Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem

Okładka książki Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem
Stan LeeSteve Ditko Wydawnictwo: Hachette Polska Cykl: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela (tom 72) Seria: Wielka Kolekcja Komiksów Marvela komiksy
200 str. 3 godz. 20 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela (tom 72)
Seria:
Wielka Kolekcja Komiksów Marvela
Tytuł oryginału:
Doctor Strange: A Nameless Land, a Timeless Time
Data wydania:
2015-08-26
Data 1. wyd. pol.:
2015-08-26
Liczba stron:
200
Czas czytania
3 godz. 20 min.
Język:
polski
ISBN:
9788328203136
Tłumacz:
Robert P. Lipski
Średnia ocen

                5,9 5,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem

Średnia ocen
5,9 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
523
35

Na półkach: , ,

Zazwyczaj czytanie starych komiksów Marvela jest dla mnie drogą przez mękę, do której zmuszam się z różnych powodów: przygotowuję się do recenzji filmu z MCU, szukam ciekawostek, chcę poznać origin postaci i tak dalej. I nie dzieje się tak ze względu na rysunki, bowiem te w wykonaniu mistrzów pokroju Kirby'ego czy Ditko bardzo ładnie znoszą próbę czasu (o kolorach nie można tego samego powiedzieć), czy całą masę anachronizmów (ciągła ekspozycja!) a o scenariusz.
Stan Lee jest po prostu grafomanem do siedemnastej potęgi i nawet najlepsze ilustracje tego nie ukryją, nie wspominając o tym, że te zeszyty zwykle są pełne rasizmu i seksizmu (to akurat czyni je ciekawymi, ponieważ dają świadectwo swoich czasów).
Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, kiedy z marsową miną przystąpiłem do lektury "Doktor Strange: Bezimienna Kraina Poza Czasem" (film nadchodzi, wypada więc zrobić research) i okazało się, że bawię się przy tym tomie naprawdę nieźle! Poza fantastycznymi, onirycznymi ilustracjami Steve'a Ditko (gość był abstynentem, w co naprawdę ciężko uwierzyć), widać też jak świetnie bawi się tutaj Stan Lee. W innych komiksach jego grafomaństwo okrutnie mnie razi, natomiast tutaj, wśród tych wszystkich "karmazynowych wstęg Cyttoraka" i innych pokręconych zaklęć wydaje się idealnie wpisywać w istotę komiksu.
Jeśli cały ten uroczy kicz uda się przenieść na srebrny ekran, a przy tym wizualnie odtworzyć wytwory wyobraźni Ditko, czeka nas w kinie niezapomniana przygoda!

Zazwyczaj czytanie starych komiksów Marvela jest dla mnie drogą przez mękę, do której zmuszam się z różnych powodów: przygotowuję się do recenzji filmu z MCU, szukam ciekawostek, chcę poznać origin postaci i tak dalej. I nie dzieje się tak ze względu na rysunki, bowiem te w wykonaniu mistrzów pokroju Kirby'ego czy Ditko bardzo ładnie znoszą próbę czasu (o kolorach nie można...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

125 użytkowników ma tytuł Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem na półkach głównych
  • 72
  • 53
91 użytkowników ma tytuł Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem na półkach dodatkowych
  • 40
  • 21
  • 9
  • 8
  • 5
  • 3
  • 3
  • 2

