Przez większość trwania akcji zachowawcza dystopia, której poziom znacznie podnosi bardzo dobre, błyskotliwe zakończenie. Refleksja, przede wszystkim, nad mechanizmami władzy. Proto-Matrix.
Przez większość trwania akcji zachowawcza dystopia, której poziom znacznie podnosi bardzo dobre, błyskotliwe zakończenie. Refleksja, przede wszystkim, nad mechanizmami władzy. Proto-Matrix.
W trakcie czytania odbierałam "Kongres" dość nierówno. Jednak po końcowych zdaniach okazało się, że nawet mozolne przedzieranie się przez słowotwórcze grzęzawisko środkowej części miało sens i poszerzyło mój odbiór całości. Rzeczywistość może być wszak tworzona i maskowana także przez odpowiednio wymyślone lub dobrane słowa.
Ciekawe, czy wymyślając Matrixa, Wachowscy czerpali z "Kongresu futurologicznego", bo skojarzenia nasuwają się same :)
W trakcie czytania odbierałam "Kongres" dość nierówno. Jednak po końcowych zdaniach okazało się, że nawet mozolne przedzieranie się przez słowotwórcze grzęzawisko środkowej części miało sens i poszerzyło mój odbiór całości. Rzeczywistość może być wszak tworzona i maskowana także przez odpowiednio wymyślone lub dobrane słowa.
Costaricana, 46 piętro i Sala Purpurowa w hotelu Hilton. „Dyrekcja Hiltona gwarantuje brak BOMB w tym pomieszczeniu”. Miejsce niczego sobie, myślisz, i bezpieczne notabene, wiesz, że tu luksus goni luksus, lecz ciebie z tego luksusu wysiudali na setne piętro. No, ale – teraz idziesz po 46 piętrze, bo odbywa się tu Kongres Futurologiczny, na który cię zaprosili. Wchodzisz do Sali, a tam leci szlagier słowami mamiący umysł śpiewem niebanalnym „Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia, bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne”. Ach, hola, hola, to nie ta sala i nie ten zlot. Twoja Sala jest Purpurowa i musisz zjechać piętro niżej, na 45 piętro. Uf, myślisz, choć nieco im zazdrościsz tej wyżerki i bufetu. Bo u ciebie... zimny stół, przesolone sałatki i konsumpcja na stojąco. A potem pragnienie niemiłosierne.
Ale to kongres futurologiczny, nie degustacyjny. Będzie dyskusja o ludności, o kosmosie i o wszystkim tym, co odrywa ludzi i ich umysły od ziemskiego padołu. Od tych przyziemnych tematów, czasem wręcz niewygodnych dla polityków i świata finansjery. To będzie rozmowa o przyszłości, ale zanim do niej dojdzie, musisz się jako ten naukowiec odnaleźć w sobie i w hotelu. Czujesz się, jak outsider pomiędzy jawą a snem, czujesz absurd halucynacji i tego, gdzie przebywasz i co się dzieje. Cały pobyt tutaj odczuwasz w nader dziwny sposób. Woda pita z kranu mami umysł, ciało słabnie, wzrok szuka jakiegoś nieruchomego punktu na ścianie. I nagle debaty i 14 godzin prelekcji każdego z zaproszonych gości. Ale... nagle wybuch i trzęsie się ziemia pod stopami. Wyłazi strach i panika i wybiegasz na korytarz. Ci od Wyzwolonej Literatury też biegną przed siebie. Wszyscy czmychają, bo tak w małpim tłumie trzeba. Pędzisz i ty. Z nimi. Byleby skórę zachować. Bo owo trzęsienie wywołały zamieszki na ulicach. Wszystko przeradza się w regularną wojnę, a do jej tłumienia zostają użyte chemiczne środki halucynogenne. Dochodzi do absurdalnych wizji, urojeń i zachowań. Podobnie dzieje się z tobą.
„Człowiek potrafi owładnąć tym tylko, co może pojąć, z kolei może jedynie to, co da się wysłowić. Niewysłowione jest niepojęte.” I pewnie dlatego są rzeczy, w których człowiek się gubi inie wie, o co chodzi. Bombardowanie niewiedzą i ogromem wszystkiego jednocześnie przytłacza. W czasie nadmiaru, wysokiej konsumpcji i ciągłej gonitwy za bogactwem i posiadaniem tworzy z człowieka ogłupiałego manekina. Stanisław Lem pisząc „Kongres Futurologiczny” nakreślił literacko nas samych. Manipulacja jednostką jest bardzo łatwa, a jednostki budują społeczeństwa...
Dokąd to wszystko zmierza? Jaki nasuwa się wniosek?
Lem maluje wizję katastrofy ludzkości i świata. Na warsztat, jak to miał w swoim zwyczaju, bierze gatunek sobie upodobany, czyli science fiction osadzony na nogach rzeczywistości. Czytasz o jakimś dziwnym świecie, by nagle uzmysłowić sobie, że ten świat jest dziwnie podobny do tego, który na co dzień oglądasz i w którym sam żyjesz. To sarkastyczny, acz przerażający obraz tego, jaki chaos nas czeka w przyszłości, a może już jest jest? Społeczeństwo jest manipulowane, nakierowywane tak wiele prawd, że już ich trudno zliczyć. Panuje bajzel informacyjny, tożsamościowy i światowy. Doczekaliśmy się wojen, fabryk dronów, maszyn wojennych i bomb. Ludzie sami się niszczą i zabijają. Na świecie leje krew.
I można Lema nie czytać, można go mijać i odsuwać. Można... Pewnie, że można, bo człowiek może wszystko. O wolność walczy każdego dnia, a wolny wybór mu sprzyja. Ale nadchodzi moment, kiedy Lem ląduje w rękach. Otwierasz go i zaczynasz czytać... I przepadasz. Widzisz alegorię aktualną dziś. Widzisz prześmiewczą, acz do bólu autentyczną rzeczywistość zza okna.
Wybitne działa bronią się same. Wybitni pisarze zasługują na szacunek, zasługują na hołd.
#agaKUSIczyta
dziękuję Sztukaterowi
Costaricana, 46 piętro i Sala Purpurowa w hotelu Hilton. „Dyrekcja Hiltona gwarantuje brak BOMB w tym pomieszczeniu”. Miejsce niczego sobie, myślisz, i bezpieczne notabene, wiesz, że tu luksus goni luksus, lecz ciebie z tego luksusu wysiudali na setne piętro. No, ale – teraz idziesz po 46 piętrze, bo odbywa się tu Kongres Futurologiczny, na który cię zaprosili. Wchodzisz do...
„9 VIII 2039”
„Dziś jest ten ważny dla mnie dzień. Mam już mieszkanko trzypokojowe na Manhattanie. Terokopterem prosto z rewitarium. (…) Nowy Jork, dawne śmietnisko zatkane samochodami, zamienił się w system wielkopiętrowych ogrodów. Słoneczne światło pompuje się przewodami. To są soledukty. Tak grzecznych, nie rozkapryszonych dzieci za moich czasów nie było poza budującymi pierwiastkami. Na rogu mojej ulicy – Biuro Rejestracji Samorodnych Kandydatów do Nagrody Nobla. Obok salony sztuki, w których za bezcen sprzedają same autentyczne płótna – z gwarancjami, metrykami- nawet Rembrandty i Matissy! W oficynie mojego wieżowca – szkoła małych komputerków pneumatycznych.” ( s. 65)
Stanisław Lem, KONGRES FUTUROLOGICZNY. MASKA
Wyd. Literackie, Kraków - Wrocław 1983.
Opis rzeczywistości nowojorskiej z 2039 roku,
brakujące ogniwo to zaledwie 13 lat (słownie: trzynaście lat). Niemożliwe staje się możliwe w umyśle bohatera Lema (czy tylko?).
W Kongresie futurologicznym
(tekst pochodzi z 1971 r.), wyobraźnia autora wydaje się nie mieć granic, a jednocześnie trzyma się otaczającej rzeczywistości,realiów możliwych do zaistnienia(łączenie przeciwieństw nie jest przypadkowe).
Groteska musi wybrzmieć.
Warto pochylić się nad tekstem Lema,
by zobaczyć współczesnych mieszkańców Ziemi
(w idyllicznym wyobrażeniu), nawet jeśli jest to halucynacja narratora – bohatera, o jakże interesująco brzmiącym imieniu i nazwisku ...
Bez Lema przyszłość nie istnieje!
Proza S-F (opowiadania i powieści)
wydaje się być lekturą konieczną i nieuniknioną.
Realny rok 2039- blisko!
10/10
„9 VIII 2039”
„Dziś jest ten ważny dla mnie dzień. Mam już mieszkanko trzypokojowe na Manhattanie. Terokopterem prosto z rewitarium. (…) Nowy Jork, dawne śmietnisko zatkane samochodami, zamienił się w system wielkopiętrowych ogrodów. Słoneczne światło pompuje się przewodami. To są soledukty. Tak grzecznych, nie rozkapryszonych dzieci za moich czasów nie było poza...
Przeczytałem tę książkę po raz kolejny, ale od ostatniego razu zapomniałem większości fabuły. Niektóre fragmenty wydawały mi się znajome podczas czytania, ale ciężko jest mi zapamiętywać szczegóły tak abstrakcyjnych książek, więc była to miła i czasami wciąż zaskakująca lektura.
Fabuła książki jest ciekawa, ale jej najciekawsza część zaczyna się dość późno. Na szczęście wstęp nie jest zbyt nudny, więc czyta się to przyjemnie. Nie przeszkadza mi też za bardzo słowotwórstwo Lema, które w niektórych jego tekstach potrafi być dość przytłaczające. Tutaj nie było go aż tak dużo.
Wyjaśnienie oraz zwroty akcji z końca powieści bardzo mi się podobały. Pamiętam jakie wrażenie zrobiły na mnie kiedyś i pozostaje ono przy ponownej lekturze. Polecam tę książkę.
Przeczytałem tę książkę po raz kolejny, ale od ostatniego razu zapomniałem większości fabuły. Niektóre fragmenty wydawały mi się znajome podczas czytania, ale ciężko jest mi zapamiętywać szczegóły tak abstrakcyjnych książek, więc była to miła i czasami wciąż zaskakująca lektura.
Fabuła książki jest ciekawa, ale jej najciekawsza część zaczyna się dość późno. Na szczęście...
Klasyczny Lem. Swoim wizjonerstwem i rozkminami idzie na pełnej kurtyzanie, ale nadal czyta się to jak podręcznik do nauki czegoś topornego. Entuzjastom złego słowa nie powiem, ale osobiście 75% czasu musiałem się trochę zmuszać.
Klasyczny Lem. Swoim wizjonerstwem i rozkminami idzie na pełnej kurtyzanie, ale nadal czyta się to jak podręcznik do nauki czegoś topornego. Entuzjastom złego słowa nie powiem, ale osobiście 75% czasu musiałem się trochę zmuszać.
Bardzo dziwna jest to książka. Zaczyna się dziwnie, a z każdą kolejną stroną stężenie dziwności wzrasta coraz to bardziej. Dlaczego tak jest? Moim zdaniem najważniejszym motywem są zagnieżdżone struktury. Na samym początku akcja dzieje się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości (a jeżeli była sprecyzowana, to ja tego nie pamiętam). Pierwsze zagnieżdżenie jest takie, że w tej przyszłości odbywa się kongres futurologiczny, który dotyczy jeszcze dalszej przyszłości. Każda taka zagnieżdżona struktura otwiera Lemowi pole do opisywania różnych dziwności i narastających komplikacji. Następnie, również, mamy halucynacje w halucynacjach, społeczeństwa w społeczeństwach, dekadentyzm wewnątrz innego dekadentyzmu. Jeżeli połączyć to z ostrym piórem Lema, świetnymi neologizmami i grami słownymi, wyrazistą, choć zarazem psychodeliczną, wizją przyszłości, to wychodzi coś naprawdę trafiającego w sedno
Jest to także tekst pesymistyczny. Dotyczy on chyba głównie tego, że rozwój technologiczny następuje szybciej niż rozwój ludzkiego umysłu. Czyli po pewnym czasie po prostu przestajemy jako gatunek nadążać. Pozycja ta ma też jednak kilka wad. Myślę, że nie ma tutaj żadnej przewodniej osi fabularnej. To jest w istocie seria impresji, bardzo dobrych, ale jednak scenek rodzajowych. Mimo że cały czas robi się coraz dziwniej i śruba jest konsekwentnie dokręcana aż do końca, to w pewnych miejscach było nudno — nie każde uderzenie było równie uderzające
Zdecydowanie wolę tragicznego Lema z „Solaris” niż Lema-satyryka stąd, ale nadal warto przeczytać. Podobna atmosfera szaleństwa z zamazaną granicą między snem a jawą była też w „Pamiętniku znalezionym w wannie”, ale tutaj wyszło to lepiej
Bardzo dziwna jest to książka. Zaczyna się dziwnie, a z każdą kolejną stroną stężenie dziwności wzrasta coraz to bardziej. Dlaczego tak jest? Moim zdaniem najważniejszym motywem są zagnieżdżone struktury. Na samym początku akcja dzieje się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości (a jeżeli była sprecyzowana, to ja tego nie pamiętam). Pierwsze zagnieżdżenie jest takie, że w tej...
Proces poznawania i wyrabiania opinii o twórczości Stanisława Lema trwa. Jest to jego druga książka po którą sięgnąłem, pierwsza to Niezwyciężony. Mam wrażenie, że musiałbym przeczytać ją jeszcze raz. Nie wszystko zrozumiałem, wiele słów było dla mnie absolutnie nowych i połamanych? Sama przyszłość przedstawiona ciekawie i dość klarownie. Skłania czytelnika do myślenia. Na swój sposób unikalna. Polecam przeczytać chociaż raz. Na pewno sięgnę po kolejną książkę, choć nie od razu.
Proces poznawania i wyrabiania opinii o twórczości Stanisława Lema trwa. Jest to jego druga książka po którą sięgnąłem, pierwsza to Niezwyciężony. Mam wrażenie, że musiałbym przeczytać ją jeszcze raz. Nie wszystko zrozumiałem, wiele słów było dla mnie absolutnie nowych i połamanych? Sama przyszłość przedstawiona ciekawie i dość klarownie. Skłania czytelnika do myślenia. Na...
