Muszę przyznać, że “Ziemia Ulro” to pozycja trudna, angażująca mocno umysł i wymuszająca dalsze poszukiwania. Coś o filozofii trzeba już wiedzieć, coś słyszeć o kabale, znać pojęcia teozofii i nawet teorii względności (!). Trzeba przyznać, iż Miłosz - kilkukrotnie podkreślając, że nie jest filozofem (sam mianuje siebie poetą i “historykiem idei”) - doskonale orientuje się w zawiłościach filozofii minionych wieków i sobie bardziej współczesnych. Wiemy więc nieco, na czym polega “praca” poety, gdy nie pisuje tych kilku wierszy rocznie: czyta Junga, medytuje, śledzi doniesienia z zakresu fizyki i kosmologii, rozmyśla, porównuje i tłumaczy. Olga Tokarczuk ma pewnie tak samo. Czy dziś mianowani literaccy nobliści będą choć starali się dogonić w umysłowej potędze tych z lat minionych? Za mało znam Miłosza, za mało Go czytuję…
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na 8 1 rok temu
Ja, Michał z Montaigne Józef Hen
Ja, Michał z Montaigne
Józef Hen
Mamy tutaj "próbę" myślenia renesansowego humanisty o silnych korzeniach umysłowych. Inspiracji i natchnienia szuka w twórcach antycznych i myślicielach politycznych oraz sztandarowych dziełach literackich.Możemy tutaj spotkać przekazy stoików, Platona, Machiavelliego i wielu innych oraz sporo cytatów z Prób. Montaigne poddawany był spartańskiemu wychowaniu umysłowemu co stworzyło go tak niepowtarzalnym światłym człowiekiem, wyprzedzającym swoje czasy. W swym realizmie i daleko posuniętym racjonalizmie spotyka się z wieloma myślicielami m.in. filozofią Barucha de Spinozy ( Etyka, Traktat polityczny). Zamyka się w wieży aby odsunąć się od zgiełku a tam niczym antyczny filozof studiować, tworzyć i w dalszym ciągu pracować nad sobą. Tytułowy Michał za swoje zasługi został "Saint". Całe życie walczył o człowieka, wartości i prawa, również reformacje sądownictwa w dobie inkwizycji. Mamy tutaj cały przekrój, biografia jest też pretekstem aby odsłonić kawałek historii odległych dziejów Francji i szerzej. Język profesora jest niespotykany, piękny i kwiecisty a książka niczym dialog z samym sobą zmusza do myślenia. Wymagający, nieśpieszny, potrzeba czasu i spokoju aby się wgryźć w meandry wykładu profesora. Książka jest lekturą obowiązkową dla każdego humanisty. Jeżeli ktoś będzie kiedyś we Francji :-) to bardzo polecam zwiedzić wyspę Saint-Michel. O Mont-Saint-Michel mówi się, że to granitowa i tajemnicza wyspa na Atlantyku, wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jej tajemniczość przypisuje się występującej tu gęstej szarej mgle, która otacza gotycką budowlę dawnego opactwa benedyktynów.
Scarlett - awatar Scarlett
ocenił na 8 1 rok temu
Alchemia słowa Jan Parandowski
Alchemia słowa
Jan Parandowski
„To książka pełna najpiękniejszych zdań na temat literatury, jakie kiedykolwiek zostały spisane po polsku. ” Mariusz Szczygieł Książka stała się bestsellerem, była wielokrotnie wznawiana i jest uważana za biblię i lekturę obowiązkową dla miłośników literatury i warsztatu pisarskiego !!! Pisarz był dwukrotnie nominowany w latach 1957 i 1959 do Nagrody Nobla. Niestety, nie był komunistą, jak chociażby Szymborska, czy działaczkom, jak ta druga "gwiazda" antychrześcijańsko - tęczowo - lewackiego odchylenia i d.... zbita, jak to się mówi. O tym, że autor był świetnym historykiem i obserwatorem niech świadczy fakt, że w 1947 r. w " Odrodzeniu " napisał: " Niebawem rozpoczną Niemcy wielką ofensywę moralną przeciw tym, których wczoraj zabijali i tępili z zamiarem całkowitej zagłady. W coraz już śmielszej propagandzie ludność polska, nawet księża polscy są przedstawiani jako nieludzcy oprawcy na Ziemiach Odzyskanych, Można być pewnym, że w niedalekiej przyszłości znajdą się pióra dość nikczemne, by, najpierw zohydzić męczeńskie narody, następnie zaryzykować rehabilitację katów Europy. Nie wystarczy protestować, karcić, oburzać się, trzeba zmusić do myślenia, trzeba także pióra złamać wstydem. Może to zaś uczynić tylko ciągła naoczność faktów " No tak, wszystko przewidział, tylko jednego... nie. Nie połączył faktów związanych z rozbiorami Polski i z tym, że należy do Wielkiego Narodu IDIOTÓW. Powinien przewidzieć, że kilka dekad później, Polską będzie rządził niemiecki namiestnik !!! Książkę POLECAM !!!
ando - awatar ando
ocenił na 10 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Podróże do Włoch

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Podróże do Włoch