Avengers: Krucjata dziecięca

Okładka książki Avengers: Krucjata dziecięca
Allan HeinbergOlivier Coipel Wydawnictwo: Hachette Polska Cykl: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela (tom 84) Seria: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela komiksy
256 str. 4 godz. 16 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela (tom 84)
Seria:
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela
Tytuł oryginału:
Avengers: The Children's Crusade
Data wydania:
2016-02-10
Data 1. wyd. pol.:
2016-02-10
Liczba stron:
256
Czas czytania
4 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328203259
Tłumacz:
Tomasz Sidorkiewicz
Średnia ocen

                7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Avengers: Krucjata dziecięca w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Avengers: Krucjata dziecięca

Średnia ocen
7,0 / 10
51 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
105
17

Na półkach:

Czyta się miło do pewnego momentu. Opowieść traci na zawiłych skokach w czasie i innych rzeczach, by nie rzucać spoilerów.

Jako fan Scarlet Witch nie mogę jednak dać złej oceny dla tego tomu. Jednak odbiega poziomem od tego co zaprezentował nam Bendis w „Upadku Avengers” i „Rodzie M”.

Czyta się miło do pewnego momentu. Opowieść traci na zawiłych skokach w czasie i innych rzeczach, by nie rzucać spoilerów.

Jako fan Scarlet Witch nie mogę jednak dać złej oceny dla tego tomu. Jednak odbiega poziomem od tego co zaprezentował nam Bendis w „Upadku Avengers” i „Rodzie M”.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

125 użytkowników ma tytuł Avengers: Krucjata dziecięca na półkach głównych
  • 81
  • 44
84 użytkowników ma tytuł Avengers: Krucjata dziecięca na półkach dodatkowych
  • 37
  • 23
  • 9
  • 5
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Avengers: Krucjata dziecięca

Inne książki autora

Okładka książki Amazing Fantasy #1000 Ho Che Anderson, Kurt Busiek, Marco Checchetto, Jim Cheung, Olivier Coipel, Terry Dodson, Anthony Falcone, Neil Gaiman, Jonathan Hickman, Armando Iannucci, Steve McNiven, Todd Nauck, Mike Pasciullo, Rainbow Rowell, Dan Slott, Ryan Stegman
Ocena 6,5
Amazing Fantasy #1000 Ho Che Anderson, Kurt Busiek, Marco Checchetto, Jim Cheung, Olivier Coipel, Terry Dodson, Anthony Falcone, Neil Gaiman, Jonathan Hickman, Armando Iannucci, Steve McNiven, Todd Nauck, Mike Pasciullo, Rainbow Rowell, Dan Slott, Ryan Stegman
Okładka książki Thor Olivier Coipel, Marko Djurdjevic, Joseph Michael Straczynski
Ocena 7,6
Thor Olivier Coipel, Marko Djurdjevic, Joseph Michael Straczynski
Okładka książki Thor kontra Loki John Buscema, Olivier Coipel, Gerry Conway, Jack Kirby, Stan Lee, Larry Lieber, Esad Ribić, Robert Rodi, Joseph Michael Straczynski
Ocena 6,3
Thor kontra Loki John Buscema, Olivier Coipel, Gerry Conway, Jack Kirby, Stan Lee, Larry Lieber, Esad Ribić, Robert Rodi, Joseph Michael Straczynski
Okładka książki Red Skull: Czy śmierć sobie pogrywa? / Red Skull żyje! / Czerwona Strefa Olivier Coipel, Frank Giacoia, Geoff Johns, Jack Kirby, Andy Lanning, Stan Lee, Joe Simon, Chris Sotomayor
Ocena 7,5
Red Skull: Czy śmierć sobie pogrywa? / Red Skull żyje! / Czerwona Strefa Olivier Coipel, Frank Giacoia, Geoff Johns, Jack Kirby, Andy Lanning, Stan Lee, Joe Simon, Chris Sotomayor
Okładka książki Angela; Zabójczyni z Asgardu / Bezcenne Brian Michael Bendis, Marguerite Bennett, Olivier Coipel, Kieron Gillen, Stephanie Hans, Phil Jimenez, Sara Pichelli
Ocena 5,3
Angela; Zabójczyni z Asgardu / Bezcenne Brian Michael Bendis, Marguerite Bennett, Olivier Coipel, Kieron Gillen, Stephanie Hans, Phil Jimenez, Sara Pichelli
Okładka książki Niegodny Thor Jason Aaron, Pascal Alixe, Olivier Coipel, Kim Jacinto
Ocena 7,4
Niegodny Thor Jason Aaron, Pascal Alixe, Olivier Coipel, Kim Jacinto
Olivier Coipel
Olivier Coipel
Francuski rysownik komiksowy, który od ponad dekady współpracuje z wydawnictwem Marvel. Jego pierwszą głośną pracą była miniseria "Ród M". Później rysował m.in. "Thora" do scenariuszy J. Michaela Straczynskiego i "Oblężenie" (podobnie jak "Ród M" wspólnie z Brianem Michealem Bendisem). Niedawno stworzył także kilka zeszytów serii "The Amazing Spider-Man".