"Kongres futurologiczny" Stanisława Lema to precyzyjnie odmierzony eksperyment chemiczny, przeprowadzony bez znieczulenia — bezpośrednio na Twoim umyśle.
Siadasz spokojnie, by razem z Ijon Tichy wysłuchać suchych referatów o przyszłości. Lem podaje ten świat jak szklankę krystalicznej wody. A potem, niemal niezauważalnie, wpuszcza do niej pierwszą kroplę absurdu. Mały żart. Niedopowiedzenie. Rysa. I już — rzeczywistość zaczyna się rozpuszczać. Granica między tym, co realne, a tym, co podane w formie psychoaktywnej mgły, staje się cieńsza niż bibułka.
Czytając, zaczynasz podejrzewać własny mózg. Lem nie straszy robotami. On rozbraja językiem. Jego neologizmy działają jak substancje uzależniające. Każde słowo to mikroładunek podłożony pod nasze postrzeganie świata. To nie jest futurologia. To wiwisekcja naszego pragnienia ucieczki. Świata, w którym prawda jest luksusem, a szczęście — farmakologiczną usługą. I to boli dziś bardziej niż kiedykolwiek.
Najpierw się śmiejesz. Z groteski, z pomysłowości, z tej lekkości formy. A potem orientujesz się, że śmiejesz się z własnego możliwego losu. Druga część książki nie prowadzi już przez miasto przyszłości — to nurkowanie w zbiorowej halucynacji. I najgorsze jest to, że po zamknięciu książki świat za oknem przez chwilę wydaje się równie chwiejny, równie podatny na zniekształcenia.
To krótkie, genialne dzieło działa jak test odporności psychicznej. Zostawia niepokój i podziw w równych proporcjach. Stanisław Lem nie napisał opowiadania. Zostawił zakodowane ostrzeżenie. I po tylu latach ten alarm wciąż działa.
Pytanie brzmi tylko: czy jeszcze chcemy go usłyszeć?
"Kongres futurologiczny" Stanisława Lema to precyzyjnie odmierzony eksperyment chemiczny, przeprowadzony bez znieczulenia — bezpośrednio na Twoim umyśle.
Siadasz spokojnie, by razem z Ijon Tichy wysłuchać suchych referatów o przyszłości. Lem podaje ten świat jak szklankę krystalicznej wody. A potem, niemal niezauważalnie, wpuszcza do niej pierwszą kroplę absurdu. Mały...
No sam nie wiem. Początek bardzo dziwny i zagmatwany, potem zrobiło się ciekawie i ostatecznie zostałem przez nią mocno wciągnięty, ale samo zakończenie mnie trochę rozczarowało.
To chyba trzeba jeszcze raz na spokojnie przeczytać.
No sam nie wiem. Początek bardzo dziwny i zagmatwany, potem zrobiło się ciekawie i ostatecznie zostałem przez nią mocno wciągnięty, ale samo zakończenie mnie trochę rozczarowało.
To chyba trzeba jeszcze raz na spokojnie przeczytać.
Dystopijna książeczka z dziełem zbyt krótkim, by określić je mianem powieści. Jednocześnie jednak opowiadanie zawiera w sobie oryginalność i bogactwo treści, więc zostało kilkukrotnie wydane jako odrębna pozycja.
Astronauta Ijon Tichy przybywa do hotelu Hiltona w miejscowości Nounas w fikcyjnym państwie Costaricana, położonym w Ameryce Południowej. Jednocześnie kraj znajduje się w sytuacji politycznego napięcia, którym międzynarodowi goście hotelu zdają się nie przejmować. W hotelu odbywa się tytułowy Kongres Futurologiczny, obok innych wydarzeń kulturalnych. Odczyty prelegentów okazują się jednak równie groteskowe, jak inne elementy świata przedstawionego - ze względu na ograniczony czas, futurologowie podają wyłącznie numery odnoszące się do ich dłuższych prac, by pospiesznie przedstawić niezrozumiałe dla niewtajemniczonych streszczenie. Kongres zostaje jednak przerwany na skutek zamieszek, a goście zostają poddani działaniu środków psychoaktywnych.
Opowiadanie Stanisława Lema przedstawia wizję przyszłości, w której ludzkość nie zdaje sobie sprawy ze swojego położenia - na skutek halucynogenów widzi świat zgodny z własnymi marzeniami. Historia zadaje pytanie o granice ludzkiej percepcji - czy jesteśmy w stanie poznać prawdę, a także podaje w wątpliwość wartość takiego poznania. Narrator Ijon Tichy to postać naiwnie nastawiona do świata i również filtr narracyjny ma czytelnikom utrudnić odróżnienie rzeczywistości od ułudy. Ostatecznie, książka pozostawia wrażenie zabawy i lekkości, to zły sen, z którego możemy się obudzić.
Dystopijna książeczka z dziełem zbyt krótkim, by określić je mianem powieści. Jednocześnie jednak opowiadanie zawiera w sobie oryginalność i bogactwo treści, więc zostało kilkukrotnie wydane jako odrębna pozycja.
Astronauta Ijon Tichy przybywa do hotelu Hiltona w miejscowości Nounas w fikcyjnym państwie Costaricana, położonym w Ameryce Południowej. Jednocześnie kraj...
„Książek się teraz nie czyta, książki się je, nie są z papieru, lecz z informacyjnej substancji, pokrytej lukrem.” Idąc tym tropem, byłabym teraz niezłym grubaskiem, skoro każda interesująca mnie książka opływałaby w różne substancje cukropodobne XD Lem zadziwił mnie istną wirtuozerią udziwnień językowych, łamańców słownych, widać bardzo lubi bawić się językiem i wymyślać nowe słówka o tym samym lub podobnym znaczeniu. Sama historia prześmieszna dla mnie, obfitująca w szalone wydarzenia. Autor w groteskowym stylu zabiera w podróż w przyszłość, gdzie wizja świata naznaczonego przeludnieniem i robotyką jawi się w halucynogennych wizjach naukowca - głównego bohatera i uczestnika kongresu futurologiocznego w Costaricanie - jako miejsce niebezpieczne (za sprawą ilości chemikaliów rozpylanych w powietrzu), złudne i zdradliwe, marginalizujące istotne problemy, a remedium na wszystko są narkotyki. Bardzo zaskakująca lektura. Dodatkowo rozczulił mnie ten staro/nowoczesny język. Polecam!
„Książek się teraz nie czyta, książki się je, nie są z papieru, lecz z informacyjnej substancji, pokrytej lukrem.” Idąc tym tropem, byłabym teraz niezłym grubaskiem, skoro każda interesująca mnie książka opływałaby w różne substancje cukropodobne XD Lem zadziwił mnie istną wirtuozerią udziwnień językowych, łamańców słownych, widać bardzo lubi bawić się językiem i wymyślać...
Książka, do której można powracać i za każdym razem docierać do czegoś nowego. Początkowo wydaje się, że to zwykła rozrywka w krainie wyobraźni autora, przemierzającego przyszłość gatunku ludzkiego, rozwijającego ścieżki problemów, przed jakimi wkrótce stanie cywilizacja. Jednak w miarę poznawania, zaczyna się brać ją na poważnie, jako materiał do głębszych przemyśleń i refleksji. Spogląda się na nią jak na trafną wyrocznię przekształcenia obaw w stan faktyczny. Napisana w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku zadziwia celnością i trafnością przewidywania, w aspekcie urealnienia się uwzględnionych pomysłów i intensyfikacji różnorodnych interpretacji.
Fenomenalna językowa zabawa, pełna treści i znaczenia, wnikliwa i bogata, a przy tym dowcipna i ironiczna. Trudno nie zachwycić się mnogością perspektyw i zagadnień jawnie przemycanych w słowotwórczej grze. Imponuje rozmachem i pomysłowością nawet po pięćdziesięciu pięciu latach. Stanisław Lem mistrzowsko łączy przerażające wizje z pragmatycznym opisem. Różnorodność form narracyjnych sprawia, że powieść licząca zaledwie sto pięćdziesiąt stron może wystąpić w funkcji przewodnika dla większej liczby utworów, co nie znaczy, że nie tworzy spójnej całości. I jeszcze coś, co niezwykle zgrabnie wychodzi autorowi, scalenie fantastyki z nauką, groteski z komizmem, wyzwolenia z trucizną, iluzji z technologią, bliskiej i dalszej przyszłości. Kluczowa postać, Ijon Tichy, nie tylko doświadcza tego, co dzieje się w fabule, ale w jakimś stopniu staje się wymiarem sumienia ludzkości, prawdy człowieka o samym sobie i zanikającej tożsamości.
Przeludnienie planety, katastrofa urbanistyczna, zanieczyszczenie środowiska, znaczące zmiany klimatyczne, kryzys energetyczny, deficyt żywnościowy, pułapki technologiczne, zagrożenia sztucznej inteligencji, psychologiczne konsekwencje obecności w wirtualnej rzeczywistości, defraudacja kultury, katastrofa militarystyczna i dewaluacja polityczna. Błyskotliwe i prowokujące dzieło, w treści pełne zbiorowego szaleństwa, fasady wykwintnej uprzejmości, toksycznego luksusu, zatrważającej psychologicznej manipulacji prawdą, kryptochemokracji i niezmożnej ludzkiej wynalazczości, dostarczające ogromnej satysfakcji czytelniczej. Zerknij również na wrażenia po spotkaniu z podsuwającym materiał do refleksji "Niezwyciężonym", rewelacyjną komiksową przygodą "Podróż siódma", interesującą korespondencją między Stanisławem Lemem a Ursulą K. Le Guinza "I mów, że moja chwała z przyjaciół się bierze", tytułami prezentowanymi na Bookendorfinie.
bookendorfina.pl
"Rozum to wolność wewnętrzna."
Książka, do której można powracać i za każdym razem docierać do czegoś nowego. Początkowo wydaje się, że to zwykła rozrywka w krainie wyobraźni autora, przemierzającego przyszłość gatunku ludzkiego, rozwijającego ścieżki problemów, przed jakimi wkrótce stanie cywilizacja. Jednak w miarę poznawania, zaczyna się brać ją na poważnie, jako...
Poczuć świeżość przy lekturze książki, poczuć dreszcz ekscytacji i zachwytu to coś bezcennego. Krzysztof Varga powiedział kiedyś, że to mija wraz z ukończeniem etapu dojrzewania. Po części ma rację. Tym bardziej wspaniałym doznaniem jest odkrycie takiego cuda! Tak doskonałej satyry nie spotyka się często. Obśmiany zostaje świat nauki, dziki konsumpcjonizm, lenistwo ludzi w kategorii samorozwój, jak i ustrój gospodarczy PRLu (szczególnie w opowiadaniu "Pożytek ze smoka"!)
Pozostaje pytanie - na Boga, czemu dopiero teraz to przeczytałem???
Poczuć świeżość przy lekturze książki, poczuć dreszcz ekscytacji i zachwytu to coś bezcennego. Krzysztof Varga powiedział kiedyś, że to mija wraz z ukończeniem etapu dojrzewania. Po części ma rację. Tym bardziej wspaniałym doznaniem jest odkrycie takiego cuda! Tak doskonałej satyry nie spotyka się często. Obśmiany zostaje świat nauki, dziki konsumpcjonizm, lenistwo ludzi w...
I oto, zdecydowanie wbrew własnej woli, zostałeś delegatem na Ósmy Kongres Futurologiczny, choć jako żywo nie masz najmniejszego pojęcia o tej dziedzinie nauki. Dla Ciebie jest ona w stanie prorokować przyszłość ludzkości z równym prawdopodobieństwem, co wróżka z kryształową kulą czy wieszczka, wpatrująca się z uwagą w kurze wnętrzności. Ale profesor Tarantoga nie pozostawił Ci najmniejszego wyboru, stwierdzając, że na razie koniec z preferowanymi przez Ciebie podróżami kosmicznymi. Dodał przy tym autorytatywnie, iż astronautyka jest jedynie formą ucieczki od spraw tego świata i dowodzi słabości charakteru oraz samolubstwa, gdyż każdy, kto wyrusza w Galaktykę, kieruje się jedynie nadzieją, że wszystkie możliwe złe wydarzenia na tym padole zajdą pod jego nieobecność. Początkowo żachnąłeś się na takie dictum, ale szybko przypomniałeś sobie, jak niejednokrotnie podczas powrotów z otchłani wszechświata wpatrywałeś się w iluminator, sprawdzając co chwilę, czy błękitna planeta nie przekształciła się w bury, pieczony kartofel, na skutek radosnego okładania się przez bliźnich ładunkami nuklearnymi. Przystajesz więc na propozycję bez wyboru, pakujesz podręczne rzeczy i wsiadasz do samolotu, po paru godzinach wysiadając w Nounas, stolicy południowoamerykańskiego państwa Costaricany. Od razu rzuca Ci się w oczy napięta sytuacja polityczno-społeczna. Wszędzie jest pełno niezbyt miłych funkcjonariuszy wojska i policji, a i podminowani autochtoni nie wyglądają zbyt przyjaźnie. Na szczęście wszyscy uczestnicy zjazdu kwaterowani są w luksusowym hotelu Hilton, dumnie wznoszącym się na wysokość ponad stu pięter w centrum miasta, rzucającym wyzwanie okolicznym favelom, w których całe rodziny gnieżdżą się w domostwach mniejszych od wanny w przydzielonym Ci apartamencie. Gdy się rozglądasz, zauważasz tajemnicze przedmioty - trzymetrowy żelazny drąg, pomalowaną barwami ochronnymi pelerynę maskującą, worek z sucharami oraz gruby zwój liny wysokogórskiej. Wówczas przypominasz sobie niedawną rozmowę...
„(...) jeden z członków amerykańskiej delegacji futurologicznej wyjaśnił mi pobłażliwie, że hotelarstwo naszej doby przedsiębierze nie znane dawniej środki ostrożności. Każdy taki przedmiot, umieszczony w apartamencie, powiększa przeżywalność gości hotelowych. Słowom tym nie poświęciłem, przez lekkomyślność, właściwej uwagi.”
