Królowa śniegu

Okładka książki Królowa śniegu
Michael Cunningham Wydawnictwo: Rebis Seria: Salamandra literatura piękna
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Salamandra
Tytuł oryginału:
The Snow Queen
Data wydania:
2014-10-30
Data 1. wyd. pol.:
2014-10-30
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788378185710
Tłumacz:
Jerzy Kozłowski
Średnia ocen

                5,7 5,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Królowa śniegu w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki  Królowa śniegu i



Przeczytane 1096 Opinie 48 Oficjalne recenzje 165

Opinia społeczności książki  Królowa śniegu i



Książki 3118 Opinie 187

Oceny książki Królowa śniegu

Średnia ocen
5,7 / 10
189 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
58
34

Na półkach: ,

Oczko wyżej niż mdłe i źle wywarzone "Nim zapadnie noc". Niby klasyczny Cunningham, niby czegoś zabrakło. Ale po kolei:

Dwóch braci, każdy z nich na życiowych wybojach. Ich historie boostowane są kobiecymi postaciami: umierającą żoną i najlepszą przyjaciółką. Do tego nawiązania do baśni Andersena i coś na pograniczu metafizycznego zdarzenia... Do tego dokładamy flagowe dla Cunninghama "grzebanie" w psychice bohaterów. Czy to przepis na udaną powieść, na poziomie "Z duszy i z ciała" czy "Domu na krańcu świata"? Niespodzianki nie ma - nie.

Niestety w moim przekonaniu postaciom daleko do takich, których można obdarzyć literacką miłością, może jakimiś tam odcieniami sympatii.

Całość wypada jednak jakoś nieprzekonująco a zaangażowanie balansuje na granicy odłożenia książki. Autor nie zbliża się nawet do elektryzujących "Z duszy i z ciała", "Godzin" czy "Domu na krańcu świata". Na szczęście jest to książka do przeczytania na raz. Nawiązanie do tytułowej "Królowej śniegu" nie zauroczyło, może powinno być z większym naciskiem? Nie wiem. Wiem natomiast, że "Królowa..." jedzie na nazwisku autora i prognozuje jej zaginięcie w odmętach literackich średniaków.

Oczko wyżej niż mdłe i źle wywarzone "Nim zapadnie noc". Niby klasyczny Cunningham, niby czegoś zabrakło. Ale po kolei:

Dwóch braci, każdy z nich na życiowych wybojach. Ich historie boostowane są kobiecymi postaciami: umierającą żoną i najlepszą przyjaciółką. Do tego nawiązania do baśni Andersena i coś na pograniczu metafizycznego zdarzenia... Do tego dokładamy flagowe dla...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

578 użytkowników ma tytuł Królowa śniegu na półkach głównych
  • 306
  • 263
  • 9
107 użytkowników ma tytuł Królowa śniegu na półkach dodatkowych
  • 86
  • 4
  • 4
  • 4
  • 3
  • 3
  • 3

