Początek nudnawy - w kolejnym tomie już się opatrzył styl autora. Ale intryga nadal na najwyższym poziomie. Przebąkują, że autor już wie, jak uśmiercić szefa. Być może to tylko zabieg reklamowy, wabiący czytelników kolejnych tomów.
Początek nudnawy - w kolejnym tomie już się opatrzył styl autora. Ale intryga nadal na najwyższym poziomie. Przebąkują, że autor już wie, jak uśmiercić szefa. Być może to tylko zabieg reklamowy, wabiący czytelników kolejnych tomów.
Mick Herron ma talent do pisania zajmujących historii. „Joe Country” w jego cyklu „Slough House” pełni rolę gorzkiej pigułki, albowiem nasze kulawe konie stają się bardziej zgorzkniałe. Rzeczywistość ich ściskająca nie rozluźnia pętli wokół nich. Suma wcześniejszych doświadczeń każe na świat patrzeć przez pryzmat coraz ciemniejszych barw. Ratuje ich czarny humor, ale to ulga raczej krótkotrwała. Niewątpliwym plusem kolejnej odsłony jest rozwinięcie bohaterów drugiego planu, a konkretnie przesunięcie środka fabularnej ciężkości na Louisę Guy. To nadaje nowe tony powieści. Nie widzę potrzeby opisywania treści powieści, więc może napiszę tylko, że treść przybiera brutalniejszy obrót, a wyrafinowane szpiegowskie metody zostają zastąpione przez broń palną. Niemniej magnetyzm pozostaje na takim samym, wysokim poziomie.
Mick Herron ma talent do pisania zajmujących historii. „Joe Country” w jego cyklu „Slough House” pełni rolę gorzkiej pigułki, albowiem nasze kulawe konie stają się bardziej zgorzkniałe. Rzeczywistość ich ściskająca nie rozluźnia pętli wokół nich. Suma wcześniejszych doświadczeń każe na świat patrzeć przez pryzmat coraz ciemniejszych barw. Ratuje ich czarny humor, ale to...
Kolejna część powieści o "kulawych koniach", nawiązująca do spraw z przeszłości. Humor i ironia zderzają się z brutalnym światem szpiegów. Przeczytałem w dwa dni...
Kolejna część powieści o "kulawych koniach", nawiązująca do spraw z przeszłości. Humor i ironia zderzają się z brutalnym światem szpiegów. Przeczytałem w dwa dni...
Mamy tu wszystko, za co lubimy Herrona: pokręconą akcję, pokręconych bohaterów, jadowitą ocenę demokracji w działaniu. W odróżnieniu od poprzednich " Kulawych Koni" ta powieść mnie znużyła. Możliwe, że zmęczył mnie specyficzny styl pisania, który nazwałam barokiem srodkowoangielskim. Te zdania, dziesięciokrotnie złożone są jak wyboje na drodze. Zaraz po takim wygibasie następujące błysk , po którym pękam że śmiechu. Podejrzewam, że autor to zaplanował, pisze o typach podstępnych:)
Mamy tu wszystko, za co lubimy Herrona: pokręconą akcję, pokręconych bohaterów, jadowitą ocenę demokracji w działaniu. W odróżnieniu od poprzednich " Kulawych Koni" ta powieść mnie znużyła. Możliwe, że zmęczył mnie specyficzny styl pisania, który nazwałam barokiem srodkowoangielskim. Te zdania, dziesięciokrotnie złożone są jak wyboje na drodze. Zaraz po takim wygibasie...
A więc ku swojemu przerażeniu stałeś się „kulawym koniem”. To określenie może mało dźwięczne, ale znakomicie oddające sytuację i przydatność grona, które w ten właśnie sposób się określa. Tak nazywani są bowiem nieudacznicy, jakim zdarzyło się zupełnie skompromitować w trakcie służby w wywiadzie. Nieprzydatni w pracy operacyjnej, są kierowani do specjalnego wydziału, z którego - wbrew żywionym nadziejom i rozpaczliwie podejmowanym staraniom - nie ma już powrotu. Mieści się on w budzącym grozę budynku Slough House - równie ponurym i bezwartościowym, co jego mieszkańcy. Wiecznie skrzypiące i zacinające się drzwi wejściowe wiodą do schodów, które grożą zawaleniem w każdej chwili. Ze ścian sypie się tynk. Naznaczone butwieniem ramy okienne przyprawiają o depresję. W środku mieści się szereg biur z wyposażeniem niczym z lat dziewięćdziesiątych. Po korytarzach snują się ci, których imienia nie wolno już głośno wymawiać w eleganckich przestrzeniach siedziby starego, dobrego MI 5. Ciche stuki w odrapanych kaloryferach bez ustanku niosą zwichrowane historie wyrzutków, jakich państwo usunęło poza nawias służby a wspomnienia ich kolejnych szeregów wsiąknęły na dobre w odrapane ściany, których barwa przybrała wyraz wyblakłych do cna oczekiwań i spopielałych marzeń, okraszonych totalną zawodową porażką. Całe to uniwersum zdaje się krzyczeć: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy tu wchodzicie” i rzeczywiście stanowi dziewiąty krąg piekieł dla wszystkich, którzy zostali do niego zesłani, gdyż zawiedli swoich przełożonych i opinię publiczną. W jego czeluściach wiodą życie starych, porzuconych mebli, bez żadnych szans na jakąkolwiek renowację. Od niedawna jest ono także udziałem Lecha Wicińskiego, czyli Twoim. Doskonale pamiętasz moment, w którym zawaliła się Twoja kariera, choć do teraz nie masz pojęcia, jakim cudem mogło to się stać. Wszystko spadło na Ciebie, jak grom z jasnego nieba.
„W ten sposób dowiedział się, że coś jest nie tak: przy jego stanowisku zjawiły się psy, na oczach wszystkich odłączyli jego sprzęt i przetrząsnęli biurko. Wszystko spakowali do takich plastikowych kuwet, jakich używa się na lotniskach. Myśleli, że co zrobił? Zdradził jakąś tajemnicę, ujawnił dane...? Dick Kutas musiał mu to wyjaśnić (…).”
Gdy wszedłeś do pokoju szefa, siedział rozparty za biurkiem i kaprawymi oczkami lustrował Twoją postać, jakby chciał z niej wyczytać wszelkie tajemnice, skrywane skrzętnie w otchłani umysłu. Jak przystało na przełożonego o tak wiele mówiącym przezwisku, władczo skinął w kierunku wolnego krzesła, a następnie, siląc się na ton pełen obłudnego współczucia, obwieścił, że w Twoim laptopie znaleziono filmy dla dorosłych z udziałem nieletnich, więc sam rozumiesz... Potem wręczył kartkę z wielce wymownym tekstem: „(…) dopóki dochodzenie nie zostanie zakończone w sposób zadawalający dla niniejszego departamentu, nie będzie pan kontaktować się kontaktować ze współpracownikami (…).” i poinformował, że od teraz Twoje miejsce pracy to Slough House - oczywiście tylko tymczasowo. Oboje zdawaliście sobie sprawę, że to nic nieznaczące zaklęcie, ale żaden z Was głośno tego nie powiedział. Wymowa faktów była porażająca - obrzydliwe filmy i fotki znajdowały się na przydzielonym Ci komputerze, za który w pełni odpowiadałeś. I nic nie było tego w stanie zmienić. Próbowałeś nieudolnie się bronić. Jąkałeś coś o tym, że to niemożliwe, że jesteś przecież zaręczony, wyraźnie czując równocześnie, jak żałosne są wszelkie próby tłumaczeń. Ich rezultat mógł być tylko jeden - zakazano Ci wstępu na teren agencji i wyprowadzono z budynku, skazując na faktyczną banicję. W ten sposób obiecujący analityk, zatrudniony w samej centrali, gdzie przyjmowano tylko najlepszych, który cieszył się opinią inteligentnego i pracowitego, trafił do obleśnego przytułku dla niewydarzonych agentów. A jednak nie sam budynek jest w tym wszystkim najgorszy. Jeszcze bardziej przerażający okazuje się jego szef - Jackson Lamb. Gdy wchodzisz do zajmowanego przez niego gabinetu, Twoim oczom ukazuje się mężczyzna odziany w niemiłosiernie pomięty płaszcz i otyły do tego stopnia, że wprost wylewa się z zajmowanego fotela, nosząc przy tym na twarzy ściśle przyklejoną maskę niczym niesprowokowanego, wrodzonego okrucieństwa oraz złośliwości. Gdyby choć raz w tygodniu mył resztkę pozostałych mu włosów, zapewne legitymowałyby się kolorem świńskiego blondu, mogącego z trudem uchodzić za wątpliwą ozdobę. Nieprzycinane od dawna paznokcie u stóp dumnie wystają przez dziury poczynione w sztywnych nieco skarpetkach, osadzonych na nogach nonszalancko opartych o krawędź biurka. Wygląd nowego przełożonego ściśle koresponduje z charakterem...
„Procesy myślowe człowieka, który relaksuje się bez butów na nogach, ale w płaszczu, były dla Lecha obcym terytorium. Z drugiej jednak strony procesy myślowe Lamba, które chwilę później ujawniła ich rozmowa, stanowiły prawdopodobnie terra incognita dla wszystkich przedstawicieli zawodu psychiatry.”
Słowom, które słyszysz jako pierwsze nie sposób odmówić specyficznego wdzięku i porywającej lapidarności: „No, kurwa, wspaniale, po prostu wspaniale (…). Świeże mięsko.” Po nich rozlega się przenikający do szpiku kości rechot, gdy wspominasz, że zostałeś przydzielony pod jego zwierzchnictwo jedynie tymczasowo - do momentu, kiedy zakończy się dochodzenie prowadzone w Twojej sprawie, które jest oczywistym nieporozumieniem i omyłką. Nie bacząc na Twoją konfuzję, Lamb informuje Cię, że od tej chwili Twoim zadaniem jest grzebanie w papierach, które raczy Ci przekazać, a jeśli Ci się to nie podoba, możesz skorzystać z okazji i rzucić się pod najbliższy autobus. Dodaje także, że w Slough House, podobnie jak w każdym więzieniu, znajdują się sami niewinni, po czym każe Ci spierdalać. Wychodzisz przekonany, że rada dotycząca autobusu nie jest może taka zła i być może ją rozważysz. Powstrzymuje Cię tylko jedno: musisz wyjaśnić, w jaki sposób zakazane materiały znalazły się na Twoim sprzęcie. Zaczynasz łączyć kropki, zmuszając umysł do eksploracji mglistych wspomnień. Twoją uwagę przykuwa zwłaszcza jedna rzecz. John Bechelor, który odszedł już ze służby, poprosił Cię jakiś czas temu o wyświadczenie specyficznej przysługi. Miałeś sprawdzić w aktach MI5, czy figuruje w nich pewne nazwisko. Okazało się, że pozostaje ono w kręgu ich zainteresowania, co z kolei oznaczało, że Twoje działanie było oczywistym przekroczeniem uprawnień. Wtedy w panice przerwałeś poszukiwania i czekałeś na nieuchronne kłopoty, które nie nastąpiły. Skupiasz uwagę na tej właśnie sytuacji - stanowi jedyne wydarzenie, jakie w Twoim uładzonym życiu zawodowym było bardzo nietypowe i miało miejsce niedługo przed nieszczęsną wpadką. Być może będziesz miał okazję wyjaśnić, czy stała się zaczątkiem Twoich kłopotów, choć zupełnie nie wiesz, jak się do tego zabrać. Tymczasem na pogrzebie emerytowanego wywiadowcy pojawia się człowiek odpowiedzialny za morderstwo jednego z „kulawych koni”. Wychynął z ukrycia po długim czasie, a Lamb nie należy do tych, którzy zapominają o tego rodzaju zniewagach. Zostajesz przyłączony do zespołu, jaki ma wyrównać dawne rachunki, co być może pozwoli na rehabilitację i zmycie niedokonanych win. Jeśli oczywiście powrócisz żywy...
„Był podwójnie skończony jako zboczeniec i kulawy koń i wszędzie, gdzie się obejrzał, zamykały się przed nim drzwi. Gdyby dalej chciał drążyć sprawę, potrzebowałby kurzych wnętrzności i różdżki.”
„Joe country” to powieść szpiegowska, którą napisał uznany brytyjski pisarz Mick Herron i zarazem szósta część cyklu o wydziale mieszczącym się w upiornym budynku Slough House, skupiającym wyrzutków, skompromitowanych dotychczasową służbą w MI5. Tym razem trafia do niego Lech Wiciński, z pochodzenia Polak, na którego komputerze wykryto zakazane nagrania dla dorosłych. Nowy adept musi zmierzyć się nie tylko z obciążającym go materiałem, ale także z nową, niebezpieczną misją, w czasie której nikt nie będzie brał jeńców. Początkowo książka jest dość trudna w odbiorze, gdyż Autor prowadzi narrację nieco chaotycznie - manierą przypominającą strumień świadomości. Pierwsze rozdziały nie zawierają wielu dialogów. Sporo w nich natomiast skomplikowanych i nieuładzonych przemyśleń bohaterów, które wydają się traktować na zupełnie niepowiązane z fabułą tematy i zmieniać losowo, niczym światełko w kalejdoskopie. Towarzyszy temu mnogość zagmatwanych wątków i postaci, jaka potrafi znacząco zdezorientować odbiorcę - i to takiego, który gustuje w złożonych historiach. Owszem, to szósta część serii, na podstawie jakiej powstał zresztą serial, ale uważam, iż przydałaby się jej odrobina mniej niejasnego wprowadzenia. “Joe...” wymaga sporej dawki cierpliwości i uwagi, jednak w ostatecznym rozrachunku ów wysiłek się opłaca. Czytelnik otrzymuje bowiem rasową historię szpiegowską, w najlepszym brytyjskim stylu - zimną, wielką dozą dystansu, a jednocześnie ze sporą dawką czarnego humoru. Akcja rozwija się powolnie i nieuporządkowanie, by w pewnym momencie zyskać stosownego tempa. Dodałabym, iż to lektura raczej w męskim stylu, acz okraszona elegancką warstwą językową - choć ta w stosownych momentach nie stroni od ostrości. Kocham opowieści sensacyjne, szczególnie te cenione przez panów, lecz nie do końca w podobnym kształcie. Może zabrakło mi... prawa i porządku. 😉 Z uwagi na stopień skomplikowania historii uważam, że serię warto poznać w adekwatnej kolejności, czyli od tomu pierwszego. Szósty opatruję notą 6/10 z plusem.
instagram.com/thrillerly
A więc ku swojemu przerażeniu stałeś się „kulawym koniem”. To określenie może mało dźwięczne, ale znakomicie oddające sytuację i przydatność grona, które w ten właśnie sposób się określa. Tak nazywani są bowiem nieudacznicy, jakim zdarzyło się zupełnie skompromitować w trakcie służby w wywiadzie. Nieprzydatni w pracy operacyjnej, są kierowani do specjalnego wydziału, z...