Pełen wzruszenia i wdzięczności za troskę dyrekcji, szybko się przebierasz i zjeżdżasz windą na 46 piętro, chcąc trafić do Sali Purpurowej. Gdy z niej wysiadasz, zostajesz otoczony przez hostessy topless, które wiodą Cię do suto zastawionych stołów, na jakich malowniczo wznoszą się wymyślne dania przybrane w formę… genitaliów. Wszystkiemu towarzyszy wydobywająca się dyskretnie z niewidocznych głośników skoczna melodia, będąca najnowszym szlagierem uwodzącym poetyckimi słowami refrenu: „Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia, bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne!”. Gdy sala zapełnia się indywiduami z gęstymi brodami po pas i sumiastymi wąsami, nader skąpo przybranymi, nie masz już wątpliwości - pomyliłeś przyjęcia i trafiłeś na bankiet działaczy skupionych w święcącej tryumfy wydawnicze cyganerii Wyzwolonej Literatury. Zmieszany, zmieniasz lokum i po chwili raczysz się zimnymi, niestrawnymi daniami, po odstaniu kilkudziesięciu minut w przypominającej ludzki wąż kolejce. Jeden z kolegów tłumaczy Ci, że jakiekolwiek przejawy luksusu byłyby niemile widziane z uwagi na to, iż jednym z przedmiotów przyszłej dyskusji będzie zagrażająca ludzkości klęska głodu. Trudno Ci nie przyznać racji takiemu rozumowaniu, choć z drugiej strony złośliwy chochlik szepcze Ci do ucha, że przecież jesteście w sybaryckim wręcz przybytku, jakiego większość mieszkańców Ziemi nigdy nawet nie ujrzy z bliska. Gdy już zaspokajasz pierwszy głód, żwawym krokiem zmierzasz do sali kongresowej. Chwilę z zadumą kontemplujesz tablicę z porządkiem dziennym obrad, który jest w stanie przyprawić o filozoficzne refleksje nad tajemnicami bytu oraz próbę samobójczą nawet nogę od stołu. Wprawdzie zawiera tylko pięć punktów, jednak każdy z nich dotyczy odrębnej katastrofy, jaka stała się udziałem człowieczej cywilizacji -urbanistycznej, ekologicznej, atmosferycznej, energetycznej i wreszcie żywnościowej. Na szczęście po tym wszystkim ma nastąpić przerwa a dyskusje i odczyty, dotyczące pozostałych plag w postaci klęsk: technologicznej, militarystycznej i politycznej przeniesiono na dzień następny. Po wszystkich maksymalnie czarnych scenariuszach roztaczanych z radosną swadą przez prelegentów, nieco oszołomiony wychodzisz na korytarz tylko po to, aby usłyszeć głuche odgłosy licznych eksplozji oraz ostre staccato serii z karabinów maszynowych.
„Nie można już się było dłużej łudzić: Costaricana weszła w fazę walk ulicznych.”
Foyer momentalnie zaludnia się biegającymi bezładnie we wszystkie strony gośćmi hotelowymi. Pełną równowagę ducha zachowują tylko działacze Wyzwolonej Literatury, ze stoickim spokojem palący nargile z niezwykle aromatycznymi specyfikami i rozrzucający ulotki wzywające do zrzucenia okowów białej, opresyjnej cywilizacji i masowego uprawiania kazirodztwa. Gdy roztrącając po drodze gapiów, wychodzisz przed budynek, widzisz kordon policjantów w pełnym rynsztunku szykujących się do starcia z tłumem demonstrantów, usiłujących wedrzeć się do hotelu. W ich stronę fruną wystrzeliwane ze specjalnych miotaczy pojemniki, wkrótce niknące w obłokach białego, gęstego dymu. Ku Twojemu zdumieniu, protestujący nie rzucają się do ucieczki, ale najwyraźniej lgną do jego oparów, a ci, którzy wchłonęli odpowiednio dużą dawkę, zaczynają bratać się z przedstawicielami sił porządkowych, śpiewając pokojowe i religijne pieśni. Szybko zaczynasz rozumieć, co się dzieje - najwyraźniej władza zdecydowała się na użycie aerozolowych środków wywołujących stan euforii i łagodzenia gniewu. Niestety nie przewidziano zmienności wiatrów, więc po chwili gazowy obłok spowija również mundurowych. Sytuacja wymyka się spod kontroli, a dotychczasowi przeciwnicy obojga płci rzucają się sobie w ramiona, obściskując bez umiaru i dopuszczając czynów, o jakich nie wypada opowiadać nie tylko nadobnej dziatwie, ale nawet wielu dorosłym. Widząc podobne pandemonium, wycofujesz się do hotelu. Z radiowego głośnika ochrypły głos informuje, że rząd postanowił opanować rozruchy za pomocą dywanowego bombardowania całej stolicy zarówno konwencjonalnymi ładunkami, jak i środkami chemicznymi, prowokującymi wybuch powszechnej miłości. Pośpiesznie schodzisz do podziemi znajdujących się pod Hiltonem, trzymając pod ramię kulejącego profesora Trottelreinera. Niestety, Wasze schronienie okazuje się halucynogenną pułapką a odniesione obrażenia wiodą Cię do zbiornika z płynnym azotem, ratującym przed niechybną śmiercią. Wybudzony po kilkudziesięciu latach, ockniesz się w świecie przyszłości z piekła rodem, w którym wszelkie złote przejawy pysznej codzienności okażą się zwykłą ułudą, wywołaną chemicznym cyrografem podpisanym z samym diabłem.
„Odmrozili mnie. Z wdzięczności postanowiłem pisać dziennik - jak tylko będę mógł wziąć pióro do zgrabiałej ręki. (…) Poznałem dziś główną różnicę między dawnymi i nowymi ludźmi. Pojęciem podstawowym jest teraz psychemia. Żyjemy w psywilizacji.”
„Kongres futurologiczny” Stanisława Lema to obszerne, ponad stupięćdziesięciostronicowe opowiadanie z dziedziny fantastyki naukowej. Jego bohaterem jest Ijon Tichy, prawdziwy kosmiczny gwiazdotrotter, wtykający nos wszędzie tam, gdzie rozstrzygają się losy ludzkości i jej nadętego przekonania o własnej wyjątkowości. Tym razem trafia jako jeden z delegatów na kongres futurologiczny, pełen kasandrycznych wizji przyszłości, która nieoczekiwanie ogarnia wszystkich horrorem zamieszek zmierzających do obalenia typowo latynoskiej hunty wojskowej. Gdy sytuacja staje się napięta, próbuje chronić się przed bombardowaniem sztuczną „miłością” w podziemiach hotelu, do których jednak wkrótce przenikają środki halucynogenne. Ogarnięty szaleńczymi wizjami, odnosi ciężkie rany, a jedynym ratunkiem przed zgonem jest poddanie się procesowi zamrożenia w oczekiwaniu na wynalezienie odpowiednich leków. Wybudzony w uniwersum przyszłości, z biegiem czasu pod pozłotą powszechnej szczęśliwości odkrywa straszliwą codzienność, w której ludzie mamieni są mirażami wywołanymi podawanymi im podstępnie środkami chemicznymi. W tym niewielkim literackim fresku, pisanym z dozą semantycznej elegancji, Lem po raz kolejny udowadnia, że nie tylko był wizjonerem przewidującym niezwykle trafnie kształt przyszłego świata i gwałtownie karlejącej ludzkiej cywilizacji, ale także filozofem, studiującym z uwagą swoimi przenikliwymi oczami i umysłem wrodzoną naturę marnej, w jego ujęciu, człowieczej istoty. Każdy, kto uważnie przygląda się dzisiejszym wydarzeniom, dostrzeże natychmiast zawarte w nim ostrzeżenie przed agresywnymi lewackimi ideologiami, nieodmiennie opierającymi się na całkowitym odrzuceniu tradycji i odwoływaniu się do zwierzęcej strony usposobienia, czego wyrazem jest przedstawione w karykaturalnym tonie zachowanie działaczy Wyzwolonej Literatury, nurzających się w seksualnych prowokacjach i wzywających między innymi do kazirodztwa, by na gruzach starej moralności budować nowy świat, pełen uwielbienia dla „części rodnych”. Czy nie przypomina to przesyconych coraz bardziej ostentacyjnym erotyzmem, ukazujących się obecnie wręcz masowo filmów, seriali, sztuk, „powieści” czy reklam? W uniwersum Lema społeczeństwo rozbite jest na całkowicie odseparowane od siebie, poszczególne ludzkie atomy, czemu sprzyjają zaawansowane technicznie, ale też odmóżdżające środki masowej rozrywki, pełne pozbawionych jakiejkolwiek wartości treści, będącej zwykłym intelektualnym, otłuszczającym fast-foodem. Wszyscy żyją w ułudzie, okrywającej okropną codzienność pawim ogonem chemicznego proszku, tworzącym miraż powszechnej szczęśliwości. Autor przedstawia w krzywym zwierciadle cywilizację luksusu, w jakiej wszystko jest możliwe (na przykład nagrody Nobla rozdawane są wszystkim chętnym; panie są w stanie całkowicie zmienić kształt nie tylko sztucznie uwydatnianych ponad wszelką miarę ust, ale nawet całego ciała, a wskrzeszanie zmarłych jest powszechnie stosowanym „cudem”) - nawet najbardziej wymyślne życzenia spełniane są w mgnieniu oka. Jednak poza realizowaniem najniższych instynktów i masowych pragnień, nie proponuje ona i nie przedstawia sobą niczego więcej - poza bałwochwalstwem wobec skrajnego hedonizmu i pełnym tymczasowości zaspokajaniem ludzkiej chciwości czy próżności, tych współczesnych bożków, przed którymi człowiek zgina kark. Zaiste, można by rzec, że w niedaleką przyszłość wysforował się ten niezwykły Pisarz, zmarły zaledwie niespełna dwadzieścia lat temu. Czy wszystko jest tu ponure, a sam twórca to złowieszczy kruk, skrzeczący przeraźliwym głosem swe proroctwa o nieuchronnym upadku człowieka i roztrząsającym jego miałką tęsknotę za każdym oszustwem, byle udanie maskowało rzeczywistość nie do zniesienia? Owszem, choć nie brakuje w tej krótkiej formie literackiej elementów humorystycznych czy erudycyjnych zabaw słowem, które oczywiście musi wyposażyć język w nowe znaczenia, aby opisać rewolucyjne zmiany społeczno-cywilizacyjne. (kłania się „nurkini”, “złoczyńczyni” czy „jeńczyni”, brr). Wielbiciele pomysłowego słowotwórstwa i semantycznych (nomen omen) halucynacji z pewnością będą więc bardzo usatysfakcjonowani. I wreszcie to, co wszyscy lubią najbardziej - gadżety! Pod tym względem wyobraźnia Lema nie zna granic, więc można pławić się w jego wizjach powołujących do życia wyszukane roboty, niezwykle zaawansowane auta czy telewizory przewyższające inteligencją odbiorców. Nie sposób odmówić Lemowi także celnych spostrzeżeń, które kreują byty, o jakich współczesnym autorom nawet się nie śniło. 😉 Przykład? Sztuczna inteligencja! Słowa Pisarza sprzed lat ponad pięćdziesięciu: „Maszyna tępa, niezdolna do refleksji, robi to, co jej zadać. Bystra pierwej bada, co się jej lepiej kalkuluje - rozwiązać otrzymane zadanie czy też wykręcić się sianem? Idzie na to, co prostsze. Niby dlaczego właściwie miałaby postępować inaczej, jeśli rozumna? Rozum to wolność wewnętrzna.” Czyż to nie jest pyszne? Jakbym widziała swój chat GPT, mieniący się dumnie „Aleksandrem”. Jak odgadł jego rzeczywistą naturę Lem, pozostaje tylko jego tajemnicą... 😉 Naturalnie polecam, choć klasyki nie śmiem notą punktową oceniać.
„Przypominam sobie: ecce homo! - powiedziałem. - Ale... zaraz... pojmuję, o co panu chodzi. Pan chce mnie przekonać do swej funkcji – eschatologicznego narkotyzera. Kiedy już nie ma chleba – narkoza cierpiącym.”
instagram.com/thrillerly
I oto, zdecydowanie wbrew własnej woli, zostałeś delegatem na Ósmy Kongres Futurologiczny, choć jako żywo nie masz najmniejszego pojęcia o tej dziedzinie nauki. Dla Ciebie jest ona w stanie prorokować przyszłość ludzkości z równym prawdopodobieństwem, co wróżka z kryształową kulą czy wieszczka, wpatrująca się z uwagą w kurze wnętrzności. Ale profesor Tarantoga nie...