Tagi i tematy do książki Królowa śniegu

Inne książki autora

Michael Cunningham
Michael Cunningham
Cunningham wychowywał się w Pasadenie w Kalifornii. Studiował literaturę na Uniwersytecie Stanforda, gdzie uzyskał tytuł licencjata, później uczył się na Uniwersytecie Iowa, gdzie zdobył stopień magisterski. Podczas pobytu w Iowa publikował krótkie opowiadania w "The Atlantic Monthly" i "Paris Review". Jego opowiadanie "White Angel" – część pierwszej książki Cunninghama – "Dom na krańcu świata" – zostało w 1989 opublikowane na łamach "The New Yorker" i wybrane do antologii najlepszych opowiadań amerykańskich "Best American Short Stories". W roku 1993 otrzymał Stypendium Guggenheima, a w 1998 National Endowment for the Arts Fellowship. W 1995, kiedy ukazała się jego druga książka – "Z ciała i z duszy", zdobył nagrodę literacką Whiting Writers Award. W 1998 wydał trzecią książkę – "Godziny", która jest uznawana za jego najlepsze dzieło. "Godziny" otrzymały wiele prestiżowych nagród, m.in. Pulitzera, PEN/Faulkner Award i Gay, Lesbian, Bisexual, and Transgendered Book Award. Cunningham wykłada na Fine Arts Work Centre w Provincetown i na Brooklyn College. "Godziny" i "Dom na krańcu świata" zostały zekranizowane. "Godziny", film z roku 2002, wyreżyserował Stephen Daldry, a główne role zagrali: Meryl Streep, Julianne Moore, Nicole Kidman i Ed Harris. Obraz otrzymał 9 nominacji do Oscara, ostatecznie zdobył 1 statuetkę (Nicole Kidman za rolę pierwszoplanową). "Dom na krańcu świata" wyprodukowała w 2004 wytwórnia Warner Independent Pictures, scenariusz do filmu napisał sam autor, reżyserem był Michael Mayer, w rolach głównych wystąpili Colin Farrell, Robin Wright Penn i Dallas Roberts oraz Sissy Spacek. W roku 1993 otrzymał Stypendium Guggenheima, a w 1998 National Endowment for the Arts Fellowship. W 1995, kiedy ukazała się jego druga książka – "Z ciała i z duszy", zdobył nagrodę literacką Whiting Writers Award. W 1998 wydał trzecią książkę – "Godziny", która jest uznawana za jego najlepsze dzieło. "Godziny" otrzymały wiele prestiżowych nagród, m.in. Pulitzera, PEN/Faulkner Award i Gay, Lesbian, Bisexual, and Transgendered Book Award.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Żaby Mo Yan
Żaby
Mo Yan
Świetna książka chińskiego noblisty. „Żaby” to powieść obyczajowa bardzo odważna w swojej wymowie, bowiem zawiera krytykę chińskiej kontroli narodzin czyli polityki jednego dziecka, którą wymusza się poprzez aborcje i sterylizację. To na pewno temat wywołujący wiele kontrowersji i do dyskusji. Zagadnienie ciekawe, ale tutaj liczy się też jego wykonanie a Mo Yan ma tak bogatą wyobraźnię i potrafi wszystko tak obrazowo opisać, że poszczególne sceny niemal przewijają się nam przed oczami. Nie brak tu dramatyzmu, napięcia czy też zachwytu życiem, opisanym z wszystkimi blaskami i cieniami. Bohaterowie to postacie niejednoznaczne, postrzegamy je poprzez ich czyny i bynajmniej nie ma tu osób kryształowych więc do nas należy wybór czy je potępiamy czy akceptujemy takimi jakimi są. Wydarzenia opisane są z perspektywy mężczyzny zwanego Biegaczem, ale zdecydowanie najwięcej zamieszania wywołuje tu jego ciotka, która jest położną i która wykonuje też zabiegi aborcji. Te tematy kojarzą mi się z „Regulaminem tłoczni win” Johna Irvinga, którym Autor na pewno się inspirował. A skąd tytuł „Żaby”? Naturalnie chodzi o małe zielone płazy, które co jakiś czas przewijają się na kartach książki, są takim lejtmotivem całości. Co mnie zachwyciło w tej opowieści? Wielowymiarowość. Mimo, że Mo Yan ogranicza się tak naprawdę do opisu małej grupy osób, to ich wzajemne relacje są mocno skomplikowane i na ich przykładzie pokazana jest złożoność ludzkiego charakteru. Moim zdaniem opisana po mistrzowsku. Polecam. Ocena maksymalna (arcydzieło).