W Slough House pojawia się nowy agent. Nie zostaje przychylnie przyjęty z powodu sprawy przez , którą dołączył do kulawych koni. Lech Wicinski obiecuje sobie dotrzeć do prawdy i znaleźć winnego niesłusznego oskarżenia. Louisa Guy zostaje wciągnięta w poszukiwania zaginionego nastolatka, syna nieżyjącego agenta. Da to początek wyrównania rachunków z człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć jednego z agentów. Większość akcji rozgrywa się w zaśnieżonej Walii.
W Slough House pojawia się nowy agent. Nie zostaje przychylnie przyjęty z powodu sprawy przez , którą dołączył do kulawych koni. Lech Wicinski obiecuje sobie dotrzeć do prawdy i znaleźć winnego niesłusznego oskarżenia. Louisa Guy zostaje wciągnięta w poszukiwania zaginionego nastolatka, syna nieżyjącego agenta. Da to początek wyrównania rachunków z człowiekiem...
Po raz kolejny dałem się wciągnąć w perypetie "kulawych koni", które tym razem wyruszyły do Walii. I tym razem sprawy bieżące (zaginięcie nastolatka) przeplatają się ze "starymi dziejami" (echa działalności w Berlinie). Opisy, dialogi oraz sama intryga tworzą znakomitą opowieść, od której trudno się oderwać. Oczywiście nie mogę się doczekać dalszych części.
Po raz kolejny dałem się wciągnąć w perypetie "kulawych koni", które tym razem wyruszyły do Walii. I tym razem sprawy bieżące (zaginięcie nastolatka) przeplatają się ze "starymi dziejami" (echa działalności w Berlinie). Opisy, dialogi oraz sama intryga tworzą znakomitą opowieść, od której trudno się oderwać. Oczywiście nie mogę się doczekać dalszych części.
Czy można opowiadać o mrocznych, szpiegowskich akcjach w sposób równie barwny i zabawny, co filmowa seria o Jamesie Bondzie, ale przy tym i też jak najbardziej realistycznie, prawdziwie, na poważnie...? Otóż można! Najlepszym potwierdzeniem tych słów jest bestsellerowa seria powieści Micka Herrona „Slough House”, której to najnowsza i zarazem już szósta część – „Joe Country”, ukazała się właśnie w naszym kraju nakładem Wydawnictwa Insignis. Zapraszam was do poznania recenzji tej książki.
W siedzibie Slough House nigdy nie działo się dobrze, ale teraz dzieje się naprawdę źle... Catherine Standish znów sięga po butelkę, Louisa Gay nie może poradzić sobie z utraconą miłością, nowy członek zespołu - Lech Wicinski, nie może odnaleźć się w specyficznej codzienności wydziału, River mierzy się nieskutecznie z legendą wybitnego ojca, zaś Jackson Lamb jest... Lambem. Oto jednak ktoś porywa się na syna jednego z agentów MI5, a tym samym cała ekipa udaje się do zaśnieżonej Walii, by wyrównać rachunki, ale też i by zapobiec wielkiemu złu...
Nowa lokacja, nowe zadanie, po części też i nowi bohaterowie, ale literacka jakość pozostaje niezmienną. Mick Herron oddał w nasze ręce kolejną znakomitą odsłonę swojej sensacyjnej serii, skupiając się tym razem być może nie tyle na wielkim zagrożeniu dla kraju, ale przede wszystkim na osobistych losach bohaterów. Owszem, mamy tu świetnie poprowadzoną intrygę związaną z dramatycznym losem syna agenta MI5, ale jednocześnie sprawa ta pozwala odsłonić osobiste i nierzadko intymne dramaty doskonale nam znanych postaci - nawet z samym Lambem na czele, po którym to - mówiąc kolokwialnie, wszystko wydawało się spływać jak po kaczce. Nie do końca jednak tak jest...
Podróż do Walii, kolejne elementy śledztwa w sprawie zaginionego, jak i też konieczność zmierzenia się nie tylko z naprawdę złymi ludźmi, ale też i z własnymi demonami... - to tylko kilka głównych elementów tej fabularnej relacji, gdzie znów nie zabrakło rzeczy iście filmowych - scen walki, strzelanin, ucieczek i pościgów..., jak i też bardzo interesująco ukazanych relacji pomiędzy bohaterami, gdzie tym razem dochodzi do głosu coś na kształt poczucia bycia rodziną, czego dotąd raczej nie uświadczyliśmy w poprzednich tomach serii. Bo chyba można też powiedzieć o tej książce, że jest ona najbardziej intymną ze wszystkich części, zachowując jednocześnie swoją znakomitą, sensacyjną postać.
I kolejny też raz możemy zachwycać się tu kreacją bohaterów oraz realizmem tej opowieści, gdzie z jednej strony mamy całe grono naprawdę nietuzinkowych postaci z Lambem, Catherine i Riverem na czele, ale z drugiej też i obraz tej tym razem walijskiej rzeczywistości i jej sensacyjno-szpiegowskiego wymiaru. I tym samym nie sposób jest nie uwierzyć we wszystko to, co jest nam tu dane poznać. I to jest też chyba jedną z największych sił tej powieściowej serii - nieidealność ludzi i nieidealność ich życia, co przekłada się na to, że cała ta historia jest nam po prostu bliższą.
Mick Herron staje się na naszych oczach coraz lepszym pisarzem, choć oczywiście „startował” on już z wysokiego poziomu, ale mimo wszystko ta opowieść, w nawiązaniu do pierwszego tomu serii, stanowi różnicę. Przede wszystkim autor ten potrafi pokazać znacznie więcej w zakresie wspominanego wyżej spojrzenia na bohaterów i ich nie koniecznie zawodowe losy, co w połączeniu z zawsze dużą jakość ukazywania sensacji i kryminalno-szpiegowskich wątków, przekłada się na absolutnie znakomitą, a być może nawet i wybitną literaturę gatunku.
Oczywiście nie bez znaczenie jest również wpływ telewizyjnego serialu na nasz odbiór tej serii i tej książki, gdzie Lamb będzie miał dla nas już zawsze twarz Gary'ego Oldmana, a siedziba „Slough House” będzie już zawsze kojarzyć się z trudno zamykającymi się drzwiami. Ale to dobrze, gdyż w tym przypadku filmowa adaptacja wyszła książkowej serii tylko na dobre, niejako stanowiąc coś na kształt jej udanego dopełnienia, co nie zdarza się często. Naturalnie najlepszym wyborem wydaje się być najpierw przeczytanie powieści, a dopiero potem obejrzenie filmu, ale oczywiście każdy ma w tym względzie prawo postąpić, jak uważa. Pewnym jest to, że w obu przypadkach znakomita rozrywka i wielkie emocje są gwarantowane.
„Joe Country” jest nieco inną odsłoną tej serii, ale kto wie, czy przez to być może i nie najlepszą. To wielkie emocje, pisarska jakość i niepowtarzalny klimat, który oczarował nas sobą przed kilku laty i którego wciąż nie możemy się nachwalić. Sięgnijcie po tę książkę, by spędzić z nią kilka fascynujących , jesiennych wieczorów – polecam.
Czy można opowiadać o mrocznych, szpiegowskich akcjach w sposób równie barwny i zabawny, co filmowa seria o Jamesie Bondzie, ale przy tym i też jak najbardziej realistycznie, prawdziwie, na poważnie...? Otóż można! Najlepszym potwierdzeniem tych słów jest bestsellerowa seria powieści Micka Herrona „Slough House”, której to najnowsza i zarazem już szósta część – „Joe...
„Joe Country” to kolejny pełen napięcia i ironii szpiegowski thriller w cyklu, który po raz kolejny też udowadnia, że Mick Herron mistrzowsko łączy inteligentną intrygę z czarnym humorem. Powrót do świata „Leniwych Koni” oferuje mieszankę nieudaczności i bohaterstwa, charakterystyczną dla tej serii – bohaterowie są równie niedoskonali, co fascynujący. Herron prowadzi fabułę dynamicznie, jednocześnie pogłębiając psychologię postaci i pokazując brutalność prawdziwej pracy wywiadowczej. „Joe Country” to świetnie napisany, zaskakujący i momentami poruszający thriller, który potwierdza, że cykl o Slough House należy do najlepszych współczesnych powieści szpiegowskich.
Mam nadzieję, że to nie ostatnia z cyklu. A w razie czego pozostaje jeszcze serial wg. tych książek.
„Joe Country” to kolejny pełen napięcia i ironii szpiegowski thriller w cyklu, który po raz kolejny też udowadnia, że Mick Herron mistrzowsko łączy inteligentną intrygę z czarnym humorem. Powrót do świata „Leniwych Koni” oferuje mieszankę nieudaczności i bohaterstwa, charakterystyczną dla tej serii – bohaterowie są równie niedoskonali, co fascynujący. Herron prowadzi fabułę...
W „Joe Country” Micka Herrona nie ma łatwych zwycięstw, tak jak nie ma czystego sumienia w zawodzie szpiega. To powrót do mroźnego, wyjątkowo bezlitosnego świata Slough House, gdzie każdy bohater dźwiga swój własny, osobisty cień. Przeczytałem tę książkę z zapartym tchem, a potem długo nie mogłem ogrzać się po tej lekturze.
Herron ponownie stawia na klimat mrocznego, podszytego melancholią thrillera, gdzie zaśnieżona Walia staje się białą pułapką, a nie scenerią ucieczki. To opowieść o uporczywym trwaniu wbrew wszystkiemu. Louisa Guy, szukając zaginionego chłopca, rozgrzebuje rany po stracie. River Cartwright mierzy się z widmem ojca, a Jackson Lamb – ten genialny, cyniczny duch opiekuńczy kulawych koni – znów udaje, że go to nie obchodzi, choć jego działania mówią coś wręcz przeciwnego. To właśnie te relacje, te ciche lojalności, są kręgosłupem tej historii.
Momentami czułem, że akcja rozgrywa się zbyt powoli, jakby autor celowo wstrzymywał oddech, a pewne wątki poboczne mogłyby być ciętej zarysowane. Jednak siła prozy Herrona polega na czymś innym: na zdolności do ukazania piękna w brzydocie i człowieczeństwa w upadku. Jego postaci nie są bohaterami – są ludźmi, którzy popełnili błędy i wciąż za nie płacą. Ich walka toczona na zaspanych ulicach Londynu i w walijskiej zamieci to metafora walki z własnymi demonami.
„Joe Country” to jak zimny, przenikliwy wiatr – boli, ale czuć, że jest żywy. To nie jest opowieść, którą się czyta dla łatwej rozrywki. To lektura, którą się przeżywa, a potem nosi w sobie jak tajemnicę. I choć nie wszyscy bohaterowie wracają do domu, to ja, jako czytelnik, wracałem do ich świata myślami jeszcze długo po odłożeniu książki. Herron po raz kolejny udowodnił, że w świecie szpiegowskich powieści nie ma sobie równych. Jego Slough House to najpiękniejsza ruina w literaturze.
W „Joe Country” Micka Herrona nie ma łatwych zwycięstw, tak jak nie ma czystego sumienia w zawodzie szpiega. To powrót do mroźnego, wyjątkowo bezlitosnego świata Slough House, gdzie każdy bohater dźwiga swój własny, osobisty cień. Przeczytałem tę książkę z zapartym tchem, a potem długo nie mogłem ogrzać się po tej lekturze.
Po słabiutkiej piątej części - kolejna,szósta jest zdecydowanie lepsza. Powiedziałbym,że dość mroczna,drapieżna, a humoru mało, bo do zachowania bohaterów czytelnicy chyba już się przyzwyczaili. Walia - gdzie rozgrywa się większość akcji - zaskakuje syberyjską zimą. Pozazdrościć, choć to dziwne. Książka dość nierówna. Na początku mamy mocny, kilkustronicowy wstęp, do którego warto wrócić koło dwusetnej strony.Potem około 150 stron nudy, czyli codzienności Sl.House. Jednak jest tam zawartych sporo ważnych informacji, co okazuje się dopiero później. Uważam ,że autor przesadza z popijaniem whiskey przez Lamba.Talisker ma nawet i 60%, gdyby sobie codziennie pozwalał, to chyba by już bełkotał. Ale niech mu będzie... Opowieść raczej posępnie się kończy. Wyjaśnienie tytułu otrzymujemy dopiero w ostatnim zdaniu posłowia, więc radzę dotrwać.
Po słabiutkiej piątej części - kolejna,szósta jest zdecydowanie lepsza. Powiedziałbym,że dość mroczna,drapieżna, a humoru mało, bo do zachowania bohaterów czytelnicy chyba już się przyzwyczaili. Walia - gdzie rozgrywa się większość akcji - zaskakuje syberyjską zimą. Pozazdrościć, choć to dziwne. Książka dość nierówna. Na początku mamy mocny, kilkustronicowy wstęp, do...
"Joe Country" Micka Herrona to już szósta część cyklu o „Slough House" w ktrieh powracamy do świata agentów, pełnego intryg i specyficznego poczucia humoru.
Fabuła, jak to u Herrona, rozwija się powoli, ale wciąż konsekwentnie. Nie warto przyspieszać lektury, raczej zalecam uważnie czytanie, by nie pominąć istotnych elementów fabularnych. Autor sprawnie łączy elementy klasycznego thrillera szpiegowskiego z satyrą na brytyjski wywiad i biurokrację.