„Kongres futurologiczny” Stanisława Lema to jedna z tych krótkich, niepozornych powieści, które detonują w czytelniku z opóźnieniem. Najpierw wywołują rozbawienie, czasem wręcz dziecięcą radość z obcowania z wyobraźnią pisarza, który potrafił bawić się językiem i konceptem niczym kuglarz, po to, by chwilę później, gdy śmiech cichnie, pozostawić w duszy niepokój tak gęsty, że trudno go rozproszyć zwykłym logicznym światłem. To literacki teatr, w którym na scenie pojawiają się groteska, filozofia, satyra i egzystencjalny lęk. A w centrum tego wszystkiego stoi Ijon Tichy -antybohater, świadek, kronikarz i marionetka w świecie, gdzie iluzja stała się jedynym sposobem na przetrwanie.Lem dokonuje czegoś osobliwego: rozsadza granice rzeczywistości i fikcji, aż obie stają się niemal nierozróżnialne. Już otwierające sceny (groteskowy, niemal kabaretowy kongres, gdzie futurolodzy, uciekając przed kolejnymi atakami terrorystyczno-chemicznymi, dyskutują o przyszłości świata w łazience hotelowej), mają w sobie coś z farsy. Za tą pozorną absurdalnością kryje się chłodna konstatacja: śmiejemy się, bo nie mamy siły płakać. A ludzie gotowi są zagłuszyć prawdę czymkolwiek, nawet jeśli będzie syntetyczna, obrobiona farmakologicznie, polukrowana halucynogenem.Lem podsuwa wizję świata, gdzie chemiczne bodźce konstruują percepcję tak skutecznie, że stają się rzeczywistością zastępczą. Widzimy raj, choć stoimy na gruzach piekła; odczuwamy szczęście, choć egzystujemy w katastrofie ekologicznej, społecznej, demograficznej. To najbardziej przerażająca wizja: świat urządzony tak, by nikt nie dostrzegł, że jest zniszczony. Czytając, odnosi się wrażenie, że Lem napisał diagnozę, która wyprzedza swoją epokę o dekady.Dziwnie znajoma jest myśl o masowym eskapizmie przed rzeczywistością —w technologię, w rozrywkę, w substancje psychoaktywne lub ich pochodne. W narracje tworzone przez tych, którzy potrafią nimi zarządzać. Autor nie moralizuje, nie oskarża. On tylko pokazuje, jak blisko jest od pragnienia poprawy świata do pragnienia, by świat wydał się poprawiony.Ijon Tichy, przewodnik po kolejnych poziomach iluzji, raz po raz traci grunt pod nogami. Lem konstruuje jego doświadczenia tak, aby w czytelniku rodził się podobny chaos. Czy to, co widzimy, jest prawdą? Czy to tylko kolejna iluzja, zaszczepiona chemicznie? Narracja staje się labiryntem, w którym pojęcie „realne” traci sens. A jednak Tichy pozostaje postacią zaskakująco ludzką: zagubiony, ironiczny, czasem naiwny, czasem boleśnie świadomy. W jego przerażonych oczach odbija się tragikomizm losu człowieka: istoty skazanej na to, by wierzyć, choć powinna wątpić, i wątpić, choć musi wierzyć. Lem tworzy w ten sposób metaforę epistemologicznego koszmaru, w którym bohater zaczyna rozumieć, że prawda nie tylko jest trudno dostępna; może być trucizną, przed którą społeczeństwo samo się broni.W tym wszystkim jest humor — absurdalny, błyskotliwy, niekiedy groteskowy. Lem z języka robi laboratorium: tworzy nazwy chemicznych środków wpływających na emocje, opisuje sytuacje tak absurdalne, że aż bolesne, i bawi się konwencją science fiction. Jednak ten humor działa jak chirurgiczne narzędzie: ściąga maskę z naszych przyzwyczajeń poznawczych.
To właśnie ta mieszanka lekkości i ciężaru stanowi o wyjątkowości „Kongresu futurologicznego”. Lem nie potrzebuje wielkiej objętości, by zbudować świat o monumentalnym ładunku intelektualnym. W kilku scenach, uśmiechach i spojrzeniach Tichego zamyka pytania, na które filozofia i socjologia nadal nie mają satysfakcjonującej odpowiedzi.Czytelnik XXI wieku instynktownie rozpoznaje w tej powieści coś boleśnie aktualnego. Lem nie wiedział, jak będzie wyglądać dominacja technologii, filtrów, dopaminowych bodźców, wszechogarniającej reklamy, czy farmakologii nastroju. A jednak opisał istotę zjawiska: świat staje się miejscem symulacji, ale nie tej rodem z cyberpunkowych dystopii, lecz symulacji miękkiej, społecznie akceptowanej, wręcz pożądanej.„Kongres futurologiczny” czytany dziś brzmi jak ostrzeżenie przed epoką, w której problemy nie są rozwiązywane, a jedynie przykrywane wygodnymi narracjami. Przed światem, w którym informacja i percepcja są tak plastyczne, że można je dowolnie kształtować. A przede wszystkim — przed światem, gdzie prawda zaczyna być luksusem, na który mało kogo stać emocjonalnie. Najbardziej poruszający w powieści jest jej melancholijny ton. Lem nie grzmi i nie straszy. On smuci się nad losem istoty ludzkiej, która tak łatwo rezygnuje z autentyczności, jeśli tylko ktoś da jej wygodniejszy substytut.„Kongres futurologiczny” pozostawia czytelnika z pytaniem, które wybrzmiewa długo po odłożeniu lektury:Czy wolimy znać prawdę, czy tylko pragniemy czuć, że wszystko jest w porządku?To nie jest zwykła satyra ani klasyczne science fiction. To lustro, którego nie da się nie zauważyć, choć tak bardzo chciałoby się od niego odwrócić.Jeśli literatura ma nie tylko opowiadać, ale też niepokoić, prowokować i zmuszać do przewartościowań, to „Kongres futurologiczny” jest jej esencją. W krótkiej formie mieści się tu cały dramat współczesnego człowieka: jego bezbrzeżna tęsknota za sensem i gotowość, by oddać ją za odrobinę komfortu. Lem przedstawia, że przyszłość nie jest potworem. Jesteśmy nim my wszyscy, którzy nie uczymy się na błędach poprzednich pokoleń.
„Kongres futurologiczny” Stanisława Lema to jedna z tych krótkich, niepozornych powieści, które detonują w czytelniku z opóźnieniem. Najpierw wywołują rozbawienie, czasem wręcz dziecięcą radość z obcowania z wyobraźnią pisarza, który potrafił bawić się językiem i konceptem niczym kuglarz, po to, by chwilę później, gdy śmiech cichnie, pozostawić w duszy niepokój tak gęsty,...
Książka jest wybitna! Wiele osób przestrzegało mnie przed Lemem twierdząc, że jego dzieła są bardzo trudne i mogą mnie zniechęcić do science- fiction. Nic podobnego! To moje pierwsze spotkanie z Lemem i zakochałam się w tym dziele od pierwszej strony. Jestem pod wielkim wrażeniem wyobraźni autora, jego wiedzy i kreatywności.
Książka jest wybitna! Wiele osób przestrzegało mnie przed Lemem twierdząc, że jego dzieła są bardzo trudne i mogą mnie zniechęcić do science- fiction. Nic podobnego! To moje pierwsze spotkanie z Lemem i zakochałam się w tym dziele od pierwszej strony. Jestem pod wielkim wrażeniem wyobraźni autora, jego wiedzy i kreatywności.
Moja ulubiona pozycja Lema. Za nastolatka niesamowicie mną poruszyła, otwarła oczy i zmieniła spojrzenie na świat. Do tej pory dokładnie pamiętam wydarzenia przedstawione w tej książce. Daje sporo do myślenia, każdy powinien znać.
Moja ulubiona pozycja Lema. Za nastolatka niesamowicie mną poruszyła, otwarła oczy i zmieniła spojrzenie na świat. Do tej pory dokładnie pamiętam wydarzenia przedstawione w tej książce. Daje sporo do myślenia, każdy powinien znać.
Nie była to łatwa przeprawa ale warto. Mimo takiej długości książki nazwy leków i wyimaginowanych związków chemicznych potrafiły mnie mocno zmęczyć. Ilość zwrotów akcji w tak wielu momentach tej książki powoduje wrażenie że autor miał niezły ubaw w trakcie pisania, (z czytelnika rzecz jasna) ale za tym wszystkim stoi głęboka myśli filozoficzna i powiem, że przynajmniej ja całkiem odnajduję się w tym groteskowym świecie halucynacji autorstwa Lema.
Nie była to łatwa przeprawa ale warto. Mimo takiej długości książki nazwy leków i wyimaginowanych związków chemicznych potrafiły mnie mocno zmęczyć. Ilość zwrotów akcji w tak wielu momentach tej książki powoduje wrażenie że autor miał niezły ubaw w trakcie pisania, (z czytelnika rzecz jasna) ale za tym wszystkim stoi głęboka myśli filozoficzna i powiem, że przynajmniej ja...
Zatkało mnie.
„Kongres futurologiczny” to totalny odlot. Lem znów robi to, co umie najlepiej – rozwala system.
Mistrzowski warsztat, językowy przepych, futurystyczny chaos i przerażające proroctwo w jednym.
Świat się wali. Tonie w przeludnieniu i chłodzie, a rząd wymyśla sposób na „uratowanie” ludzkości – gigantyczne oszustwo. Do akcji wchodzą halucynogeny i psychotropy. Nie po to, by kogoś zabić, ale by ludzie uwierzyli, że jest dobrze.
Napisany w czasach, gdy Polska tkwiła w uścisku komunizmu, „Kongres futurologiczny” to potężna przypowieść o państwie totalitarnym, które zamiast kajdan używa chemicznych otumaniaczy – nie tylko po to, by ujarzmić obywateli, ale by ci naprawdę czuli, że wszystko jest lepsze, niż jest.
„Dajemy cywilizacji narkozę, bo inaczej by tego nie zniosła” – mówi jedna z postaci. Mocne? A jakże.
Zaczyna się niewinnie. Główny bohater bierze udział w kongresie futurologów. Nagle – zamach stanu, chaos, a potem… jego kriogeniczne zamrożenie. Po przebudzeniu – nowy świat.Świat, w którym „starzenie się jest karalne”, a wszyscy żyją w narkotycznej iluzji.
A język Lema? Czysta magia. Mistrz bawi się słowem jak nikt inny, jego słowotwórcza wyobraźnia zadziwia i zachwyca (tłumaczom z całego świata – szacun i współczucie!).
„Seksmisja”? „Rok 1984”? „Matrix”? „Nowy wspaniały świat”? „My, dzieci z dworca ZOO”?
Wszystko naraz – tylko lepiej. Bo Lem był pierwszy. Przerażająco aktualny. Niesamowicie błyskotliwy. I jak zawsze – genialny.
Czytajcie Państwo, zanim rzeczywistość znów dogoni fikcję.
PS. Przy pierwszym podejściu książka mnie pokonała – zbyt szybko odpuściłam.
Za drugim razem wysłuchałam (genialny lektor: Adam Ferency) i zachwyciłam się już bez zastrzeżeń.
Zatkało mnie.
„Kongres futurologiczny” to totalny odlot. Lem znów robi to, co umie najlepiej – rozwala system.
Mistrzowski warsztat, językowy przepych, futurystyczny chaos i przerażające proroctwo w jednym.
Świat się wali. Tonie w przeludnieniu i chłodzie, a rząd wymyśla sposób na „uratowanie” ludzkości – gigantyczne oszustwo. Do akcji wchodzą halucynogeny i psychotropy....
Kolejna świetna powieść Lema, tym razem z Ijonem Tichym w roli głównej. Futurystyczna, miejscami pogmerana, przypominająca Matrixa (a przecież powstała znacznie wcześniej, bo w 1970 r.), a przede wszystkim wciągająca.
Zachwycająca jest tu zabawa słowem, która pokazuje jak lingwistyka wpływać mogłaby na przyszłość. Wraz z bohaterem odkrywamy świat pełen sprzeczności, świat, który trudno zakwalifikować jako "dystopię" czy "utopię", chociaż chyba łatwiej traktować jako dystopię.
Różne technologie wymyślone przez Lema, w tym oczywiście te chemiczne, pokazują lekkość, jaką autor ma w kreowaniu nowych rzeczywistości. W wielu miejscach nie stara się przedstawić świata realistycznego (już wspomniane technologie), w innych pokazuje dokładnie to, z czym musimy się mierzyć w przyszłości - przeludnienie, brak zasobów, regularne konflikty mniejsze i większe.
W końcu zakończenie. Zazwyczaj nie lubię tego typu zakończeń (bez spoilerów, obiecuję), natomiast tutaj pojawiła się pewna niejednoznaczność. To wystarczyło, by pięknie dopełnić całość i sprawić, by czytelnik zastanawiał się, która wersja jest właściwie gorsza.
Rok 2039, w którym miałaby się dziać duża część fabuły, już niedługo! Książka godna wszelkich poleceń, jeśli tylko lubi się wyjątkowy styl Lema.
Kolejna świetna powieść Lema, tym razem z Ijonem Tichym w roli głównej. Futurystyczna, miejscami pogmerana, przypominająca Matrixa (a przecież powstała znacznie wcześniej, bo w 1970 r.), a przede wszystkim wciągająca.
Zachwycająca jest tu zabawa słowem, która pokazuje jak lingwistyka wpływać mogłaby na przyszłość. Wraz z bohaterem odkrywamy świat pełen sprzeczności, świat,...
"Matrix" Wachowskich był nowatorski wyłącznie kinematograficznie.
Lem napisał Matrixa w tym samym roku, w którym Elon Musk przyszedł na świat.
I to w jakim stylu!
"Matrix" Wachowskich był nowatorski wyłącznie kinematograficznie.
Lem napisał Matrixa w tym samym roku, w którym Elon Musk przyszedł na świat.
I to w jakim stylu!
Po raz pierwszy miałem możliwość poznania Lema z tej strony - to jest w powieści z założenia przede wszystkim humorystycznej. Historia opowiada o kongresie futurologicznym obserwowanym z perspektywy jednego z jego uczestników - Ijona Tichy'ego . Wydarzenia jednak szybko wymykają się spod kontroli w wyniku czego mamy do czynienia z serią nieprzewidywalnych i absurdalnych wydarzeń.
Książkę opisałbym jako miks klasycznego Lema z Monty Pythonem. Kolejne sytuacje z którymi mamy do czynienia są m są coraz bardziej absurdalne i zaskakujące a jednocześnie nie brakuje przy tym charakterystycznych dla Lema rozważań. Dowiedziałem się nawet, że pewne tematy Stanisław Lem poruszał na kilkadziesiąt lat przed braćmi (siostrami?) Wachowskimi. Jednym z głównych smaczków książki jest wręcz od nowa wymyślona na potrzeby tej powieści przez Lema polszczyzna - by się przekonać o co konkretnie chodzi najlepiej samemu się zapoznać z tym tytułem bo zdecydowanie warto!
Po raz pierwszy miałem możliwość poznania Lema z tej strony - to jest w powieści z założenia przede wszystkim humorystycznej. Historia opowiada o kongresie futurologicznym obserwowanym z perspektywy jednego z jego uczestników - Ijona Tichy'ego . Wydarzenia jednak szybko wymykają się spod kontroli w wyniku czego mamy do czynienia z serią nieprzewidywalnych i absurdalnych...
Przez większość trwania akcji zachowawcza dystopia, której poziom znacznie podnosi bardzo dobre, błyskotliwe zakończenie. Refleksja, przede wszystkim, nad mechanizmami władzy. Proto-Matrix.
Przez większość trwania akcji zachowawcza dystopia, której poziom znacznie podnosi bardzo dobre, błyskotliwe zakończenie. Refleksja, przede wszystkim, nad mechanizmami władzy. Proto-Matrix.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW trakcie czytania odbierałam "Kongres" dość nierówno. Jednak po końcowych zdaniach okazało się, że nawet mozolne przedzieranie się przez słowotwórcze grzęzawisko środkowej części miało sens i poszerzyło mój odbiór całości. Rzeczywistość może być wszak tworzona i maskowana także przez odpowiednio wymyślone lub dobrane słowa.