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ultimate Spider-Man: Śmierć Spider-Mana Brian Michael Bendis
Ultimate Spider-Man: Śmierć Spider-Mana
Brian Michael Bendis Mark Bagley David Lafuente
… To nie tak, że na tytuł nie mam pomysłu – bo mam. Czasem jednak zamiast kilku słów określających całość, lepiej jest milczeć. Uczcić minutą ciszy. Peter Parker, Ultimate Spider-Man, nie żyje. Zginął. Umarł. Został zabity. Jak wolicie. Nie ma go i wbrew temu, czego można by się spodziewać, już nie wróci. Nie ożyje. Zostało nam tylko przeczytać, jak do tego doszło. Ultimates decydują się szkolić Petera tak, by poradził sobie, jako heros. Niestety pierwsze szkolenie z Iron Manem kończy się na polu walki pomiędzy Black Cat a Mysterio o Klucz Zodiaku – artefakt, który dał władzę Kingpinowi, a który potrafi spełniać wolę posiadacza. Efekt jest katastrofalny, ale prawdziwa katastrofa dopiero nadchodzi. Z Triskelionu uciekają Osborn, Kraven, Dock Ock, Electro, Sandman i Vulture. Cel – zamordować Petera. Niestety Spider-Man nie może liczyć na pomoc herosów, wybucha bowiem wojna między Ultimates. Zaczyna więc walkę o przetrwanie, na które nie ma co liczyć… Ten komiks to był strzał w dziesiątkę. Uśmiercić jednego z najbardziej lubianych bohaterów i zarazem uśmiercić tak, by już nigdy nie wrócił. Od tego momentu minęło 5 lat i Parker nie powrócił zza grobu a to dobrze świadczy o Bendisie i jego twórczości. Można by powątpiewać, czy ogłoszenie już w tytule, że Peter umrze to dobre rozwiązanie, ale ewentualne głosy przeciw takiemu podejściu do tematu milkną bardzo szybko. Chwyt reklamowy? Owszem. Podniesie się sprzedaż? Pewnie. Ale Bendis pokazał coś jeszcze – wiemy, że śmierć nadciąga, każdy moment zbudował więc tak, by wypełniały go emocje. MJ wraca do Parkera, J. Jonah Jameson jest gotów zrobić dla niego wszystko w ramach podzięki za ocalenie życia. Kapitan Ameryka jest jemu przeciwny. Każda z tych relacji to mały brylant wypełniony smutkiem, bo wiemy co nadciąga. Wiemy co będzie. Chcemy do ostatniej chwili łudzić się, oszukiwać, mieć nadzieję, bo przecież pojawia się pomoc, bo Peter jakoś sobie radzić, bo… bo… Ale nadziei nie ma. I to przejmuje do głębi. Bendis doskonale rozkłada akcenty. Akcja jest poprowadzona z mangową niemalże dynamiką. Czułe chwile trafione są w punkt. Spokojne momenty… tych prawie już nie ma. Od połowy jest tylko jedna wielka walka z czasem. Pojedynek, który wyczerpuje i bohaterów i nas. Potem zostaje już tylko smutek. Szkoda jednak pewnej konkretnej rzeczy, a mianowicie tego, że nie dane nam było poczytać „Avengers vs. New Ultimates” Millara, który to album stanowi wyjaśnienie całej wojny herosów, która jest przecież jednym z istotnych, choć nie wyjaśnionych aspektów „Śmierci…”. Graficznie komiks stoi na wysokim poziomie. Wprawdzie początek (po świetnym wstępie, kojarzącym się z początkowymi scenami „Z jak zagłada”) kuleje, kiedy Sarah Pichelli sobie radzi, szczególnie w przypadku tła i twarzy, jest ok, to jednak Spider i Iron wypadają blado. Dalej przez chwilę jest gorzej, kiedy to Chris Samnee przejmuje ołówek, ale gdy na scenę wraca Bagley, pokazuje co potrafi. Przez trwanie „Ultimate Spider-Mana” różnie z jego kreską bywało, często okazywała się zła, w tym albumie jednak, jakby także i on chciał oddać hołd Peterowi, wspiął się na wyżyny. Nie boi się czerni, nie unika szczegółów. Po prostu urzeka. Podobnie, jak z głową położony kolor. To wszystko, plus znakomite wydanie w świetnej cenie, doprawione wstępem streszczającym najważniejsze wątki, sporą galerią (w tym ilustracją Quesady, która stanowi przejmujący epilog całości) i dodatkiem opowiadającym o genezie i ewolucji całego pomysłu, sprawiają, że ten album to absolutne musisz-to-mieć nie tylko dla fanów Spider-Mana, ale komiksów w ogóle. Poza tym ostatnie miesiące, jak i te, które nadejść dopiero mają, to zdecydowanie dobry czas dla