Bohaterowie tworzą niezwykłą i dość osobliwą ekipę. Każdy z nich ma swoje przywary, jednak nie są też pozbawieni zalet. Każda z tych postaci jest niejednoznaczna i na wskroś ludzka. Dialogi są pełne ciętego humoru, a podszyta melancholią narracja ocieka ironią. To sprawia, że książka mimo powolnego tempa, nie nuży czytelnika.
"Joe Country" nie jest lekturą lekką, nie znajdziecie w niej nagłych zwrotów akcji. Ta wymaga od czytelnika skupienia i odrobiny wytrwałości. Cierpliwość popłaca, bo książka wynagradza trud ciekawym klimat i zadowala błyskotliwą treścią.
Polecam.
"Joe Country" Micka Herrona to już szósta część cyklu o „Slough House" w ktrieh powracamy do świata agentów, pełnego intryg i specyficznego poczucia humoru.
Fabuła, jak to u Herrona, rozwija się powoli, ale wciąż konsekwentnie. Nie warto przyspieszać lektury, raczej zalecam uważnie czytanie, by nie pominąć istotnych elementów fabularnych. Autor sprawnie łączy elementy...
Jakość cyklu trochę jakby zaczęła kuleć ale genialnie wymyślone konie i tak ciągną książkę na poziomy niedościgłe dla większości dostępnych na rynku powieści sensacyjnych. Pyszna zabawa. Może poprzednio poprzeczka była zawieszona tak wysoko że załącza się drobny Smerf maruda na pewne rozwiązania ale i tak bardzo polecam.
Jakość cyklu trochę jakby zaczęła kuleć ale genialnie wymyślone konie i tak ciągną książkę na poziomy niedościgłe dla większości dostępnych na rynku powieści sensacyjnych. Pyszna zabawa. Może poprzednio poprzeczka była zawieszona tak wysoko że załącza się drobny Smerf maruda na pewne rozwiązania ale i tak bardzo polecam.
Czasem możesz wypaść z gry, a jednocześnie pozostać szpiegiem. Slough House to miejsce dla właśnie takich szpiegów. To właśnie tam budzą się wspomnienia i to wcale nie te dobre. Catherine Standish nie wytrzymuje, znów kupuje alkohol, Louisa Guy wraca wspomnieniami do utraconej miłości, co wcale nie jest dla niej dobre. Lech Wicinski jest nowym rekrutem, mającym na sumieniu tyle, że nawet pośród kulawych koni, jest wyrzutkiem. Mężczyzna nie zamierza się poddać, a wręcz przeciwnie. Zamierza dowiedzieć się, kto zniszczył jego karierę, nawet jeśli cena będzie ogromna.
Zima jest czasem, w który Jackson Lamb chciałby mieć po prostu święty spokój. Niestety nie będzie mu to dane. Nadchodzi pora na wyrównanie rachunku. Jego ekipa będzie musiała wyruszyć aż do Walii. Niestety stanie się coś, czego nie przewidzieli. Co takiego? Jak potoczy się historia?
Chociaż przeważnie sięgam po zupełnie inne książki, czasem lubię zmianę, przeczytanie czegoś zupełnie innego. To właśnie powód, dla którego zdecydowałam się sięgnąć po książkę pt.: „Joe Country”. Jakie mam wrażenia? Może nie jestem zachwycona, jednak historia, jaką w niej znalazłam, podobała mi się. Przeczytałam ją na trzy razy, a podczas czytania towarzyszyły mi emocje. Akcja dość sprawnie poprowadzona, z momentami, które potrafiły zaskoczyć.
Bohaterowie dość ciekawi, dobrze wykreowani. Niestety nie mogę nic o nich powiedzieć, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele z fabuły. Moim zdaniem warto ich poznać bliżej.
„Joe Country” to książka, z którą spędziłam miło czas. Mnie się podobała na tyle, żeby bez obaw ją polecać.
Recenzja pojawiła się również na moim blogu - https://anka8661.blogspot.com/2025/10/Joe%20Countrywydawnictwoinsignis.html
Czasem możesz wypaść z gry, a jednocześnie pozostać szpiegiem. Slough House to miejsce dla właśnie takich szpiegów. To właśnie tam budzą się wspomnienia i to wcale nie te dobre. Catherine Standish nie wytrzymuje, znów kupuje alkohol, Louisa Guy wraca wspomnieniami do utraconej miłości, co wcale nie jest dla niej dobre. Lech Wicinski jest nowym rekrutem, mającym na sumieniu...
Ta część autorowi nie wyszła, chamska, wulgarna, bez polotu, próbująca oddziaływać na niskie ludzkie emocje tworząc dookoła jatkę, jakby autor nie miał miejmy nadzieję, tylko chwilowo pomysłu...
Ta część autorowi nie wyszła, chamska, wulgarna, bez polotu, próbująca oddziaływać na niskie ludzkie emocje tworząc dookoła jatkę, jakby autor nie miał miejmy nadzieję, tylko chwilowo pomysłu...
To już szósty tom cyklu, więc nie będę na nowo wymyślał prochu. Napiszę jedynie, że moim zdaniem, Mick Herron utrzymał wysoki poziom.
Mogę mieć zastrzeżenia, że ta część wolno się rozkręcała i autor momentami stosuje zbyt kwieciste opisy, ale końcówkę czytałem z wypiekami.
Z racji, że była przerwa wydawnicza między tomem piątym, a szóstym to bardzo przydałoby się streszczenie poprzednich części. Autor nie bawi się w rozbudowane wstępy, tylko od razu rzuca w wir akcji. Potrzebowałem kilkunastu stron, żeby poczuć znajome tryby Slough House.
Generalnie mogę śmiało polecić.
To już szósty tom cyklu, więc nie będę na nowo wymyślał prochu. Napiszę jedynie, że moim zdaniem, Mick Herron utrzymał wysoki poziom.
Mogę mieć zastrzeżenia, że ta część wolno się rozkręcała i autor momentami stosuje zbyt kwieciste opisy, ale końcówkę czytałem z wypiekami.
Z racji, że była przerwa wydawnicza między tomem piątym, a szóstym to bardzo przydałoby się...
„Joe Country” to 6 tom świetnej serii szpiegowskiej Micka Herrona. Od razu zaznaczam, że można śmiało czytać bez znajomości poprzednich części.
Ci, którzy serię znają natychmiast zauważą, że książka utrzymuje charakterystyczny dla cyklu ton, czyli połączenie błyskotliwego humoru, cynizmu i takiego… smutku wynikającego z obserwacji świata służb specjalnych oraz ludzkich słabości.
Mick Herron po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najciekawszych współczesnych „autorów szpiegowskich”.
Po mistrzowsku żongluje ironią i napięciem.
Jego styl jest gęsty, inteligentny, często sarkastyczny, ale nigdy niepozbawiony emocji. Nie brakuje tu też momentów prawdziwego wzruszenia, zwłaszcza w finałowych rozdziałach, które pokazują, że w świecie cynizmu i zdrady wciąż istnieje coś takiego jak lojalność.
Otóż, grupa zdegradowanych do zapomnianego biura na marginesie MI5, agentów, ma przed sobą kolejną niechcianą misję. Tym razem chodzi o zaginionego syna byłego kolegi po fachu. Fabuła z pozoru prosta, szybko zamienia się w dramatyczną grę wywiadów, w której stawką jest nie tylko życie. Herron z charakterystyczną dla siebie ironią ukazuje nie tylko absurd funkcjonowania służb, ale też tragizm ludzi, którzy w nich utknęli.
Jedną z mocniejszych stron tej książki, jak i całej serii, są niewątpliwie bohaterowie.
Jackson Lamb, niechlujny, wulgarny, ale jednocześnie genialny szef, nie stracił swojej charyzmy czy niejednoznaczności. Nadal jest… sobą ;)
Każdy z jego podwładnych ma własne demony, a autor z empatią i czarnym humorem odsłania ich przeszłość.
Mam wrażenie, że tym razem ton opowieści staje się nieco mroczniejszy, bo śmierć i poczucie bezsensu jeszcze intensywniej unoszą się nad zespołem.
Podsumowując, „Joe Country”, to świetny, choć gorzki, ale niezwykle błyskotliwie napisany thriller szpiegowski, który nie tylko bawi, ale też zmusza do refleksji nad ceną wierności i starzeniem się w świecie, w którym każdy jest wymienny...
Dla fanów serii pozycja obowiązkowa!
Dla nowych czytelników zaś, może to być początek świetnej przygody! 🔥
„Joe Country” to 6 tom świetnej serii szpiegowskiej Micka Herrona. Od razu zaznaczam, że można śmiało czytać bez znajomości poprzednich części.
Ci, którzy serię znają natychmiast zauważą, że książka utrzymuje charakterystyczny dla cyklu ton, czyli połączenie błyskotliwego humoru, cynizmu i takiego… smutku wynikającego z obserwacji świata służb specjalnych oraz ludzkich...
Joe Country to powieść o szpiegach, ale nie tych z plakatu. Herron pisze o ludziach odsuniętych, złamanych, takich, którzy z różnych powodów wypadli z gry. I właśnie dlatego jego książki są tak przejmujące, bo nie chodzi w nich o idealny plan akcji, tylko o to, co zostaje w człowieku, kiedy system uzna go za bezużytecznego.
Najciekawsze jest to, że ci bohaterowie są jednocześnie śmieszni i tragiczni. Sarkazm miesza się tutaj z poczuciem winy, a zwykła biurokracja z dramatem egzystencjalnym. Herron ma niezwykłą zdolność pisania o tym, jak wielka polityka styka się z małymi ludzkimi porażkami.
I właśnie w tym tkwi siła tej książki, że thriller szpiegowski staje się tu laboratorium człowieczeństwa. Czy można jeszcze komuś zaufać? Czy lojalność ma sens, kiedy zawiodło się już wszystko inne? To pytania, które Herron zadaje bez moralizowania, ale w taki sposób, że nie sposób ich zignorować.
Joe Country to nie tylko rozrywka, ale literatura, która zmusza do konfrontacji z własną słabością i z tym, co znaczy być częścią świata, w którym nikomu się już nie ufa.
Współpraca reklamowa
Joe Country to powieść o szpiegach, ale nie tych z plakatu. Herron pisze o ludziach odsuniętych, złamanych, takich, którzy z różnych powodów wypadli z gry. I właśnie dlatego jego książki są tak przejmujące, bo nie chodzi w nich o idealny plan akcji, tylko o to, co zostaje w człowieku, kiedy system uzna go za bezużytecznego.
Najpotężniejsze konie. Najpotężniejsze i najbardziej mroczne. Jasne, jak to u Herrona są tu sceny, przy których można popłakać się ze śmiechu i teksty, które warto zapamiętać, żeby móc brylować w towarzystwie zgrywających się na twardzieli i cyników kolesi, jednak nie są w stanie przykryć złowieszczego, gorzkiego i – paradoksalnie, bo cykl ma jednak charakter komediowy – bardzo smutnego nastroju tej historii.
W „Joe Country” Mick Herron zupełnie się odkrywa. Bez owijania w bawełnę pokazuje, że pod tą całą błazenadą i teatrem absurdu, w którym dobro kraju oraz bezpieczeństwo obywateli są tylko kolejnymi środkami w nieustannej wojnie urzędniczych czy politycznych ambicji, kryją się prawdziwe dramaty, zaś oddział Kulawych koni to w istocie zbiorowisko postaci tragicznych. Ten ich tragizm, zwłaszcza obezwładniającą samotność, widać wyjątkowo wyraźnie także dlatego, że obserwujemy ją zaraz po totalnej clownadzie z „Londyńskich zasad” – poprzedniej, najzabawniejszej części cyklu.
Ale Herron odsłania się tu nie tylko jako znawca ludzkich dusz i trefniś, pod którego żartami kryją się smutek i rozpacz. Chyba najważniejszym odkryciem w czasie lektury „Joe Country” jest to, że mamy do czynienia z tekstem wybitnego autora prozy sensacyjnej. Oczywiście wciąż mamy tu do czynienia z błyskotliwą dekonstrukcją schematu klasycznej brytyjskiej powieści szpiegowskiej, ale jednocześnie szósty tom cyklu „Slough House” jest po prostu znakomitą powieścią sensacyjno–szpiegowską. Klasycznie brytyjską, a jednocześnie łamiącą gatunkowe schematy. Kameralną, zamkniętą w odciętym od świata miasteczku, a jednocześnie epicką – opowiadającą o początku rozkładu istniejącego (chwiejnego, ale jednak trwającego) układu i to oglądanego oczami większości osób dramatu.
Herron po mistrzowsku rozstawia i przesuwa swoje figury na planszy. W odróżnieniu od jego wcześniejszych powieści, nic u nie dzieje się niespodziewanie. Zamiast wyciągania królików z kapelusza mamy w „Joe Country” logiczny i konsekwentny ciąg przyczynowo–skutkowy, który został zapoczątkowany szeregiem błędnych decyzji wynikających zawsze z wybujałego ego i niewłaściwej oceny rzeczywistości. Pisarz okazuje się więc pesymistą widzącym praprzyczynę tego, co się dzieje w ludzkich małościach – zwłaszcza przeszarżowanej ambicji. A może raczej jest – jak nazwał się kiedyś John le Carré – zgorzkniałym optymistą, widzącym jak rzeczywistość wykrzywia charaktery i ideały? To nawiązanie do le Carré jest nieprzypadkowe. Brytyjczycy od dawna widzieli w Herronie następcę tego giganta literatury sensacyjnej, który pod płaszczykiem kawałków szpiegowskich opowiadał o ludzkiej kondycji i postawach wobec nieprzyjaznego, śmiertelnie niebezpiecznego świata. Jednak do tej pory porównywanie tych pisarzy wydawało mi się tanim, chyba nawet prostackim, chwytem marketingowym i kluczem krytycznym. Jednak po lekturze „Joe Country” ta tematyczna i intelektualna bliskość Herrona i le Carré’go jest dla mnie oczywista. I nie wynika to nawet z zabawnego nawiązania do kanonicznej powieści „Ze śmiertelnego zimna”/„Szpieg, który wyszedł z zimna”/„Szpieg, który przyszedł z zimnej strefy”. Inna sprawa, że jeżeli się uważnie wczytać Jackson Lamb to przecież jeszcze bardziej przejechany przez życie Alec Leamans z tego le Carré’owskiego klasyka. Przejechany i na dodatek przeczuwający bardzo poważne kłopoty. Bo „Joe Country” wyróżnia się jeszcze czymś na tle pozostałych części cyklu.
