Na końcu wchodzą ninja

Okładka książki Na końcu wchodzą ninja
Sasza Hady Wydawnictwo: Soda Studio kryminał, sensacja, thriller
520 str. 8 godz. 40 min.
Kategoria:
kryminał, sensacja, thriller
Format:
papier
Data wydania:
2015-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2015-01-01
Liczba stron:
520
Czas czytania
8 godz. 40 min.
Język:
polski
ISBN:
9788394355401
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Na końcu wchodzą ninja w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Na końcu wchodzą ninja

Średnia ocen
7,1 / 10
29 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
124
26

Na półkach: ,

Sasza Hady umie pisać. Nie jest to jakimś przesadnym zaskoczeniem, w końcu wszyscy czytaliśmy "Trupa z Nottingham" i "Morderstwo na mokradłach". W każdym razie Sasza Hady naprawdę umie pisać i napisała bardzo przyjemną powieść obyczajową o pracy w gamedevie. Świetnie się czyta, klimat jest podobny do "Wszyscy jesteśmy podejrzani" Chmielewskiej, środowisko jest bardzo wiarygodnie nakreślone. Jedyny minus to liczba podobnych do siebie bohaterów, w trakcie lektury miałam silne wrażenie, że znowu oglądam "Gosford Park". "Na końcu wchodzą ninja" jest zresztą bardzo "filmowa".

Sasza Hady umie pisać. Nie jest to jakimś przesadnym zaskoczeniem, w końcu wszyscy czytaliśmy "Trupa z Nottingham" i "Morderstwo na mokradłach". W każdym razie Sasza Hady naprawdę umie pisać i napisała bardzo przyjemną powieść obyczajową o pracy w gamedevie. Świetnie się czyta, klimat jest podobny do "Wszyscy jesteśmy podejrzani" Chmielewskiej, środowisko jest bardzo...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

100 użytkowników ma tytuł Na końcu wchodzą ninja na półkach głównych
  • 66
  • 31
  • 3
22 użytkowników ma tytuł Na końcu wchodzą ninja na półkach dodatkowych
  • 11
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki Nowe nadzieje. Zwycięskie opowiadania z „Nowej Fantastyki” Hubert Jan Bereś, Łukasz Borowiecki, Anna Fijałek, Adrianna Filimonowicz, Adam Groth, Sasza Hady, Marek Kolenda, Daniel Kordowski, Rafał Łoboda, Marcin Bartosz Łukasiewicz, Ewa Marczyńska-Goldstein, Michał Puchalski, Magdalena Anna Sakowska, Żaneta Siemsia-Pindur
Ocena 0,0
Nowe nadzieje. Zwycięskie opowiadania z „Nowej Fantastyki” Hubert Jan Bereś, Łukasz Borowiecki, Anna Fijałek, Adrianna Filimonowicz, Adam Groth, Sasza Hady, Marek Kolenda, Daniel Kordowski, Rafał Łoboda, Marcin Bartosz Łukasiewicz, Ewa Marczyńska-Goldstein, Michał Puchalski, Magdalena Anna Sakowska, Żaneta Siemsia-Pindur
Sasza Hady
Sasza Hady
Mieszka i pracuje w Krakowie, ale całe dzieciństwo spędziła w leśniczówce jako szczęśliwy dzikus. Korzeniami sięga do Rzeszowszczyzny; rodzinne legendy Hadych wspominają o elektryzującej domieszce krwi tatarskiej, ale trudno powiedzieć na ten temat coś pewnego. Serce jakiś czas temu zostawiła w Tbilisi.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dom letni z basenem Herman Koch
Dom letni z basenem
Herman Koch
Herman Koch, niderlandzki Houellebecq (albo, po prostu, Herman Koch), pozwala nam spoglądać na nas jego oczyma. To on ukazuje wszelkie zboczenia tam, gdzie rządzi „normalność”. Nie grzmi, raczej prowokuje. Pod pozornym cynizmem jego powieści kryje się głęboka troska o nas samych. W swojej drugiej – po Kolacji – powieści opublikowanej w Polsce pierwsze skrzypce gra Marc Schlosser. Pod wpływem znajomości z pewnym bardzo znanym aktorem (oraz pod wpływem zaproszenia Marca wraz z rodziną do jego letniej rezydencji) dochodzi do wydarzeń tragicznych. Oraz do bolesnej sekcji zwłok. Naszego świata. Główny bohater Domu letniego z basenem – lekarz pierwszego kontaktu, „lekarz