ucho_igielne - awatar ucho_igielne
ocenił na 10 1 rok temu
Nim zapadnie noc Michael Cunningham
Nim zapadnie noc
Michael Cunningham
To jest książka, którą ratowałabym z płonącego domu. Raz zdarzyło mi się ją komuś pożyczyć i dopóki do mnie nie wróciła czułam niepokój, chciałam, by już wróciła na półkę. Cunningham po swojej nagrodzonej Pulitzerem powieści „Godziny”, w której ukazał życie trzech kobiet, w różnych epokach, na przestrzeni jednego dnia, zyskał miano specjalisty od powieści o krótkim horyzoncie czasowym. Tworzone przez niego historie mają jednak znacznie większy ciężar gatunkowy niż lot muszki jednodniówki. Książkę otwiera cytat z Rilkego – „Albowiem piękno jest tylko przerażenia początkiem”. I to nas bardzo ładnie usadza w pierwszym rzędzie kameralnego, rodzinnego dramatu ludzi wiodących ustabilizowane życie w przestronnym lofcie nowojorskiego Soho. Peter jest marszandem sztuki, jego małżeństwo z Rebeccą działa jak dobrze naoliwiony mechanizm, dni płyną im w jednostajnym rytmie, bez gwałtownych szarpnięć i hamowań. Do czasu, gdy młodszy brat Rebekki wprowadza się do nich, by zerwać z narkotykową przeszłością. Głębia analizy życia wewnętrznego bohaterów zabiera nas w rejestry najwyższego piękna i totalnego rozpadu. Symboliczny jest tu wątek słynnej instalacji Damiena Hirsta przedstawiającej żarłacza białego w ogromnym akwarium wypełnionym formaliną, pod wiele mówiącym tytułem: „Fizyczna niemożliwość śmierci w umyśle istoty żyjącej.” To, co myśli Peter patrząc w akwarium w MET dostarczyłoby materiału do analizy zastępom specjalistów od terapii psychodynamicznej. Ten rodzinny dramat oszczędza nam okołorozwodowych didaskaliów, bo rozgrywa się w warstwie głębokiej autoanalizy głównego bohatera, w sferze możliwości i pytań, które stawia sobie większość z nas wchodząc w smugę cienia. Co by było, gdyby…? Nocny spacer Petera po Nowym Jorku, jest dla mnie najpiękniejszą, bo nie pozbawioną autentyczności i brzydoty, wielozmysłową wycieczką nie tyle w trzewia miasta, co w głąb samego siebie.
Magda Maskiewicz - awatar Magda Maskiewicz
ocenił na 9 2 miesiące temu
Middlesex Jeffrey Eugenides
Middlesex
Jeffrey Eugenides
Ta książka mogłaby spokojnie być o 200 stron krótsza. Jakby tak wyciąć zbyt dłużące się dygresje i kompletnie nieistotne fragmenty (np. o pracy Desdemony dla tego pseudo-kościoła - co to w ogóle było, po co?), to czytałoby się lżej. Denerwuje mnie to, że było mnóstwo takich sytuacji - misternie budowanych wątków, co do najmniejszego detalu, żeby finalnie okazało się to zbędne, nieistotne lub umarło śmiercią naturalną. Dla mnie najlepszy fragment dotyczył romansu z Przedmiotem. Przypomniał mi się okres gimnazjum i - tu apel do rodziców - jeśli się wam wydaje, że 14/15-latek nie myśli o seksie lub niczego nie robi w tym kierunku, to jesteście bardzo naiwni. Czuję, że po tej lekturze ja i moi rówieśnicy jesteśmy z czasów swojej młodości totalnie rozgrzeszeni. Konstrukcję głównego bohatera uważam za całkiem udaną, widać, że książka powstała jeszcze przed czasami hiper-poprawności politycznej, co jest bardzo na plus. Trochę w tej perspektywie hermafrodyty nie pomaga język polski, który jednak rozróżnia rodzaje. Z tego tytułu ciężko było oswoić się z myślą, że Tessie od razu zaczęła mówić do córki per "on". Myślę, że ten Pulitzer wynika głównie z kontrowersyjnego tematu (jak na wczesne lata 2000). Stylistycznie przystępnie, ale jakoś mi się dłużyła cała lektura, nie miałam takiego uczucia, że nie mogę się oderwać. Wręcz przeciwnie, niekiedy się zmuszałam.
Karusia - awatar Karusia
oceniła na 7 3 dni temu
Intryga małżeńska Jeffrey Eugenides
Intryga małżeńska
Jeffrey Eugenides
