„Kościół miał do wyboru dwie strategie: z jednej strony mógł próbować zakazać pogańskich świąt – z wyjątkowo mizernym rezultatem. Z drugiej strony sprytniejszą taktyką było wynalezienie liturgii zastępczej, która „obsadzała własnym personelem” naturalne punkty obrzędowości w kole roku. W ten sposób Boże Narodzenie i święto Trzech Króli zastąpiły Święto Narodzenia Słońca, Epifanię czy Kalendy styczniowe. Nowa liturgia przykryła bogactwo starej jak cienka, dziurawa chusta, przez którą prześwitują dawne rytuały i wierzenia”.
Zakup tej książki był moim marzeniem od chwili, gdy przeczytałam jej fragmenty na blogu autorki. Niestety jest praktycznie niedostępna. Ewentualnie można – jak ja to zrobiłam – wysłać do wydawnictwa maila z zapytaniem, czy mają jeszcze jakiś egzemplarz. „Trzy kolory Bogini” to najcenniejsza pozycja w mojej kolekcji. Wraz z książkami „Niesamowita Słowiańszczyzna” oraz „Seks. Odwieczny problem Kościoła” tworzy Wielką Trójcę, czyli tytuły niezmiernie dla mnie ważne.
To, jak istotne miejsce zajmuje na mojej liście, potwierdza też wysiłek włożony w pisanie recenzji. Zabierałam się za nią kilka razy. Poprawiałam, rozpisywałam się i skracałam. Walczyłam ze słowotokiem, póki nie dotarło do mnie, że i tak nie uda mi się użyć wszystkich zaznaczonych cytatów. Znam ból tych, którzy wrzucają do sieci niekończące się wstęgi komentarzy. Zasypują rozmówców argumentami, wyłuszczają im wszystko skrupulatnie, a finalnie frustrują się, widząc „TL;DR, XD”. Daremne żale – próżny trud, jak skwitowałby to Asnyk. Nic na siłę, jak kwituję ja.
Mój zachwyt budzi nie tylko treść „Trzech kolorów”. Podziwiam tytaniczną pracę oraz czas poświęcony przez autorkę na badania. Anna Kohli odwiedziła wiele krajów, odbyła mnóstwo rozmów, przeanalizowała masę tekstów i przyjrzała się przeróżnym dziełom sztuki. Dotarła do dziesiątek zapomnianych (a nierzadko celowo ośmieszonych) źródeł. Poznała miejsca dawnych kultów, te zagarnięte „łagodnie” przez zasiedzenie (jak jaskinie pustelnicze), a także brutalnie – przez chrystianizację mieczem i pochodnią. W swojej książce wymienia zburzone świątynie, przerobione rzeźby (typu Czarny Chrystus z Lukki) oraz życiorysy świętych zmontowane z dawnych wierzeń. Podaje liczne przykłady fałszowania mitów. Potwierdza, że niektórym legendom wystarczy jedno pokolenie, aby zakorzenić się w pamięci. Inne potrzebują więcej czasu, zwłaszcza gdy lud nie chce porzucić swojej wiary. Cytuje zapiski rozgniewanych biskupów o plebsie, który oddaje cześć starym bogom – oraz boginiom. Sięga do prac z zamierzchłych czasów, ale i do tych, którym stuknął ledwo wiek. I wciąż nie brak w nich wzmianek o kultywowaniu dawnych tradycji. O szacunku do bogiń, a przez to do natury.
Po przeczytaniu można się gorzko uśmiechnąć na myśl o podwalinach naszej cywilizacji, tak chętnie przywoływanych przez katolików. Ponad 2000 lat, odmieniane przez wszystkie przypadki. Ponad 1000 lat historii kraju, w którym w imię nowej wiary ludzi okradano i mordowano. Wybijano im zęby, gdy nie przestrzegali postu. Zaganiano do kościoła, gdzie człowiek stojący do nich plecami przemawiał w dziwnym języku. Do lat 70. XX w. Kiedy dodamy do tego zakaz czytania Biblii w językach narodowych funkcjonujący do XIX w., pogłowie analfabetów w pierwszych dekadach XX w. czy przedmowę do wydania Biblii Wujka z 1962 roku (wolno już czytać PŚ, ale tylko to, które wolno), owo chlubne tysiąclecie katolicyzmu w Polsce „troszkę” się kurczy.