Pajęczaka. W zeszłym roku mieliśmy okazję przeczytać śmierć Petera na łamach Amazing Spider-Mana, teraz mamy okazję regularnie sięgać po przygody „Superior Spider-Mana”, a już za nieco ponad miesiąc „Wielka kolekcja komiksów Marvela” szykuje nam „Nigdy więcej Spider-Mana” z klasycznymi zeszytami z lat 60 (numery 44-50). Co dalej? Gościnne występy Petera, ale także i w przyszłości mam nadzieję, że czeka nas „Śmierć Stacych”, która wyszła w Anglii w ramach WKKM jako tom 98, „Spider-Man Tem-Up” (tom 91) czy „Spider Island”… Jeśli tylko będą po polsku, a myślę, że tak, jest na co ostrzyć sobie zęby. I polecać już teraz. Ale póki co polecam „Śmierć Spider-Mana” i zamiast jakiegoś słowa końcowego, poświęcam mu minutę ciszy … Recenzję znajdziecie także na moim blogu http://ksiazkarnia.blog.pl/2016/02/15/ultimate-spider-man-smierc-spider-mana-brian-michael-bendis-mark-bagley-david-lafuente-sarah-pichelli-i-inni/
Wkp - awatar Wkp
ocenił na 8 10 lat temu
X-Men. Rozłam Jason Aaron
X-Men. Rozłam
Jason Aaron Kieron Gillen Carlos Pacheco Frank Cho
MUTANCIA WOJNA DOMOWA „X-Men: Rozłam”. No ogólnie docenia się ten komiks i w ogóle. Mówi się, że ważny, że ustalający nowy status quo, że to, tamto. No ale nie ma się co oszukiwać, fabularnie to – jak na Aarona przystało – nic oryginalnego. Ot xmanowa kopia „Wojny domowej”, wiadomo tu i tam zmieniona, żeby nie było, że plagiat, ale mocno obie te opowieści przypominają siebie na wzajem. No i właśnie takie to wszystko wtórne jest, acz całkiem do rzeczy, dynamiczne, z szybkim tempem, czasem naciągane, jak choroba, czasem widowiskowe, czym ma trochę maskować brak większego pomysłu… No typowy Aaron, wspierany przez typowego Gillena, ale sam evencik nawet daje radę. Choć do takiego „Rodu M” czy nawet „Avengers kontra X-Men” nawet nie ma startu. Niedobitki mutantów, ot jakieś dwustu przedstawicieli gatunku przetrwałych po „Rodzie M”, zjednoczyło się i teraz żyje na wyspie Utopia. Ale nadal nie czują się bezpiecznie, bo na świecie wciąż jest pewnie więcej Sentineli, niż żyjących mutantów. Dlatego Cyclops, wykorzystując konferencję zbrojeniową, chce przekonać rządy by pozbyły się tych maszyn. Ale, jak zawsze, wszystko idzie nie tak. Omega Kid wkracza do akcji i ogłaszając się przyszłym przywódcą X-Men pokazuje na co go stać, zmuszając głowy państw do wyznania swoich największych grzechów i sekretów. Zaczyna się chaos, zjawiają Sentinele, Cyclops i Wolverine muszą wkroczyć do akcji, a sytuacja mutantów ulega pogorszeniu. To jednak dopiero początek tego, co nadchodzi. Zbliża się rozłam, wielkie poróżnienie, ale i wielkie zagrożenie. Co z tym wszystkim ma wspólnego pewien genialny dzieciak i Hellfire Club? I jakie będą konsekwencje tych wydarzeń? http://ksiazkarniablog.blogspot.com/2023/11/x-men-rozam-jason-aaron-kieron-gillen.html
Wkp - awatar Wkp
ocenił na 6 2 lata temu
Sam strach. Cześć 1 Matt Fraction
Sam strach. Cześć 1
Matt Fraction Stuart Immonen
ZJAWIA SIĘ WĄŻ Była raz sobie powieść graficzna „Sam strach”. Niby spidermanowa, ale jednak o szerszym zasięgu, bo dotykała tematyki znanej z serii o Kapitanie Ameryce. No a długie lata potem pojawiło się wydarzenie o takim samym tytule i oba dzieliły o wiele więcej, niż tylko nazwę, bo i ten sam motyw przewodni - strach. Więc otwierające pierwszy album wprowadzenie mówiące, jakoby to wszystko wzięło się tylko od słów Roosvelta (i nazywające ten event czymś niezwykłym), może nie jest nieprawdziwe, ale nie oddaje natury całości. Bo jednak podobieństwa tematyczne wydarzenia i powieści graficznej z 1992 roku są widoczne na pierwszy rzut oka. Nie zmienia to jednak faktu, że „Sam strach” to kawał dobrego, epickiego komiksu, może nie wydanego w idealnej formie, ale naprawdę dającego radę. Wąż. Tak nazywa się istota, która trwa w uwięzieniu na dnie Rowu Mariańskiego. I to właśnie jego uwalnia Sin, córka Red Skulla. Dzięki temu i dzięki magicznemu młotowi Węża, Sin ulega przemianie. I nie tylko ona. Gdy siedem kolejnych młotów trafia w różne miejsca świata, wzmacniając i odmieniając różnych „wybrańców”. I tak zaczyna się kolejna walka, której herosi mogą nie przetrwać. Tu nawet sam Odyn gotów jest zniszczyć cały świat, byle choć trochę osłabić przeciwnika. Ale Thor nie chce słuchać się ojca, a reszta ziemskich herosów nie zamierza się poddać… http://ksiazkarniablog.blogspot.com/2023/04/sam-strach-matt-fraction-stuart-immonen.html