Właśnie skończyłam czytać. To było moje pierwsze zetknięcie z pupilem czytelników zza wielkiej wody, Jeffreyem Eugenidesem. I o ile ja jego fanką nie zostanę, o tyle zapamiętam jego powieść jako tę, przy której zdarzało mi się czuć nieodpartą pokusę, aby chwycić za zakreślacz i zacząć po niej mazać kolorem, choć zazwyczaj jestem zagorzałym przeciwnikiem traktowania książek w ten sposób. Krótko, rzecz traktuje o nim, o niej i o nim, oraz o skomplikowanej (albo banalnej, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia) relacji, w której razem tkwią i nie do końca wiedzą, jak się w niej odnaleźć. Każde z nich próbuje poradzić sobie z tym inaczej, Mitchell odrzucony przez Madeleine szuka ratunku w religii i mistycyźmie, Madeleine ukojenie próbuje znaleźć w patologicznym przeświadczeniu, że jej miłość potrafi uzdrowić Leonarda, a ten, będąc w centrum tego osobliwego trójkąta rozdaje karty między jednym a drugim rzutem choroby maniakalno-depresyjnej, którą u niego zdiagnozowano. Leonard ma nad nimi przewagę, może na więcej sobie pozwolić, więcej zostanie mu wybaczone, bo ktoś, kto kiedyś przeczytał grube książki i zdał autoryzowany przez władzę egzamin, na kartce papieru poświadczył swoim podpisem, że Leonard jest chory psychicznie i jego mózg nie pracuje tak, jak pracować powinien. Kto jednak powinien mieć prawo do tego, aby określać, co jest normalne i pożądane, a jakie zachowania i uczucia powinniśmy eliminować? Czy smutek i agresja, dopóki wymierzane są wyłącznie w samego siebie, a nie zagrażają zdrowiu i życiu innych osób, są zawsze złe? Dlaczego za normalne uznajemy wyłącznie to, co jest typowe dla większości? Może wcale nie jesteśmy tak inteligentni i tolerancyjni za jakich chcielibyśmy uchodzić, skoro z lękiem i obrzydzeniem podchodzimy do tego, co inne i rzadko spotykane? Podobno każdy geniusz, który chodził po naszej planecie, był szaleńcem, u którego z łatwością można by było zdiagnozować jakąś chorobę psychiczną. Może to my – tzw. normalni – powinniśmy w końcu pogodzić się z naszą przeciętnością i dopuścić do siebie myśl, że istnieją jeszcze inne poziomy świadomości, w których nigdy nie będzie nam dane się poruszać? I to wcale nie oznacza, że one są złe. Są po prostu inne. Tekst pochodzi z mojego bloga: http://fochzprzytupem.wordpress.com/2014/04/27/wszyscy-potrzebujemy-pomocy-psychologa/
Przemek1994 - awatar Przemek1994
ocenił na 7 2 miesiące temu
Poczucie kresu Julian Barnes
Poczucie kresu
Julian Barnes
Zaledwie kilka dni temu zżymałem się nad tym, jak bardzo nie podobała mi się powieść "Nie opuszczaj mnie" Ishiguro. Tę książkę (poleconą mi przez AI!) wziąłem więc do ręki z obawą, ale też z nadzieją, że może w najgorszym razie będzie to sentymentalna podróż do świata, którego już nie ma, niczym "Brak tchu" Orwella. Pan Barnes jednak wspina się na wyżyny. Czytając wspomnienia bohatera z lat '60 widzę trochę podobieństw do moich pierwszych randek w latach '90 w Polsce. Jakby to było wczoraj... Refleksje padające z ust postaci są celne i cięte, przystając równie dobrze do historii, jak do ludzkiego życia. O sprawach damsko-męskich mowa tu w sposób bardzo bezpośredni, ale nie przekraczający granic dobrego smaku. Humor wspomnień szkolnych jest uszczypliwy i inteligentny. Przedstawione charaktery są wręcz namacalne - charyzmatyczne lub toksyczne, ale na pewno nie nudne. Emocje są w zenicie - ale jak na zwykłego człowieka, a nie młodego Wertera. Zarówno rozwój akcji, jak i zakończenie zdają się być dalekie od banału (trochę gdzieś tam mi się przypomina "Absolwent"). Autor w przeuroczy sposób pokazuje też dualizm w zachowaniu 60-latka, który przeżywa kwestie dawnych miłości, życia i śmierci, jednocześnie praktycznie myśląc o zakupie jakichś dupereli do domu (i grubości frytek) czy rozwiązując krzyżówki. Sądzę, że jest to jedna z najlepszych książek o dorastaniu i starzeniu się jakie kiedykolwiek przeczytałem. Z dużą ciekawością obejrzę film nakręcony na podstawie tej powieści.