wyższych sfer” – Marc Schlosser wykonuje swoją pracę rzetelnie. Poświęca każdemu ze swoich pacjentów po dwadzieścia minut, wszystkim przedstawia dokładnie taką diagnozę, jaką chcą usłyszeć. Zjawiający się u niego nowobogaccy nie oczekują prawdziwej pomocy lekarskiej, ale cudotwórcy, który na wszystko znajdzie receptę, a na pewno – tabletki. Schlosser stoi najbliżej ciała ludzkiego, wydawałoby się zatem, że musi godzić profesjonalizm z empatią. Nic podobnego. Tak naprawdę to pozbawiony wrażliwości cynik. Bo ciało jest brzydkie; wydala; poci się; drży na zimnie; marszczy się pod wpływem wody; blednie i czerwienieje. „Ludzkie ciała i w ubraniu są wystarczająco odpychające. Nie chcę ich oglądać, zwłaszcza tych części ciała, do których nigdy nie dociera światło słoneczne. Fałdów skóry, pomiędzy którymi zawsze jest zbyt ciepło, a bakterie mają pełne pole do popisu; grzybic i miejsc zapalnych między palcami u nóg i pod paznokciami; palców, które coś rozdrapują, palców, które trą aż do krwi…”. Podobnie podwójnie wygląda kwestia jego stosunku do własnej rodziny, do żony – jej obecność nie przeszkadza w planowaniu zdrad i wymyślaniu scenariuszy zdrady. Najprawdopodobniej Koch chciał pokazać zblazowanie i znudzenie świata nim samym. „Świat jest mną znużony, podobnie jak ja nim”, zacytuje Houellebecq na pierwszych kartach Mapy i terytorium. Istotnie, współczesny świat zaproponował aż tyle, że nie wiadomo do końca co wybrać, co jest dobre i właściwe dla człowieka. Zakwestionowaliśmy wszystko, nawet samych siebie – i teraz już tylko straszna nuda. „Znudzeni i zblazowani” podważają także wszelkie towarzyskie konwenanse. Sztuka jest nieciekawa, ale przecież trzeba obejrzeć ją do końca. Wcale nie po to, by wyrobić sobie zdanie, tylko żeby inni nie gadali. Z filmu nic nie rozumiemy, ale można dyskretnie przysnąć, przecież nikt nie zauważy, a zawsze można posnobować znajomością „dzieła”. Przykłady można mnożyć i mnożyć, dochodząc do spraw kluczowych, dotyczących poprawności politycznej czy modelu życia. Koch wskazuje na kolejne dwa wrzody współczesności – formę i banał. Forma, w rozumieniu Gombrowicza, oznacza udawanie, przed sobą i przed pozostałymi. Gra, którą każdy człowiek toczy przede wszystkim z samym sobą, skacze z jednej wysepki na drugą, nie mogąc przy tym odnaleźć siebie. W końcu staje się trywialny i płytki – a otaczająca rzeczywistość wyłącznie mu w tym pomaga, podsuwając kolejne możliwości. Chcesz być sławny, proszę bardzo, musisz tylko zrobić to i to. Chcesz gotować, proszę bardzo. Wszędzie gotowe produkty, przygotowane z chirurgiczną precyzją recepty na egzystencję. Masz depresję? Weź tabletki. Mało jesz? Idź i kup. Masz tysiące ubrań w szafie? Nie szkodzi, kup większą i leć po następne. Nadmiar wyprodukował formę (lub odwrotnie, szukanie źródła nie ma sensu) i kolejny składnik, banał. Człowiek zniknął z pola widzenia, przygnieciony możliwościami. Paradoks wyboru: zakup soku w sklepie. Skazani jesteśmy na poznawanie wszystkiego po łebkach, czytanie coraz to nowych książek (bo o starych po tygodniu nikt nie pamięta, a lektury dziadków czy pradziadków to epoka kamienia łupanego), oglądanie coraz większej ilości filmów. Nie ma czasu na refleksję, w pewnym momencie nie ma już czasu nawet na życie. Od razu zaznaczam – nie traktuję powieści Kocha jako źródła prawd objawionych. Prawdę powiedziawszy, trudno jest powiedzieć w tej materii coś nowego. Jednakże lekkość fabuły i fakt, że „dobrze się to czyta”, pozwala Kochowi na przeniesienie poważnych traktatów socjologicznych w formę wygodniejszą, z fabułą i dialogami. Współczesny świat przyrównuje Koch do dzisiejszego