Wkp - awatar Wkp
ocenił na 7 3 lata temu
Imperatyw Thanosa Dan Abnett
Imperatyw Thanosa
Dan Abnett Andy Lanning Miguel Sepulveda
Kosmiczne uniwersum Marvel kontra mitologia Cthulhu. W wyniku wojny pomiędzy Inhumans a Imperium Shi’ar otwarła się wyrwa w czasoprzestrzeni prowadząca do innego wymiaru opanowanego przez stwory przypominające te z twórczości Howarda Philipsa Lovecrafta. Do walki z nowym zagrożeniem stają wszyscy liczący się kosmiczni superbohaterowie. Na dodatek trzeba będzie połączyć siły z dawnymi przeciwnikami by… przywrócić śmierć w innym wymiarze. Komiks ten stanowi zwieńczenie dotychczasowych wielkich wydarzeń w uniwersum Marvela (np. „Annihilation – Conquest” czy „War of Kings”), które w momencie publikacji polskiej wersji tego tomu nie ukazały się w Polsce (dopiero niedawno Egmont zaczął wydawać „Anihilację”). Uważam, że przez to tom może być ciężkostrawny dla nowych czytelników – może zabraknąć kontekstu wyjaśniającego obecną sytuację czy relacje między bohaterami. Jest wprawdzie krótkie streszczenie na początku tomu, ale niestety nie oddaje w pełni tego, co się wydarzyło na łamach innych komiksów. Jednakże jak komiks odbiorą wyjadacze kosmicznego Marvela? Po pierwsze, starcie z mackowatymi istotami jest o wiele lepiej poprowadzone niż we wcześniejszym wielkim wydarzeniu czyli w „Realm of Kings” – tam to były jakieś marne podchody, które rzucały nam jakieś marne ochłapy informacji na temat innego uniwersum. Tutaj już mamy wojnę na pełną skalę. Kosmiczne bitwy wyglądają naprawdę epicko i co jakiś czas pojawiają się kolejne innowacyjne pomysły, które sprawiają, że akcja nie robi się monotonna. Również, to co się dzieje na Ziemi ”w wersji Cthulhu” jest interesujące – czytelnicy poznają nie tylko kolejnych znanych bohaterów przerobionych na tamtejszą modłę, ale również moment, kiedy doszło do „dobrej zmiany” (nawiązanie do pewnej bardzo klasycznej historii, znanej również w Polsce). W komiksie pojawia się również ichniejszy ruch oporu – bardzo sensowny, chociaż trochę szkoda, że jeden z bohaterów nie pojawił się w swojej fajniejszej wersji. Komiks ma bardzo duży wpływ na kosmicznych bohaterów i szkoda, że jedna w zamierzeniu najbardziej dramatycznych scen historii zostaje niedopowiedziana – sprawia to, że bardzo łatwo można odkręcić przedstawione wydarzenia i powrócić do dotychczasowego stanu rzeczy (co niestety jakiś czas później się stało). Wydanie zbiorcze oprócz tytułowej historii zawiera przedruk ostatniego zeszytu drugiej serii „Strażników Galaktyki”, a także „one-shotu” „Thanos Imperative – Ignition”. O ile ten drugi jest bardzo istotnym i potrzebnym wstępem do głównej historii, to pierwszy zeszyt mógłby zostać równie dobrze jedynie streszczony – wprowadza niepotrzebny zamęt dla czytelników nieznających wcześniejszych numerów. Zamiast tego umieściłbym tu epilog „Thano Imperative – Devastation”. Rysunkowo, jeżeli chodzi o wszelkie kosmiczne bitwy, to jak już wspominałem jest naprawdę spektakularnie –tak dobrze przedstawionej walki w kosmosie w komiksach dawno nie widziałem. Naprawdę, pod tym względem, zarówno Brad Walker, jak i Miguel Sepulveda wywiązują się dobrze z powierzonego im zadania. Niestety drugi artysta trochę słabiej radzi sobie z bardziej „przyziemnymi” scenami – Rocket Racoon w jego wykonaniu wygląda jak mops. Za to nowi bohaterowie Marvela „w wersji Wieczni Przedwieczni” wyglądają naprawdę przerażająco. Podsumowując, komiks głównie dla znawców tego zakątku uniwersum Marvela. Lekturę psują jednak pewne mankamenty rysunków i rozwiązania fabularne.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 7 9 lat temu
