„Ostatni dzień stworzenia” Wolfganga Jeschke to bardzo intrygująca pozycja. Niestety wydana w Polsce w latach 80. i od tamtej pory nie wznawiana, co uważam za wielką stratę. Mam nadzieję, że ktoś ruszy tę sprawę. Autor ma ciekawy dorobek, który warto byłoby przybliżyć czytelnikom.
Opowieść zaczyna się od wprowadzenia, które przedstawia czytelnikowi kilka nietypowych artefaktów przewijających się przez ręce badaczy amatorów. Ostatecznie stają się one centrum zainteresowania CIA. Niby nic dziwnego, jeśli ktoś lubi teorie spiskowe, to takich historii znajdzie zapewne na pęczki. Kłania się tak zwana zakazana archeologia. Fragment ten jest dość specyficzny, żeby nie powiedzieć ciężki. Bywa, że w jednym akapicie przelatujemy przez kilkadziesiąt lat, śledząc, jak dany artefakt przechodził z rąk do rąk. Dalej zaczyna się już opowieść bardziej klasyczna, skupiona na konkretnej sprawie i osobach. Opisane wcześniej znaleziska skłaniają część amerykańskiego dowództwa do wdrożenia tajnego projektu, który przyczynia się między innymi do zamknięcia programu lotów kosmicznych. Finanse, nawet amerykańskie, nie są workiem bez dna, więc potrzebne są priorytety. Wizja admirała Williama W. Francisa jest szalona, ale może przynieść wielkie korzyści narodowi amerykańskiemu. Co z tego, że naukowcy zaangażowani w projekt wykazują jak wiele może pójść źle. Przecież wysłanie ludzi w odległą przeszłość w celu przepompowania ropy z terenów Bliskiego Wschodu na zachód nie może być skomplikowanym przedsięwzięciem. Brzmi jak marzenie Rockefellera? Jeszcze kwestia czy nie zadziała tu chociażby paradoks dziadka.
Bohaterem głównym tej historii jest Steve Stanley, pilot amerykańskich sił zbrojnych oraz NASA który dostaje interesującą ofertę udziału w tajnej misji bez możliwości kontaktu z ojczyzną. Nie jest do końca przekonany, ale ciekawość zwycięża i właściwie w ciemno decyduje się na nieznane ryzyko. Nie on jeden zresztą. W przeszłość wyruszają specjaliści z różnych dziedzin, żołnierze oraz tony potrzebnego sprzętu i zaopatrzenia. Stanley nie będzie zatem osamotniony. Czy misja okaże się sukcesem, to warto przekonać się samemu. Relacje pomiędzy bohaterami opisane w książce są mocno uproszczone. Jedne powiązania obserwujemy jeszcze przed przerzutem w przeszłość. Inne, już w drugiej części fabuły, ale wtedy wiele z nich buduje się zakulisowo. Na spory plus postrzegam to, że autor wziął pod uwagę, iż nie każdy człowiek tak samo zniesie podróż w czasie i zderzenie z nieoczekiwaną, mocno skomplikowaną sytuacją. No i są też różne postacie dość… nietypowe.