Herron jeszcze nigdy nie bawił się otwartym zakończeniem i sugestiami, że w następnej części to dopiero nastąpi wielkie bum. Ale faktycznie chyba nastąpi, bo pod koniec pojawiają się tu sugestie, na czym będzie polegał konflikt w powieści „Slough House”. Już się nie mogę jej doczekać.
Najpotężniejsze konie. Najpotężniejsze i najbardziej mroczne. Jasne, jak to u Herrona są tu sceny, przy których można popłakać się ze śmiechu i teksty, które warto zapamiętać, żeby móc brylować w towarzystwie zgrywających się na twardzieli i cyników kolesi, jednak nie są w stanie przykryć złowieszczego, gorzkiego i – paradoksalnie, bo cykl ma jednak charakter komediowy –...
6.tom cyklu thrillerów szpiegowskich "Slough House", której główną postacią jest Jackson Lamb, były szef MI5 obecnie dowodzący grupą wykluczonych agentów, znanych jako "Kulawe konie". Są to agenci wyeliminowani ze służb wywiadowczych za wcześniejsze wpadki, zmuszeni aby teraz pracować w podziemnym biurze, gdzie ich zadaniem jest rozwiązywanie najmniej prestiżowych spraw. Akcja toczy się w Londynie ukazując najbardziej brudne i brutalne aspekty pracy wywiadowczej. Główna akcja serii koncentruje się na śledztwach i operacjach, które prowadzą "Kulawe konie", oraz na pełnym intryg i spisków tle politycznym, a także szpiegowskim. Każda książka to oddzielna historia, ale postacie i wątki są powiązane, tworząc spójny świat pełen napięcia i zagadek. Przyznam, że sam nie czytałem poprzednich tomów (choć chciałbym je nadrobić 😏), ale po początkowych problemach z ogarnięciem kto jest kim szybko wkręciłem się w ten szpiegowski świat 😁 tym razem akcja toczy się wokół poszukiwania syna byłego agenta MI5, który jakiś czas temu stracił życie. Chłopak prawdopodobnie podpadł wpływowym i niebezpiecznym typom, a w ślad za nim, do zaśnieżonej Walii udają się agenci Slough House, a także... płatni zabójcy w tym ojciec jednego z "Kulawych koni", niezłe combo 😂
O fabule już dość, aby nie wchodzić w spoilery. Teraz będę trochę chwalił 🤭 bardzo mi się podoba klimat tej powieści. Czuć tu ten brud i zgnilizne (także te moralną) szpiegowskiego świata, brakuje tu blichtru i efektowności znanej z serii o Bondzie. Bohaterowie są bardzo szarzy moralnie, często działają daleko wykraczając poza ramy prawa, a wszystko to w otoczce zimnego, wietrznego, ponurego i deszczowego Londynu. Doceniam również samą kreację poszczególnych postaci, zwłaszcza Jonathan Lamb i jego bezczelność, chamstwo, a także cięte brytyjskie poczucie humoru zaprawione inteligencją to złoto 😂 już teraz jest to jeden z moich ulubionych bohaterów literackich, uwielbiam takie charyzmatyczne, niejednoznaczne postaci. Ale tu w zasadzie każdy jest jakiś, i choć teoretycznie wiadomo kto jest po stronie dobra, to kreacja, a także głębia psychologiczna postaci nie jest tak jednoznaczna. Biorąc pod uwagę jak Lamb pomiata i gardzi swoimi podwładnymi nie jest to na pewno książka dla osób walczących o prawa pracownicze, Jonathan Lamb ma je w głębokim poważaniu 😂 dla niego liczy się tylko efekt, choć pomimo szorstkiego obejścia nie można mu zarzucić iż nie troszczy się o życie swoich podopiecznych, acz robi to w dość ekscentryczny sposób 😂 wiem, że humor, zwłaszcza ten prezentowany przez Lamba bywa prostacki, zdaje sobie sprawę że do wielu nie trafi, ale ja go uwielbiam. To jest humor w stylu Brona czy Ogara z Gry o tron, chamski, wulgarny, cięty i bolesny dla obiektu żartów pozbawiony poprawności politycznej, ale nie pozbawiony błyskotliwości 😂 oczywiście część postaci jest irytująca, przez co narracja z ich perspektywy była trudna do przebrnięcia, ale cenie w tej powieści to, że autor co chwilę oddaje głos innemu bohaterowi (a trochę ich jest) nie zapominając o antagonistach dzięki czemu daje szerszą perspektywę na wszystkie wydarzenia. Zaskoczył mnie fakt, że w tej książce jest stosunkowo mało akcji (tu znowu kłania się pierwsze skojarzenie ze szpiegami czyli efektowna seria o Bondzie), choć nie można powiedzieć aby nie było tu zaskakujących zwrotów akcji, zwłaszcza zgony takie były gdyż autor nie oszczędza również głównych i kluczowych bohaterów. Dużo tutaj rozmów pełnych podtekstów, sugestii, blefowania, czasem można się w tym lekko pogubić, zwłaszcza gdy do gry wkracza polityka. Ta seria trochę pokazuję całą złożoność pracy operacyjnej szpiega, ukazując że oficjalne informacje medialne są na ogół wygładzone przez pracę służb specjalnych, czyli de facto to czego dowiaduje się opinia publiczna jest tym co służby specjalne chcą aby o danej sprawie myślało społeczeństwo 😏 do pewnego stopnia ta książka jest również satyrą na działalność brytyjskich służb, oczywiście nie wiem tego, ale wiele wydarzeń zapewne jest tylko wyobraźnią autora, a nie rzeczywistym sposobem działania służb, przynajmniej taką mam nadzieję 😂
Do efektu wow trochę zabrakło, ale i tak bardzo mi się podobało. Trochę za dużo było przestojów i takich kliszowych dialogów na zasadzie jak to ludzie służb mogą z sobą rozmawiać puszczając do siebie oczka, co ja mam na ciebie, a co ty masz na mnie tuszując przy tym swoje wykroczenia 😂 nie twierdzę, że tak nie jest, ale to już takie chyba aż nazbyt przerysowane było, a może nie 🤔😂 dla mnie na plus brytyjski humor (ten taki absurdalny, cięty, pozbawiony poprawności politycznej, bardziej monthypaytonowski), psychologiczna głębia postaci, zakulisowe gierki, potyczki słowne, a także wielotorowa narracja. Sama sprawa jaką Kulawe konie miały do rozwikłania była mało efektowna, niezbyt zawiła, pozbawiona wielkiej tajemnicy, rzekłbym bez polotu. Ale być może z tym się właśnie wiąże bycie "Kulawym koniem", że dostaje się taką mało spektakularną robotę, a przy tym bardzo niebezpieczną 🤷♂️ w sumie polecam, zwłaszcza dla fanów powieści szpiegowskich, czytelników którzy lubią wyrazistych bohaterów i fanów brytyjskiego humoru. Jak ktoś tu liczy na efektowne pościgi, ciągłe wybuchy, strzelaniny i morze krwi to nie ten adres, choć przemocy tu też nie brakuje, lecz nie jest tym na czym stoi jej fabuła.
6.tom cyklu thrillerów szpiegowskich "Slough House", której główną postacią jest Jackson Lamb, były szef MI5 obecnie dowodzący grupą wykluczonych agentów, znanych jako "Kulawe konie". Są to agenci wyeliminowani ze służb wywiadowczych za wcześniejsze wpadki, zmuszeni aby teraz pracować w podziemnym biurze, gdzie ich zadaniem jest rozwiązywanie najmniej prestiżowych spraw....
Q: Po ilu latach czekania na kolejny tom serii znudzilisbyście się i odpuścili?
Dziś nie o "Grze o tron", a o "Kulawych koniach" od Micka Herrona. Dużo czasu minęło między polskim wydaniem 5., a 6. tomu, ale w końcu się doczekałem. Nie planowałem porzucać tej serii, ale przyznam, że powoli traciłem nadzieję w ciągu tych dwóch lat. Na szczęście moje zainteresowanie serią wzbudził na nowo genialny serial na podstawie tych książek. Ale nie o ekranizacji dziś, a o nowym tomie cyklu, czyli o "Joe Country".
"Joe Country" to szósty tom tej serii, który jest zarazem inny od poprzednich odsłon, a jednocześnie nadal utrzymuje konwencję i klimat powieści wcześniejszych. Zacznę od tego, dlaczego jest to książka inna. Otóż, według mnie jest to powieść bardziej emocjonalna niż wcześniejsze odsłony cyklu. Widać, że zespół Kulawych koni jest coraz bardziej zgrany, nawet pomimo nowego rekruta (ciekawostka, potomka polskich migrantów, żyjących w Wielkiej Brytanii od czasów II WŚ) i widać to w toku akcji. Dotyczy to również Jacksona Lamba, który choć traktuje wszystkich pogardliwie, delikatnie mówiąc, to jednak troszczy się o swoich ludzi. Było to widoczne w poprzednich częściach, ale nie na taką skalę. Do tego sporą dawkę emocji wywołały u mnie śmierci agentów, co nie będzie żadnym spoilerem, bo autor napisał o tym już w prologu na pierwszych kilku stronach. Kolejną różnicą w porównaniu do poprzednich tomów jest mniejsza skala sprawy, którą zajmują się Kulawe konie. Dotychczas były to sprawy w jakiś sposób zagrażający państwu, tutaj jest to sprawa mniejszego kalibru, nie mniej nadal jest to wciągająca fabularnie intryga.
Co do podobieństw, nadal mamy dużo akcji szpiegowskiej, zwłaszcza w terenie. Do tego nietypowy styl Micka Herrona, który swoją unikalnością buduje niepodrabialny klimat brytyjskich służb specjalnych.
Nie uważam "Joe Country" za najlepszą powieść w tej serii, ale to bardzo dobra książka. A z tego co czytałem na Goodreads to najlepszy tom jeszcze przed nami.
Więcej moich recenzji znajdziecie na Instagramie @chomiczkowe.recenzje, gdzie serdecznie zapraszam.
Współpraca recenzencka z @insignis_media
Q: Po ilu latach czekania na kolejny tom serii znudzilisbyście się i odpuścili?
Dziś nie o "Grze o tron", a o "Kulawych koniach" od Micka Herrona. Dużo czasu minęło między polskim wydaniem 5., a 6. tomu, ale w końcu się doczekałem. Nie planowałem porzucać tej serii, ale przyznam, że powoli traciłem nadzieję w ciągu tych dwóch lat....
Ta seria to fenomen na rynku współczesnych thrillerów szpiegowskich. Zamiast blichtru Jamesa Bonda dostajemy tu biurową zgniliznę, deszczowy Londyn i grupę agentów MI5 zesłanych na zawodową emeryturę za spektakularne wpadki. Nad tą bandą nieudaczników, zwanych "Kulawymi Końmi", czuwa Jackson Lamb – postać absolutnie wyjątkowa: genialny strateg ukryty w ciele obleśnego, wiecznie bekającego i palącego jak smok gbura. "Joe Country", szósty tom cyklu, to książka, która nie tylko podtrzymuje mistrzowski poziom serii, ale także pogłębia jej emocjonalny ciężar, udowadniając, że Herron jest prawdziwym mistrzem gatunku.
W #joecountry fabuła przyspiesza i nabiera bardziej osobistego tonu. Bohaterowie zostają wciągnięci w niebezpieczną misję na prowincji Walii, gdzie stawką jest życie młodego chłopaka powiązanego z ich światem. Herron pokazuje, że wśród wszystkich złośliwych docinków i groteskowej bezradności tych „wygnanych” agentów, kryje się jednak prawdziwe poczucie lojalności i więzi, która choć dziwaczna oraz toksyczna, to jednak autentyczna i szczera. Lamb choć o każdym „kulawym koniu” wypowiada się pogardliwie, to jednak przejmuje się losem każdego z nich i jest w stanie tropić każdego kto skrzywdził jego podwładnego.
W tej części Herron utrzymał klimat powieści, jako ponurej satyry na brytyjski wywiad, jednak bardziej rozwinął wymiar psychologiczny i emocjonalny skupiając się na dramatach osobistych bohaterów. W „Joe Country” jest nie tylko groteska, ale też realny ból, ostracyzm, współczucie, determinacja, strata bliskiej osoby, poczucie winy. Wybrzmiewa też nieuchronność starzenia się i przemijania, a Lamb mimo swojej obleśności staje się też bardziej troskliwy i zżyty z zespołem.
Dla mnie ta część podobała się tak samo jak pierwsza, a może nawet bardziej, bo mogłam w niej znaleźć więcej tej głębi psychologiczno-emocjonalnej, której szukam w książkach.
Gorąco polecam wszystkim fanom serii, ale też miłośnikom niekonwencjonalnych thrillerów szpiegowskich, satyry na służby wywiadowcze, dobrej lektury na jesienny wieczór.
Ta seria to fenomen na rynku współczesnych thrillerów szpiegowskich. Zamiast blichtru Jamesa Bonda dostajemy tu biurową zgniliznę, deszczowy Londyn i grupę agentów MI5 zesłanych na zawodową emeryturę za spektakularne wpadki. Nad tą bandą nieudaczników, zwanych "Kulawymi Końmi", czuwa Jackson Lamb – postać absolutnie wyjątkowa: genialny strateg ukryty w ciele obleśnego,...
Jak każda z części poprzednich ma swój urok i nutę mroku . Można by powiedzieć - historia niekoloryzowana
Jak każda z części poprzednich ma swój urok i nutę mroku . Można by powiedzieć - historia niekoloryzowana
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPoczątek nudnawy - w kolejnym tomie już się opatrzył styl autora. Ale intryga nadal na najwyższym poziomie. Przebąkują, że autor już wie, jak uśmiercić szefa. Być może to tylko zabieg reklamowy, wabiący czytelników kolejnych tomów.