Kapitan Ameryka i Falcon: Tajne Imperium Sal Buscema
Kapitan Ameryka i Falcon: Tajne Imperium
Sal Buscema Mike Friedrich Steve Englehart
Ostatnimi laty zwyczajem polskiej młodzieży, z racji regularności wydawania tego oto cyklu komiksu superbohaterskiego, stało się kupowanie wydań zbiorczych komiksów Uniwersum Marvela z słynnej serii zatytułowanej "Wielka Kolekcja Komiksów Marvela", która za pośrednictwem wydawnictwa Hachette, rozpowszechniana jest w naszym kraju w formie dystrybucji kioskowej, głównie jako dwutygodnik. Każdy tom kolekcji wydawnictwa jest zbiorem zrealizowanych już wcześniej (w grę wchodzą nawet dekady lat temu) kilku zeszytów danej serii komiksowej, składających się zwykle na jeden lub dwa wątki narracyjne. Jestem tego typu osobą, która nieszczególnie przepada za kupowaniem wydań jakiejś komiksowej linii, tym bardziej jeśli w cyklu jest co najmniej 50 tytułów - każdy kosztujący około 30 do 40 zł. Mało tego, w przypadku hachettowskiej "WKKM" chęć nabycia przez czytelnika wielu jej tomów zależy od ich dostępności na rynku pozycji używanych tego typu. ,,Dystrybucja kioskowa” kiedyś się kończy, dlatego posiadający, przykładowo, tom nr 44 z tej serii sprzedając go zażądają za niego 80 czy 100 zł. Zebranie całej kolekcji "WKKM" i, analogicznie, podobnych do tej specyficznej linii: "Superbohaterowie Marvela", "Komiksy Uniwersum DC" etc., nie dość, że graniczy z cudem, to całkowity koszt przedsięwzięcia wyniósłby obecnie (a nie w edycji ,,kioskowej”, gdy ktoś rozsądny pomyślał w odpowiednim czasie o jej prenumeracie) od 3000 zł wzwyż. Nie jest to ,,przyjemna” dla oka kwota, ale fani, a szczególnie ci kochający kolekcjonować – w końcu kolekcje utrzymują nas w nostalgii, osiadają na uczuciach, także są pożywką dla sentymentu i mówią o tym, jakimi jesteśmy ludźmi – dla swego hobby, będącego czymś więcej niż tylko uzupełnieniem wolnego czasu po stresie dnia współczesnego, są zdolni do każdego rodzaju poświęceń. Nie jestem szczególnym fanem kupowania i kolekcjonowania serii komiksowych jak wspomniane "WKKM", czy "SUM". A dlaczego? Tylko i wyłącznie z powodu chłodnej kalkulacji, pragmatycznego podejścia, ot prostego powodu: jest to zbyt droga pasja, zajmująca zbyt dużo fizycznego miejsca; takich wydań są dziesiątki, jak nie setki, a narracje obrazkowe – cały dobytek komiksowej myśli i dziedziny poznania nie kończy się na komiksie superbohaterskim, nie jest on przez ten nurt komiksowy określany. Mało tego, na dzień dzisiejszy jestem jedynie skromnym posiadaczem tego typu wydawanych przez Hachette lub inne wydawnictwo, egzemplarzy; jest to jeden z numerów należących do cyklu "Superbohaterowie Uniwersum Marvela", które wychodziły (... cóż, chyba wciąż się to odbywa) w charakterystycznej czerwonej zewnętrznej oprawie - oprócz tytułu, nazwisk twórców i fotografii wstawionej na przedniej okładce. Jeden osesek, ot berbeć z całego spektrum tytułów z takich komiksowych cykli, jak na mnie, to zdecydowanie zbyt mało, dlatego też postanowiłem dłużej nie zwlekać i zaopatrzyć się w ,,kioskowo” dystrybuowane tomiszcze komiksowe pt. "Kapitan Ameryka i Falcon. Tajne Imperium", który przyznam się szczerze kupiłem na chybił trafił - jako dodatek do innego komiksu, "Superman vs Aliens" od TM-Semic, którego lekturą również zajmę się w najbliższym czasie. WKKM, tom 71, czyli event komiksowy (częściowo także Crossover wewnątrz Uniwersum Marvela) z udziałem Steve’a Rogersa a.k.a. ,,Cap” i Falcona zmagających się z przeciwnościami losu, zdradą i podstępem sprytnych wrogów w dużym wydarzeniu zwanym "Tajne Imperium", jest częścią lekkiego ,,story arcu''. Tym przedsięwzięciem budowanym w sercu