Autorka przekazuje czytelnikowi wszystkie te informacje, jakby wręczała mu pęk kluczy. „Masz, od ciebie zależy, co z tym dalej zrobisz. Ja wykonałam swoje zadanie”. Stworzyła pracę pękatą od cytatów i opartą na potężnej bibliografii. Przypomina podręcznik akademicki, więc miejscami nadmiar danych przytłacza. Można kręcić nosem na niektóre analizy, poddawać w wątpliwość wyciągane wnioski (np. o etymologii części nazw). Można odrzucić całą treść z prychnięciem „Matriarchat? Byzydura!” Można też zastanowić się choć przez chwilę. Przyjrzeć się symbolom na starych rzeźbach i obrazach (np. motyw węża lub trójcy), przypomnieć sobie baśnie z dzieciństwa, wsłuchać w ludowe przyśpiewki, ocenić z boku nierozumiane tradycje. Nie wiem, czy da się rozwinąć w sobie ciekawość takich rzeczy, jeśli wcześniej się jej nie miało. Głęboko wierzę, że można przynajmniej spróbować.
Co wyniosłam z tej lektury? Z pewnością zmieniła mi się perspektywa i podejście do tzw. zabobonów. Dotarło do mnie, że naszym bogactwem nie są księgi sakralne czy kroniki, lecz folklor. Dziś uśmiechnę się na widok czerwonej wstążeczki przy dziecięcym wózku czy podkowy nad drzwiami. Traktuję je teraz nie jak durny przesąd, lecz jak małe zwycięstwa nad okupantem. Nie chodzi przy tym o to, aby zamieniać jedną wiarę na drugą. Nie potrzebuję tego. Po prostu cieszy mnie, że umiem już inaczej patrzeć na kwestie, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Spędziłam długie godziny na grzebaniu w sieci. Przeanalizowałam historie ważnych synodów (nie tylko Trydenckiego czy Watykańskiego II). Nauczyłam się szukać informacji (Mickiewicz, żółwik!). Postawiłam sobie nowe cele. Mam w planie kilka wycieczek, w tym na Ślężę, Łysą Górę czy do Wambierzyc. Bynajmniej nie do sanktuarium.
„Okres należący do tzw. prehistorii ludzkości obejmuje 95% ogólnego czasu ludzkiej egzystencji na naszej planecie, a tzw. okres historyczny – jedynie 5%. Dyskutując o zagadnieniach związanych z wierzeniami i religią, chętnie o tych proporcjach zapominamy. Szczególnie ludziom wierzącym trudno jest przełknąć fakt, że monoteistyczne religie nie wprowadziły w zasadzie nic nowego, że są kontynuacją i transformacją dawniejszych mitów i wcześniejszej symboliki. Nasza kultura i myśl religijna nie powstały w Atenach, Jerozolimie czy Rzymie, ale sięgają korzeniami wczesnego neolitu”.
Polecam tę książkę osobom ciekawym świata, o otwartym umyśle. Może pozostaniecie sceptyczni wobec wyników tych badań, niemniej uważam, że warto. Zawsze warto spojrzeć na temat od innej strony. Pomyślałam też o badaczkach, którym zniszczono kariery, bo „ośmieliły się podważyć niejedno tabu świata naukowego, a szczególnie niezbite przekonanie, że patriarchalny porządek świata jest wszechobecny i odwieczny”. Jedna z nich to Marija Gimbutas. Nawet jeśli jedynym skutkiem mojej „recenzji” będzie poznanie przez Was jej nazwiska, było warto ją napisać.
Opinia
Ta książka jest arcydzielna. Ważna. Potrzebna. Synteza oparta na erudycji autora odnoszącej się między innymi do różnorodności doświadczeń ludzi potykających się o sacrum i upadających w profanum, jeśli już myśleć tradycyjnymi dychotomiami. Wynika z niej, że wszyscy jesteśmy z widowisk. Upraszczam, ale mnie ta hipoteza uwodzi.
Ta książka jest arcydzielna. Ważna. Potrzebna. Synteza oparta na erudycji autora odnoszącej się między innymi do różnorodności doświadczeń ludzi potykających się o sacrum i upadających w profanum, jeśli już myśleć tradycyjnymi dychotomiami. Wynika z niej, że wszyscy jesteśmy z widowisk. Upraszczam, ale mnie ta hipoteza uwodzi.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to