Dziewczyna jak ocet

Okładka książki Dziewczyna jak ocet autora Anne Tyler, 9788327154392
Logo Lubimyczytac Patronat
Logo Lubimyczytac Patronat
Okładka książki Dziewczyna jak ocet
Anne Tyler Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie Seria: Projekt Szekspir literatura piękna
240 str. 4 godz. 0 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Projekt Szekspir
Tytuł oryginału:
Vinegar Girl. The Taming of the Shrew retold
Data wydania:
2016-06-16
Data 1. wyd. pol.:
2016-06-16
Data 1. wydania:
2017-03-09
Liczba stron:
240
Czas czytania
4 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788327154392
Tłumacz:
Łukasz Małecki
Średnia ocen

                5,2 5,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Dziewczyna jak ocet w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki  Dziewczyna jak ocet i



Przeczytane 3082 Opinie 1329 Oficjalne recenzje 90

Opinia społeczności książki  Dziewczyna jak ocet i



Książki 3841 Opinie 1041

Oceny książki Dziewczyna jak ocet

Średnia ocen
5,2 / 10
252 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
333
271

Na półkach: , , ,

'Poskromienie złośnicy' to moja ulubiona komedia Szekspira, a powieść oto tutaj prezentowana miała być na nowo opowiedzianą, uwspółcześnioną historią wkurzonej na rzeczywistość i swoją w niej rolę Katarzyny M. Niestety coś nie pykło i powstał twór literacki na poziomie telewizyjnego serialu paradokumentalnego 'Dlaczego ja?'.

'Poskromienie złośnicy' to moja ulubiona komedia Szekspira, a powieść oto tutaj prezentowana miała być na nowo opowiedzianą, uwspółcześnioną historią wkurzonej na rzeczywistość i swoją w niej rolę Katarzyny M. Niestety coś nie pykło i powstał twór literacki na poziomie telewizyjnego serialu paradokumentalnego 'Dlaczego ja?'.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

660 użytkowników ma tytuł Dziewczyna jak ocet na półkach głównych
  • 352
  • 302
  • 6
104 użytkowników ma tytuł Dziewczyna jak ocet na półkach dodatkowych
  • 59
  • 14
  • 10
  • 7
  • 5
  • 5
  • 4