wydawnictwa ,,domu pomysłów” Stana Lee jest wspomiane "Secret Empire/ Tajne Imperium". Jako fan komiksowej myśli, miałem z nim do czynienia ,,za górami i lasami, hen daleko" lat temu, stąd chęć wybrania akurat tego numeru z kolekcji "WKKM". I już na wstępie niniejszego omówienia tego wydania zbiorczego muszę powiedzieć: w większości wrażeń nie żałuję wydanych 35 zł za ów numer 71 z tej linii wydawniczej od Hachette. Spojrzenie na myśl komiksową sprzed lat, tylko aby przypomnieć sobie co nieco z dziwnego rodzaju historii, czyli "Secret Empire", okazało się naprawdę bezcennym przeżyciem, i to na dodatek w głównej roli z Kapitanem Ameryką – w tym kryje się cały sekret numeru. Bo wyjątkowość "numeru 71" polega na tym, że obecnie komiksy mają znacznie wielowymiarowe, zawiłe scenariusze, mniej łopatologicznie prowadzące swoje historie. W tym wydaniu nakreślona stylem rysowania mocno archaicznym, fabuła jest częściowo przeciętna, a częściowo zupełnie przeciwnie. To jak zmienia się komiks, jak ,,montowana” jest jego całość – co powinniśmy wyobrazić sobie na zasadzie filmu – szczególnie w zmianie obszarów, penetrowania marvelowskiej przestrzeni nowymi postaciami i miejscami, zdaje się być anachroniczny do tej ,,prostoty”, zbyt pocięty. Sprawia to, że "Kapitan Ameryka i Falcon. Tajne Imperium" zyskuje nieco wyczekiwanej dynamiki. Scenarzyści i rysownicy narracji obrazkowych sięgają często po specyficzne środki, aby uczynić Uniwersum, które cały czas rozwijają jeszcze bardziej rozległym i o wiele bardziej przystępnym i atrakcyjniejszym dla czytelników. Tak było z komiksową macierzą "Marvela" – jednym z największych wydawnictw, ikon i propagatorów popkultury. Na łamach jego przepastnego Multiversum, i to dość niedawno, powstała seria wydawnicza, tzw. "Tajne Imperium". Nie dość, że jako wielkie komiksowe przedsięwzięcie, tudzież wydarzenie urozmaica płaszczyznę kreacji wydarzeń Marvela, to wprowadza do niego swego rodzaju ,,trzęsienie Ziemi” – burzące stereotypy landrynkowej, prostej, propagandowej superbohaterskiej historyjki. Sęk w tym, że numer 71 jest to komiks, który nie za wiele ma wspólnego z jądrem historii współczesnego eventu "Secret Empire". To w czym osadza się główna osnowa wydarzeń burzliwych, nawiązujących do sytuacji społeczno-politycznej sprzed lat, jest z lekka to ujmując innymi "Tajnymi Wojnami". To historia bardzo dramatyczna, jak wspominałem wyżej, dziwnie zarówno przez rysowników i scenarzystę dynamizowana – raz rozwijająca się równo, raz nie – stąd wrażenie odbiorcy, że przechodzi się przez komiks jakby jechało się czołgiem na autostradzie… dość mozolnie. I tak czytając zmagania ,,Capa” i Falcona, także innych postaci w trykotach, ujętych w "71 numerze WKKM" od Hachette, mimo różnic czasowych dzielących to wydanie od współczesnego, sprzed kilku lat, eventu marvelowskiego "Secret Empire", dowiedziałem się na tyle, aby mieć spojrzenie na ten słynny event. Słynny, nie znaczy, że najlepszy, bo trzeba przyznać komiks okazał się dość dziwmy, archaiczny, mało klarowny. Mamy tu od groma łopatologicznych wątków; archaiczność grafiki jest naprawdę ,,odmienna”. Da się to wszystko tolerować głównie za sprawą samego finiszu tych kilku zeszytów tworzących wydanie. Dość prostolinijny narrator, nie plastyczny język, ,,prastara szkoła przekazywania treści”, z propagandą postaw pro-obywatelskich. Ten komiks taki miał nie być, a okazało się inaczej. Do końca nie mogę zrozumieć przesłania komiksu; nie chodzi o to, że przeszkadza mi w tym jego warstwa wizualna – ta dziwna szata graficzna, kolory tła, sam tusz i mało rozróżnialne twarze i ich ekspresje. Nie. Sęk w tym, że musiałbym dokładnie żyć pod koniec lat 60-tych i 70-tych, aby w tych czasach, w których rozgrywały się ważne polityczno-społeczne momenty dla historii USA, ale i nie tylko, przyszło mi zrozumieć to dlaczego losy ,,Capa”, którego popularność w linii