Jacek Z. - awatar Jacek Z.
ocenił na 10 11 dni temu
Matka Makryna Jacek Dehnel
Matka Makryna
Jacek Dehnel
“Boże ciało” Jana Komasy w wersji retro i do tego w kresowym płaszczu. I od filmu o pięć lat starsze. A jeszcze na podstawie historii prawdziwej - sprzed dwóch bez mała stuleci… Słuchamy oto lamentu matki Makryny Mieczysławskiej - przeoryszy klasztoru bazylianek w Mińsku - słanego do uszu arcybiskupa poznańskiego, a opisującego jej dramatyczne losy (prześladowania cerkiewno-carskie, poniżania i tortury, wygnania i liczne golgoty) toczące się na dawnych Kresach Rzeczypospolitej (obecnie pod rosyjskim zaborem) i na rubieży walk prawomyślnej cerkwi prawosławnej (no, nie do końca, bo przecież nie w rycie staroobrzędowym, a po reformach patriarchy Nikona) z jej unickim odłamem (nie mającym się wówczas - jak zaświadczają historycy - wcale za dobrze ani w dziedzinie teologii, ani moralności). Równocześnie zaś śledzimy również pierwszoosobową narrację dotyczącą wdowy po carskim kapitanie-moczymordzie z Wilna i w pewnym momencie orientujemy się, że jakieś drobiazgi z jednej opowieści przenikają do narracji równoległej… Finalnie zaś poznamy jeszcze i historię żydowskiej biedoty wileńskiej i wywodzącej się z niej ubożuchnej dziewuchy, przygarniętej “dla ratowania duszy” przez zakonnice, preparujące służki dla szlacheckich dworów… Historia XIX-wiecznej natchnionej kresowej religijnej hochsztaplerki jest dziś dość powszechnie znana, więc nic tu nie spojleruję. O ile jednak katolicko-narodowa (głównie zresztą emigracyjna) narracja uczyniła z tej prorokini i cudotwórczyni jeden z elementów mesjanistyczno-narodowej mitologii, to po ujawnieniu całej tej mistyfikacji (już w XX wieku) postać popadła we wstydliwe i skrzętnie pielęgnowane zapomnienie. Jacek Dehnel wyciąga tego trupa z szafy narodowych mitów i stawia przed nami w pełnej jego trupiej krasie. I czyni to zaprawdę mistrzowsko. Dostajemy bowiem nie tylko kawał soczystej Literatury o zacięciu narodowo-łotrzykowskim, co również wgląd w naszą narodową i słowiańską duszę, jątrzące zapytanie o stosunek do rodzimej mitologii, przypomnienie wreszcie (nic to, że nie do końca chlubnych) jej przedstawicieli. Prawem twórcy literatury miesza historie prawdziwe i twórcze swe historii uzupełnienia; prawdę z mitem i jeszcze już zupełnie fabularnymi dywagacjami, nie potwierdzającymi się w materiałach historycznych. Dobrze się Makryna odnajduje w emigracyjnym środowisku paryskim, dobrze i wśród samych Francuzów (głównie jednak za aktywną pomocą protektorów, gdyż sama - jako prostaczka - nie potrafiła wypowiadać się poprawnie w żadnym języku, również po polsku ani rusińsku). A trzeba przyznać, że konkurencja między szaleńcami w tej epoce i tym miejscu silna, bo i zwariowani poeci, i natchniony obłędem Towiański… Ale sam książę Czartoryski nie taki znów głupi; inni być może również dość prędko orientują się w niejasnym charakterze opowieści o prześladowanej mniszce. Dobrze nam Dehnel i te narodowe mity dekonstruuje, choć tu już ostrożniej, z jakimś lekko nabożnym szacunkiem. A zorientowani w literaturze odnajdą tu mnóstwo odniesień do również ze szkół znanych poezyi i nie tylko; im kto więcej w szkołach czytywał, tym więcej romantycznych tropów dostrzeże… Piękna proza karmiąca się wcześniejszymi wytworami ducha. Swoją zaś drogą jawi nam się dehnelowska Makryna jako udana emanacja self-made-(wo)mana, która bierze własny swój los i własną historię we własne dłonie i sama steruje swym obrazem w oczach współczesnych. Inna sprawa, czy budowana narracja nie przerasta jej nieco, czy trochę się gdzieś z tych dłoni nie wymyka (czy przewidziała, że będzie musiała zdawać relację przed papieżem?)