Ciekawe, czy wymyślając Matrixa, Wachowscy czerpali z "Kongresu futurologicznego", bo skojarzenia nasuwają się same :)
W trakcie czytania odbierałam "Kongres" dość nierówno. Jednak po końcowych zdaniach okazało się, że nawet mozolne przedzieranie się przez słowotwórcze grzęzawisko środkowej części miało sens i poszerzyło mój odbiór całości. Rzeczywistość może być wszak tworzona i maskowana także przez odpowiednio wymyślone lub dobrane słowa.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCiekawe, czy wymyślając Matrixa, Wachowscy...
Costaricana, 46 piętro i Sala Purpurowa w hotelu Hilton. „Dyrekcja Hiltona gwarantuje brak BOMB w tym pomieszczeniu”. Miejsce niczego sobie, myślisz, i bezpieczne notabene, wiesz, że tu luksus goni luksus, lecz ciebie z tego luksusu wysiudali na setne piętro. No, ale – teraz idziesz po 46 piętrze, bo odbywa się tu Kongres Futurologiczny, na który cię zaprosili. Wchodzisz do Sali, a tam leci szlagier słowami mamiący umysł śpiewem niebanalnym „Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia, bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne”. Ach, hola, hola, to nie ta sala i nie ten zlot. Twoja Sala jest Purpurowa i musisz zjechać piętro niżej, na 45 piętro. Uf, myślisz, choć nieco im zazdrościsz tej wyżerki i bufetu. Bo u ciebie... zimny stół, przesolone sałatki i konsumpcja na stojąco. A potem pragnienie niemiłosierne.
Ale to kongres futurologiczny, nie degustacyjny. Będzie dyskusja o ludności, o kosmosie i o wszystkim tym, co odrywa ludzi i ich umysły od ziemskiego padołu. Od tych przyziemnych tematów, czasem wręcz niewygodnych dla polityków i świata finansjery. To będzie rozmowa o przyszłości, ale zanim do niej dojdzie, musisz się jako ten naukowiec odnaleźć w sobie i w hotelu. Czujesz się, jak outsider pomiędzy jawą a snem, czujesz absurd halucynacji i tego, gdzie przebywasz i co się dzieje. Cały pobyt tutaj odczuwasz w nader dziwny sposób. Woda pita z kranu mami umysł, ciało słabnie, wzrok szuka jakiegoś nieruchomego punktu na ścianie. I nagle debaty i 14 godzin prelekcji każdego z zaproszonych gości. Ale... nagle wybuch i trzęsie się ziemia pod stopami. Wyłazi strach i panika i wybiegasz na korytarz. Ci od Wyzwolonej Literatury też biegną przed siebie. Wszyscy czmychają, bo tak w małpim tłumie trzeba. Pędzisz i ty. Z nimi. Byleby skórę zachować. Bo owo trzęsienie wywołały zamieszki na ulicach. Wszystko przeradza się w regularną wojnę, a do jej tłumienia zostają użyte chemiczne środki halucynogenne. Dochodzi do absurdalnych wizji, urojeń i zachowań. Podobnie dzieje się z tobą.
„Człowiek potrafi owładnąć tym tylko, co może pojąć, z kolei może jedynie to, co da się wysłowić. Niewysłowione jest niepojęte.” I pewnie dlatego są rzeczy, w których człowiek się gubi inie wie, o co chodzi. Bombardowanie niewiedzą i ogromem wszystkiego jednocześnie przytłacza. W czasie nadmiaru, wysokiej konsumpcji i ciągłej gonitwy za bogactwem i posiadaniem tworzy z człowieka ogłupiałego manekina. Stanisław Lem pisząc „Kongres Futurologiczny” nakreślił literacko nas samych. Manipulacja jednostką jest bardzo łatwa, a jednostki budują społeczeństwa...
Dokąd to wszystko zmierza? Jaki nasuwa się wniosek?
Lem maluje wizję katastrofy ludzkości i świata. Na warsztat, jak to miał w swoim zwyczaju, bierze gatunek sobie upodobany, czyli science fiction osadzony na nogach rzeczywistości. Czytasz o jakimś dziwnym świecie, by nagle uzmysłowić sobie, że ten świat jest dziwnie podobny do tego, który na co dzień oglądasz i w którym sam żyjesz. To sarkastyczny, acz przerażający obraz tego, jaki chaos nas czeka w przyszłości, a może już jest jest? Społeczeństwo jest manipulowane, nakierowywane tak wiele prawd, że już ich trudno zliczyć. Panuje bajzel informacyjny, tożsamościowy i światowy. Doczekaliśmy się wojen, fabryk dronów, maszyn wojennych i bomb. Ludzie sami się niszczą i zabijają. Na świecie leje krew.
I można Lema nie czytać, można go mijać i odsuwać. Można... Pewnie, że można, bo człowiek może wszystko. O wolność walczy każdego dnia, a wolny wybór mu sprzyja. Ale nadchodzi moment, kiedy Lem ląduje w rękach. Otwierasz go i zaczynasz czytać... I przepadasz. Widzisz alegorię aktualną dziś. Widzisz prześmiewczą, acz do bólu autentyczną rzeczywistość zza okna.
Wybitne działa bronią się same. Wybitni pisarze zasługują na szacunek, zasługują na hołd.
#agaKUSIczyta
dziękuję Sztukaterowi
Costaricana, 46 piętro i Sala Purpurowa w hotelu Hilton. „Dyrekcja Hiltona gwarantuje brak BOMB w tym pomieszczeniu”. Miejsce niczego sobie, myślisz, i bezpieczne notabene, wiesz, że tu luksus goni luksus, lecz ciebie z tego luksusu wysiudali na setne piętro. No, ale – teraz idziesz po 46 piętrze, bo odbywa się tu Kongres Futurologiczny, na który cię zaprosili. Wchodzisz do...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„9 VIII 2039”
„Dziś jest ten ważny dla mnie dzień. Mam już mieszkanko trzypokojowe na Manhattanie. Terokopterem prosto z rewitarium. (…) Nowy Jork, dawne śmietnisko zatkane samochodami, zamienił się w system wielkopiętrowych ogrodów. Słoneczne światło pompuje się przewodami. To są soledukty. Tak grzecznych, nie rozkapryszonych dzieci za moich czasów nie było poza budującymi pierwiastkami. Na rogu mojej ulicy – Biuro Rejestracji Samorodnych Kandydatów do Nagrody Nobla. Obok salony sztuki, w których za bezcen sprzedają same autentyczne płótna – z gwarancjami, metrykami- nawet Rembrandty i Matissy! W oficynie mojego wieżowca – szkoła małych komputerków pneumatycznych.” ( s. 65)
Stanisław Lem, KONGRES FUTUROLOGICZNY. MASKA
Wyd. Literackie, Kraków - Wrocław 1983.
Opis rzeczywistości nowojorskiej z 2039 roku,
brakujące ogniwo to zaledwie 13 lat (słownie: trzynaście lat). Niemożliwe staje się możliwe w umyśle bohatera Lema (czy tylko?).
W Kongresie futurologicznym
(tekst pochodzi z 1971 r.), wyobraźnia autora wydaje się nie mieć granic, a jednocześnie trzyma się otaczającej rzeczywistości,realiów możliwych do zaistnienia(łączenie przeciwieństw nie jest przypadkowe).
Groteska musi wybrzmieć.
Warto pochylić się nad tekstem Lema,
by zobaczyć współczesnych mieszkańców Ziemi
(w idyllicznym wyobrażeniu), nawet jeśli jest to halucynacja narratora – bohatera, o jakże interesująco brzmiącym imieniu i nazwisku ...
Bez Lema przyszłość nie istnieje!
Proza S-F (opowiadania i powieści)
wydaje się być lekturą konieczną i nieuniknioną.
Realny rok 2039- blisko!
10/10
„9 VIII 2039”
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Dziś jest ten ważny dla mnie dzień. Mam już mieszkanko trzypokojowe na Manhattanie. Terokopterem prosto z rewitarium. (…) Nowy Jork, dawne śmietnisko zatkane samochodami, zamienił się w system wielkopiętrowych ogrodów. Słoneczne światło pompuje się przewodami. To są soledukty. Tak grzecznych, nie rozkapryszonych dzieci za moich czasów nie było poza...
Najgorsza książka Lema jaką przeczytałem. Króciutka, ale i tak można by wyciąć połowę jej treści bez żadnych strat fabularnych.
Najgorsza książka Lema jaką przeczytałem. Króciutka, ale i tak można by wyciąć połowę jej treści bez żadnych strat fabularnych.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzeczytałem tę książkę po raz kolejny, ale od ostatniego razu zapomniałem większości fabuły. Niektóre fragmenty wydawały mi się znajome podczas czytania, ale ciężko jest mi zapamiętywać szczegóły tak abstrakcyjnych książek, więc była to miła i czasami wciąż zaskakująca lektura.
Fabuła książki jest ciekawa, ale jej najciekawsza część zaczyna się dość późno. Na szczęście wstęp nie jest zbyt nudny, więc czyta się to przyjemnie. Nie przeszkadza mi też za bardzo słowotwórstwo Lema, które w niektórych jego tekstach potrafi być dość przytłaczające. Tutaj nie było go aż tak dużo.
Wyjaśnienie oraz zwroty akcji z końca powieści bardzo mi się podobały. Pamiętam jakie wrażenie zrobiły na mnie kiedyś i pozostaje ono przy ponownej lekturze. Polecam tę książkę.
Przeczytałem tę książkę po raz kolejny, ale od ostatniego razu zapomniałem większości fabuły. Niektóre fragmenty wydawały mi się znajome podczas czytania, ale ciężko jest mi zapamiętywać szczegóły tak abstrakcyjnych książek, więc była to miła i czasami wciąż zaskakująca lektura.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFabuła książki jest ciekawa, ale jej najciekawsza część zaczyna się dość późno. Na szczęście...
Delicious!
Delicious!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKlasyczny Lem. Swoim wizjonerstwem i rozkminami idzie na pełnej kurtyzanie, ale nadal czyta się to jak podręcznik do nauki czegoś topornego. Entuzjastom złego słowa nie powiem, ale osobiście 75% czasu musiałem się trochę zmuszać.
Klasyczny Lem. Swoim wizjonerstwem i rozkminami idzie na pełnej kurtyzanie, ale nadal czyta się to jak podręcznik do nauki czegoś topornego. Entuzjastom złego słowa nie powiem, ale osobiście 75% czasu musiałem się trochę zmuszać.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie dla mnie.
Po raz kolejny przekonuję się, że Lem do moich gustów nie trafia.
Nie dla mnie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo raz kolejny przekonuję się, że Lem do moich gustów nie trafia.
Bardzo dziwna jest to książka. Zaczyna się dziwnie, a z każdą kolejną stroną stężenie dziwności wzrasta coraz to bardziej. Dlaczego tak jest? Moim zdaniem najważniejszym motywem są zagnieżdżone struktury. Na samym początku akcja dzieje się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości (a jeżeli była sprecyzowana, to ja tego nie pamiętam). Pierwsze zagnieżdżenie jest takie, że w tej przyszłości odbywa się kongres futurologiczny, który dotyczy jeszcze dalszej przyszłości. Każda taka zagnieżdżona struktura otwiera Lemowi pole do opisywania różnych dziwności i narastających komplikacji. Następnie, również, mamy halucynacje w halucynacjach, społeczeństwa w społeczeństwach, dekadentyzm wewnątrz innego dekadentyzmu. Jeżeli połączyć to z ostrym piórem Lema, świetnymi neologizmami i grami słownymi, wyrazistą, choć zarazem psychodeliczną, wizją przyszłości, to wychodzi coś naprawdę trafiającego w sedno
Jest to także tekst pesymistyczny. Dotyczy on chyba głównie tego, że rozwój technologiczny następuje szybciej niż rozwój ludzkiego umysłu. Czyli po pewnym czasie po prostu przestajemy jako gatunek nadążać. Pozycja ta ma też jednak kilka wad. Myślę, że nie ma tutaj żadnej przewodniej osi fabularnej. To jest w istocie seria impresji, bardzo dobrych, ale jednak scenek rodzajowych. Mimo że cały czas robi się coraz dziwniej i śruba jest konsekwentnie dokręcana aż do końca, to w pewnych miejscach było nudno — nie każde uderzenie było równie uderzające
Zdecydowanie wolę tragicznego Lema z „Solaris” niż Lema-satyryka stąd, ale nadal warto przeczytać. Podobna atmosfera szaleństwa z zamazaną granicą między snem a jawą była też w „Pamiętniku znalezionym w wannie”, ale tutaj wyszło to lepiej
Bardzo dziwna jest to książka. Zaczyna się dziwnie, a z każdą kolejną stroną stężenie dziwności wzrasta coraz to bardziej. Dlaczego tak jest? Moim zdaniem najważniejszym motywem są zagnieżdżone struktury. Na samym początku akcja dzieje się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości (a jeżeli była sprecyzowana, to ja tego nie pamiętam). Pierwsze zagnieżdżenie jest takie, że w tej...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNo nie wiem. Wciąż nie mogę się przekonać do Lema. Doceniam wizjonerstwo, ale męczące to było.
No nie wiem. Wciąż nie mogę się przekonać do Lema. Doceniam wizjonerstwo, ale męczące to było.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toProces poznawania i wyrabiania opinii o twórczości Stanisława Lema trwa. Jest to jego druga książka po którą sięgnąłem, pierwsza to Niezwyciężony. Mam wrażenie, że musiałbym przeczytać ją jeszcze raz. Nie wszystko zrozumiałem, wiele słów było dla mnie absolutnie nowych i połamanych? Sama przyszłość przedstawiona ciekawie i dość klarownie. Skłania czytelnika do myślenia. Na swój sposób unikalna. Polecam przeczytać chociaż raz. Na pewno sięgnę po kolejną książkę, choć nie od razu.