Tagi i tematy do książki Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem

Inne książki autora

Okładka książki Spider-man 13 (1967) Stan Lee, John Romita Sr.
Ocena 7,2
Spider-man 13 (1967) Stan Lee, John Romita Sr.
Okładka książki Fantastyczna Czwórka 16 Jack Kirby, Stan Lee
Ocena 6,3
Fantastyczna Czwórka 16 Jack Kirby, Stan Lee
Okładka książki Hulk 6 Stan Lee, Marie Severin
Ocena 7,0
Hulk 6 Stan Lee, Marie Severin
Okładka książki Iron Man 8 Gene Colan, Stan Lee
Ocena 6,0
Iron Man 8 Gene Colan, Stan Lee
Okładka książki Doctor Doom Epic Collection. Revolution In Latveria John Buscema, Gene Colan, Gerry Conway, Jack Kirby, Stan Lee
Ocena 0,0
Doctor Doom Epic Collection. Revolution In Latveria John Buscema, Gene Colan, Gerry Conway, Jack Kirby, Stan Lee
Okładka książki Thor 12 (1967) Jack Kirby, Stan Lee
Ocena 5,7
Thor 12 (1967) Jack Kirby, Stan Lee
Okładka książki Daredevil 7 (1967) Gene Colan, Stan Lee
Ocena 6,5
Daredevil 7 (1967) Gene Colan, Stan Lee
Stan Lee
Stan Lee
Amerykański scenarzysta, producent filmowy i rysownik komiksowy, najbardziej znany jako twórca postaci Spider-Mana. Wieloletni prezes i członek zarządu wydawnictwa komiksowego Marvel Comics. Twórca (przy współpracy Jacka Kirbiego i Steve'a Ditko) wielu postaci z komiksowego uniwersum Marvela (Fantastic Four, X-Men, Iron Man, Hulk, Daredevil i innych). Dzięki niemu Marvel Comics z niewielkiego lokalnego wydawcy, zmieniła się w jednego z największych wydawców komiksowych na świecie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Kapitan Ameryka i Falcon: Tajne Imperium Sal Buscema
Kapitan Ameryka i Falcon: Tajne Imperium
Sal Buscema Mike Friedrich Steve Englehart
Ostatnimi laty zwyczajem polskiej młodzieży, z racji regularności wydawania tego oto cyklu komiksu superbohaterskiego, stało się kupowanie wydań zbiorczych komiksów Uniwersum Marvela z słynnej serii zatytułowanej "Wielka Kolekcja Komiksów Marvela", która za pośrednictwem wydawnictwa Hachette, rozpowszechniana jest w naszym kraju w formie dystrybucji kioskowej, głównie jako dwutygodnik. Każdy tom kolekcji wydawnictwa jest zbiorem zrealizowanych już wcześniej (w grę wchodzą nawet dekady lat temu) kilku zeszytów danej serii komiksowej, składających się zwykle na jeden lub dwa wątki narracyjne. Jestem tego typu osobą, która nieszczególnie przepada za kupowaniem wydań jakiejś komiksowej linii, tym bardziej jeśli w cyklu jest co najmniej 50 tytułów - każdy kosztujący około 30 do 40 zł. Mało tego, w przypadku hachettowskiej "WKKM" chęć nabycia przez czytelnika wielu jej tomów zależy od ich dostępności na rynku pozycji używanych tego typu. ,,Dystrybucja kioskowa” kiedyś się kończy, dlatego posiadający, przykładowo, tom nr 44 z tej serii sprzedając go zażądają za niego 80 czy 100 zł. Zebranie całej kolekcji "WKKM" i, analogicznie, podobnych do tej specyficznej linii: "Superbohaterowie Marvela", "Komiksy Uniwersum DC" etc., nie dość, że graniczy z cudem, to całkowity koszt przedsięwzięcia wyniósłby obecnie (a nie w edycji ,,kioskowej”, gdy ktoś rozsądny pomyślał w odpowiednim czasie o jej prenumeracie) od 3000 zł wzwyż. Nie jest to ,,przyjemna” dla oka kwota, ale fani, a szczególnie ci kochający kolekcjonować – w końcu kolekcje utrzymują nas w nostalgii, osiadają na uczuciach, także są pożywką dla sentymentu i mówią o tym, jakimi