Przepełniony oświeceniowymi ideałami młody arystokrata wierzy w rozum i wolną wolę człowieka, ale coś od początku mówi, że to wstęp do czegoś złego podczas jego podróży niewolniczym statkiem do Indii Zachodnich w 1794 r.
Smutna a prawdziwa książka o naturze człowieka przy zderzeniu ideałów – deklarowanych, dodajmy, bo bynajmniej nie uwewnętrznionych - z brutalną rzeczywistością.
Przypowieść jest lekko a perfidnie stylizowana na oświeceniową powiastkę o starym, jak sam świat schemacie: najpierw bunt, racjonalizacja, słabnięcie sprzeciwu, w końcu przystosowanie i współudział. Uniwersalny mechanizm wszelkich ludzkich podłości w działaniu.
Początkowo Malte Moritz von Putbus jest oburzony niewolnictwem, potem stopniowo przestaje widzieć w nieszczęśnikach ludzi. Tak bardzo dostosowuje się do sytuacji, że nie cofa się przed przemocą seksualną wobec czarnej niewolnicy, która mu wpadła oko, co jest wstępem do…
Ale to już trzeba samemu doczytać, by przekonać się, ze moralna degrengolada nie ma dna nawet na najgłębszym oceanie.
Niezwykle wartościowa to książka (choć na pewno nie dla wszystkich), zwłaszcza ze nie epatuje łatwym moralizatorstwem w stylu późnego Zanussiego.
Pomijamy tu oczywiście naiwne złudzenia wobec samego siebie, które – na początku - żywi bohater. Notabene szybko daje się on poznać jako wybitny kabotyn. Jego famulusi jeszcze lepsi, świetne są ich tylko lekko zarysowane postacie. Nie do zapomnienia rola hiszpańskiego zakonnika (kojarzył mi się ze swym odpowiednikiem z „Imienia róży”).
W swej przemyślnie skonstruowanej powieści – ma ona formę pamiętnika naszego arystokraty - Sven Delblanc wielu rzeczy nie dopowiada, każąc nam się ich domyślać, co jeszcze mocniej wpływa na jej odbiór. Na mnie wywarła ona olbrzymie wrażenie, a wszak nie jestem odbiorcą „utulających” książek.
Wiele, wiele lat temu słuchałem tej pozycji, gdy ją fragmentami czytano w „Trójce” - przez te wszystkie lata jakoś nie było okazji, by po nią sięgnąć. A warto było.
Cytaty tylko takie do strawienia…..
„Hołdowaliśmy zasadom rewolucji francuskiej, takim, jak wyglądały one w pierwszych dniach upojenia wolnością, zanim zaczęto się skłaniać do pewnych naruszeń w kwestii prawa prywatnej własności i cielesnego bezpieczeństwa wielkich osobistości”.
„Wysłano mnie na rok wygnania do Indii Zachodnich. O szaleństwo! Czy myśleli może, że nowy klimat przytłumi mój płomień wolności? Ach, nie. Widzę w tej podróży tylko pożądaną próbę”.
„O, jaka błogość być młodym w świetle poranka na morzu! Doprawdy, to wielka rzecz żyć i płynąć pod wypełnionymi sztormem żaglami do kraju wolności!”.
„O, jakim arcydziełem jest człowiek! Jak szlachetnym w rozumie! Jak nieskończonym w swoich uzdolnieniach! W swoich czynach jak podobnym do anioła, w swoich myślach jak podobnym do Boga!”.
„I wtedy właśnie poczułem pierwszy raz odór buchający z ładowni Speranzy, niczym zepsuty oddech z czworokątnej gardzieli, dziwną i przerażającą woń zgnilizny, ludzkich odchodów i śmierci”.
„Straszliwa prawda sprawiła, że stałem jak skamieniały (…). To więc było celem mojego pragnienia wolności – by płynąć na pływającym więzieniu niewoli. Statek niewolniczy. Było to uczucie bolesne ponad wszelkie opisy”.
„ - Nie chcemy mieć nic do czynienia ze Speranzą. Płyniemy, ale zakładamy protest!
- Popatrzcie, to brzmi wygodnie dla sumienia, on płynie, ale zakłada protest…. A pan hrabia jest równie godny szacunku?
- Łatwo kpić, panie nadlekarzu, ale tak się zdarzyło, że ja już jestem na Speranzy i nie mam wyboru.
- (…) Te lube słowa, jak balsam na sumienie: nie mam wyboru. (…) Zawsze ma się wybór. Nie ma niczego, na co można zwalać winę. (…) A teraz wyczekuje pan tylko na stosowną okazję, żeby wyskoczyć za burtę, aby przez to wykazać swoją surową moralność”.