Tagi i tematy do książki Dziewczyna jak ocet

Inne książki autora

Anne Tyler
Anne Tyler
Amerykańska pisarka. W 1961 ukończyła studia licencjackie na Duke University. Kontynouwała naukę na Columbia University. Otrzymała National Book Critics Circle Award w kategorii fikcja za książkę Przypadkowy turysta (1985) oraz Nagrodę Pulitzera w tej samej kategorii za powieść Lekcje oddychania (1989). Dwie z jej powieści doczekały się adaptacji filmowej (Obok życia i Przypadkowy turysta), a cztery telewizyjnej.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Dziki łabędź i inne baśnie Michael Cunningham
Dziki łabędź i inne baśnie
Michael Cunningham
Zachwycona nie jestem, nastawiłam się Bóg wie co, bo autor ceniony, napisał "Godziny", na podstawie której powstał świetny film z Nicole Kidman w roli głównej. Nie jest to zła książka, czyta się bardzo szybko, ale to właśnie dlatego czuję pewien niedosyt. Treści są nierówne. Niektóre z baśni w wersji dla dorosłych nie mają większego sensu, w ogóle nawet nie mają tej baśniowej aury, ta magia brzydko miesza się z współczesnością, autor operuje niemalże wyłącznie stereotypami (bo jak młodzież, to wiadomo, kolczyki i tatuaże, jak książę, to wiadomo, kwadratowa szczęka i piękny, że hej), nie mogę mu jednak odmówić posiadania pewnego klucza do odczuć prawdopodobnie każdego czytelnika, może nawet takich przez niego nieodkrytych, Cunningham widzi drugie dno i widzi je dokładnie. Dosyć słabą i niczego ciekawego niewnoszącą współczesną wersją baśni jest moim zdaniem tytułowy "Dziki łabędź", "Baba Jaga" taka średniawa, niegłupia, ale i nie porwała mnie, "Piękny Jaś" mnie bardzo rozczarował, w zasadzie jakbym czytała baśń dla dzieci. "Jej włosy" są zdecydowanie zbyt filozoficznie, nie rozumiem wcale, przerost formy nad treścią. Bulwersująco dobra jest za to "Otruta", w ogóle wiele jest tu ukrytych treści erotycznych, sprytnie przez autora nie tyle dodanych, co odkrytych w oryginalnych baśniach. Boski jest "Karzeł", pięknie nam pisarz pokazuje, że może baśnie, które znamy - znamy dobitnie z jednej perspektywy, a gdyby się tak zastanowić nad motywami postępowania poszczególnych postaci, może okazałoby się, że morał jest zupełnie inny niż nam się wydaje? Romantyczne "Ołowiany, dzielny" jest moim zdaniem pięknym tworem, nowelą opisującą rzeczywistość wielu małżeństw, wierzę jednak w to, że nie każda miłość musi przeżywać kryzysy - może edytuję recenzję w przyszłości, jak przejdę swój. Ładne przeskoki języka mamy - raz jest średniowiecze, raz współczesność, mnie się podoba. "Besie" wzbudziły we mnie chorą ekscytację, aż mi głupio. "Długo/szczęśliwie" zachwyca, to piękna opowieść o normalności, o tym, że każdy jest jakiś i każdy może być szczęśliwy. Bomba na dzisiejsze czasy. Skoro tak wiele baśni mi się podobało, skąd moje narzekanie? Bo skoro tak wiele jest świetnych, to czy warto psuć je tymi średnimi i słabymi? To zawsze pozostawia niedosyt, prowokuje myśli - jak ocenić? Mimo wszystko ocenię wysoko, bo czytało się bardzo przyjemnie, styl jest zatrważająco dobry, a przymiotnika tego użyłam, bo czytelnik nie widzi tego jak czyta, uświadamia sobie po skończeniu, jak pięknie przepłynął przez te wszystkie opowieści. Nie było w tym języku plastyczności, nie było oryginalności, a jednak po przeczytaniu ma się wrażenie "wow, ale to było świetne!". Chętnie przeczytam inne książki autora, chętnie w tej samej tematyce.
Mylengrave - awatar Mylengrave
ocenił na 7 6 lat temu
Przepisy na miłość i zbrodnię Sally Andrew
Przepisy na miłość i zbrodnię
Sally Andrew