Początek nudnawy - w kolejnym tomie już się opatrzył styl autora. Ale intryga nadal na najwyższym poziomie. Przebąkują, że autor już wie, jak uśmiercić szefa. Być może to tylko zabieg reklamowy, wabiący czytelników kolejnych tomów.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to4.25 ⭐
4.25 ⭐
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMick Herron ma talent do pisania zajmujących historii. „Joe Country” w jego cyklu „Slough House” pełni rolę gorzkiej pigułki, albowiem nasze kulawe konie stają się bardziej zgorzkniałe. Rzeczywistość ich ściskająca nie rozluźnia pętli wokół nich. Suma wcześniejszych doświadczeń każe na świat patrzeć przez pryzmat coraz ciemniejszych barw. Ratuje ich czarny humor, ale to ulga raczej krótkotrwała. Niewątpliwym plusem kolejnej odsłony jest rozwinięcie bohaterów drugiego planu, a konkretnie przesunięcie środka fabularnej ciężkości na Louisę Guy. To nadaje nowe tony powieści. Nie widzę potrzeby opisywania treści powieści, więc może napiszę tylko, że treść przybiera brutalniejszy obrót, a wyrafinowane szpiegowskie metody zostają zastąpione przez broń palną. Niemniej magnetyzm pozostaje na takim samym, wysokim poziomie.
Mick Herron ma talent do pisania zajmujących historii. „Joe Country” w jego cyklu „Slough House” pełni rolę gorzkiej pigułki, albowiem nasze kulawe konie stają się bardziej zgorzkniałe. Rzeczywistość ich ściskająca nie rozluźnia pętli wokół nich. Suma wcześniejszych doświadczeń każe na świat patrzeć przez pryzmat coraz ciemniejszych barw. Ratuje ich czarny humor, ale to...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKolejna część powieści o "kulawych koniach", nawiązująca do spraw z przeszłości. Humor i ironia zderzają się z brutalnym światem szpiegów. Przeczytałem w dwa dni...
Kolejna część powieści o "kulawych koniach", nawiązująca do spraw z przeszłości. Humor i ironia zderzają się z brutalnym światem szpiegów. Przeczytałem w dwa dni...
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMamy tu wszystko, za co lubimy Herrona: pokręconą akcję, pokręconych bohaterów, jadowitą ocenę demokracji w działaniu. W odróżnieniu od poprzednich " Kulawych Koni" ta powieść mnie znużyła. Możliwe, że zmęczył mnie specyficzny styl pisania, który nazwałam barokiem srodkowoangielskim. Te zdania, dziesięciokrotnie złożone są jak wyboje na drodze. Zaraz po takim wygibasie następujące błysk , po którym pękam że śmiechu. Podejrzewam, że autor to zaplanował, pisze o typach podstępnych:)
Mamy tu wszystko, za co lubimy Herrona: pokręconą akcję, pokręconych bohaterów, jadowitą ocenę demokracji w działaniu. W odróżnieniu od poprzednich " Kulawych Koni" ta powieść mnie znużyła. Możliwe, że zmęczył mnie specyficzny styl pisania, który nazwałam barokiem srodkowoangielskim. Te zdania, dziesięciokrotnie złożone są jak wyboje na drodze. Zaraz po takim wygibasie...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toA więc ku swojemu przerażeniu stałeś się „kulawym koniem”. To określenie może mało dźwięczne, ale znakomicie oddające sytuację i przydatność grona, które w ten właśnie sposób się określa. Tak nazywani są bowiem nieudacznicy, jakim zdarzyło się zupełnie skompromitować w trakcie służby w wywiadzie. Nieprzydatni w pracy operacyjnej, są kierowani do specjalnego wydziału, z którego - wbrew żywionym nadziejom i rozpaczliwie podejmowanym staraniom - nie ma już powrotu. Mieści się on w budzącym grozę budynku Slough House - równie ponurym i bezwartościowym, co jego mieszkańcy. Wiecznie skrzypiące i zacinające się drzwi wejściowe wiodą do schodów, które grożą zawaleniem w każdej chwili. Ze ścian sypie się tynk. Naznaczone butwieniem ramy okienne przyprawiają o depresję. W środku mieści się szereg biur z wyposażeniem niczym z lat dziewięćdziesiątych. Po korytarzach snują się ci, których imienia nie wolno już głośno wymawiać w eleganckich przestrzeniach siedziby starego, dobrego MI 5. Ciche stuki w odrapanych kaloryferach bez ustanku niosą zwichrowane historie wyrzutków, jakich państwo usunęło poza nawias służby a wspomnienia ich kolejnych szeregów wsiąknęły na dobre w odrapane ściany, których barwa przybrała wyraz wyblakłych do cna oczekiwań i spopielałych marzeń, okraszonych totalną zawodową porażką. Całe to uniwersum zdaje się krzyczeć: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy którzy tu wchodzicie” i rzeczywiście stanowi dziewiąty krąg piekieł dla wszystkich, którzy zostali do niego zesłani, gdyż zawiedli swoich przełożonych i opinię publiczną. W jego czeluściach wiodą życie starych, porzuconych mebli, bez żadnych szans na jakąkolwiek renowację. Od niedawna jest ono także udziałem Lecha Wicińskiego, czyli Twoim. Doskonale pamiętasz moment, w którym zawaliła się Twoja kariera, choć do teraz nie masz pojęcia, jakim cudem mogło to się stać. Wszystko spadło na Ciebie, jak grom z jasnego nieba.
„W ten sposób dowiedział się, że coś jest nie tak: przy jego stanowisku zjawiły się psy, na oczach wszystkich odłączyli jego sprzęt i przetrząsnęli biurko. Wszystko spakowali do takich plastikowych kuwet, jakich używa się na lotniskach. Myśleli, że co zrobił? Zdradził jakąś tajemnicę, ujawnił dane...? Dick Kutas musiał mu to wyjaśnić (…).”
Gdy wszedłeś do pokoju szefa, siedział rozparty za biurkiem i kaprawymi oczkami lustrował Twoją postać, jakby chciał z niej wyczytać wszelkie tajemnice, skrywane skrzętnie w otchłani umysłu. Jak przystało na przełożonego o tak wiele mówiącym przezwisku, władczo skinął w kierunku wolnego krzesła, a następnie, siląc się na ton pełen obłudnego współczucia, obwieścił, że w Twoim laptopie znaleziono filmy dla dorosłych z udziałem nieletnich, więc sam rozumiesz... Potem wręczył kartkę z wielce wymownym tekstem: „(…) dopóki dochodzenie nie zostanie zakończone w sposób zadawalający dla niniejszego departamentu, nie będzie pan kontaktować się kontaktować ze współpracownikami (…).” i poinformował, że od teraz Twoje miejsce pracy to Slough House - oczywiście tylko tymczasowo. Oboje zdawaliście sobie sprawę, że to nic nieznaczące zaklęcie, ale żaden z Was głośno tego nie powiedział. Wymowa faktów była porażająca - obrzydliwe filmy i fotki znajdowały się na przydzielonym Ci komputerze, za który w pełni odpowiadałeś. I nic nie było tego w stanie zmienić. Próbowałeś nieudolnie się bronić. Jąkałeś coś o tym, że to niemożliwe, że jesteś przecież zaręczony, wyraźnie czując równocześnie, jak żałosne są wszelkie próby tłumaczeń. Ich rezultat mógł być tylko jeden - zakazano Ci wstępu na teren agencji i wyprowadzono z budynku, skazując na faktyczną banicję. W ten sposób obiecujący analityk, zatrudniony w samej centrali, gdzie przyjmowano tylko najlepszych, który cieszył się opinią inteligentnego i pracowitego, trafił do obleśnego przytułku dla niewydarzonych agentów. A jednak nie sam budynek jest w tym wszystkim najgorszy. Jeszcze bardziej przerażający okazuje się jego szef - Jackson Lamb. Gdy wchodzisz do zajmowanego przez niego gabinetu, Twoim oczom ukazuje się mężczyzna odziany w niemiłosiernie pomięty płaszcz i otyły do tego stopnia, że wprost wylewa się z zajmowanego fotela, nosząc przy tym na twarzy ściśle przyklejoną maskę niczym niesprowokowanego, wrodzonego okrucieństwa oraz złośliwości. Gdyby choć raz w tygodniu mył resztkę pozostałych mu włosów, zapewne legitymowałyby się kolorem świńskiego blondu, mogącego z trudem uchodzić za wątpliwą ozdobę. Nieprzycinane od dawna paznokcie u stóp dumnie wystają przez dziury poczynione w sztywnych nieco skarpetkach, osadzonych na nogach nonszalancko opartych o krawędź biurka. Wygląd nowego przełożonego ściśle koresponduje z charakterem...
„Procesy myślowe człowieka, który relaksuje się bez butów na nogach, ale w płaszczu, były dla Lecha obcym terytorium. Z drugiej jednak strony procesy myślowe Lamba, które chwilę później ujawniła ich rozmowa, stanowiły prawdopodobnie terra incognita dla wszystkich przedstawicieli zawodu psychiatry.”
Słowom, które słyszysz jako pierwsze nie sposób odmówić specyficznego wdzięku i porywającej lapidarności: „No, kurwa, wspaniale, po prostu wspaniale (…). Świeże mięsko.” Po nich rozlega się przenikający do szpiku kości rechot, gdy wspominasz, że zostałeś przydzielony pod jego zwierzchnictwo jedynie tymczasowo - do momentu, kiedy zakończy się dochodzenie prowadzone w Twojej sprawie, które jest oczywistym nieporozumieniem i omyłką. Nie bacząc na Twoją konfuzję, Lamb informuje Cię, że od tej chwili Twoim zadaniem jest grzebanie w papierach, które raczy Ci przekazać, a jeśli Ci się to nie podoba, możesz skorzystać z okazji i rzucić się pod najbliższy autobus. Dodaje także, że w Slough House, podobnie jak w każdym więzieniu, znajdują się sami niewinni, po czym każe Ci spierdalać. Wychodzisz przekonany, że rada dotycząca autobusu nie jest może taka zła i być może ją rozważysz. Powstrzymuje Cię tylko jedno: musisz wyjaśnić, w jaki sposób zakazane materiały znalazły się na Twoim sprzęcie. Zaczynasz łączyć kropki, zmuszając umysł do eksploracji mglistych wspomnień. Twoją uwagę przykuwa zwłaszcza jedna rzecz. John Bechelor, który odszedł już ze służby, poprosił Cię jakiś czas temu o wyświadczenie specyficznej przysługi. Miałeś sprawdzić w aktach MI5, czy figuruje w nich pewne nazwisko. Okazało się, że pozostaje ono w kręgu ich zainteresowania, co z kolei oznaczało, że Twoje działanie było oczywistym przekroczeniem uprawnień. Wtedy w panice przerwałeś poszukiwania i czekałeś na nieuchronne kłopoty, które nie nastąpiły. Skupiasz uwagę na tej właśnie sytuacji - stanowi jedyne wydarzenie, jakie w Twoim uładzonym życiu zawodowym było bardzo nietypowe i miało miejsce niedługo przed nieszczęsną wpadką. Być może będziesz miał okazję wyjaśnić, czy stała się zaczątkiem Twoich kłopotów, choć zupełnie nie wiesz, jak się do tego zabrać. Tymczasem na pogrzebie emerytowanego wywiadowcy pojawia się człowiek odpowiedzialny za morderstwo jednego z „kulawych koni”. Wychynął z ukrycia po długim czasie, a Lamb nie należy do tych, którzy zapominają o tego rodzaju zniewagach. Zostajesz przyłączony do zespołu, jaki ma wyrównać dawne rachunki, co być może pozwoli na rehabilitację i zmycie niedokonanych win. Jeśli oczywiście powrócisz żywy...
„Był podwójnie skończony jako zboczeniec i kulawy koń i wszędzie, gdzie się obejrzał, zamykały się przed nim drzwi. Gdyby dalej chciał drążyć sprawę, potrzebowałby kurzych wnętrzności i różdżki.”
„Joe country” to powieść szpiegowska, którą napisał uznany brytyjski pisarz Mick Herron i zarazem szósta część cyklu o wydziale mieszczącym się w upiornym budynku Slough House, skupiającym wyrzutków, skompromitowanych dotychczasową służbą w MI5. Tym razem trafia do niego Lech Wiciński, z pochodzenia Polak, na którego komputerze wykryto zakazane nagrania dla dorosłych. Nowy adept musi zmierzyć się nie tylko z obciążającym go materiałem, ale także z nową, niebezpieczną misją, w czasie której nikt nie będzie brał jeńców. Początkowo książka jest dość trudna w odbiorze, gdyż Autor prowadzi narrację nieco chaotycznie - manierą przypominającą strumień świadomości. Pierwsze rozdziały nie zawierają wielu dialogów. Sporo w nich natomiast skomplikowanych i nieuładzonych przemyśleń bohaterów, które wydają się traktować na zupełnie niepowiązane z fabułą tematy i zmieniać losowo, niczym światełko w kalejdoskopie. Towarzyszy temu mnogość zagmatwanych wątków i postaci, jaka potrafi znacząco zdezorientować odbiorcę - i to takiego, który gustuje w złożonych historiach. Owszem, to szósta część serii, na podstawie jakiej powstał zresztą serial, ale uważam, iż przydałaby się jej odrobina mniej niejasnego wprowadzenia. “Joe...” wymaga sporej dawki cierpliwości i uwagi, jednak w ostatecznym rozrachunku ów wysiłek się opłaca. Czytelnik otrzymuje bowiem rasową historię szpiegowską, w najlepszym brytyjskim stylu - zimną, wielką dozą dystansu, a jednocześnie ze sporą dawką czarnego humoru. Akcja rozwija się powolnie i nieuporządkowanie, by w pewnym momencie zyskać stosownego tempa. Dodałabym, iż to lektura raczej w męskim stylu, acz okraszona elegancką warstwą językową - choć ta w stosownych momentach nie stroni od ostrości. Kocham opowieści sensacyjne, szczególnie te cenione przez panów, lecz nie do końca w podobnym kształcie. Może zabrakło mi... prawa i porządku. 😉 Z uwagi na stopień skomplikowania historii uważam, że serię warto poznać w adekwatnej kolejności, czyli od tomu pierwszego. Szósty opatruję notą 6/10 z plusem.
instagram.com/thrillerly
A więc ku swojemu przerażeniu stałeś się „kulawym koniem”. To określenie może mało dźwięczne, ale znakomicie oddające sytuację i przydatność grona, które w ten właśnie sposób się określa. Tak nazywani są bowiem nieudacznicy, jakim zdarzyło się zupełnie skompromitować w trakcie służby w wywiadzie. Nieprzydatni w pracy operacyjnej, są kierowani do specjalnego wydziału, z...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to⭐️⭐️⭐️⭐️ 4/5
Szósty tom, a te kulawe konie wciąż dzielnie dają radę — jakby zupełnie nie słyszały o zmęczeniu materiału! 🙌🏻
⭐️⭐️⭐️⭐️ 4/5
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSzósty tom, a te kulawe konie wciąż dzielnie dają radę — jakby zupełnie nie słyszały o zmęczeniu materiału! 🙌🏻
W Slough House pojawia się nowy agent. Nie zostaje przychylnie przyjęty z powodu sprawy przez , którą dołączył do kulawych koni. Lech Wicinski obiecuje sobie dotrzeć do prawdy i znaleźć winnego niesłusznego oskarżenia. Louisa Guy zostaje wciągnięta w poszukiwania zaginionego nastolatka, syna nieżyjącego agenta. Da to początek wyrównania rachunków z człowiekiem odpowiedzialnym za śmierć jednego z agentów. Większość akcji rozgrywa się w zaśnieżonej Walii.