Bardzo ciekawe jest w tej opowieści przedstawienie teorii i praktyki budowania nowych rzeczywistości poprzez zmiany, jakie zachodzą na skutek działań tych, którzy zostali wysłani w przeszłość. W pierwszej części tej historii autor próbował wyjaśnić różne niuanse całego eksperymentu, wątpliwości naukowych oraz planów. Było to ciekawe jednak absolutnie niewystarczające. Momentami narracja mocno się komplikowała i było trudno przebić się przez tekst pełny „naukowego bełkotu”. Nie było tego dużo, ale zdarzało się. W ogóle miałem wrażenie, że język, jakim napisana jest ta książka, a właściwie tłumaczenie, jest nieco siermiężne. Zdecydowanie nie jest to lekka i prosta lektura. Sporo rzeczy dzieje się poza główną akcją, a część postaci jest zarysowana tylko szablonowo. Nie jest to żadnym zaskoczeniem, ponieważ cała fabuła mieści się zaledwie na 128 stronach, trudno więc nazwać to nawet powieścią. Jest to bardziej nowela. Autor wziął na warsztat wspaniały i oryginalny pomysł, jednak nie było miejsca, żeby go odpowiednio rozwinąć. Czytelnik mniej więcej w połowie dowiaduje się całego mnóstwa informacji o tym, jak wygląda sytuacja w świecie przeszłości. Nie ma jednak szczegółowych wyjaśnień. Ubolewam nad tym bardzo, bo cenię kompletne kreacje światów. Tu widać zarys polityki, konfliktów i życia. Można dopowiedzieć sobie naprawdę dużo, ale to mnie nie zadowala. Z pewnym uśmiechem przyjąłem kilka motywów, które rozpozna ktoś znający nawet powierzchownie Stary Testament. Jest też przynajmniej kilka fragmentów, które były dla mnie niezbyt logiczne. Jednak przy każdym takim przebłysku przypominałem sobie, że czytam fantastykę, historię alternatywną, fantastykę naukową, gdzie w użyciu są atomowe granaty, a małpy… no dobra to sobie doczytajcie, albo domyślcie się.
Polskie wydanie tej książki pojawiło się w 1987 rok, w zwyczajowym jak na tamte czasy nakładzie, stu tysięcy egzemplarzy. To niesamowite jak wiele się zmieniło i dziś wydawcy mają często kłopot z wyprzedaniem zaledwie stu czy dwustu sztuk jakiegoś tytułu. Za publikację była odpowiedzialna Krajowa Agencja Wydawnicza. Wracając jednak do książki to jest to wydanie bardzo budżetowe. Cienka okładka z mizerną grafiką na froncie. Tyle że wpisuje się ona w klimat opowieści – zza kotary przedstawiającej drzewa wyjeżdża Jeep z żołnierzami i karabinem maszynowym. Całkiem wymowne. Tylna okładka jest biała. Znajduje się tam tylko logo Agencji, ISBN oraz cena. Wewnątrz tekst jest ściśnięty oraz wydrukowany małą czcionką. Na obrazki nie ma co liczyć. Jedyny akcent kolorystyczny to różowe nagłówki z tytułami rozdziałów. Książka ocalała w całkiem dobrym stanie. Arkusze trzymają się na dwóch zszywkach i jest to efektywne nawet do dziś. Cena w 1987 roku wynosiła 150 zł, ale przeciętne wynagrodzenie, według ZUS wynosiło wtedy ponad 29 tysięcy złotych. Dziś przeciętne wynagrodzenie to podobno 8 tysięcy, a książka średnio kosztuje 60 zł. Matmę zróbcie sobie sami.
„Ostatni dzień stworzenia” zrobił na mnie wrażenie, bo uderzył celnie w kilka paskudnych ludzkich cech, przede wszystkim w chciwość i upartość. Autor wysnuł bardzo ciekawe idee na temat podróży w czasie, starał się dać temu podbudowę pseudonaukową. Wyszło fajnie, chociaż momentami naprawdę naiwnie i z dzisiejszej perspektywy już trochę nieaktualnie. Nie zmieniła się za to kwestia antagonizmów światowych. Tak czy owak, książka nie straciła swojej rozrywkowej funkcji. Nie uleciało także nic z pomysłowości, która może zawstydzić naprawdę wielu twórców. To, że opowieść Wolfganga Jeschke posłużyła za bazę do koncepcji gry komputerowej „Original War” uważam za bardzo fortunne. Uwielbiam tę grę i wracam do niej już blisko 20 lat. Różnice między fabułą gry a książki są drastycznie wielkie. Zdecydowanie historia literacka dała twórcom gry tylko i wyłącznie podstawowy zarys pomysłu fabularnego. Na pewno nie można powiedzieć, że gra w jakiś szerszym stopniu jest adaptacją książki.