komiksowej po prostu zaczęła maleć, jak i jego kompana ,,Falcona” zostały przedstawione w tak dziwnym stylu. Komiks częściowo, mógłbym rzec uratowało pojawienie się ekipy mutantów Profesora Charlesa Xaviera. Obecność drużyny herosów posiadających ,,gen X” nie była przypadkowa – na pewno związane było to z wydarzeniami na łamach poszczególnych numerów cykli komiksowych Uniwersum Marvela z „Ziemi 616”, po których to zeszyty sięgnięcie obecnie graniczy praktycznie z cudem. Jak już się oni pojawili zdołali wprowadzić trochę jasności w fabule niniejszego wydania zbiorczego. Xavier i jego podwładni pomogli Falconowi i oskarżonemu, ba, wykluczonemu ze społeczeństwa Steve’owi Rogersowi, wrócić do łask, oczyścić swe imię i pokonać ,,prostolinijnie skonstruowaną” w archetypowy, jak na dziesiątki lat temu i szkołę tudzież epokę tworzenia komiksów Stana Lee, sposób, organizację "Tajne Imperium". Jak na okres ,,Zimnej Wojny”, w której zeszyty składające się na "WKKM nr 71" się ukazały – gdybym żył te dobre 40 lat temu – ów komiks, na dziewięćdziesiąt procent spełnił moje jak i wielu komiksomanikożerców oczekiwania. Trzeba wykazać się cierpliwością i nie lada odwagą, aby czytając "Kapitana Amerykę i Falcona" po prostu się nie uśmiechnąć, tym, jak bardzo prostym zbyt intencjonalnym, instrumentalnym i jednorodnym okazało się to tworem. Można odczuć swego rodzaju respekt do scenarzystów, że potrafili umieścić na ponad 160 stronach dość zgrabnie wydarzenia z udziałem całej gamy postaci z marvelowskiego domu pomysłów. Nie ma tu ,,epickości” i dramatyzmu kruszącego twardy mur bez empatii osobowości czytelnika, który miałby komiks przed sobą, którego to treści właśnie doświadczył. Herosi też potrafią dostrzegać błędy, nie tylko czyjeś, ale i swoje. A to jak ostatecznie Kapitan Ameryka zareagował na finał wydarzeń na linii ,,Tajne Imperium – on sam – Społeczeństwo amerykańskie”, powinno być poddane ocenie każdego czytelnika z osobna. Narracja ta okazała się dość dobra, niedoskonała do odbioru dla współczesnego komiksowego nerda, żyjącego w czasach stosunkowo bardziej poukładanych, niżeli wtedy gdy powstała historia zaprezentowana na łamach "WKKM nr 71" od Hachette.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 6 5 lat temu
Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem Stan Lee
Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem
Stan Lee Steve Ditko
Zazwyczaj czytanie starych komiksów Marvela jest dla mnie drogą przez mękę, do której zmuszam się z różnych powodów: przygotowuję się do recenzji filmu z MCU, szukam ciekawostek, chcę poznać origin postaci i tak dalej. I nie dzieje się tak ze względu na rysunki, bowiem te w wykonaniu mistrzów pokroju Kirby'ego czy Ditko bardzo ładnie znoszą próbę czasu (o kolorach nie można tego samego powiedzieć), czy całą masę anachronizmów (ciągła ekspozycja!) a o scenariusz. Stan Lee jest po prostu grafomanem do siedemnastej potęgi i nawet najlepsze ilustracje tego nie ukryją, nie wspominając o tym, że te zeszyty zwykle są pełne rasizmu i seksizmu (to akurat czyni je ciekawymi, ponieważ dają świadectwo swoich czasów). Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy z marsową miną przystąpiłem do lektury "Doktor Strange: Bezimienna Kraina Poza Czasem" (film nadchodzi, wypada więc zrobić research) i okazało się, że bawię się przy tym tomie naprawdę nieźle! Poza fantastycznymi, onirycznymi ilustracjami Steve'a Ditko (gość był abstynentem, w co naprawdę ciężko uwierzyć), widać też jak świetnie bawi się tutaj Stan Lee. W innych komiksach jego grafomaństwo okrutnie mnie razi, natomiast tutaj, wśród tych wszystkich "karmazynowych wstęg Cyttoraka" i innych pokręconych zaklęć wydaje się idealnie wpisywać w istotę komiksu. Jeśli cały ten uroczy kicz uda się przenieść na srebrny ekran, a przy tym wizualnie odtworzyć wytwory wyobraźni Ditko, czeka nas w kinie niezapomniana przygoda!