Powieść Sally Andrew „Przepisy na miłość i zbrodnie” trafiła do mnie przypadkowo. Zaczęłam ją czytać bez przekonania, ale po około trzydziestu-czterdziestu stronach akcja mnie wciągnęła, by potem trzymać w napięciu do końca, mimo iż nie pędzi ona z zawrotną prędkością. Główna bohaterka, Tannie Maria, mieszka w południowoafrykańskim miasteczku. Jest kobietą po przejściach i wdową, której śmierć męża wcale nie zmartwiła, gdyż mężczyzna znęcał się nad nią fizycznie i psychicznie. Tannie prowadzi w lokalnej gazecie kulinarną rubrykę i bardzo przykłada się do swojej pracy. Uwielbia gotować i wierzy w to, że jedzenie nie tylko zaspokaja głód, ale również koi duszę, a nawet może pomóc kogoś w sobie rozkochać. Pewnego dnia wraz z koleżankami z pracy kobieta zostaje uwikłana w kryminalną intrygę. Postanawia odkryć, kim jest zabójca pięknej kobiety, nie mając świadomości, że w ten sposób wplącze się w niebezpieczną przygodę, a także pozna pewnego przystojnego policjanta… Perypetie Tannie śledzi się z zainteresowaniem, tym bardziej, że nie tylko opowiada ona o swojej codzienności i udziale w śledztwie, ale dzieli się z czytelnikami różnymi przemyśleniami. Nieraz to tematy lekkie, żartobliwe… Innym razem bardzo poważne. Należy do nich przemoc wobec kobiet, która w miasteczku nie należy do rzadkości. Intrygujący jest klimat powieści – momentami, przede wszystkim w drugiej części, przypominała mi ona książki Fannie Flagg, zwłaszcza wówczas, gdy poczucie humoru łączy się z powagą oraz podczas opisów szalonych perypetii bohaterów. Są tu też, zwłaszcza na początku, słabsze fragmenty, jednak całość czyta się przyjemnie i z emocjami. Atmosferę na pewno podgrzewają też ciekawe kreacje postaci oraz nieprzewidywalność akcji.
allison - awatar allison
ocenił na 7 8 miesięcy temu
Księga wieszczb Erika Swyler
Księga wieszczb
Erika Swyler
Dla Eriki Swyler „Księga wieszczb” była debiutem i to dość ambitnym, to muszę przyznać. Pomysł główny był taki – dwie linie czasowe. W tej starszej śledzimy życie obwoźnego cyrku, w którym rolę dyrektora i mentora pełni pan Peabody. Człowiek o nieograniczonej wyobraźni, który nawet z niemowy zrobi przepowiadacza przyszłości, a w niemowlęciu już widzi możliwości zarabiania. Pan Peabody prowadzi coś w rodzaju „dziennika okrętowego”, czyli księgi, w której zapisuje wszystko - co, kto, za ile, kto przyjechał, gdzie byli, czy stało się coś niesamowitego. Do tego szkicuje pomysły na scenografię, występy, czasami jakieś scenki z życia cyrku. W nowszej linii czasowej Simon, młody bibliotekarz bez świetlanej wizji na przyszłość, dostaje od nieznajomego człowieka przesyłkę, a w niej starą, lekko zniszczoną księgę o życiu cyrku. Tą samą? Tą samą! Życie Simona nie jest łatwe. Matka popełniła samobójstwo, kiedy był młody, ojciec w zasadzie zasmucił się na śmierć po jej odejściu i Simon został sam z siostrą i rozpadającym się domem. Dom podmywały fale oceanu, a do tego od lat nikt nawet palcem w nim nie kiwnął. Słowo „ruina” w życiu Simona niejedno ma znaczenie. Czy Simon dziwi się, że księga o cyrkowym życiu trafiła w jego ręce? I tak, i nie. Dziwi go to, że nieznajomy wysłał ją właśnie jemu, ale podobno odszukał związki między jednym z nazwisk, a Simonem, bo w księdze wspomina się o jego babce. Ale Simon wie, że kobiety z jego rodziny od lat miały związek z cyrkiem i występowały jako syreny, które potrafiły przez całe minuty wstrzymać oddech (on też to umie, bo nauczyła go mama). Tym bardziej zadziwiające jest to, że w zasadzie każda z nich umiera, topiąc się, w różnym