awangardowego teatru – aby zaskakiwać, musi szokować coraz mocniej, oddziaływać na widza skrajnymi środkami. Kicz i przesada przenikają do kolejnych aspektów egzystencji, zatruwając sprawy fundamentalne, jak śmierć. „Podobnie jest z pogrzebami. Te też muszą być przede wszystkim przyjemne. Trzeba na nich móc śmiać się, pić i przeklinać. W innym wypadku to małomiasteczkowe. (…) Wydaje mi się, że radosne pogrzeby weszły w modę jakieś piętnaście lat temu. Różowe trumny, trumny z naturalnego drewna, z wymalowanymi na nich smokami i zębami rekina, trumny z Ikei, trumny plastikowe albo owinięte w worki na śmieci”. Dziwny pęd, maniera do bycia dostrzeżonym, zapamiętanym, ale w oderwany od rzeczywistości sposób. Możliwe, że taka śmierć ma coś rekompensować – może samo upokorzenie zgonu? Ciało wszak zaczyna gnić, śmierdzieć, trzeba więc je przyozdobić, w jakikolwiek sposób śmierć przegonić. Możliwe, że takie traktowanie zwłok ma oswoić zgon i przykryć pewien niepokój: czy ładne opakowanie kryje w sobie smacznego cukierka, czy może w cukierku żyje obrzydliwy robak? Fabuła Kocha przypomina pełny (pełny – bez znanego z filmu zakończenia) reality show z Trumanem Burbankiem – życie jest od początku do końca wyreżyserowane, ustawione, nieprawdziwe. Znany nam świat niderlandzki autor odbija w krzywym zwierciadle; w wyniku tej operacji, wszyscy bohaterowie powieści coś udają, w coś grają. Przypomnę pierwszy z brzegu przykład – główny bohater odgrywa przed sobą i przed światem podwójną rolę, przykładnego ojca i męża oraz dandysa, podrywającego coraz to nowe kobiety. A jego córka? Z zewnątrz poukładana, grzeczna, nieśmiało chwytająca za rękę swojego pierwszego chłopaka (może pierwszego, oprócz ojca). Pod grzeczną fasadą ukrywa się jednak kobieta, która zaczyna mieć swoje potrzeby i u której ciekawość przerasta rozsądek. Ich nieprawdziwość podważa jednocześnie realność świata powieściowego oraz – naszego. Może właśnie w taki sposób odpowiada Koch na jedno z podstawowych pytań dotyczących faktycznego istnienia wszystkiego dookoła. Może to wszystko, tak naprawdę, już umarło, a człowiek pluska się na powierzchni basenu przy letnim domu, nie dostrzegając, że pod nogami nie ma już dna.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na 6 1 rok temu
Kobieta dość doskonała Sylwia Kubryńska
Kobieta dość doskonała
Sylwia Kubryńska
"Kobieta dość doskonała" jest ostatnią książką jaką przeczytałam w marcu. I tego co skrywa w środku było mi trzeba. Ale nie tylko ja. Po reakcjach na story z fragmentami książki śmiało mogę stwierdzić, że większość nas babeczek odnalazła by siebie w tej książce. _ "Nie wstydź się. Nie zasłaniaj rękami ust. Nie rezygnuj z własnych potrzeb. Nie ustępuj. Nie staraj się dopasować. Nie wytrzymuj. Nie oddawaj najlepszej porcji tiramisu żadnemu facetowi, który ma focha, w nadziei, że zobaczysz na jego twarzy uśmiech wdzięczności. Nie zobaczysz. Jego foch jest jego sprawą. Twoją sprawą jest twoje życie." _ Pamiętam swój gniew na społeczeństwo i sprzeciw. Dlaczego chłopiec może krzyknąć "moje jaja", ale dziewczynka już nie. Facet patrzy w lustro i co? I nic! Ja spojrzę w lustro i już widzę zmarszczki, drugi podbródek jezu kolejny siwy włos... Dlaczego to ja mam być tą, która siedzi w garach, z dziećmi, która musi wyglądać jak miss poloni i mieć nieskazitelnie czyste mieszkanie? Czemu temat kobiecości i miesiączkowania jest nadal tematem tabu? I najgorsze. Dlaczego my kobiety same sobie to robimy? I dlaczego wychowujemy tymi bzdurnymi stereotypami nasze córki? Kobiety jesteście wspaniałe! Kobiety jesteście wystarczające! _ #kobietadoscdoskonala autorstwa #sylwiakubryńska jest głosem wielu kobiet. Napisana tak jak jest. Tak, aby dać upust naszym frustracją. Tak, by kończąc każda kobieta mogła powiedzieć "pieprzyć to! Jestem wystarczająca". Robi to używając historii, które zna każda z nas. Opowiada z humorem i ironią jak same siebie ograniczamy i pozwalamy na to innym. Nie raz popłakałam się ze śmiechu podczas lektury i nie raz miałam ochotę cisnąć nią w mojego narzeczonego. Zdecydowanie polecam każdej kobiecie. ❤️