jesteśmy ludźmi – dla swego hobby, będącego czymś więcej niż tylko uzupełnieniem wolnego czasu po stresie dnia współczesnego, są zdolni do każdego rodzaju poświęceń. Nie jestem szczególnym fanem kupowania i kolekcjonowania serii komiksowych jak wspomniane "WKKM", czy "SUM". A dlaczego? Tylko i wyłącznie z powodu chłodnej kalkulacji, pragmatycznego podejścia, ot prostego powodu: jest to zbyt droga pasja, zajmująca zbyt dużo fizycznego miejsca; takich wydań są dziesiątki, jak nie setki, a narracje obrazkowe – cały dobytek komiksowej myśli i dziedziny poznania nie kończy się na komiksie superbohaterskim, nie jest on przez ten nurt komiksowy określany. Mało tego, na dzień dzisiejszy jestem jedynie skromnym posiadaczem tego typu wydawanych przez Hachette lub inne wydawnictwo, egzemplarzy; jest to jeden z numerów należących do cyklu "Superbohaterowie Uniwersum Marvela", które wychodziły (... cóż, chyba wciąż się to odbywa) w charakterystycznej czerwonej zewnętrznej oprawie - oprócz tytułu, nazwisk twórców i fotografii wstawionej na przedniej okładce. Jeden osesek, ot berbeć z całego spektrum tytułów z takich komiksowych cykli, jak na mnie, to zdecydowanie zbyt mało, dlatego też postanowiłem dłużej nie zwlekać i zaopatrzyć się w ,,kioskowo” dystrybuowane tomiszcze komiksowe pt. "Kapitan Ameryka i Falcon. Tajne Imperium", który przyznam się szczerze kupiłem na chybił trafił - jako dodatek do innego komiksu, "Superman vs Aliens" od TM-Semic, którego lekturą również zajmę się w najbliższym czasie. WKKM, tom 71, czyli event komiksowy (częściowo także Crossover wewnątrz Uniwersum Marvela) z udziałem Steve’a Rogersa a.k.a. ,,Cap” i Falcona zmagających się z przeciwnościami losu, zdradą i podstępem sprytnych wrogów w dużym wydarzeniu zwanym "Tajne Imperium", jest częścią lekkiego ,,story arcu''. Tym przedsięwzięciem budowanym w sercu wydawnictwa ,,domu pomysłów” Stana Lee jest wspomiane "Secret Empire/ Tajne Imperium". Jako fan komiksowej myśli, miałem z nim do czynienia ,,za górami i lasami, hen daleko" lat temu, stąd chęć wybrania akurat tego numeru z kolekcji "WKKM". I już na wstępie niniejszego omówienia tego wydania zbiorczego muszę powiedzieć: w większości wrażeń nie żałuję wydanych 35 zł za ów numer 71 z tej linii wydawniczej od Hachette. Spojrzenie na myśl komiksową sprzed lat, tylko aby przypomnieć sobie co nieco z dziwnego rodzaju historii, czyli "Secret Empire", okazało się naprawdę bezcennym przeżyciem, i to na dodatek w głównej roli z Kapitanem Ameryką – w tym kryje się cały sekret numeru. Bo wyjątkowość "numeru 71" polega na tym, że obecnie komiksy mają znacznie wielowymiarowe, zawiłe scenariusze, mniej łopatologicznie prowadzące swoje historie. W tym wydaniu nakreślona stylem rysowania mocno archaicznym, fabuła jest częściowo przeciętna, a częściowo zupełnie przeciwnie. To jak zmienia się komiks, jak ,,montowana” jest jego całość – co powinniśmy wyobrazić sobie na zasadzie filmu – szczególnie w zmianie obszarów, penetrowania marvelowskiej przestrzeni nowymi postaciami i miejscami, zdaje się być anachroniczny do tej ,,prostoty”, zbyt pocięty. Sprawia to, że "Kapitan Ameryka i Falcon. Tajne Imperium" zyskuje nieco wyczekiwanej dynamiki. Scenarzyści i rysownicy narracji obrazkowych sięgają często po specyficzne środki, aby uczynić Uniwersum, które