? Na pewno słusznie przywraca jej postać Dehnel z magazynu wstydliwych mitów narodowych i jednak przywraca godność tej postaci. Mówi o niej ironicznie, ale też pokazuje, że wszystkie swe razy otrzymała, wszystkie blizny ma prawdziwe, wypiła swój kielich goryczy do dna, a czy z ręki Moskala czy mężowskiej podany, to już mniejsza o to. Bardzo to wchodzi w duch feministyczny; bardzo mąci nam łatwość osądu postaci fałszywej zbawczyni narodu… Zresztą narodowe mity dekonstruuje tu Jacek Dehnel w iście mistrzowski sposób, bo do wiedzy dziś już niemal pewnej o głównej dramatu postaci dodaje wiele swojej autorskiej inwencji literackiej. Prowadzi więc bohaterkę jej europejskim szlakiem tułaczym i stawia na jej drodze równie prawdziwe postaci w zaistniałych faktycznie spotkaniach. Ale już treści rozmów, nawet z papieżem, Norwidem czy Mickiewiczem (“wierszopisem kudłatym”), to czysta odautorska literacka licentia poetica. Jest też postać matki Makryny - o czym zaświadczają relacje świadków i dokumenty historyczne - swoistym konstruktem epoki i proto-celebrycką odpowiedzią na emigracyjne zapotrzebowanie na taką postać. Na taką okaleczoną personifikację równie okaleczonej Ojczyzny, na taką martyrologiczną odpowiedź na towiańskie przeanielenie, na jej triumfalny zmartwychwstańczy pochód południem Francji w drodze do Rzymu. Jest też - być może - nieudaną wiadomością słaną księciu Czartoryskiemu do Paryża przez litewskich Tyszkiewiczów (a nieudaną, bo uzyskującą własny głos, własną bujającą opowieść i swój autonomiczny blask)? Powieść jest też apoteozą kresowości, odmalowaną słowem (gwara!), kartografią i klimatem miejsc, które w XX wieku nie wyglądały już “jak za cara” (byłem jako dziecko w latach 80-tych w wymienianych tu Smorgoniach i Mołodecznie - wiem, co mówię). Widzę, że wielu czytelników język zmęczył, czy wręcz pokonał; dla mnie jest on raczej wyrazem mistrzowskiego zagłębienia się Pisarza w materię którą bada, twórczo przekształca i wreszcie przeobraża w słowo na papierze. No i trzeba jeszcze przyznać, że jak mało kto potrafią się chrześcijany między sobą ładnie bawić; o zabawach protestantów z katolikami wiemy wiele, mniej zaś o tych między prawosławnymi moskiewskimi, a unickimi. Jakoś więc wierzono w świecie o popach (biskupach nawet!) osobiście razami karzącymi mniszki celem ich nawrócenia… Wprawdzie nie wszystkie winy Makryna w swych konfabulacjach przypisuje tym, którym powinna, to jednak sumarycznie - coś z rzeczy podobnych w tym czasie i tych stronach się dziewało… Książka po wielokroć przesuwana na dalszą pozycję w czytelniczej poczekalni (nie wiem czego się bałem: książki samej, czy głupiej fascynacji kolejnym - dotychczas szczęśliwie niepoznanym - Pisarzem i kolejnych potencjalnych pozycji dorzucanych na półkę “do przeczytania”?). I tak się zresztą dzieje - już zaopatrzyłem się w kolejne pozycje Autora i już je na półeczkę “do przeczytania”... Samego zaś Pisarza - już po piwerwszej lekturze - stawiam na półce obok nazwisk takich jak Szostak, Huelle, Chwin. Ma coś Dehnel pociąg do stylistyki ikony; tu okładka doskonała, współgra z treścią książki bez mała genialnie! A jest jeszcze i kolejna ikona, tym razem z wpisanym nań samym Autorem, na innej jeszcze książce, którą właśnie dorzuciłem na rosnącą górę pozycji wstydu i marzeń…
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na 9 2 miesiące temu

Cytaty z książki Królowa śniegu

Więcej
Michael Cunningham Królowa śniegu Zobacz więcej
Michael Cunningham Królowa śniegu Zobacz więcej
Michael Cunningham Królowa śniegu Zobacz więcej
Więcej