W Slough House pojawia się nowy agent. Nie zostaje przychylnie przyjęty z powodu sprawy przez , którą dołączył do kulawych koni. Lech Wicinski obiecuje sobie dotrzeć do prawdy i znaleźć winnego niesłusznego oskarżenia. Louisa Guy zostaje wciągnięta w poszukiwania zaginionego nastolatka, syna nieżyjącego agenta. Da to początek wyrównania rachunków z człowiekiem...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPo raz kolejny dałem się wciągnąć w perypetie "kulawych koni", które tym razem wyruszyły do Walii. I tym razem sprawy bieżące (zaginięcie nastolatka) przeplatają się ze "starymi dziejami" (echa działalności w Berlinie). Opisy, dialogi oraz sama intryga tworzą znakomitą opowieść, od której trudno się oderwać. Oczywiście nie mogę się doczekać dalszych części.
Po raz kolejny dałem się wciągnąć w perypetie "kulawych koni", które tym razem wyruszyły do Walii. I tym razem sprawy bieżące (zaginięcie nastolatka) przeplatają się ze "starymi dziejami" (echa działalności w Berlinie). Opisy, dialogi oraz sama intryga tworzą znakomitą opowieść, od której trudno się oderwać. Oczywiście nie mogę się doczekać dalszych części.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzy można opowiadać o mrocznych, szpiegowskich akcjach w sposób równie barwny i zabawny, co filmowa seria o Jamesie Bondzie, ale przy tym i też jak najbardziej realistycznie, prawdziwie, na poważnie...? Otóż można! Najlepszym potwierdzeniem tych słów jest bestsellerowa seria powieści Micka Herrona „Slough House”, której to najnowsza i zarazem już szósta część – „Joe Country”, ukazała się właśnie w naszym kraju nakładem Wydawnictwa Insignis. Zapraszam was do poznania recenzji tej książki.
W siedzibie Slough House nigdy nie działo się dobrze, ale teraz dzieje się naprawdę źle... Catherine Standish znów sięga po butelkę, Louisa Gay nie może poradzić sobie z utraconą miłością, nowy członek zespołu - Lech Wicinski, nie może odnaleźć się w specyficznej codzienności wydziału, River mierzy się nieskutecznie z legendą wybitnego ojca, zaś Jackson Lamb jest... Lambem. Oto jednak ktoś porywa się na syna jednego z agentów MI5, a tym samym cała ekipa udaje się do zaśnieżonej Walii, by wyrównać rachunki, ale też i by zapobiec wielkiemu złu...
Nowa lokacja, nowe zadanie, po części też i nowi bohaterowie, ale literacka jakość pozostaje niezmienną. Mick Herron oddał w nasze ręce kolejną znakomitą odsłonę swojej sensacyjnej serii, skupiając się tym razem być może nie tyle na wielkim zagrożeniu dla kraju, ale przede wszystkim na osobistych losach bohaterów. Owszem, mamy tu świetnie poprowadzoną intrygę związaną z dramatycznym losem syna agenta MI5, ale jednocześnie sprawa ta pozwala odsłonić osobiste i nierzadko intymne dramaty doskonale nam znanych postaci - nawet z samym Lambem na czele, po którym to - mówiąc kolokwialnie, wszystko wydawało się spływać jak po kaczce. Nie do końca jednak tak jest...
Podróż do Walii, kolejne elementy śledztwa w sprawie zaginionego, jak i też konieczność zmierzenia się nie tylko z naprawdę złymi ludźmi, ale też i z własnymi demonami... - to tylko kilka głównych elementów tej fabularnej relacji, gdzie znów nie zabrakło rzeczy iście filmowych - scen walki, strzelanin, ucieczek i pościgów..., jak i też bardzo interesująco ukazanych relacji pomiędzy bohaterami, gdzie tym razem dochodzi do głosu coś na kształt poczucia bycia rodziną, czego dotąd raczej nie uświadczyliśmy w poprzednich tomach serii. Bo chyba można też powiedzieć o tej książce, że jest ona najbardziej intymną ze wszystkich części, zachowując jednocześnie swoją znakomitą, sensacyjną postać.
I kolejny też raz możemy zachwycać się tu kreacją bohaterów oraz realizmem tej opowieści, gdzie z jednej strony mamy całe grono naprawdę nietuzinkowych postaci z Lambem, Catherine i Riverem na czele, ale z drugiej też i obraz tej tym razem walijskiej rzeczywistości i jej sensacyjno-szpiegowskiego wymiaru. I tym samym nie sposób jest nie uwierzyć we wszystko to, co jest nam tu dane poznać. I to jest też chyba jedną z największych sił tej powieściowej serii - nieidealność ludzi i nieidealność ich życia, co przekłada się na to, że cała ta historia jest nam po prostu bliższą.
Mick Herron staje się na naszych oczach coraz lepszym pisarzem, choć oczywiście „startował” on już z wysokiego poziomu, ale mimo wszystko ta opowieść, w nawiązaniu do pierwszego tomu serii, stanowi różnicę. Przede wszystkim autor ten potrafi pokazać znacznie więcej w zakresie wspominanego wyżej spojrzenia na bohaterów i ich nie koniecznie zawodowe losy, co w połączeniu z zawsze dużą jakość ukazywania sensacji i kryminalno-szpiegowskich wątków, przekłada się na absolutnie znakomitą, a być może nawet i wybitną literaturę gatunku.
Oczywiście nie bez znaczenie jest również wpływ telewizyjnego serialu na nasz odbiór tej serii i tej książki, gdzie Lamb będzie miał dla nas już zawsze twarz Gary'ego Oldmana, a siedziba „Slough House” będzie już zawsze kojarzyć się z trudno zamykającymi się drzwiami. Ale to dobrze, gdyż w tym przypadku filmowa adaptacja wyszła książkowej serii tylko na dobre, niejako stanowiąc coś na kształt jej udanego dopełnienia, co nie zdarza się często. Naturalnie najlepszym wyborem wydaje się być najpierw przeczytanie powieści, a dopiero potem obejrzenie filmu, ale oczywiście każdy ma w tym względzie prawo postąpić, jak uważa. Pewnym jest to, że w obu przypadkach znakomita rozrywka i wielkie emocje są gwarantowane.
„Joe Country” jest nieco inną odsłoną tej serii, ale kto wie, czy przez to być może i nie najlepszą. To wielkie emocje, pisarska jakość i niepowtarzalny klimat, który oczarował nas sobą przed kilku laty i którego wciąż nie możemy się nachwalić. Sięgnijcie po tę książkę, by spędzić z nią kilka fascynujących , jesiennych wieczorów – polecam.
Czy można opowiadać o mrocznych, szpiegowskich akcjach w sposób równie barwny i zabawny, co filmowa seria o Jamesie Bondzie, ale przy tym i też jak najbardziej realistycznie, prawdziwie, na poważnie...? Otóż można! Najlepszym potwierdzeniem tych słów jest bestsellerowa seria powieści Micka Herrona „Slough House”, której to najnowsza i zarazem już szósta część – „Joe...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to„Joe Country” to kolejny pełen napięcia i ironii szpiegowski thriller w cyklu, który po raz kolejny też udowadnia, że Mick Herron mistrzowsko łączy inteligentną intrygę z czarnym humorem. Powrót do świata „Leniwych Koni” oferuje mieszankę nieudaczności i bohaterstwa, charakterystyczną dla tej serii – bohaterowie są równie niedoskonali, co fascynujący. Herron prowadzi fabułę dynamicznie, jednocześnie pogłębiając psychologię postaci i pokazując brutalność prawdziwej pracy wywiadowczej. „Joe Country” to świetnie napisany, zaskakujący i momentami poruszający thriller, który potwierdza, że cykl o Slough House należy do najlepszych współczesnych powieści szpiegowskich.
Mam nadzieję, że to nie ostatnia z cyklu. A w razie czego pozostaje jeszcze serial wg. tych książek.
„Joe Country” to kolejny pełen napięcia i ironii szpiegowski thriller w cyklu, który po raz kolejny też udowadnia, że Mick Herron mistrzowsko łączy inteligentną intrygę z czarnym humorem. Powrót do świata „Leniwych Koni” oferuje mieszankę nieudaczności i bohaterstwa, charakterystyczną dla tej serii – bohaterowie są równie niedoskonali, co fascynujący. Herron prowadzi fabułę...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW „Joe Country” Micka Herrona nie ma łatwych zwycięstw, tak jak nie ma czystego sumienia w zawodzie szpiega. To powrót do mroźnego, wyjątkowo bezlitosnego świata Slough House, gdzie każdy bohater dźwiga swój własny, osobisty cień. Przeczytałem tę książkę z zapartym tchem, a potem długo nie mogłem ogrzać się po tej lekturze.
Herron ponownie stawia na klimat mrocznego, podszytego melancholią thrillera, gdzie zaśnieżona Walia staje się białą pułapką, a nie scenerią ucieczki. To opowieść o uporczywym trwaniu wbrew wszystkiemu. Louisa Guy, szukając zaginionego chłopca, rozgrzebuje rany po stracie. River Cartwright mierzy się z widmem ojca, a Jackson Lamb – ten genialny, cyniczny duch opiekuńczy kulawych koni – znów udaje, że go to nie obchodzi, choć jego działania mówią coś wręcz przeciwnego. To właśnie te relacje, te ciche lojalności, są kręgosłupem tej historii.
Momentami czułem, że akcja rozgrywa się zbyt powoli, jakby autor celowo wstrzymywał oddech, a pewne wątki poboczne mogłyby być ciętej zarysowane. Jednak siła prozy Herrona polega na czymś innym: na zdolności do ukazania piękna w brzydocie i człowieczeństwa w upadku. Jego postaci nie są bohaterami – są ludźmi, którzy popełnili błędy i wciąż za nie płacą. Ich walka toczona na zaspanych ulicach Londynu i w walijskiej zamieci to metafora walki z własnymi demonami.
„Joe Country” to jak zimny, przenikliwy wiatr – boli, ale czuć, że jest żywy. To nie jest opowieść, którą się czyta dla łatwej rozrywki. To lektura, którą się przeżywa, a potem nosi w sobie jak tajemnicę. I choć nie wszyscy bohaterowie wracają do domu, to ja, jako czytelnik, wracałem do ich świata myślami jeszcze długo po odłożeniu książki. Herron po raz kolejny udowodnił, że w świecie szpiegowskich powieści nie ma sobie równych. Jego Slough House to najpiękniejsza ruina w literaturze.
W „Joe Country” Micka Herrona nie ma łatwych zwycięstw, tak jak nie ma czystego sumienia w zawodzie szpiega. To powrót do mroźnego, wyjątkowo bezlitosnego świata Slough House, gdzie każdy bohater dźwiga swój własny, osobisty cień. Przeczytałem tę książkę z zapartym tchem, a potem długo nie mogłem ogrzać się po tej lekturze.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toHerron ponownie stawia na klimat mrocznego,...
Po słabiutkiej piątej części - kolejna,szósta jest zdecydowanie lepsza. Powiedziałbym,że dość mroczna,drapieżna, a humoru mało, bo do zachowania bohaterów czytelnicy chyba już się przyzwyczaili. Walia - gdzie rozgrywa się większość akcji - zaskakuje syberyjską zimą. Pozazdrościć, choć to dziwne. Książka dość nierówna. Na początku mamy mocny, kilkustronicowy wstęp, do którego warto wrócić koło dwusetnej strony.Potem około 150 stron nudy, czyli codzienności Sl.House. Jednak jest tam zawartych sporo ważnych informacji, co okazuje się dopiero później. Uważam ,że autor przesadza z popijaniem whiskey przez Lamba.Talisker ma nawet i 60%, gdyby sobie codziennie pozwalał, to chyba by już bełkotał. Ale niech mu będzie... Opowieść raczej posępnie się kończy. Wyjaśnienie tytułu otrzymujemy dopiero w ostatnim zdaniu posłowia, więc radzę dotrwać.
Po słabiutkiej piątej części - kolejna,szósta jest zdecydowanie lepsza. Powiedziałbym,że dość mroczna,drapieżna, a humoru mało, bo do zachowania bohaterów czytelnicy chyba już się przyzwyczaili. Walia - gdzie rozgrywa się większość akcji - zaskakuje syberyjską zimą. Pozazdrościć, choć to dziwne. Książka dość nierówna. Na początku mamy mocny, kilkustronicowy wstęp, do...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"Joe Country" Micka Herrona to już szósta część cyklu o „Slough House" w ktrieh powracamy do świata agentów, pełnego intryg i specyficznego poczucia humoru.
Fabuła, jak to u Herrona, rozwija się powoli, ale wciąż konsekwentnie. Nie warto przyspieszać lektury, raczej zalecam uważnie czytanie, by nie pominąć istotnych elementów fabularnych. Autor sprawnie łączy elementy klasycznego thrillera szpiegowskiego z satyrą na brytyjski wywiad i biurokrację.