wieku, ale zawsze wybierają na odejście 24. lipca. A Simon ma siostrę i zbliża się ta data. Czy uda się zdjąć klątwę wiszącą nad kobietami z tej rodziny? Dobry pomysł na powieść? Dobry! Jest specyficzna atmosfera cyrkowych wozów i dawnych czasów, jest mnóstwo o kartach Tarota i przepowiadaniu przyszłości. Współcześnie są bohaterowie, którzy walczą z przeznaczeniem, z problemami, z rodzinną historią. Jest mrocznie, duszno, nieco niepokojąco. Są rodzinne tajemnice. Są dziwne powiązania bohaterów sięgające dziesiątek lat wstecz. To co? 8/10? 9/10 gwiazdek? Niestety, bo wracamy do tego, co napisałam na początku – to był bardzo ambitny pomysł na debiutancką powieść i nie wszystko wyszło tak, jak powinno. 6/10. I przyznam się Wam, że długo zastanawiałam się, co mnie w tej powieści tak męczy. Dość szybko doszłam do wniosku, że po pierwsze nie wszystko jest tam logiczne. Czasami autorka tworzyła kolejny etap historii, a czytelnika zostawiała w stanie: „ale dlaczego?”. Ale dlaczego księga trafia do Simona, musiało być w niej dziesiątki nazwisk, a nadawca stwierdził, że imię babki Simona jest najciekawsze? I wiadomo, że nie, ale nawet nie ma sugestii, że chodzi o coś głębszego. Bo co innego, kiedy czytelnik nie wie, ale ma poczucie, że autor świadomie zostawia go takiego zawieszonego i pełnego podejrzeń, wyjaśni mu później. A tutaj - nie wie i nawet nie ma poczucia, że się dowie. Raczej ma wrażenie, że tak jest, bo tak wymyśliła pisarka, ale dlaczego… Simon rozmawia z sąsiadem i ten jest pełen troski o stan domu, a sekundę później pluje złością, prawie krzyczy na młodego człowieka i nie wiadomo, co się stało, że humor zmienił mu się tak szybko (podobna scena z tak natychmiastowo zmieniającą się atmosferą i nastawieniem jednej z kobiet wobec trupy cyrkowej jest w tej starszej linii czasowej) i można się domyślić, o co chodzi, ale jak na tak gwałtowne zmiany nastrojów, to troszkę za mało zostawić czytelnika z „gołym” dialogiem i domysłami i nie obudować go jakimiś opisami, wyjaśnieniami, nawet tymi spekulacjami, nawiązując do tytułu. Ale warsztatu zabrakło autorce jeszcze w innej kwestii i to chyba nawet bardziej znaczącej. Otóż jej bohaterowie są nijacy, niby tyle w nich emocji, ale napisanie emocjonalnej, poruszającej sceny to sztuka, a tej umiejętności autorce zabrakło i okazuje się, że potencjał był, ale postacie niczego nie wzbudzają w czytelniku. W starszej linii czasowej Swyler stworzyła taką plejadę bohaterów, że aż miło. Każdy z nich to osobowość, potencjalnie… Chociaż przy opisywaniu tych ówczesnych bohaterów i tak jest lepiej. Ale już z tymi współczesnymi jest źle. Są jak bardzo letnia woda w kranie. Bo jeśli o Simonie jedyne, co można powiedzieć to to, że jest marudny, bierny i jakiś taki niezdecydowany, a przecież według opowieści prowadzi badania nad księgą, konferuje z jej nadawcą, robi wszystko, żeby uratować siostrę i zrozumieć rodziców, to znaczy, że jednak coś poszło nie tak. A jeśli nie można wykrzesać z siebie sympatii lub antypatii wobec ludzi, to i cała historia zaczyna być płaska, a momentami wręcz nudna. Czy „Księga wieszczb” to coś, co warte jest Waszego czasu? Nie wiem. Na pewno nie zasugeruję, że macie rzucać wszystko i szukać swojego egzemplarza. Jednak podejrzewam, że osoby, które lubią ten specyficzny klimat podróżujących trup cyrkowych, opisy życia w kolorowych wozach oraz ci, którzy mają słabość do kart Tarota jako znaczącego rekwizytu w opowieści, to te osoby mogą się jednak zainteresować tym tytułem. Na pewno co najmniej spore partie książki (i to pewnie te ze starszej linii czasowej) będą ich zostawiały z miłym poczuciem, że zanurzyli się w świat, który lubią. TA I INNE RECENZJE NA www.intensywni.pl