cały czas rozwijają jeszcze bardziej rozległym i o wiele bardziej przystępnym i atrakcyjniejszym dla czytelników. Tak było z komiksową macierzą "Marvela" – jednym z największych wydawnictw, ikon i propagatorów popkultury. Na łamach jego przepastnego Multiversum, i to dość niedawno, powstała seria wydawnicza, tzw. "Tajne Imperium". Nie dość, że jako wielkie komiksowe przedsięwzięcie, tudzież wydarzenie urozmaica płaszczyznę kreacji wydarzeń Marvela, to wprowadza do niego swego rodzaju ,,trzęsienie Ziemi” – burzące stereotypy landrynkowej, prostej, propagandowej superbohaterskiej historyjki. Sęk w tym, że numer 71 jest to komiks, który nie za wiele ma wspólnego z jądrem historii współczesnego eventu "Secret Empire". To w czym osadza się główna osnowa wydarzeń burzliwych, nawiązujących do sytuacji społeczno-politycznej sprzed lat, jest z lekka to ujmując innymi "Tajnymi Wojnami". To historia bardzo dramatyczna, jak wspominałem wyżej, dziwnie zarówno przez rysowników i scenarzystę dynamizowana – raz rozwijająca się równo, raz nie – stąd wrażenie odbiorcy, że przechodzi się przez komiks jakby jechało się czołgiem na autostradzie… dość mozolnie. I tak czytając zmagania ,,Capa” i Falcona, także innych postaci w trykotach, ujętych w "71 numerze WKKM" od Hachette, mimo różnic czasowych dzielących to wydanie od współczesnego, sprzed kilku lat, eventu marvelowskiego "Secret Empire", dowiedziałem się na tyle, aby mieć spojrzenie na ten słynny event. Słynny, nie znaczy, że najlepszy, bo trzeba przyznać komiks okazał się dość dziwmy, archaiczny, mało klarowny. Mamy tu od groma łopatologicznych wątków; archaiczność grafiki jest naprawdę ,,odmienna”. Da się to wszystko tolerować głównie za sprawą samego finiszu tych kilku zeszytów tworzących wydanie. Dość prostolinijny narrator, nie plastyczny język, ,,prastara szkoła przekazywania treści”, z propagandą postaw pro-obywatelskich. Ten komiks taki miał nie być, a okazało się inaczej. Do końca nie mogę zrozumieć przesłania komiksu; nie chodzi o to, że przeszkadza mi w tym jego warstwa wizualna – ta dziwna szata graficzna, kolory tła, sam tusz i mało rozróżnialne twarze i ich ekspresje. Nie. Sęk w tym, że musiałbym dokładnie żyć pod koniec lat 60-tych i 70-tych, aby w tych czasach, w których rozgrywały się ważne polityczno-społeczne momenty dla historii USA, ale i nie tylko, przyszło mi zrozumieć to dlaczego losy ,,Capa”, którego popularność w linii komiksowej po prostu zaczęła maleć, jak i jego kompana ,,Falcona” zostały przedstawione w tak dziwnym stylu. Komiks częściowo, mógłbym rzec uratowało pojawienie się ekipy mutantów Profesora Charlesa Xaviera. Obecność drużyny herosów posiadających ,,gen X” nie była przypadkowa – na pewno związane było to z wydarzeniami na łamach poszczególnych numerów cykli komiksowych Uniwersum Marvela z „Ziemi 616”, po których to zeszyty sięgnięcie obecnie graniczy praktycznie z cudem. Jak już się oni pojawili zdołali wprowadzić trochę jasności w fabule niniejszego wydania zbiorczego. Xavier i jego podwładni pomogli Falconowi i oskarżonemu, ba, wykluczonemu ze społeczeństwa Steve’owi Rogersowi, wrócić do łask, oczyścić swe imię i pokonać ,,prostolinijnie skonstruowaną” w archetypowy, jak na dziesiątki lat temu i szkołę tudzież epokę tworzenia komiksów Stana Lee, sposób, organizację "Tajne