Bohaterowie tworzą niezwykłą i dość osobliwą ekipę. Każdy z nich ma swoje przywary, jednak nie są też pozbawieni zalet. Każda z tych postaci jest niejednoznaczna i na wskroś ludzka. Dialogi są pełne ciętego humoru, a podszyta melancholią narracja ocieka ironią. To sprawia, że książka mimo powolnego tempa, nie nuży czytelnika.
"Joe Country" nie jest lekturą lekką, nie znajdziecie w niej nagłych zwrotów akcji. Ta wymaga od czytelnika skupienia i odrobiny wytrwałości. Cierpliwość popłaca, bo książka wynagradza trud ciekawym klimat i zadowala błyskotliwą treścią.
Polecam.
"Joe Country" Micka Herrona to już szósta część cyklu o „Slough House" w ktrieh powracamy do świata agentów, pełnego intryg i specyficznego poczucia humoru.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFabuła, jak to u Herrona, rozwija się powoli, ale wciąż konsekwentnie. Nie warto przyspieszać lektury, raczej zalecam uważnie czytanie, by nie pominąć istotnych elementów fabularnych. Autor sprawnie łączy elementy...
Jakość cyklu trochę jakby zaczęła kuleć ale genialnie wymyślone konie i tak ciągną książkę na poziomy niedościgłe dla większości dostępnych na rynku powieści sensacyjnych. Pyszna zabawa. Może poprzednio poprzeczka była zawieszona tak wysoko że załącza się drobny Smerf maruda na pewne rozwiązania ale i tak bardzo polecam.
Jakość cyklu trochę jakby zaczęła kuleć ale genialnie wymyślone konie i tak ciągną książkę na poziomy niedościgłe dla większości dostępnych na rynku powieści sensacyjnych. Pyszna zabawa. Może poprzednio poprzeczka była zawieszona tak wysoko że załącza się drobny Smerf maruda na pewne rozwiązania ale i tak bardzo polecam.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietna. Doskonale prowadzone wątki.
Serial filmowy jest również wspaniały i czytając książkę widzi się bohaterów wykreowanych w serialu.
Świetna. Doskonale prowadzone wątki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSerial filmowy jest również wspaniały i czytając książkę widzi się bohaterów wykreowanych w serialu.
Czasem możesz wypaść z gry, a jednocześnie pozostać szpiegiem. Slough House to miejsce dla właśnie takich szpiegów. To właśnie tam budzą się wspomnienia i to wcale nie te dobre. Catherine Standish nie wytrzymuje, znów kupuje alkohol, Louisa Guy wraca wspomnieniami do utraconej miłości, co wcale nie jest dla niej dobre. Lech Wicinski jest nowym rekrutem, mającym na sumieniu tyle, że nawet pośród kulawych koni, jest wyrzutkiem. Mężczyzna nie zamierza się poddać, a wręcz przeciwnie. Zamierza dowiedzieć się, kto zniszczył jego karierę, nawet jeśli cena będzie ogromna.
Zima jest czasem, w który Jackson Lamb chciałby mieć po prostu święty spokój. Niestety nie będzie mu to dane. Nadchodzi pora na wyrównanie rachunku. Jego ekipa będzie musiała wyruszyć aż do Walii. Niestety stanie się coś, czego nie przewidzieli. Co takiego? Jak potoczy się historia?
Chociaż przeważnie sięgam po zupełnie inne książki, czasem lubię zmianę, przeczytanie czegoś zupełnie innego. To właśnie powód, dla którego zdecydowałam się sięgnąć po książkę pt.: „Joe Country”. Jakie mam wrażenia? Może nie jestem zachwycona, jednak historia, jaką w niej znalazłam, podobała mi się. Przeczytałam ją na trzy razy, a podczas czytania towarzyszyły mi emocje. Akcja dość sprawnie poprowadzona, z momentami, które potrafiły zaskoczyć.
Bohaterowie dość ciekawi, dobrze wykreowani. Niestety nie mogę nic o nich powiedzieć, jednocześnie nie zdradzając zbyt wiele z fabuły. Moim zdaniem warto ich poznać bliżej.
„Joe Country” to książka, z którą spędziłam miło czas. Mnie się podobała na tyle, żeby bez obaw ją polecać.
Recenzja pojawiła się również na moim blogu - https://anka8661.blogspot.com/2025/10/Joe%20Countrywydawnictwoinsignis.html
Czasem możesz wypaść z gry, a jednocześnie pozostać szpiegiem. Slough House to miejsce dla właśnie takich szpiegów. To właśnie tam budzą się wspomnienia i to wcale nie te dobre. Catherine Standish nie wytrzymuje, znów kupuje alkohol, Louisa Guy wraca wspomnieniami do utraconej miłości, co wcale nie jest dla niej dobre. Lech Wicinski jest nowym rekrutem, mającym na sumieniu...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTa część autorowi nie wyszła, chamska, wulgarna, bez polotu, próbująca oddziaływać na niskie ludzkie emocje tworząc dookoła jatkę, jakby autor nie miał miejmy nadzieję, tylko chwilowo pomysłu...
Ta część autorowi nie wyszła, chamska, wulgarna, bez polotu, próbująca oddziaływać na niskie ludzkie emocje tworząc dookoła jatkę, jakby autor nie miał miejmy nadzieję, tylko chwilowo pomysłu...
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo już szósty tom cyklu, więc nie będę na nowo wymyślał prochu. Napiszę jedynie, że moim zdaniem, Mick Herron utrzymał wysoki poziom.
Mogę mieć zastrzeżenia, że ta część wolno się rozkręcała i autor momentami stosuje zbyt kwieciste opisy, ale końcówkę czytałem z wypiekami.
Z racji, że była przerwa wydawnicza między tomem piątym, a szóstym to bardzo przydałoby się streszczenie poprzednich części. Autor nie bawi się w rozbudowane wstępy, tylko od razu rzuca w wir akcji. Potrzebowałem kilkunastu stron, żeby poczuć znajome tryby Slough House.
Generalnie mogę śmiało polecić.
To już szósty tom cyklu, więc nie będę na nowo wymyślał prochu. Napiszę jedynie, że moim zdaniem, Mick Herron utrzymał wysoki poziom.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMogę mieć zastrzeżenia, że ta część wolno się rozkręcała i autor momentami stosuje zbyt kwieciste opisy, ale końcówkę czytałem z wypiekami.
Z racji, że była przerwa wydawnicza między tomem piątym, a szóstym to bardzo przydałoby się...
„Joe Country” to 6 tom świetnej serii szpiegowskiej Micka Herrona. Od razu zaznaczam, że można śmiało czytać bez znajomości poprzednich części.
Ci, którzy serię znają natychmiast zauważą, że książka utrzymuje charakterystyczny dla cyklu ton, czyli połączenie błyskotliwego humoru, cynizmu i takiego… smutku wynikającego z obserwacji świata służb specjalnych oraz ludzkich słabości.
Mick Herron po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najciekawszych współczesnych „autorów szpiegowskich”.
Po mistrzowsku żongluje ironią i napięciem.
Jego styl jest gęsty, inteligentny, często sarkastyczny, ale nigdy niepozbawiony emocji. Nie brakuje tu też momentów prawdziwego wzruszenia, zwłaszcza w finałowych rozdziałach, które pokazują, że w świecie cynizmu i zdrady wciąż istnieje coś takiego jak lojalność.
Otóż, grupa zdegradowanych do zapomnianego biura na marginesie MI5, agentów, ma przed sobą kolejną niechcianą misję. Tym razem chodzi o zaginionego syna byłego kolegi po fachu. Fabuła z pozoru prosta, szybko zamienia się w dramatyczną grę wywiadów, w której stawką jest nie tylko życie. Herron z charakterystyczną dla siebie ironią ukazuje nie tylko absurd funkcjonowania służb, ale też tragizm ludzi, którzy w nich utknęli.
Jedną z mocniejszych stron tej książki, jak i całej serii, są niewątpliwie bohaterowie.
Jackson Lamb, niechlujny, wulgarny, ale jednocześnie genialny szef, nie stracił swojej charyzmy czy niejednoznaczności. Nadal jest… sobą ;)
Każdy z jego podwładnych ma własne demony, a autor z empatią i czarnym humorem odsłania ich przeszłość.
Mam wrażenie, że tym razem ton opowieści staje się nieco mroczniejszy, bo śmierć i poczucie bezsensu jeszcze intensywniej unoszą się nad zespołem.
Podsumowując, „Joe Country”, to świetny, choć gorzki, ale niezwykle błyskotliwie napisany thriller szpiegowski, który nie tylko bawi, ale też zmusza do refleksji nad ceną wierności i starzeniem się w świecie, w którym każdy jest wymienny...
Dla fanów serii pozycja obowiązkowa!
Dla nowych czytelników zaś, może to być początek świetnej przygody! 🔥
„Joe Country” to 6 tom świetnej serii szpiegowskiej Micka Herrona. Od razu zaznaczam, że można śmiało czytać bez znajomości poprzednich części.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCi, którzy serię znają natychmiast zauważą, że książka utrzymuje charakterystyczny dla cyklu ton, czyli połączenie błyskotliwego humoru, cynizmu i takiego… smutku wynikającego z obserwacji świata służb specjalnych oraz ludzkich...
Joe Country to powieść o szpiegach, ale nie tych z plakatu. Herron pisze o ludziach odsuniętych, złamanych, takich, którzy z różnych powodów wypadli z gry. I właśnie dlatego jego książki są tak przejmujące, bo nie chodzi w nich o idealny plan akcji, tylko o to, co zostaje w człowieku, kiedy system uzna go za bezużytecznego.
Najciekawsze jest to, że ci bohaterowie są jednocześnie śmieszni i tragiczni. Sarkazm miesza się tutaj z poczuciem winy, a zwykła biurokracja z dramatem egzystencjalnym. Herron ma niezwykłą zdolność pisania o tym, jak wielka polityka styka się z małymi ludzkimi porażkami.
I właśnie w tym tkwi siła tej książki, że thriller szpiegowski staje się tu laboratorium człowieczeństwa. Czy można jeszcze komuś zaufać? Czy lojalność ma sens, kiedy zawiodło się już wszystko inne? To pytania, które Herron zadaje bez moralizowania, ale w taki sposób, że nie sposób ich zignorować.
Joe Country to nie tylko rozrywka, ale literatura, która zmusza do konfrontacji z własną słabością i z tym, co znaczy być częścią świata, w którym nikomu się już nie ufa.
Współpraca reklamowa
Joe Country to powieść o szpiegach, ale nie tych z plakatu. Herron pisze o ludziach odsuniętych, złamanych, takich, którzy z różnych powodów wypadli z gry. I właśnie dlatego jego książki są tak przejmujące, bo nie chodzi w nich o idealny plan akcji, tylko o to, co zostaje w człowieku, kiedy system uzna go za bezużytecznego.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNajciekawsze jest to, że ci bohaterowie są...
Widać już trochę zmęczenie Autora kontynuowaniem serii, ale to nadal pierwszorzędna lektura!
Widać już trochę zmęczenie Autora kontynuowaniem serii, ale to nadal pierwszorzędna lektura!
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNajpotężniejsze konie. Najpotężniejsze i najbardziej mroczne. Jasne, jak to u Herrona są tu sceny, przy których można popłakać się ze śmiechu i teksty, które warto zapamiętać, żeby móc brylować w towarzystwie zgrywających się na twardzieli i cyników kolesi, jednak nie są w stanie przykryć złowieszczego, gorzkiego i – paradoksalnie, bo cykl ma jednak charakter komediowy – bardzo smutnego nastroju tej historii.
W „Joe Country” Mick Herron zupełnie się odkrywa. Bez owijania w bawełnę pokazuje, że pod tą całą błazenadą i teatrem absurdu, w którym dobro kraju oraz bezpieczeństwo obywateli są tylko kolejnymi środkami w nieustannej wojnie urzędniczych czy politycznych ambicji, kryją się prawdziwe dramaty, zaś oddział Kulawych koni to w istocie zbiorowisko postaci tragicznych. Ten ich tragizm, zwłaszcza obezwładniającą samotność, widać wyjątkowo wyraźnie także dlatego, że obserwujemy ją zaraz po totalnej clownadzie z „Londyńskich zasad” – poprzedniej, najzabawniejszej części cyklu.
Ale Herron odsłania się tu nie tylko jako znawca ludzkich dusz i trefniś, pod którego żartami kryją się smutek i rozpacz. Chyba najważniejszym odkryciem w czasie lektury „Joe Country” jest to, że mamy do czynienia z tekstem wybitnego autora prozy sensacyjnej. Oczywiście wciąż mamy tu do czynienia z błyskotliwą dekonstrukcją schematu klasycznej brytyjskiej powieści szpiegowskiej, ale jednocześnie szósty tom cyklu „Slough House” jest po prostu znakomitą powieścią sensacyjno–szpiegowską. Klasycznie brytyjską, a jednocześnie łamiącą gatunkowe schematy. Kameralną, zamkniętą w odciętym od świata miasteczku, a jednocześnie epicką – opowiadającą o początku rozkładu istniejącego (chwiejnego, ale jednak trwającego) układu i to oglądanego oczami większości osób dramatu.
Herron po mistrzowsku rozstawia i przesuwa swoje figury na planszy. W odróżnieniu od jego wcześniejszych powieści, nic u nie dzieje się niespodziewanie. Zamiast wyciągania królików z kapelusza mamy w „Joe Country” logiczny i konsekwentny ciąg przyczynowo–skutkowy, który został zapoczątkowany szeregiem błędnych decyzji wynikających zawsze z wybujałego ego i niewłaściwej oceny rzeczywistości. Pisarz okazuje się więc pesymistą widzącym praprzyczynę tego, co się dzieje w ludzkich małościach – zwłaszcza przeszarżowanej ambicji. A może raczej jest – jak nazwał się kiedyś John le Carré – zgorzkniałym optymistą, widzącym jak rzeczywistość wykrzywia charaktery i ideały? To nawiązanie do le Carré jest nieprzypadkowe. Brytyjczycy od dawna widzieli w Herronie następcę tego giganta literatury sensacyjnej, który pod płaszczykiem kawałków szpiegowskich opowiadał o ludzkiej kondycji i postawach wobec nieprzyjaznego, śmiertelnie niebezpiecznego świata. Jednak do tej pory porównywanie tych pisarzy wydawało mi się tanim, chyba nawet prostackim, chwytem marketingowym i kluczem krytycznym. Jednak po lekturze „Joe Country” ta tematyczna i intelektualna bliskość Herrona i le Carré’go jest dla mnie oczywista. I nie wynika to nawet z zabawnego nawiązania do kanonicznej powieści „Ze śmiertelnego zimna”/„Szpieg, który wyszedł z zimna”/„Szpieg, który przyszedł z zimnej strefy”. Inna sprawa, że jeżeli się uważnie wczytać Jackson Lamb to przecież jeszcze bardziej przejechany przez życie Alec Leamans z tego le Carré’owskiego klasyka. Przejechany i na dodatek przeczuwający bardzo poważne kłopoty. Bo „Joe Country” wyróżnia się jeszcze czymś na tle pozostałych części cyklu.