Polecam tę opowieść wszystkim fanom gry „Original War”, można fajnie prześledzić, jakie pomysły, tak czy inaczej zostały użyte przez deweloperów. Jest kilka smaczków. Na pewno jest to też pozycja dobra dla osób lubiących nietypową fantastykę. O ile sama podróż w czasie nie jest tematem nowatorskim, to już cofanie się w realia mocno przed biblijne jest ciekawym i nieczęsto eksploatowanym pomysłem. Dinozaurów nie ma, ale też jest… dobrze.
Recenzja pierwotnie opublikowana na stronie:
https://www.facebook.com/SoFiK.DamianPodoba/
Opinia
Podbój kosmosu to jedna z tych gałęzi nauki, ekonomii i pokonywania ludzkich słabości, która interesuje chyba w mniejszym lub większym stopniu każdego. W okresie zimnej wojny kosmiczny wyścig był elementem walki – ideologicznej, technologicznej a także światopoglądowej. Rządy głównie USA i ZSRR prześcigały się w tym co kto zrobi pierwszy – co dość ciekawe, do czasu misji Apollo 11 wyścig ten wygrywał Związek Sowiecki. Pierwszy sztuczny satelita? Sputnik-1. Pierwsza żywa istota w kosmosie? Łajka. Pierwsze udane lądowanie na innym niż Ziemia ciele niebieskim? Łuna 9. Obsesja Amerykanów żeby w końcu przegonić Rosjan była ogromna. Podobnie jest w powieści Frederika Pohla.
Chociaż brzmi kusząco, Człowiek Plus to nie nazwa nowego programu społecznego wprowadzanego na terenie Rzeczpospolitej. Człowiek Plus to główny bohater książki Pohla – cyborg, ulepszony człowiek, a w zasadzie maszyna z ludzkimi elementami. Główną osią fabuły Człowieka Plus jest wyścig i założenie kolonii na Marsie. Ziemia, przeludniona, zniszczona, targana konfliktami i wciąż będąca w zimnej wojnie, stoi w punkcie zwrotnym. Albo coś się zmieni, ludzie zaczną podbijać kosmos – albo zniszczą się na swojej rodzimej planecie. Amerykanie wymyślają więc program, który ma na celu założenie stałej kolonii na Czerwonej Planecie. Zbiegiem okoliczności w centrum tego programu staje Roger Torraway – krajowy bohater, który z przerażeniem dowiaduje się, że po śmierci swojego przyjaciela musi zostać poddany fizycznym zmianom, żeby przystosować jego ciało do życia na Marsie…
Człowiek Plus to ciekawa historia. To opowieść o poświęceniu, o tym jak wiele jesteśmy w stanie oddać, żeby zrealizować wizję i plany swojego państwa. To opowieść o zdradzie, o tym jak bardzo ludzie, którzy nas otaczają nie doceniają tego poświęcenia, któremu się poddaliśmy, jak bardzo chcą nas wykorzystać i zostawić, kiedy cel został już spełniony. To opowieść o niewierności, o ludzkiej głupocie, o fałszywych przyjaciołach. O samotności.
Ale to też opowieść o nadziei. O ratunku. O wielkich czynach. O miłości odkrytej i wielkiej. O Bogu.
A także o maszynach, które budują świadomość.
Podbój kosmosu to jedna z tych gałęzi nauki, ekonomii i pokonywania ludzkich słabości, która interesuje chyba w mniejszym lub większym stopniu każdego. W okresie zimnej wojny kosmiczny wyścig był elementem walki – ideologicznej, technologicznej a także światopoglądowej. Rządy głównie USA i ZSRR prześcigały się w tym co kto zrobi pierwszy – co dość ciekawe, do czasu misji...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to