odcieniestron - awatar odcieniestron
ocenił na 8 4 lata temu
Ostatnie słowo Hanif Kureishi
Ostatnie słowo
Hanif Kureishi
Napisać czyjąś biografię to sztuka! A jeśli ta biografia dotyczy znanego, uznanego, cenionego, poważanego, szanowanego, a na dodatek żyjącego pisarza, a właściwie Pisarza, to sztuka ta urasta do rangi wielkiej. A takie właśnie zadanie otrzymał główny bohater Harry od swojego zleceniodawcy. Problem polegał na tym, że wszystkie zaangażowane w jej powstanie osoby, zupełnie odmiennie widziały jej ostateczny kształt, treść, przesłanie i rolę, jaką miała odegrać. Wytworzyła się między nimi gra psychologiczna o to, czyja wersja i zamysł zwycięży, czyje potrzeby zaspokoi i wreszcie, do kogo będzie należało ostatnie słowo w tej walce. Harry był zaszczycony samym otrzymaniem zlecenia. Znał i cenił sobie Mamoona Azama już jako nastolatek. Napisanie biografii tego prozaika, eseisty i dramaturga dawało mu szansę na wyrobienie sobie nazwiska i pozycji biografa, a przy okazji zgromadzenie na koncie bankowym sporej sumy. Przyświecała mu myśl, że „jeśli napisze dobrą książkę, można żyć w jej blasku przez dziesięć lat”. Miał szczery zamiar tego dokonać. Jego biografia miała być rzetelną i obiektywną. Rob Deveraux, ceniony, awangardowy i ekstrawagancki wydawca chciał przede wszystkim zarobić. A prawdziwe pieniądze zarabia się na kontrowersjach, bo „publiczność lubi widzieć swoich artystów – obnażonych, z opuszczonymi spodniami i wystającym tyłkiem, jak odsiadują długi wyrok w ciupie pełnej seryjnych morderców i srają na widoku”. Biografia miała być ekstremalna, z której Mamoon miał się dowiedzieć o sobie, że „był świntuchem, cudzołożnikiem, kłamcą, zbirem i być może także mordercą”. Miała być również nauczką dla Pisarza i formą dowartościowania się wydawcy, który uważał, że talent jednych nie czyni ich lepszymi od innych. Z kolei żona Mamoona nie ukrywała nadziei na ożywienie popularności niszowego Pisarza, który wprawdzie zbierał liczne nagrody i pochwały, ale nie szły za nimi konkretne pieniądze. Książka miała uchronić małżeństwo przed koniecznością wzięcia kredytu pod zastaw. A sam Mamoon był najmniej zainteresowany powstaniem swojej biografii i starał się bardzo, aby utrudnić i zniechęcić Harry’ego do rzeczowych rozmów z nim. Wyznawał zasadę „Mistrza Zhuanga, patrona demencji, który doradzał: „Usiądź i zapomnij”.” Co stało w sprzeczności z interesem Harry’ego, który chciał usiąść i pamiętać, wspominać, zapamiętywać oraz utrwalać. Trudno było pogodzić Harry’emu wszystkie te postawy, cele i oczekiwania, który z ogromną pasją i rzetelnością starał się być solidnym aranżerem efektu końcowego. Ostatecznie znalazł się w środku burzliwych wydarzeń, które skomplikował romans z pomocą domową Julią i przyjazd jego dziewczyny Alice. Narastające napięcie między bohaterami, prowadzące do rozstrzygającego punktu kulminacyjnego nakładających się zdarzeń, rozładowywały inteligentne dialogi, ekstrawaganckie, odważne i ciekawe wypowiedzi oceniające pisarstwo innych i samych pisarzy, celne riposty i wynikające z tego ironia, sarkazm oraz ogromne poczucie humoru autora. Mam wrażenie, że autor zażartował sobie z ludzkiej potrzeby kreowania siebie bez względu na to, jak wygląda „żywa prawda” i kim się jest – zazdrosną żoną, aktualną kochanką, byłą kochanką, złośliwym wydawcą, sprytnym pisarzem, pomocą domową, rzetelnym biografem czy... czytelnikiem. Wszyscy mamy potrzebę kreowania swojego wizerunku w oczach innych i każdy z nas w tym procesie może stać się zabawny, a nawet śmieszny. I nic tego nie zmieni, bo jedno jest pewne – ostatnie słowo nigdy nie będzie należało do nas. Jesteśmy dla innych takimi, jakimi oni zechcą nas widzieć. http://naostrzuksiazki.pl/