„Chcę zwrócić niewolnikom wolność. To prawda, moja sytuacja pieniężna jest bardzo napięta, ale w najgorszym razie będą musieli wziąć rewers na brakującą sumę.(…) Będą musieli całkiem po prostu zawrócić Speranzę i wrócić do Afryki, by potem wypuścić niewolników na wolność.
„- Nie może pan przecież odrzucić ludzkiej tęsknoty do wolności…
- Madonna! Tak, jakby ludzka tęsknota do podporządkowania się i niewolnictwa nie była równie potężną siłą”.
„Muszę zobaczyć to nieszczęście, muszę patrzeć i patrzeć. I dziwna rzecz - człowiek się przyzwyczaja! Gdy już przezwyciężyłem pierwszą odrazę, te sceny zaczęły mnie frapować niezwykłością! Nic, co ludzkie, nie powinno być mi obce. Nie wolno mi zamykać oczu na rzeczywistość. Muszę widzieć”.
„Nieczystość ludzkich małp drażni mi nozdrza zapachem śmierci, wzbudza obrzydzenie i grozę, nadżera coraz bardziej moje człowieczeństwo. Te istoty nie są już ludźmi, zmieniają się pod moim wzrokiem w zwierzęta i trzeba zaiste boskiej miłości, by życzyć im tej wolności, której oni sami wydają się już nie pragnąć”.
„Nic nie jest stałe. Nawet gwiaździste niebo nad moją głową. Nie ma niczego stałego”.
„Wszystko ucichło, z wyjątkiem podziemnych westchnień niewolników, odległych jak odgłos dalekiego przyboju”.
„Hoffmann przyprowadził ją tu o zmierzchu, była naga, odziana tylko w żółtą chustkę na głowie, Eva, Afrodyta nocy, nareszcie moja własność, nareszcie moja…”.
„Rozkosz ponad wszelkie opisanie…. Jestem wreszcie mężczyzną! Zabrano ją o północy. I dobrze się stało. Nie do pomyślenia, żeby mogła mieszkać tu, w kajucie.
„Kiedy wówczas bredziłem o wolności, nie miałem doprawdy pojęcia o tej bardzo skomplikowanej rzeczywistości, którą znajdę tu, na Speranzy. Teraz dojrzałem”.
„Wolność, równość i braterstwo, hasła, które być może mogą obowiązywać w uporządkowanym społeczeństwie, takie to hasła chce on wciągnąć jak flagę na Speranzę. To więcej niż głupie, to zagraża życiu!”.
„Bunt zaczął się podczas psiej wachty, kiedy Speranza była słabo obsadzona załogą. (…) Okrucieństwo? Tak, bezsprzecznie. Ale jak okazywać miłosierdzie w czasach takich, jak te? Miłosierdzie, gdy społeczność znajduje się w kryzysie i walczy o życie? (…) Będzie czas na łagodność, kiedy zostanie przywrócony porządek”.
„Ale nawet miłosierdzie może być przecież przesadne”.
„Musi być jakiś sens w tym, co się dzieje tu, na Speranzy, sens wszystkich tych ofiar. Bez nadziei, że coś ma sens, nie mogę żyć”.
„To nie był przypadek, że Evę wybrano jako jedną z trzech ofiar, to głowa wiedźmy spadła pod toporem, poniosła ona zasłużoną karę”.
„Nie jestem już więcej sam, nie jestem kimś innym, nie, teraz jestem jednym z nich, jednym z nas!”.
„Nadzwyczaj trudno rozważyć między surowością, która karze i oczyszcza, a taką, która tylko zgładza”.
„Może najlepiej jest tak, jak jest. Nie rezonować”.
„Prowiant kończy się. (…) Kapitan Ferreo przygotował nas na pewne niezwykłe środki zaopatrzenia. Ważne jest zwalczanie starych przesądów. (…) Przymusowe karmienie, jeśli nie można inaczej. Smak jest mdły, ale można go łatwo znieść”.
„Jak mogłem żyć tam niegdyś i jak mogłem tęsknić, aby tam wrócić. No, teraz nie ma już żadnego powrotu. Kto raz wszedł na pokład Speranzy, nigdy nie wraca”.
Opinia
Trudna wymagająca książka, jedno czytanie nie wystarczy. Chwilami bardzo mocna, nagłe przeskoki czasowe, które sprawiały, że miałem wrażenie jakbym czytał książkę, pisaną przez kogoś wstanie wskazującym, ale też hipnotyzująca, nie pozwalająca się od niej oderwać. Warto przeczytać i to nie raz, żeby lepiej zrozumieć.
Trudna wymagająca książka, jedno czytanie nie wystarczy. Chwilami bardzo mocna, nagłe przeskoki czasowe, które sprawiały, że miałem wrażenie jakbym czytał książkę, pisaną przez kogoś wstanie wskazującym, ale też hipnotyzująca, nie pozwalająca się od niej oderwać. Warto przeczytać i to nie raz, żeby lepiej zrozumieć.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to