Czajnik - awatar Czajnik
ocenił na 6 10 lat temu
Daredevil: Wściekłość i Wrzask. Mark Waid
Daredevil: Wściekłość i Wrzask.
Mark Waid Paolo Rivera
Już od czasów komiksów ze scenariuszem Franka Millera wiadomo było, że z historii o Daredevilu można wydobyć sporo mroku. Następni twórcy szli też w tym kierunku, co chociażby pokazały kolejne tomy wydane w Polsce jako „Daredevil Nieustraszony”. Kiedy jednak rolę scenarzysty przejął Mark Waid, najbardziej znany chyba z komiksu „Przyjdź królestwo”, postanowił podejść trochę inaczej do postaci niewidomego śmiałka. Główny bohater powraca do Nowego Jorku, gdzie z trudem może połączyć działalność superbohaterską z pracą prawnika. W tym tomie będzie musiał zmierzyć się ze sprawami, w które zamieszani są superłotrzy czy międzynarodowe organizacje terrorystyczne. Czuć, że jest to lżejsza opowieść niż to co oferowały poprzednie komiksy o tym bohaterze. Matt Murdock jest tu bardziej wyluzowany i dużo jest udanego humoru, zarówno w warstwie superbohaterskiej, jak i prawniczej. Szczególnie dużo ciętego dowcipu wprowadza nowa postać czyli prokurator okręgowa Kirsten McDuffie, która jest zarówno pomocą, jak i prawdziwym utrapieniem dla bohatera. Scenarzysta nie obawia się sięgać po tandetne elementy i konfrontować je ze współczesnymi czasami. Nie oznacza to jednak, że sam komiks jest kiczowaty jak pierwsze opowieści o tej postaci z początku lat 60. Jest tu też miejsce na poważniejsze rozmowy czy pewne bardziej brutalne motywy, ale jest to idealnie zbalansowane z bardziej typowymi superbohaterskimi elementami. Podobało mi się, że scenarzysta nie ignoruje tutaj wydarzeń z komiksów poprzednich twórców. Zmiany w status quo bohatera dalej utrudniają mu życie, a także musi się liczyć z konsekwencjami historii „Kraina cieni”. Udaje się tu dobrze rozwinąć te wątki, a jednocześnie nie popaść w nadmierny mrok. Również rysunki Paolo Rivery bardzo dobrze wpasowują się w klimat opowieści. Swoją dosyć grubą kreską i jaskrawymi kolorami przywodzi na myśl bardziej naiwne i wesołe starsze historie. Jednakże przy tym świetnie udaje mu się stworzyć bardzo dynamiczne sceny akcji w często urozmaiconej scenerii. Wielka szkoda, że na tym tomie na razie kończą się komiksy o Daredevilu ze scenariuszem Marka Waida wydawane po polsku. Zostaje tu wprowadzony wątek, który w kolejnych zeszytach odgrywa niebagatelną rolę. Domyślam się, że miłośników serii „Daredevil Nieustraszony” może zniechęcić ta zmiana klimatu. Dla mnie jednak jest to ciekawe podejście pokazujące jak należy pisać lekki komiks superbohaterski.
Grzegorz_S - awatar Grzegorz_S
ocenił na 8 6 lat temu

Cytaty z książki Avengers: Krucjata dziecięca

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Avengers: Krucjata dziecięca