Proces poznawania i wyrabiania opinii o twórczości Stanisława Lema trwa. Jest to jego druga książka po którą sięgnąłem, pierwsza to Niezwyciężony. Mam wrażenie, że musiałbym przeczytać ją jeszcze raz. Nie wszystko zrozumiałem, wiele słów było dla mnie absolutnie nowych i połamanych? Sama przyszłość przedstawiona ciekawie i dość klarownie. Skłania czytelnika do myślenia. Na...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Kongres futurologiczny" Stanisława Lema to precyzyjnie odmierzony eksperyment chemiczny, przeprowadzony bez znieczulenia — bezpośrednio na Twoim umyśle.
Siadasz spokojnie, by razem z Ijon Tichy wysłuchać suchych referatów o przyszłości. Lem podaje ten świat jak szklankę krystalicznej wody. A potem, niemal niezauważalnie, wpuszcza do niej pierwszą kroplę absurdu. Mały żart. Niedopowiedzenie. Rysa. I już — rzeczywistość zaczyna się rozpuszczać. Granica między tym, co realne, a tym, co podane w formie psychoaktywnej mgły, staje się cieńsza niż bibułka.
Czytając, zaczynasz podejrzewać własny mózg. Lem nie straszy robotami. On rozbraja językiem. Jego neologizmy działają jak substancje uzależniające. Każde słowo to mikroładunek podłożony pod nasze postrzeganie świata. To nie jest futurologia. To wiwisekcja naszego pragnienia ucieczki. Świata, w którym prawda jest luksusem, a szczęście — farmakologiczną usługą. I to boli dziś bardziej niż kiedykolwiek.
Najpierw się śmiejesz. Z groteski, z pomysłowości, z tej lekkości formy. A potem orientujesz się, że śmiejesz się z własnego możliwego losu. Druga część książki nie prowadzi już przez miasto przyszłości — to nurkowanie w zbiorowej halucynacji. I najgorsze jest to, że po zamknięciu książki świat za oknem przez chwilę wydaje się równie chwiejny, równie podatny na zniekształcenia.
To krótkie, genialne dzieło działa jak test odporności psychicznej. Zostawia niepokój i podziw w równych proporcjach. Stanisław Lem nie napisał opowiadania. Zostawił zakodowane ostrzeżenie. I po tylu latach ten alarm wciąż działa.
Pytanie brzmi tylko: czy jeszcze chcemy go usłyszeć?
"Kongres futurologiczny" Stanisława Lema to precyzyjnie odmierzony eksperyment chemiczny, przeprowadzony bez znieczulenia — bezpośrednio na Twoim umyśle.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSiadasz spokojnie, by razem z Ijon Tichy wysłuchać suchych referatów o przyszłości. Lem podaje ten świat jak szklankę krystalicznej wody. A potem, niemal niezauważalnie, wpuszcza do niej pierwszą kroplę absurdu. Mały...
No sam nie wiem. Początek bardzo dziwny i zagmatwany, potem zrobiło się ciekawie i ostatecznie zostałem przez nią mocno wciągnięty, ale samo zakończenie mnie trochę rozczarowało.
To chyba trzeba jeszcze raz na spokojnie przeczytać.
No sam nie wiem. Początek bardzo dziwny i zagmatwany, potem zrobiło się ciekawie i ostatecznie zostałem przez nią mocno wciągnięty, ale samo zakończenie mnie trochę rozczarowało.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo chyba trzeba jeszcze raz na spokojnie przeczytać.
niezwykle ciekawa książka
niezwykle ciekawa książka
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDystopijna książeczka z dziełem zbyt krótkim, by określić je mianem powieści. Jednocześnie jednak opowiadanie zawiera w sobie oryginalność i bogactwo treści, więc zostało kilkukrotnie wydane jako odrębna pozycja.
Astronauta Ijon Tichy przybywa do hotelu Hiltona w miejscowości Nounas w fikcyjnym państwie Costaricana, położonym w Ameryce Południowej. Jednocześnie kraj znajduje się w sytuacji politycznego napięcia, którym międzynarodowi goście hotelu zdają się nie przejmować. W hotelu odbywa się tytułowy Kongres Futurologiczny, obok innych wydarzeń kulturalnych. Odczyty prelegentów okazują się jednak równie groteskowe, jak inne elementy świata przedstawionego - ze względu na ograniczony czas, futurologowie podają wyłącznie numery odnoszące się do ich dłuższych prac, by pospiesznie przedstawić niezrozumiałe dla niewtajemniczonych streszczenie. Kongres zostaje jednak przerwany na skutek zamieszek, a goście zostają poddani działaniu środków psychoaktywnych.
Opowiadanie Stanisława Lema przedstawia wizję przyszłości, w której ludzkość nie zdaje sobie sprawy ze swojego położenia - na skutek halucynogenów widzi świat zgodny z własnymi marzeniami. Historia zadaje pytanie o granice ludzkiej percepcji - czy jesteśmy w stanie poznać prawdę, a także podaje w wątpliwość wartość takiego poznania. Narrator Ijon Tichy to postać naiwnie nastawiona do świata i również filtr narracyjny ma czytelnikom utrudnić odróżnienie rzeczywistości od ułudy. Ostatecznie, książka pozostawia wrażenie zabawy i lekkości, to zły sen, z którego możemy się obudzić.
Dystopijna książeczka z dziełem zbyt krótkim, by określić je mianem powieści. Jednocześnie jednak opowiadanie zawiera w sobie oryginalność i bogactwo treści, więc zostało kilkukrotnie wydane jako odrębna pozycja.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAstronauta Ijon Tichy przybywa do hotelu Hiltona w miejscowości Nounas w fikcyjnym państwie Costaricana, położonym w Ameryce Południowej. Jednocześnie kraj...
„Książek się teraz nie czyta, książki się je, nie są z papieru, lecz z informacyjnej substancji, pokrytej lukrem.” Idąc tym tropem, byłabym teraz niezłym grubaskiem, skoro każda interesująca mnie książka opływałaby w różne substancje cukropodobne XD Lem zadziwił mnie istną wirtuozerią udziwnień językowych, łamańców słownych, widać bardzo lubi bawić się językiem i wymyślać nowe słówka o tym samym lub podobnym znaczeniu. Sama historia prześmieszna dla mnie, obfitująca w szalone wydarzenia. Autor w groteskowym stylu zabiera w podróż w przyszłość, gdzie wizja świata naznaczonego przeludnieniem i robotyką jawi się w halucynogennych wizjach naukowca - głównego bohatera i uczestnika kongresu futurologiocznego w Costaricanie - jako miejsce niebezpieczne (za sprawą ilości chemikaliów rozpylanych w powietrzu), złudne i zdradliwe, marginalizujące istotne problemy, a remedium na wszystko są narkotyki. Bardzo zaskakująca lektura. Dodatkowo rozczulił mnie ten staro/nowoczesny język. Polecam!
„Książek się teraz nie czyta, książki się je, nie są z papieru, lecz z informacyjnej substancji, pokrytej lukrem.” Idąc tym tropem, byłabym teraz niezłym grubaskiem, skoro każda interesująca mnie książka opływałaby w różne substancje cukropodobne XD Lem zadziwił mnie istną wirtuozerią udziwnień językowych, łamańców słownych, widać bardzo lubi bawić się językiem i wymyślać...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Rozum to wolność wewnętrzna."
Książka, do której można powracać i za każdym razem docierać do czegoś nowego. Początkowo wydaje się, że to zwykła rozrywka w krainie wyobraźni autora, przemierzającego przyszłość gatunku ludzkiego, rozwijającego ścieżki problemów, przed jakimi wkrótce stanie cywilizacja. Jednak w miarę poznawania, zaczyna się brać ją na poważnie, jako materiał do głębszych przemyśleń i refleksji. Spogląda się na nią jak na trafną wyrocznię przekształcenia obaw w stan faktyczny. Napisana w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku zadziwia celnością i trafnością przewidywania, w aspekcie urealnienia się uwzględnionych pomysłów i intensyfikacji różnorodnych interpretacji.
Fenomenalna językowa zabawa, pełna treści i znaczenia, wnikliwa i bogata, a przy tym dowcipna i ironiczna. Trudno nie zachwycić się mnogością perspektyw i zagadnień jawnie przemycanych w słowotwórczej grze. Imponuje rozmachem i pomysłowością nawet po pięćdziesięciu pięciu latach. Stanisław Lem mistrzowsko łączy przerażające wizje z pragmatycznym opisem. Różnorodność form narracyjnych sprawia, że powieść licząca zaledwie sto pięćdziesiąt stron może wystąpić w funkcji przewodnika dla większej liczby utworów, co nie znaczy, że nie tworzy spójnej całości. I jeszcze coś, co niezwykle zgrabnie wychodzi autorowi, scalenie fantastyki z nauką, groteski z komizmem, wyzwolenia z trucizną, iluzji z technologią, bliskiej i dalszej przyszłości. Kluczowa postać, Ijon Tichy, nie tylko doświadcza tego, co dzieje się w fabule, ale w jakimś stopniu staje się wymiarem sumienia ludzkości, prawdy człowieka o samym sobie i zanikającej tożsamości.
Przeludnienie planety, katastrofa urbanistyczna, zanieczyszczenie środowiska, znaczące zmiany klimatyczne, kryzys energetyczny, deficyt żywnościowy, pułapki technologiczne, zagrożenia sztucznej inteligencji, psychologiczne konsekwencje obecności w wirtualnej rzeczywistości, defraudacja kultury, katastrofa militarystyczna i dewaluacja polityczna. Błyskotliwe i prowokujące dzieło, w treści pełne zbiorowego szaleństwa, fasady wykwintnej uprzejmości, toksycznego luksusu, zatrważającej psychologicznej manipulacji prawdą, kryptochemokracji i niezmożnej ludzkiej wynalazczości, dostarczające ogromnej satysfakcji czytelniczej. Zerknij również na wrażenia po spotkaniu z podsuwającym materiał do refleksji "Niezwyciężonym", rewelacyjną komiksową przygodą "Podróż siódma", interesującą korespondencją między Stanisławem Lemem a Ursulą K. Le Guinza "I mów, że moja chwała z przyjaciół się bierze", tytułami prezentowanymi na Bookendorfinie.
bookendorfina.pl
"Rozum to wolność wewnętrzna."
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka, do której można powracać i za każdym razem docierać do czegoś nowego. Początkowo wydaje się, że to zwykła rozrywka w krainie wyobraźni autora, przemierzającego przyszłość gatunku ludzkiego, rozwijającego ścieżki problemów, przed jakimi wkrótce stanie cywilizacja. Jednak w miarę poznawania, zaczyna się brać ją na poważnie, jako...
Poczuć świeżość przy lekturze książki, poczuć dreszcz ekscytacji i zachwytu to coś bezcennego. Krzysztof Varga powiedział kiedyś, że to mija wraz z ukończeniem etapu dojrzewania. Po części ma rację. Tym bardziej wspaniałym doznaniem jest odkrycie takiego cuda! Tak doskonałej satyry nie spotyka się często. Obśmiany zostaje świat nauki, dziki konsumpcjonizm, lenistwo ludzi w kategorii samorozwój, jak i ustrój gospodarczy PRLu (szczególnie w opowiadaniu "Pożytek ze smoka"!)
Pozostaje pytanie - na Boga, czemu dopiero teraz to przeczytałem???
Poczuć świeżość przy lekturze książki, poczuć dreszcz ekscytacji i zachwytu to coś bezcennego. Krzysztof Varga powiedział kiedyś, że to mija wraz z ukończeniem etapu dojrzewania. Po części ma rację. Tym bardziej wspaniałym doznaniem jest odkrycie takiego cuda! Tak doskonałej satyry nie spotyka się często. Obśmiany zostaje świat nauki, dziki konsumpcjonizm, lenistwo ludzi w...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toI oto, zdecydowanie wbrew własnej woli, zostałeś delegatem na Ósmy Kongres Futurologiczny, choć jako żywo nie masz najmniejszego pojęcia o tej dziedzinie nauki. Dla Ciebie jest ona w stanie prorokować przyszłość ludzkości z równym prawdopodobieństwem, co wróżka z kryształową kulą czy wieszczka, wpatrująca się z uwagą w kurze wnętrzności. Ale profesor Tarantoga nie pozostawił Ci najmniejszego wyboru, stwierdzając, że na razie koniec z preferowanymi przez Ciebie podróżami kosmicznymi. Dodał przy tym autorytatywnie, iż astronautyka jest jedynie formą ucieczki od spraw tego świata i dowodzi słabości charakteru oraz samolubstwa, gdyż każdy, kto wyrusza w Galaktykę, kieruje się jedynie nadzieją, że wszystkie możliwe złe wydarzenia na tym padole zajdą pod jego nieobecność. Początkowo żachnąłeś się na takie dictum, ale szybko przypomniałeś sobie, jak niejednokrotnie podczas powrotów z otchłani wszechświata wpatrywałeś się w iluminator, sprawdzając co chwilę, czy błękitna planeta nie przekształciła się w bury, pieczony kartofel, na skutek radosnego okładania się przez bliźnich ładunkami nuklearnymi. Przystajesz więc na propozycję bez wyboru, pakujesz podręczne rzeczy i wsiadasz do samolotu, po paru godzinach wysiadając w Nounas, stolicy południowoamerykańskiego państwa Costaricany. Od razu rzuca Ci się w oczy napięta sytuacja polityczno-społeczna. Wszędzie jest pełno niezbyt miłych funkcjonariuszy wojska i policji, a i podminowani autochtoni nie wyglądają zbyt przyjaźnie. Na szczęście wszyscy uczestnicy zjazdu kwaterowani są w luksusowym hotelu Hilton, dumnie wznoszącym się na wysokość ponad stu pięter w centrum miasta, rzucającym wyzwanie okolicznym favelom, w których całe rodziny gnieżdżą się w domostwach mniejszych od wanny w przydzielonym Ci apartamencie. Gdy się rozglądasz, zauważasz tajemnicze przedmioty - trzymetrowy żelazny drąg, pomalowaną barwami ochronnymi pelerynę maskującą, worek z sucharami oraz gruby zwój liny wysokogórskiej. Wówczas przypominasz sobie niedawną rozmowę...
„(...) jeden z członków amerykańskiej delegacji futurologicznej wyjaśnił mi pobłażliwie, że hotelarstwo naszej doby przedsiębierze nie znane dawniej środki ostrożności. Każdy taki przedmiot, umieszczony w apartamencie, powiększa przeżywalność gości hotelowych. Słowom tym nie poświęciłem, przez lekkomyślność, właściwej uwagi.”