Intensywni - awatar Intensywni
ocenił na 6 20 dni temu
Biurwa Sylwia Kubryńska
Biurwa
Sylwia Kubryńska
https://pikkuvampyyrinkirjamaailma.blogspot.com/2019/12/220-sylwia-kubrynska-biurwa.html Mam ciekawą przypadłość znajdowania niecodziennych książek zupełnie przypadkowo. Jako że od zawsze pracuję w biurze, a przez dwa lata egzystowałam w urzędzie, temat papierkowej pracy jest mi bliski. Pewnego dnia przeglądając Instagram, zobaczyłam zdjęcie pewnej zielonej książki i pomyślałam, że muszę ją mieć. Sylwia Kubryńska za pomocą "Biurwy" uzmysłowiła mi, co w pracy jest ważne - "żeby nie było spiny i żeby było wiadome". So true. "Biurwa" to relacja kobiety, która zmaga się z urzędniczą posadą. Wiecie, mnóstwo segregatorów, jeszcze więcej pieczątek, ludzie od niczego, inspektorzy do spraw żadnych, powaga urzędu i absurd ważnych sytuacji. Wśród tego wszystkiego nasza bohaterka Ewa - matka dwójki dzieci i partnerka na pół gwiazdka, która o byciu żoną może tylko pomarzyć. Autorka w krzywym zwierciadle przedstawiła pracę w urzędzie, co doskonale rozumiem, ale... Chciałabym w takim urzędzie pracować, naprawdę. Moje doświadczenie stukało głośno obcasami, kiedy czytałam tę książkę. Dlaczego? Otóż dlatego, że według lektury praca w biurze polega na jedzeniu serniczka, zmienianiu butów, kłamaniu, jedzeniu serniczka, tuszowaniu przewinień, jedzeniu serniczka, chodzeniu od pokoju do pokoju i ponownym jedzeniu serniczka. Rozumiem takie przedstawienie sytuacji, ale nie spodziewałam się aż tak stereotypowego i nieprawdziwego obrazu urzędniczej posady. Urzędnicy są tak piętnowani ot tak, że rozpowszechnianie kolejnego absurdalnego obrazu nie wydaje się wskazane. Wielu ludzi sądzi, że urzędnik siedzi za pieniądze podatników i nie chce im pomóc, bo musi wypić kawkę. Zazwyczaj, jeśli ktoś nie chce nam pomóc, to po prostu nie może i ma ku temu ważny powód, jakim jest nasze absurdalne i często sprzeczne prawo. Wielokrotnie byłam w sytuacji, gdy chciałyśmy w jakiś sposób pomóc petentowi, ale nasz urząd nie miał do tego uprawnień, a prawo związywało nam ręce. Mówienie, że "nikt nie jest od tego" jest także nie na miejscu, ponieważ w praktyce każdy jest od wszystkiego. Często jedna osoba w urzędzie pełni tak różne funkcje i ma tak skrajne obowiązki, że głowa mała. Do tego ktoś inny ma podobny zakres zadań, ale jednak inny, bo tak trzeba, bo takie są wytyczne, bo tak ustalono prawo. Dlatego często wydaje nam się, że nikt nie jest od owego tego, czymkolwiek ono jest. To plus czynnik ekonomiczny to główne powody szybkiego wypalenia pracy każdej biurwy. Do książki wkradła się także mała nieścisłość. Nasza bohaterka podobno całymi dniami nie ma nic do roboty, a zaraz okazuje się, że pracę zabiera do domu i pracuje nawet podczas kąpieli. Po lekturze zdałam sobie sprawę, że bardzo, ale to bardzo zabrakło chociaż kilku słów o petentach, bo to własnie oni sprawiają, że praca w urzędzie ma smaczek. Jeszcze nie wiem, czy są oni powodem miłości czy nienawiści, ale na pewno są kluczowi w pracy urzędnika. "Biurwa" ma jednak więcej plusów niż minusów. Najważniejszym z nich jest humor, połączony z dystansem i dramaturgią. Książka kipi od ironii, sarkazmu i cynizmu, co osobiście uwielbiam. Narracja poprowadzona jest w taki sposób, że buduje napięcie przed każdym, jakże ważnym wydarzeniem w urzędzie... A przecież nigdy nie wiadomo, jakie ważne wydarzenie będzie miało miejsce kolejnego dnia w tym jakże dynamicznym miejscu pracy. Żartobliwe docinki podsycały detale, które autorka naprawdę świetnie wychwyciła. Kolejna para butów w urzędniczej szafie, obraza o nowy - używany mebel w pokoju, lokalizacja gabinetu, rewia mody urzędniczek i inne niuanse. Idealnie przedstawiła też serce pracy w urzędzie, czyli humor burmistrza. Wierzcie mi, to jest istotny czynnik, wpływający na życie (a etat już na pewno!) każdej biurwy. Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy zapytano mnie, w jakim humorze przyszedł dziś kierujący urzędem. To była niewiadoma, wokół której kręciło się funkcjonowanie wszystkich pracowników. Szef (inspektor, dyrektor, burmistrz, starosta czy ktokolwiek inny) ma także moc zlecania czegoś. Czego? To już trzeba samemu do tego dojść. Trzeba coś zrobić - wymyśl coś, zrób coś. Co? Nikt nie wie. Ale ważne, żeby to coś zrobić. Zaskoczyła mnie poruszona kwestia zarobków. Wszystkim wydaje się, że urzędnicza pensja to wygrana w Lotto, ale w rzeczywistości najczęściej jest to najniższa krajowa lub niedużo wyższa kwota. Jeśli jest to już jakaś konkretna liczba, to zakres obowiązków w stosunku do niej jest niewspółmierny i na tym samym stanowisku w jakiekolwiek firmie zarobicie więcej. Autorka przedstawiła kwestię wypłaty i ewentualności przedłużenia umowy o pracę. "Biurwa" to książka nie tylko o pracy w urzędzie. Jestem pewna, że sporo osób, podejmujących jakąkolwiek pracę biurową, odnajdzie tutaj cząstkę swojego życia. Praca w urzędzie i praca w biurze to dwa osobne tematy, ale ostatecznie każdy chce, "żeby nie było spiny i żeby było wiadome". Motto każdego pracownika biurowego, niezależnie od branży. Ponadto, z bohaterką mogą utożsamiać się pracujące rodzicielki, a w szczególności matki samotnie wychowujące dzieci. Introwertyczne spojrzenie Ewy pozwala zrozumieć myśli zapracowanej matki Polki - chęć spędzenia z dziećmi czasu, potrzeba większego zarobku, aby utrzymać całą rodzinę, a także tlące się marzenie o ciekawej pracy, która nadałaby życiu więcej sensu i celu. "Biurwę" serdecznie polecam. Sprawdzi się idealnie jako słodko - gorzka lektura na jeden, góra dwa wieczory.
Sara Satukirja - awatar Sara Satukirja
oceniła na 7 6 lat temu
Wersje nas samych Laura Barnett
Wersje nas samych
Laura Barnett
Widzę tutaj same recenzje kobiet, więc pora na opinię o książce "Wersje nas samych" faceta. Trzeba przyznać jedno - sam pomysł na książkę jest bardzo dobry i unikalny. Trzy różne historie, które łączy taki sam początek i koniec niekiedy się przenikają i są bardzo do siebie podobne, lecz z mniejszymi, bądź większymi szczegółami. To dość interesujący zabieg, dzięki któremu można porównać poszczególne "obrazy" (bo tak autorka nazywa trzy różne historie) do siebie. "Obrazy" te są jednak niestety rozwleczone. Jako samodzielna powieść żadna z nich nie byłaby dostatecznie interesująca. To dopiero ich przedstawienie obok siebie i możliwość porównywania sprawia, że nabierają tego czegoś. Jako, że cała historia toczy się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, a książka ma określoną długość autorka musiała całość skondensować. A przynajmniej takie jest moje wrażenie. Wygląda to tak, że rozdziały poszczególnego "obrazu" toczą się niekiedy kilka lat po sobie. Jest to w porządku, ale odniosłem wrażenie, że nawet gdybym pominął jakiś konkretny rozdział to nadal rozumiałbym fabułę. A miałem na to ochotę, bo już pod koniec książka zaczęłą mi się dłużyć. Po prostu w niektórych momentach jeden rozdział nie ma większego