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 6 6 lat temu
Zgubiono znaleziono Brooke Davis
Zgubiono znaleziono
Brooke Davis
Zaiste doborowe towarzystwo się tutaj zebrało, daję słowo. Dwoje staruszków, każde ze swoimi "schizami" oraz Millie, siedmiolatka, którą mama "zapomniała" zabrać z centrum handlowego. Millie też ma swoją, powiedzmy, cechę charakterystyczną, otóż bardzo interesuje się śmiercią. Na tyle bardzo, że wypytuje o nią starszego kolegę, a za informacje "płaci" rodzynkami. I na tyle bardzo, że prowadzi swoją własną "Księgę Nieżyłków" w której odnotowuje śmierć różnych stworzeń i wyprawia im pogrzeby, muchom, pająkom, kotom itp. Może nie podzielę aż tak wielkich zachwytów jak "cały świat" nad tą książką (jak informuje okładka) jednak przyznaję, że to bardzo dobra pozycja i czytało się wyśmienicie. Nie, żeby od razu jakieś wielkie arcydzieło, ale książka ma swój niezaprzeczalny urok, a jej siła, moim zdaniem, w dużej mierze bierze się z dialogów. Millie jak każde ciekawe świata, dziecko zadaje mnóstwo, często "trudnych" pytań. Na przykład gdzie idą ludzie po śmierci?. "Do piekła idą wszyscy źli ludzie, tacy jak przestępcy, różni naciągacze i kontrolerzy parkingowi. A do nieba idą wszyscy dobrzy, tacy jak ty i ja, i ta ładna blondynka z „Masterchefa”. - […] A gdzie się idzie, gdy człowiek jest i dobry, i zły? - Co? Nie wiem. Do Ikei?" (str.11) Tak odpowiada tata 😁 Dialogów jest dużo, książka nie powala objętością i ilością stron, więc czyta się szybko. Wprawdzie po zakończeniu, czuję pewien niedosyt. Odniosłam wrażenie, że w pewnym momencie autorce zabrakło pomysłu na ciąg dalszy. To tak jakby przerwać jakąś wypowiedź w środku zdania, machnąć ręką i powiedzieć "aaa nie ważne, nie ma o czym gadać" zrobić w tył zwrot i odejść zostawiając rozmówcę z otwartymi ze zdziwienia ustami. Ale i tak uważam, że warto tę książkę przeczytać, dla samych dialogów i postaci, które wszystkie razem i każda z osobna, są mocno odjechane i nietuzinkowe.👍
Żona_Pigmaliona - awatar Żona_Pigmaliona
oceniła na 7 2 miesiące temu
Robot w ogrodzie Deborah Install
Robot w ogrodzie
Deborah Install
Atmosfera: 9/10 – ciepła, podnosząca na duchu, pełna nienachalnego humoru, podszyta odrobiną życiowej melancholii Tempo: Zmienne - niespieszne, senny początek płynie przechodzi w dynamiczną opowieść drogi Styl autorki: Lekki, przystępny i niezwykle plastyczny, piszę z dużą empatią dla swoich bohaterów, sprawnie operując komizmem sytuacji Tematyka: syndrom Piotrusia Pana, kryzys małżeński i tożsamościowy, przyjaźń wykraczająca poza schematy, oswajanie dorosłości i nauka odpowiedzialności Gatunek: Współczesna literatura obyczajowa z elementami sience fiction Zakończenie: optymistyczne, satysfakcjonujące emocjonalnie, domykające główne wątki (choć opierające się na dość przewidywalnych schematach) Poziom trudności: Niski – niewymagający, relaksacyjny, angażująca lektura na weekend, nie przytłacza ciężarem formy ani treści Z pozoru debiutancka powieść Deborah Install zapowiada się jako kolejna lekka wariacja na temat relacji człowieka ze sztuczną inteligencją. Jednak