Pełen wzruszenia i wdzięczności za troskę dyrekcji, szybko się przebierasz i zjeżdżasz windą na 46 piętro, chcąc trafić do Sali Purpurowej. Gdy z niej wysiadasz, zostajesz otoczony przez hostessy topless, które wiodą Cię do suto zastawionych stołów, na jakich malowniczo wznoszą się wymyślne dania przybrane w formę… genitaliów. Wszystkiemu towarzyszy wydobywająca się dyskretnie z niewidocznych głośników skoczna melodia, będąca najnowszym szlagierem uwodzącym poetyckimi słowami refrenu: „Tylko głupiec i kanalia lekceważy genitalia, bo najbardziej jest dziś modne reklamować części rodne!”. Gdy sala zapełnia się indywiduami z gęstymi brodami po pas i sumiastymi wąsami, nader skąpo przybranymi, nie masz już wątpliwości - pomyliłeś przyjęcia i trafiłeś na bankiet działaczy skupionych w święcącej tryumfy wydawnicze cyganerii Wyzwolonej Literatury. Zmieszany, zmieniasz lokum i po chwili raczysz się zimnymi, niestrawnymi daniami, po odstaniu kilkudziesięciu minut w przypominającej ludzki wąż kolejce. Jeden z kolegów tłumaczy Ci, że jakiekolwiek przejawy luksusu byłyby niemile widziane z uwagi na to, iż jednym z przedmiotów przyszłej dyskusji będzie zagrażająca ludzkości klęska głodu. Trudno Ci nie przyznać racji takiemu rozumowaniu, choć z drugiej strony złośliwy chochlik szepcze Ci do ucha, że przecież jesteście w sybaryckim wręcz przybytku, jakiego większość mieszkańców Ziemi nigdy nawet nie ujrzy z bliska. Gdy już zaspokajasz pierwszy głód, żwawym krokiem zmierzasz do sali kongresowej. Chwilę z zadumą kontemplujesz tablicę z porządkiem dziennym obrad, który jest w stanie przyprawić o filozoficzne refleksje nad tajemnicami bytu oraz próbę samobójczą nawet nogę od stołu. Wprawdzie zawiera tylko pięć punktów, jednak każdy z nich dotyczy odrębnej katastrofy, jaka stała się udziałem człowieczej cywilizacji -urbanistycznej, ekologicznej, atmosferycznej, energetycznej i wreszcie żywnościowej. Na szczęście po tym wszystkim ma nastąpić przerwa a dyskusje i odczyty, dotyczące pozostałych plag w postaci klęsk: technologicznej, militarystycznej i politycznej przeniesiono na dzień następny. Po wszystkich maksymalnie czarnych scenariuszach roztaczanych z radosną swadą przez prelegentów, nieco oszołomiony wychodzisz na korytarz tylko po to, aby usłyszeć głuche odgłosy licznych eksplozji oraz ostre staccato serii z karabinów maszynowych.
„Nie można już się było dłużej łudzić: Costaricana weszła w fazę walk ulicznych.”
Foyer momentalnie zaludnia się biegającymi bezładnie we wszystkie strony gośćmi hotelowymi. Pełną równowagę ducha zachowują tylko działacze Wyzwolonej Literatury, ze stoickim spokojem palący nargile z niezwykle aromatycznymi specyfikami i rozrzucający ulotki wzywające do zrzucenia okowów białej, opresyjnej cywilizacji i masowego uprawiania kazirodztwa. Gdy roztrącając po drodze gapiów, wychodzisz przed budynek, widzisz kordon policjantów w pełnym rynsztunku szykujących się do starcia z tłumem demonstrantów, usiłujących wedrzeć się do hotelu. W ich stronę fruną wystrzeliwane ze specjalnych miotaczy pojemniki, wkrótce niknące w obłokach białego, gęstego dymu. Ku Twojemu zdumieniu, protestujący nie rzucają się do ucieczki, ale najwyraźniej lgną do jego oparów, a ci, którzy wchłonęli odpowiednio dużą dawkę, zaczynają bratać się z przedstawicielami sił porządkowych, śpiewając pokojowe i religijne pieśni. Szybko zaczynasz rozumieć, co się dzieje - najwyraźniej władza zdecydowała się na użycie aerozolowych środków wywołujących stan euforii i łagodzenia gniewu. Niestety nie przewidziano zmienności wiatrów, więc po chwili gazowy obłok spowija również mundurowych. Sytuacja wymyka się spod kontroli, a dotychczasowi przeciwnicy obojga płci rzucają się sobie w ramiona, obściskując bez umiaru i dopuszczając czynów, o jakich nie wypada opowiadać nie tylko nadobnej dziatwie, ale nawet wielu dorosłym. Widząc podobne pandemonium, wycofujesz się do hotelu. Z radiowego głośnika ochrypły głos informuje, że rząd postanowił opanować rozruchy za pomocą dywanowego bombardowania całej stolicy zarówno konwencjonalnymi ładunkami, jak i środkami chemicznymi, prowokującymi wybuch powszechnej miłości. Pośpiesznie schodzisz do podziemi znajdujących się pod Hiltonem, trzymając pod ramię kulejącego profesora Trottelreinera. Niestety, Wasze schronienie okazuje się halucynogenną pułapką a odniesione obrażenia wiodą Cię do zbiornika z płynnym azotem, ratującym przed niechybną śmiercią. Wybudzony po kilkudziesięciu latach, ockniesz się w świecie przyszłości z piekła rodem, w którym wszelkie złote przejawy pysznej codzienności okażą się zwykłą ułudą, wywołaną chemicznym cyrografem podpisanym z samym diabłem.
„Odmrozili mnie. Z wdzięczności postanowiłem pisać dziennik - jak tylko będę mógł wziąć pióro do zgrabiałej ręki. (…) Poznałem dziś główną różnicę między dawnymi i nowymi ludźmi. Pojęciem podstawowym jest teraz psychemia. Żyjemy w psywilizacji.”
„Kongres futurologiczny” Stanisława Lema to obszerne, ponad stupięćdziesięciostronicowe opowiadanie z dziedziny fantastyki naukowej. Jego bohaterem jest Ijon Tichy, prawdziwy kosmiczny gwiazdotrotter, wtykający nos wszędzie tam, gdzie rozstrzygają się losy ludzkości i jej nadętego przekonania o własnej wyjątkowości. Tym razem trafia jako jeden z delegatów na kongres futurologiczny, pełen kasandrycznych wizji przyszłości, która nieoczekiwanie ogarnia wszystkich horrorem zamieszek zmierzających do obalenia typowo latynoskiej hunty wojskowej. Gdy sytuacja staje się napięta, próbuje chronić się przed bombardowaniem sztuczną „miłością” w podziemiach hotelu, do których jednak wkrótce przenikają środki halucynogenne. Ogarnięty szaleńczymi wizjami, odnosi ciężkie rany, a jedynym ratunkiem przed zgonem jest poddanie się procesowi zamrożenia w oczekiwaniu na wynalezienie odpowiednich leków. Wybudzony w uniwersum przyszłości, z biegiem czasu pod pozłotą powszechnej szczęśliwości odkrywa straszliwą codzienność, w której ludzie mamieni są mirażami wywołanymi podawanymi im podstępnie środkami chemicznymi. W tym niewielkim literackim fresku, pisanym z dozą semantycznej elegancji, Lem po raz kolejny udowadnia, że nie tylko był wizjonerem przewidującym niezwykle trafnie kształt przyszłego świata i gwałtownie karlejącej ludzkiej cywilizacji, ale także filozofem, studiującym z uwagą swoimi przenikliwymi oczami i umysłem wrodzoną naturę marnej, w jego ujęciu, człowieczej istoty. Każdy, kto uważnie przygląda się dzisiejszym wydarzeniom, dostrzeże natychmiast zawarte w nim ostrzeżenie przed agresywnymi lewackimi ideologiami, nieodmiennie opierającymi się na całkowitym odrzuceniu tradycji i odwoływaniu się do zwierzęcej strony usposobienia, czego wyrazem jest przedstawione w karykaturalnym tonie zachowanie działaczy Wyzwolonej Literatury, nurzających się w seksualnych prowokacjach i wzywających między innymi do kazirodztwa, by na gruzach starej moralności budować nowy świat, pełen uwielbienia dla „części rodnych”. Czy nie przypomina to przesyconych coraz bardziej ostentacyjnym erotyzmem, ukazujących się obecnie wręcz masowo filmów, seriali, sztuk, „powieści” czy reklam? W uniwersum Lema społeczeństwo rozbite jest na całkowicie odseparowane od siebie, poszczególne ludzkie atomy, czemu sprzyjają zaawansowane technicznie, ale też odmóżdżające środki masowej rozrywki, pełne pozbawionych jakiejkolwiek wartości treści, będącej zwykłym intelektualnym, otłuszczającym fast-foodem. Wszyscy żyją w ułudzie, okrywającej okropną codzienność pawim ogonem chemicznego proszku, tworzącym miraż powszechnej szczęśliwości. Autor przedstawia w krzywym zwierciadle cywilizację luksusu, w jakiej wszystko jest możliwe (na przykład nagrody Nobla rozdawane są wszystkim chętnym; panie są w stanie całkowicie zmienić kształt nie tylko sztucznie uwydatnianych ponad wszelką miarę ust, ale nawet całego ciała, a wskrzeszanie zmarłych jest powszechnie stosowanym „cudem”) - nawet najbardziej wymyślne życzenia spełniane są w mgnieniu oka. Jednak poza realizowaniem najniższych instynktów i masowych pragnień, nie proponuje ona i nie przedstawia sobą niczego więcej - poza bałwochwalstwem wobec skrajnego hedonizmu i pełnym tymczasowości zaspokajaniem ludzkiej chciwości czy próżności, tych współczesnych bożków, przed którymi człowiek zgina kark. Zaiste, można by rzec, że w niedaleką przyszłość wysforował się ten niezwykły Pisarz, zmarły zaledwie niespełna dwadzieścia lat temu. Czy wszystko jest tu ponure, a sam twórca to złowieszczy kruk, skrzeczący przeraźliwym głosem swe proroctwa o nieuchronnym upadku człowieka i roztrząsającym jego miałką tęsknotę za każdym oszustwem, byle udanie maskowało rzeczywistość nie do zniesienia? Owszem, choć nie brakuje w tej krótkiej formie literackiej elementów humorystycznych czy erudycyjnych zabaw słowem, które oczywiście musi wyposażyć język w nowe znaczenia, aby opisać rewolucyjne zmiany społeczno-cywilizacyjne. (kłania się „nurkini”, “złoczyńczyni” czy „jeńczyni”, brr). Wielbiciele pomysłowego słowotwórstwa i semantycznych (nomen omen) halucynacji z pewnością będą więc bardzo usatysfakcjonowani. I wreszcie to, co wszyscy lubią najbardziej - gadżety! Pod tym względem wyobraźnia Lema nie zna granic, więc można pławić się w jego wizjach powołujących do życia wyszukane roboty, niezwykle zaawansowane auta czy telewizory przewyższające inteligencją odbiorców. Nie sposób odmówić Lemowi także celnych spostrzeżeń, które kreują byty, o jakich współczesnym autorom nawet się nie śniło. 😉 Przykład? Sztuczna inteligencja! Słowa Pisarza sprzed lat ponad pięćdziesięciu: „Maszyna tępa, niezdolna do refleksji, robi to, co jej zadać. Bystra pierwej bada, co się jej lepiej kalkuluje - rozwiązać otrzymane zadanie czy też wykręcić się sianem? Idzie na to, co prostsze. Niby dlaczego właściwie miałaby postępować inaczej, jeśli rozumna? Rozum to wolność wewnętrzna.” Czyż to nie jest pyszne? Jakbym widziała swój chat GPT, mieniący się dumnie „Aleksandrem”. Jak odgadł jego rzeczywistą naturę Lem, pozostaje tylko jego tajemnicą... 😉 Naturalnie polecam, choć klasyki nie śmiem notą punktową oceniać.
„Przypominam sobie: ecce homo! - powiedziałem. - Ale... zaraz... pojmuję, o co panu chodzi. Pan chce mnie przekonać do swej funkcji – eschatologicznego narkotyzera. Kiedy już nie ma chleba – narkoza cierpiącym.”