wpływu na kolejny, a do niektórych wydarzeń bohaterowie nigdy się nie odniosą. W "Wersjach nas samych" są dość często obecne ekspozycje, które przybliżają losy postaci z czasów pomiędzy konkretnymi rozdziałami. Same ekspozycje są bardzo dobre i - w przeciwieństwie do niektórych filmowych - nie odnosi się wrażenia, że bohaterowie tłumaczą sobie rzeczy, które i tak wiedzą. Jedna z opinii na tym portalu mówi o tym, że łatwo jest pogubić się w bohaterach opowieści. Nie odniosłem takiego wrażenia. Co prawda w późniejszej części książki liczba imion znacznie wzrasta, jednak fakt, że ci sami bohaterowie powtarzają się w różnych "obrazach" dość łatwo pozwala zapamiętać kto jest kim i dla kogo. Moja opinia może mieć wydźwięk negatywny, jednak nie żałuję czasu poświęconego na lekturę książki. Całość ma przyjemny, powiedziałbym nawet, że miejscami melancholijny klimat. Jest to ciepła opowieść, która chwilami potrafi zasmucić, albo wywołać delikatny uśmiech na twarzy. Pozycja w sam raz na takie długie, chłodne i ciemne jesienne wieczory. Lekka, niezobowiązująca i do pochłonięcia w kilka wieczorów.
Coral - awatar Coral
ocenił na 6 5 lat temu
Osobliwe szczęście Arthura Peppera Phaedra Patrick
Osobliwe szczęście Arthura Peppera
Phaedra Patrick
"Arthur Pepper ma 69 lat i wiedzie proste życie. Każdego dnia wstaje dokładnie o 7:30, ubiera się w przygotowane wcześniej rzeczy – koniecznie w musztardową kamizelkę – tak jak robił to za życia swojej żony, Miriam. I idzie podlać paprotkę, Fredericę, z którą zaczął rozmawiać po tym, jak Miriam umarła. Czyli rok temu." Tyle jeśli chodzi o skrót fabuły, przynajmniej w jej pierwszym akcie. Pod wpływem nalegań syna i delikatnych sugestii córki, Arthur zaczyna robić porządki w rzeczach Miriam podczas których znajduje ciekawą, a nawet można by rzec tajemniczą bransoletkę z przywieszkami, której nie widział u żony przez 40 lat trwania ich małżeństwa. To znalezisko uruchamia szereg zdarzeń, które będą zaskakujące przede wszystkim dla głównego bohatera. Osiadłe, spokojne, rutynowe życie wywraca, jak na siebie, do góry nogami, i rozpoczyna podróż śladami swojej żony kiedy jeszcze nie byli małżeństwem, a które było dla niego nieznane, choćby dlatego, że żona o nim nie opowiadała, a on nie pytał. To jest przyjemna opowiastka o miłości, stracie i tęsknocie. Być może nieco naiwny obrazek przemiany introwertycznego mężczyzny na emeryturze w odkrywcę i ekstrawertyka otwartego na różnorodność świata i ludzi. To opis przemiany relacji w rodzinie pod wpływem zmiany, która zaszła w ojcu. To też zabawne, może czasem niezbyt wiarygodne historie i wydarzenia, może nawet zbyt idealistyczne zachowania niektórych uczestników tej historii. Raczej nie była to dla mnie "ważna" książka, bo właśnie wydała mi się trochę naiwna w swoim przesłaniu, z powtórzeniami, czy rozmyślaniami, które niepotrzebnie przedłużały niektóre akapity. Niemniej z drugiej strony była to lektura przyjemna zwłaszcza na czas świąteczny, łagodna, na swój sposób nostalgiczna, refleksyjna i pozytywna w swoim przesłaniu. Czyta się ją chwilę, bo wciąga w wir rozmyślań i zwariowanych przygód Arthura, pobudziła moją wyobraźnię i pozwoliła przenieść się w miejsca, w których już dawno nie byłam. Niesie też pozytywną energię i pozwala na reset pomiędzy poważniejszymi lekturami. Można o niej powiedzieć, że jest ciepła, przytulna i dobra na poprawę humoru:)
Agnieszka - awatar Agnieszka
oceniła na 6 3 miesiące temu

Cytaty z książki Dziewczyna jak ocet

Więcej
Anne Tyler Dziewczyna jak ocet Zobacz więcej
Więcej