pod płaszczykiem uroczej historii o zardzewiałym androidzie, „Robot w ogrodzie” kryje uniwersalną opowieść o ucieczce przed dorosłością, kryzysie tożsamości i mozolnym procesie naprawiania własnego życia. Install udowadnia, że literatura typu feel-good może być nie tylko rozrywkowa, ale i zaskakująco przenikliwa. Główny bohater, Ben Chambers, to uosobienie współczesnego Piotrusia Pana. Jest trzydziestokilkuletnim mężczyzną, który po odziedziczeniu rodzinnego majątku stracił cel w życiu. Dni spędza w szlafroku, unikając odpowiedzialności, co nieuchronnie prowadzi do rozpadu jego małżeństwa z ambitną Amy. Z marazmu wyrywa go dopiero tytułowy gość – Tang. To przestarzały, pordzewiały i wyjątkowo irytujący robot, który pewnego ranka pojawia się w ogrodzie Bena. Zamiast oddać maszynę na złom, Ben podejmuje zaskakującą decyzję – postanawia odnaleźć twórcę Tanga i naprawić usterki mechanicznego przyjaciela. Ta decyzja staje się katalizatorem klasycznej opowieści z motywem drogi, która zabierze duet z angielskiej prowincji, przez słoneczną Kalifornię, aż po neonowe Tokio. Największą siłą powieści Deborah Install nie jest fascynacja technologią, lecz skupienie się na ludzkiej i nieludzkiej psychice. Tang przypomina bardziej zbuntowane, kapryśne i zagubione dziecko niż zaawansowaną sztuczną inteligencję. Jego usterki – fizyczne i systemowe – stają się czytelną, choć wdzięczną metaforą emocjonalnego napięcia samego Bena. Autorka z niezwykłym wyczuciem buduje dynamikę między tą dwójką. Ben, naprawiając Tanga i troszcząc się o jego bezpieczeństwo w obcym świecie, po raz pierwszy w życiu musi przejąć stery. To proces bolesny, pełen frustracji, ale ostatecznie oczyszczający. Autorka unika moralizatorskiego tonu, ewolucja bohatera jest wiarygodna właśnie dlatego, że potyka się on na każdym kroku. Największym atutem powieści jest bez wątpienia kreacja samego Tanga. Robot jest postacią wielowymiarową, rozbrajającą i kradnącą każda scenę, a jego specyficzny sposób komunikacji oraz postrzegania świata generują naturalny, nienachalny komizm. Autorka wykazuje się również doskonałym wyczuciem w balansowaniu tonacji – zręcznie przeplata humor wynikający ze zderzenia dwóch nieprzystosowanych do życia jednostek z momentami szczerego wzruszenia. Dodatkowo, osadzenie akcji w konwencji motywu drogi gwarantuje dużą płynność narracji. Zmieniające się dynamicznie lokacje nadają historii świetne tempo, dzięki czemu lektura po prostu nie nudzi. Powieść, jak przystało na debiut, nie ustrzegła się jednak pewnych potknięć. Najbardziej rzuca się w oczy przewidywalność samej intrygi. Fundament fabularny opiera się na dobrze znanych i chętnie eksploatowanych schematach literatury obyczajowej, przez co uważny czytelnik dość szybko domyśli się ostatecznego finału perypetii Bena i Amy. Pewien niedosyt pozostawia również budowa drugiego planu. Postacie poboczne momentami wydają się nakreślone zbyt grubą kreską, pełniąc funkcję jedynie fabularnego tła, mającego za zadanie wyłącznie uwypuklić wewnętrzną ewolucję głównego bohatera. „Robot w ogrodzie” to czarująca, ciepła i mądra książka o tym, że nigdy nie jest za późno na to, by dorosnąć – nawet jeśli do przebudzenia potrzebujemy irytującego kawałka złomu. Deborah Install stworzyła powieść, która uderza w odpowiednie struny emocjonalne bez uciekania się do taniego sentymentalizmu. To idealna propozycja dla czytelników szukających literatury podnoszącej na duchu.
DarkM00n - awatar DarkM00n
ocenił na 7 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Na końcu wchodzą ninja

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Na końcu wchodzą ninja