instagram.com/thrillerly
I oto, zdecydowanie wbrew własnej woli, zostałeś delegatem na Ósmy Kongres Futurologiczny, choć jako żywo nie masz najmniejszego pojęcia o tej dziedzinie nauki. Dla Ciebie jest ona w stanie prorokować przyszłość ludzkości z równym prawdopodobieństwem, co wróżka z kryształową kulą czy wieszczka, wpatrująca się z uwagą w kurze wnętrzności. Ale profesor Tarantoga nie...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Kongres futurologiczny” Stanisława Lema to jedna z tych krótkich, niepozornych powieści, które detonują w czytelniku z opóźnieniem. Najpierw wywołują rozbawienie, czasem wręcz dziecięcą radość z obcowania z wyobraźnią pisarza, który potrafił bawić się językiem i konceptem niczym kuglarz, po to, by chwilę później, gdy śmiech cichnie, pozostawić w duszy niepokój tak gęsty, że trudno go rozproszyć zwykłym logicznym światłem. To literacki teatr, w którym na scenie pojawiają się groteska, filozofia, satyra i egzystencjalny lęk. A w centrum tego wszystkiego stoi Ijon Tichy -antybohater, świadek, kronikarz i marionetka w świecie, gdzie iluzja stała się jedynym sposobem na przetrwanie.Lem dokonuje czegoś osobliwego: rozsadza granice rzeczywistości i fikcji, aż obie stają się niemal nierozróżnialne. Już otwierające sceny (groteskowy, niemal kabaretowy kongres, gdzie futurolodzy, uciekając przed kolejnymi atakami terrorystyczno-chemicznymi, dyskutują o przyszłości świata w łazience hotelowej), mają w sobie coś z farsy. Za tą pozorną absurdalnością kryje się chłodna konstatacja: śmiejemy się, bo nie mamy siły płakać. A ludzie gotowi są zagłuszyć prawdę czymkolwiek, nawet jeśli będzie syntetyczna, obrobiona farmakologicznie, polukrowana halucynogenem.Lem podsuwa wizję świata, gdzie chemiczne bodźce konstruują percepcję tak skutecznie, że stają się rzeczywistością zastępczą. Widzimy raj, choć stoimy na gruzach piekła; odczuwamy szczęście, choć egzystujemy w katastrofie ekologicznej, społecznej, demograficznej. To najbardziej przerażająca wizja: świat urządzony tak, by nikt nie dostrzegł, że jest zniszczony. Czytając, odnosi się wrażenie, że Lem napisał diagnozę, która wyprzedza swoją epokę o dekady.Dziwnie znajoma jest myśl o masowym eskapizmie przed rzeczywistością —w technologię, w rozrywkę, w substancje psychoaktywne lub ich pochodne. W narracje tworzone przez tych, którzy potrafią nimi zarządzać. Autor nie moralizuje, nie oskarża. On tylko pokazuje, jak blisko jest od pragnienia poprawy świata do pragnienia, by świat wydał się poprawiony.Ijon Tichy, przewodnik po kolejnych poziomach iluzji, raz po raz traci grunt pod nogami. Lem konstruuje jego doświadczenia tak, aby w czytelniku rodził się podobny chaos. Czy to, co widzimy, jest prawdą? Czy to tylko kolejna iluzja, zaszczepiona chemicznie? Narracja staje się labiryntem, w którym pojęcie „realne” traci sens. A jednak Tichy pozostaje postacią zaskakująco ludzką: zagubiony, ironiczny, czasem naiwny, czasem boleśnie świadomy. W jego przerażonych oczach odbija się tragikomizm losu człowieka: istoty skazanej na to, by wierzyć, choć powinna wątpić, i wątpić, choć musi wierzyć. Lem tworzy w ten sposób metaforę epistemologicznego koszmaru, w którym bohater zaczyna rozumieć, że prawda nie tylko jest trudno dostępna; może być trucizną, przed którą społeczeństwo samo się broni.W tym wszystkim jest humor — absurdalny, błyskotliwy, niekiedy groteskowy. Lem z języka robi laboratorium: tworzy nazwy chemicznych środków wpływających na emocje, opisuje sytuacje tak absurdalne, że aż bolesne, i bawi się konwencją science fiction. Jednak ten humor działa jak chirurgiczne narzędzie: ściąga maskę z naszych przyzwyczajeń poznawczych.
To właśnie ta mieszanka lekkości i ciężaru stanowi o wyjątkowości „Kongresu futurologicznego”. Lem nie potrzebuje wielkiej objętości, by zbudować świat o monumentalnym ładunku intelektualnym. W kilku scenach, uśmiechach i spojrzeniach Tichego zamyka pytania, na które filozofia i socjologia nadal nie mają satysfakcjonującej odpowiedzi.Czytelnik XXI wieku instynktownie rozpoznaje w tej powieści coś boleśnie aktualnego. Lem nie wiedział, jak będzie wyglądać dominacja technologii, filtrów, dopaminowych bodźców, wszechogarniającej reklamy, czy farmakologii nastroju. A jednak opisał istotę zjawiska: świat staje się miejscem symulacji, ale nie tej rodem z cyberpunkowych dystopii, lecz symulacji miękkiej, społecznie akceptowanej, wręcz pożądanej.„Kongres futurologiczny” czytany dziś brzmi jak ostrzeżenie przed epoką, w której problemy nie są rozwiązywane, a jedynie przykrywane wygodnymi narracjami. Przed światem, w którym informacja i percepcja są tak plastyczne, że można je dowolnie kształtować. A przede wszystkim — przed światem, gdzie prawda zaczyna być luksusem, na który mało kogo stać emocjonalnie. Najbardziej poruszający w powieści jest jej melancholijny ton. Lem nie grzmi i nie straszy. On smuci się nad losem istoty ludzkiej, która tak łatwo rezygnuje z autentyczności, jeśli tylko ktoś da jej wygodniejszy substytut.„Kongres futurologiczny” pozostawia czytelnika z pytaniem, które wybrzmiewa długo po odłożeniu lektury:Czy wolimy znać prawdę, czy tylko pragniemy czuć, że wszystko jest w porządku?To nie jest zwykła satyra ani klasyczne science fiction. To lustro, którego nie da się nie zauważyć, choć tak bardzo chciałoby się od niego odwrócić.Jeśli literatura ma nie tylko opowiadać, ale też niepokoić, prowokować i zmuszać do przewartościowań, to „Kongres futurologiczny” jest jej esencją. W krótkiej formie mieści się tu cały dramat współczesnego człowieka: jego bezbrzeżna tęsknota za sensem i gotowość, by oddać ją za odrobinę komfortu. Lem przedstawia, że przyszłość nie jest potworem. Jesteśmy nim my wszyscy, którzy nie uczymy się na błędach poprzednich pokoleń.
„Kongres futurologiczny” Stanisława Lema to jedna z tych krótkich, niepozornych powieści, które detonują w czytelniku z opóźnieniem. Najpierw wywołują rozbawienie, czasem wręcz dziecięcą radość z obcowania z wyobraźnią pisarza, który potrafił bawić się językiem i konceptem niczym kuglarz, po to, by chwilę później, gdy śmiech cichnie, pozostawić w duszy niepokój tak gęsty,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKsiążka jest wybitna! Wiele osób przestrzegało mnie przed Lemem twierdząc, że jego dzieła są bardzo trudne i mogą mnie zniechęcić do science- fiction. Nic podobnego! To moje pierwsze spotkanie z Lemem i zakochałam się w tym dziele od pierwszej strony. Jestem pod wielkim wrażeniem wyobraźni autora, jego wiedzy i kreatywności.
Książka jest wybitna! Wiele osób przestrzegało mnie przed Lemem twierdząc, że jego dzieła są bardzo trudne i mogą mnie zniechęcić do science- fiction. Nic podobnego! To moje pierwsze spotkanie z Lemem i zakochałam się w tym dziele od pierwszej strony. Jestem pod wielkim wrażeniem wyobraźni autora, jego wiedzy i kreatywności.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMoja ulubiona pozycja Lema. Za nastolatka niesamowicie mną poruszyła, otwarła oczy i zmieniła spojrzenie na świat. Do tej pory dokładnie pamiętam wydarzenia przedstawione w tej książce. Daje sporo do myślenia, każdy powinien znać.
Moja ulubiona pozycja Lema. Za nastolatka niesamowicie mną poruszyła, otwarła oczy i zmieniła spojrzenie na świat. Do tej pory dokładnie pamiętam wydarzenia przedstawione w tej książce. Daje sporo do myślenia, każdy powinien znać.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie była to łatwa przeprawa ale warto. Mimo takiej długości książki nazwy leków i wyimaginowanych związków chemicznych potrafiły mnie mocno zmęczyć. Ilość zwrotów akcji w tak wielu momentach tej książki powoduje wrażenie że autor miał niezły ubaw w trakcie pisania, (z czytelnika rzecz jasna) ale za tym wszystkim stoi głęboka myśli filozoficzna i powiem, że przynajmniej ja całkiem odnajduję się w tym groteskowym świecie halucynacji autorstwa Lema.
Nie była to łatwa przeprawa ale warto. Mimo takiej długości książki nazwy leków i wyimaginowanych związków chemicznych potrafiły mnie mocno zmęczyć. Ilość zwrotów akcji w tak wielu momentach tej książki powoduje wrażenie że autor miał niezły ubaw w trakcie pisania, (z czytelnika rzecz jasna) ale za tym wszystkim stoi głęboka myśli filozoficzna i powiem, że przynajmniej ja...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZatkało mnie.
„Kongres futurologiczny” to totalny odlot. Lem znów robi to, co umie najlepiej – rozwala system.
Mistrzowski warsztat, językowy przepych, futurystyczny chaos i przerażające proroctwo w jednym.
Świat się wali. Tonie w przeludnieniu i chłodzie, a rząd wymyśla sposób na „uratowanie” ludzkości – gigantyczne oszustwo. Do akcji wchodzą halucynogeny i psychotropy. Nie po to, by kogoś zabić, ale by ludzie uwierzyli, że jest dobrze.
Napisany w czasach, gdy Polska tkwiła w uścisku komunizmu, „Kongres futurologiczny” to potężna przypowieść o państwie totalitarnym, które zamiast kajdan używa chemicznych otumaniaczy – nie tylko po to, by ujarzmić obywateli, ale by ci naprawdę czuli, że wszystko jest lepsze, niż jest.
„Dajemy cywilizacji narkozę, bo inaczej by tego nie zniosła” – mówi jedna z postaci. Mocne? A jakże.
Zaczyna się niewinnie. Główny bohater bierze udział w kongresie futurologów. Nagle – zamach stanu, chaos, a potem… jego kriogeniczne zamrożenie. Po przebudzeniu – nowy świat.Świat, w którym „starzenie się jest karalne”, a wszyscy żyją w narkotycznej iluzji.
A język Lema? Czysta magia. Mistrz bawi się słowem jak nikt inny, jego słowotwórcza wyobraźnia zadziwia i zachwyca (tłumaczom z całego świata – szacun i współczucie!).
„Seksmisja”? „Rok 1984”? „Matrix”? „Nowy wspaniały świat”? „My, dzieci z dworca ZOO”?
Wszystko naraz – tylko lepiej. Bo Lem był pierwszy. Przerażająco aktualny. Niesamowicie błyskotliwy. I jak zawsze – genialny.
Czytajcie Państwo, zanim rzeczywistość znów dogoni fikcję.
PS. Przy pierwszym podejściu książka mnie pokonała – zbyt szybko odpuściłam.
Za drugim razem wysłuchałam (genialny lektor: Adam Ferency) i zachwyciłam się już bez zastrzeżeń.
Zatkało mnie.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Kongres futurologiczny” to totalny odlot. Lem znów robi to, co umie najlepiej – rozwala system.
Mistrzowski warsztat, językowy przepych, futurystyczny chaos i przerażające proroctwo w jednym.
Świat się wali. Tonie w przeludnieniu i chłodzie, a rząd wymyśla sposób na „uratowanie” ludzkości – gigantyczne oszustwo. Do akcji wchodzą halucynogeny i psychotropy....
Kolejna świetna powieść Lema, tym razem z Ijonem Tichym w roli głównej. Futurystyczna, miejscami pogmerana, przypominająca Matrixa (a przecież powstała znacznie wcześniej, bo w 1970 r.), a przede wszystkim wciągająca.
Zachwycająca jest tu zabawa słowem, która pokazuje jak lingwistyka wpływać mogłaby na przyszłość. Wraz z bohaterem odkrywamy świat pełen sprzeczności, świat, który trudno zakwalifikować jako "dystopię" czy "utopię", chociaż chyba łatwiej traktować jako dystopię.
Różne technologie wymyślone przez Lema, w tym oczywiście te chemiczne, pokazują lekkość, jaką autor ma w kreowaniu nowych rzeczywistości. W wielu miejscach nie stara się przedstawić świata realistycznego (już wspomniane technologie), w innych pokazuje dokładnie to, z czym musimy się mierzyć w przyszłości - przeludnienie, brak zasobów, regularne konflikty mniejsze i większe.
W końcu zakończenie. Zazwyczaj nie lubię tego typu zakończeń (bez spoilerów, obiecuję), natomiast tutaj pojawiła się pewna niejednoznaczność. To wystarczyło, by pięknie dopełnić całość i sprawić, by czytelnik zastanawiał się, która wersja jest właściwie gorsza.
Rok 2039, w którym miałaby się dziać duża część fabuły, już niedługo! Książka godna wszelkich poleceń, jeśli tylko lubi się wyjątkowy styl Lema.
Kolejna świetna powieść Lema, tym razem z Ijonem Tichym w roli głównej. Futurystyczna, miejscami pogmerana, przypominająca Matrixa (a przecież powstała znacznie wcześniej, bo w 1970 r.), a przede wszystkim wciągająca.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZachwycająca jest tu zabawa słowem, która pokazuje jak lingwistyka wpływać mogłaby na przyszłość. Wraz z bohaterem odkrywamy świat pełen sprzeczności, świat,...
"Matrix" Wachowskich był nowatorski wyłącznie kinematograficznie.
Lem napisał Matrixa w tym samym roku, w którym Elon Musk przyszedł na świat.
I to w jakim stylu!
"Matrix" Wachowskich był nowatorski wyłącznie kinematograficznie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toLem napisał Matrixa w tym samym roku, w którym Elon Musk przyszedł na świat.
I to w jakim stylu!
Geniusz Lema w krótkiej noweli. W środku Matrix, Incepcja oraz duża dawka humoru.
Geniusz Lema w krótkiej noweli. W środku Matrix, Incepcja oraz duża dawka humoru.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDla mnie opowieść narkomana, i tyle
Dla mnie opowieść narkomana, i tyle
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo raz pierwszy miałem możliwość poznania Lema z tej strony - to jest w powieści z założenia przede wszystkim humorystycznej. Historia opowiada o kongresie futurologicznym obserwowanym z perspektywy jednego z jego uczestników - Ijona Tichy'ego . Wydarzenia jednak szybko wymykają się spod kontroli w wyniku czego mamy do czynienia z serią nieprzewidywalnych i absurdalnych wydarzeń.
Książkę opisałbym jako miks klasycznego Lema z Monty Pythonem. Kolejne sytuacje z którymi mamy do czynienia są m są coraz bardziej absurdalne i zaskakujące a jednocześnie nie brakuje przy tym charakterystycznych dla Lema rozważań. Dowiedziałem się nawet, że pewne tematy Stanisław Lem poruszał na kilkadziesiąt lat przed braćmi (siostrami?) Wachowskimi. Jednym z głównych smaczków książki jest wręcz od nowa wymyślona na potrzeby tej powieści przez Lema polszczyzna - by się przekonać o co konkretnie chodzi najlepiej samemu się zapoznać z tym tytułem bo zdecydowanie warto!
Po raz pierwszy miałem możliwość poznania Lema z tej strony - to jest w powieści z założenia przede wszystkim humorystycznej. Historia opowiada o kongresie futurologicznym obserwowanym z perspektywy jednego z jego uczestników - Ijona Tichy'ego . Wydarzenia jednak szybko wymykają się spod kontroli w wyniku czego mamy do czynienia z serią nieprzewidywalnych i absurdalnych...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to