Herron jeszcze nigdy nie bawił się otwartym zakończeniem i sugestiami, że w następnej części to dopiero nastąpi wielkie bum. Ale faktycznie chyba nastąpi, bo pod koniec pojawiają się tu sugestie, na czym będzie polegał konflikt w powieści „Slough House”. Już się nie mogę jej doczekać.
Najpotężniejsze konie. Najpotężniejsze i najbardziej mroczne. Jasne, jak to u Herrona są tu sceny, przy których można popłakać się ze śmiechu i teksty, które warto zapamiętać, żeby móc brylować w towarzystwie zgrywających się na twardzieli i cyników kolesi, jednak nie są w stanie przykryć złowieszczego, gorzkiego i – paradoksalnie, bo cykl ma jednak charakter komediowy –...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to6.tom cyklu thrillerów szpiegowskich "Slough House", której główną postacią jest Jackson Lamb, były szef MI5 obecnie dowodzący grupą wykluczonych agentów, znanych jako "Kulawe konie". Są to agenci wyeliminowani ze służb wywiadowczych za wcześniejsze wpadki, zmuszeni aby teraz pracować w podziemnym biurze, gdzie ich zadaniem jest rozwiązywanie najmniej prestiżowych spraw. Akcja toczy się w Londynie ukazując najbardziej brudne i brutalne aspekty pracy wywiadowczej. Główna akcja serii koncentruje się na śledztwach i operacjach, które prowadzą "Kulawe konie", oraz na pełnym intryg i spisków tle politycznym, a także szpiegowskim. Każda książka to oddzielna historia, ale postacie i wątki są powiązane, tworząc spójny świat pełen napięcia i zagadek. Przyznam, że sam nie czytałem poprzednich tomów (choć chciałbym je nadrobić 😏), ale po początkowych problemach z ogarnięciem kto jest kim szybko wkręciłem się w ten szpiegowski świat 😁 tym razem akcja toczy się wokół poszukiwania syna byłego agenta MI5, który jakiś czas temu stracił życie. Chłopak prawdopodobnie podpadł wpływowym i niebezpiecznym typom, a w ślad za nim, do zaśnieżonej Walii udają się agenci Slough House, a także... płatni zabójcy w tym ojciec jednego z "Kulawych koni", niezłe combo 😂
O fabule już dość, aby nie wchodzić w spoilery. Teraz będę trochę chwalił 🤭 bardzo mi się podoba klimat tej powieści. Czuć tu ten brud i zgnilizne (także te moralną) szpiegowskiego świata, brakuje tu blichtru i efektowności znanej z serii o Bondzie. Bohaterowie są bardzo szarzy moralnie, często działają daleko wykraczając poza ramy prawa, a wszystko to w otoczce zimnego, wietrznego, ponurego i deszczowego Londynu. Doceniam również samą kreację poszczególnych postaci, zwłaszcza Jonathan Lamb i jego bezczelność, chamstwo, a także cięte brytyjskie poczucie humoru zaprawione inteligencją to złoto 😂 już teraz jest to jeden z moich ulubionych bohaterów literackich, uwielbiam takie charyzmatyczne, niejednoznaczne postaci. Ale tu w zasadzie każdy jest jakiś, i choć teoretycznie wiadomo kto jest po stronie dobra, to kreacja, a także głębia psychologiczna postaci nie jest tak jednoznaczna. Biorąc pod uwagę jak Lamb pomiata i gardzi swoimi podwładnymi nie jest to na pewno książka dla osób walczących o prawa pracownicze, Jonathan Lamb ma je w głębokim poważaniu 😂 dla niego liczy się tylko efekt, choć pomimo szorstkiego obejścia nie można mu zarzucić iż nie troszczy się o życie swoich podopiecznych, acz robi to w dość ekscentryczny sposób 😂 wiem, że humor, zwłaszcza ten prezentowany przez Lamba bywa prostacki, zdaje sobie sprawę że do wielu nie trafi, ale ja go uwielbiam. To jest humor w stylu Brona czy Ogara z Gry o tron, chamski, wulgarny, cięty i bolesny dla obiektu żartów pozbawiony poprawności politycznej, ale nie pozbawiony błyskotliwości 😂 oczywiście część postaci jest irytująca, przez co narracja z ich perspektywy była trudna do przebrnięcia, ale cenie w tej powieści to, że autor co chwilę oddaje głos innemu bohaterowi (a trochę ich jest) nie zapominając o antagonistach dzięki czemu daje szerszą perspektywę na wszystkie wydarzenia. Zaskoczył mnie fakt, że w tej książce jest stosunkowo mało akcji (tu znowu kłania się pierwsze skojarzenie ze szpiegami czyli efektowna seria o Bondzie), choć nie można powiedzieć aby nie było tu zaskakujących zwrotów akcji, zwłaszcza zgony takie były gdyż autor nie oszczędza również głównych i kluczowych bohaterów. Dużo tutaj rozmów pełnych podtekstów, sugestii, blefowania, czasem można się w tym lekko pogubić, zwłaszcza gdy do gry wkracza polityka. Ta seria trochę pokazuję całą złożoność pracy operacyjnej szpiega, ukazując że oficjalne informacje medialne są na ogół wygładzone przez pracę służb specjalnych, czyli de facto to czego dowiaduje się opinia publiczna jest tym co służby specjalne chcą aby o danej sprawie myślało społeczeństwo 😏 do pewnego stopnia ta książka jest również satyrą na działalność brytyjskich służb, oczywiście nie wiem tego, ale wiele wydarzeń zapewne jest tylko wyobraźnią autora, a nie rzeczywistym sposobem działania służb, przynajmniej taką mam nadzieję 😂
Do efektu wow trochę zabrakło, ale i tak bardzo mi się podobało. Trochę za dużo było przestojów i takich kliszowych dialogów na zasadzie jak to ludzie służb mogą z sobą rozmawiać puszczając do siebie oczka, co ja mam na ciebie, a co ty masz na mnie tuszując przy tym swoje wykroczenia 😂 nie twierdzę, że tak nie jest, ale to już takie chyba aż nazbyt przerysowane było, a może nie 🤔😂 dla mnie na plus brytyjski humor (ten taki absurdalny, cięty, pozbawiony poprawności politycznej, bardziej monthypaytonowski), psychologiczna głębia postaci, zakulisowe gierki, potyczki słowne, a także wielotorowa narracja. Sama sprawa jaką Kulawe konie miały do rozwikłania była mało efektowna, niezbyt zawiła, pozbawiona wielkiej tajemnicy, rzekłbym bez polotu. Ale być może z tym się właśnie wiąże bycie "Kulawym koniem", że dostaje się taką mało spektakularną robotę, a przy tym bardzo niebezpieczną 🤷♂️ w sumie polecam, zwłaszcza dla fanów powieści szpiegowskich, czytelników którzy lubią wyrazistych bohaterów i fanów brytyjskiego humoru. Jak ktoś tu liczy na efektowne pościgi, ciągłe wybuchy, strzelaniny i morze krwi to nie ten adres, choć przemocy tu też nie brakuje, lecz nie jest tym na czym stoi jej fabuła.
6.tom cyklu thrillerów szpiegowskich "Slough House", której główną postacią jest Jackson Lamb, były szef MI5 obecnie dowodzący grupą wykluczonych agentów, znanych jako "Kulawe konie". Są to agenci wyeliminowani ze służb wywiadowczych za wcześniejsze wpadki, zmuszeni aby teraz pracować w podziemnym biurze, gdzie ich zadaniem jest rozwiązywanie najmniej prestiżowych spraw....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKolejny, świetny tom z serii.
Kolejny, świetny tom z serii.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWspółpraca recenzencka z @insignis_media
Q: Po ilu latach czekania na kolejny tom serii znudzilisbyście się i odpuścili?
Dziś nie o "Grze o tron", a o "Kulawych koniach" od Micka Herrona. Dużo czasu minęło między polskim wydaniem 5., a 6. tomu, ale w końcu się doczekałem. Nie planowałem porzucać tej serii, ale przyznam, że powoli traciłem nadzieję w ciągu tych dwóch lat. Na szczęście moje zainteresowanie serią wzbudził na nowo genialny serial na podstawie tych książek. Ale nie o ekranizacji dziś, a o nowym tomie cyklu, czyli o "Joe Country".
"Joe Country" to szósty tom tej serii, który jest zarazem inny od poprzednich odsłon, a jednocześnie nadal utrzymuje konwencję i klimat powieści wcześniejszych. Zacznę od tego, dlaczego jest to książka inna. Otóż, według mnie jest to powieść bardziej emocjonalna niż wcześniejsze odsłony cyklu. Widać, że zespół Kulawych koni jest coraz bardziej zgrany, nawet pomimo nowego rekruta (ciekawostka, potomka polskich migrantów, żyjących w Wielkiej Brytanii od czasów II WŚ) i widać to w toku akcji. Dotyczy to również Jacksona Lamba, który choć traktuje wszystkich pogardliwie, delikatnie mówiąc, to jednak troszczy się o swoich ludzi. Było to widoczne w poprzednich częściach, ale nie na taką skalę. Do tego sporą dawkę emocji wywołały u mnie śmierci agentów, co nie będzie żadnym spoilerem, bo autor napisał o tym już w prologu na pierwszych kilku stronach. Kolejną różnicą w porównaniu do poprzednich tomów jest mniejsza skala sprawy, którą zajmują się Kulawe konie. Dotychczas były to sprawy w jakiś sposób zagrażający państwu, tutaj jest to sprawa mniejszego kalibru, nie mniej nadal jest to wciągająca fabularnie intryga.
Co do podobieństw, nadal mamy dużo akcji szpiegowskiej, zwłaszcza w terenie. Do tego nietypowy styl Micka Herrona, który swoją unikalnością buduje niepodrabialny klimat brytyjskich służb specjalnych.
Nie uważam "Joe Country" za najlepszą powieść w tej serii, ale to bardzo dobra książka. A z tego co czytałem na Goodreads to najlepszy tom jeszcze przed nami.
Więcej moich recenzji znajdziecie na Instagramie @chomiczkowe.recenzje, gdzie serdecznie zapraszam.
Współpraca recenzencka z @insignis_media
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toQ: Po ilu latach czekania na kolejny tom serii znudzilisbyście się i odpuścili?
Dziś nie o "Grze o tron", a o "Kulawych koniach" od Micka Herrona. Dużo czasu minęło między polskim wydaniem 5., a 6. tomu, ale w końcu się doczekałem. Nie planowałem porzucać tej serii, ale przyznam, że powoli traciłem nadzieję w ciągu tych dwóch lat....
Ta seria to fenomen na rynku współczesnych thrillerów szpiegowskich. Zamiast blichtru Jamesa Bonda dostajemy tu biurową zgniliznę, deszczowy Londyn i grupę agentów MI5 zesłanych na zawodową emeryturę za spektakularne wpadki. Nad tą bandą nieudaczników, zwanych "Kulawymi Końmi", czuwa Jackson Lamb – postać absolutnie wyjątkowa: genialny strateg ukryty w ciele obleśnego, wiecznie bekającego i palącego jak smok gbura. "Joe Country", szósty tom cyklu, to książka, która nie tylko podtrzymuje mistrzowski poziom serii, ale także pogłębia jej emocjonalny ciężar, udowadniając, że Herron jest prawdziwym mistrzem gatunku.
W #joecountry fabuła przyspiesza i nabiera bardziej osobistego tonu. Bohaterowie zostają wciągnięci w niebezpieczną misję na prowincji Walii, gdzie stawką jest życie młodego chłopaka powiązanego z ich światem. Herron pokazuje, że wśród wszystkich złośliwych docinków i groteskowej bezradności tych „wygnanych” agentów, kryje się jednak prawdziwe poczucie lojalności i więzi, która choć dziwaczna oraz toksyczna, to jednak autentyczna i szczera. Lamb choć o każdym „kulawym koniu” wypowiada się pogardliwie, to jednak przejmuje się losem każdego z nich i jest w stanie tropić każdego kto skrzywdził jego podwładnego.
W tej części Herron utrzymał klimat powieści, jako ponurej satyry na brytyjski wywiad, jednak bardziej rozwinął wymiar psychologiczny i emocjonalny skupiając się na dramatach osobistych bohaterów. W „Joe Country” jest nie tylko groteska, ale też realny ból, ostracyzm, współczucie, determinacja, strata bliskiej osoby, poczucie winy. Wybrzmiewa też nieuchronność starzenia się i przemijania, a Lamb mimo swojej obleśności staje się też bardziej troskliwy i zżyty z zespołem.
Dla mnie ta część podobała się tak samo jak pierwsza, a może nawet bardziej, bo mogłam w niej znaleźć więcej tej głębi psychologiczno-emocjonalnej, której szukam w książkach.
Gorąco polecam wszystkim fanom serii, ale też miłośnikom niekonwencjonalnych thrillerów szpiegowskich, satyry na służby wywiadowcze, dobrej lektury na jesienny wieczór.
Ta seria to fenomen na rynku współczesnych thrillerów szpiegowskich. Zamiast blichtru Jamesa Bonda dostajemy tu biurową zgniliznę, deszczowy Londyn i grupę agentów MI5 zesłanych na zawodową emeryturę za spektakularne wpadki. Nad tą bandą nieudaczników, zwanych "Kulawymi Końmi", czuwa Jackson Lamb – postać absolutnie wyjątkowa: genialny strateg ukryty w ciele obleśnego,...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to