Imperium". Jak na okres ,,Zimnej Wojny”, w której zeszyty składające się na "WKKM nr 71" się ukazały – gdybym żył te dobre 40 lat temu – ów komiks, na dziewięćdziesiąt procent spełnił moje jak i wielu komiksomanikożerców oczekiwania. Trzeba wykazać się cierpliwością i nie lada odwagą, aby czytając "Kapitana Amerykę i Falcona" po prostu się nie uśmiechnąć, tym, jak bardzo prostym zbyt intencjonalnym, instrumentalnym i jednorodnym okazało się to tworem. Można odczuć swego rodzaju respekt do scenarzystów, że potrafili umieścić na ponad 160 stronach dość zgrabnie wydarzenia z udziałem całej gamy postaci z marvelowskiego domu pomysłów. Nie ma tu ,,epickości” i dramatyzmu kruszącego twardy mur bez empatii osobowości czytelnika, który miałby komiks przed sobą, którego to treści właśnie doświadczył. Herosi też potrafią dostrzegać błędy, nie tylko czyjeś, ale i swoje. A to jak ostatecznie Kapitan Ameryka zareagował na finał wydarzeń na linii ,,Tajne Imperium – on sam – Społeczeństwo amerykańskie”, powinno być poddane ocenie każdego czytelnika z osobna. Narracja ta okazała się dość dobra, niedoskonała do odbioru dla współczesnego komiksowego nerda, żyjącego w czasach stosunkowo bardziej poukładanych, niżeli wtedy gdy powstała historia zaprezentowana na łamach "WKKM nr 71" od Hachette.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 6 5 lat temu
Początki Marvela: Lata sześćdziesiąte Stan Lee
Początki Marvela: Lata sześćdziesiąte
Stan Lee Steve Ditko Don Heck Jack Kirby
Album zbiera pierwsze zeszyty przygód legendarnych bohaterów Marvela, wydane na początku lat 60-tych. Muszę przyznać, że znając już kilka klasyków z tamtych lat miałem spore obawy czy dam radę przebrnąć przez tę pozycję. Moje wątpliwości okazały się bezpodstawne, z odpowiednim podejściem i zrozumieniem realiów tamtych czasów, bawiłem się doskonale! Najlepiej wypadł debiut Fantastycznej Czwórki, Hulka oraz pary dzielnych insektów. Nie zdawałem sobie sprawy, że w ekipie FF, Reed Richards i Ben Grimm początkowo niespecjalnie za sobą przepadali a ich docinki i przekomarzania są ozdobą prezentowanej historii. Oczywiście dialogi ocierają się wręcz o autoparodię np. kiedy Richards zaczyna opowiadać jak "ogromna moc znalazła się w naszym posiadaniu", a Thing momentalnie go ripostuje tekstem: "nie musisz walić przemowy ważniaku, oczywiście musimy z niej korzystać dla dobra ludzkości". Czysta klasyka. Kirby też ma swoje momenty, tła oczywiście były wtedy bardzo ubogie, jednak zdarzają się naprawdę dobre kadry. Natomiast historia zielonego olbrzyma jest kwintesencją komiksu w czasach "zimnej wojny". Oczywiście cały album jest przepełniony propagandą i aluzjami do rywalizacji kapitalistycznego zachodu z komunistycznym wschodem. Jednak opowieść o Gargulcu, który udaje się do Stanów w "kabinie komunistycznej kopii amerykańskiego samolotu", najlepiej spełnia te założenia. Podobnie jest przy poznaniu pierwszej wspólnej przygody Ant-Mana i Wasp, jednak tutaj dochodzi jeszcze klasyczny patriarchalizm. Uśmiech rozprzestrzenia się po twarzy, czytając dialogi pomiędzy dwójką głównych bohaterów, gdzie kobieta ma uwielbiać protagonistę a nawet gdy posiada moce, lepiej żeby z nich specjalnie nie korzystała, przecież jest... kobietą. Reszta zeszytów trzyma poziom, warto się z nimi zapoznać, najlepiej posiadając już spory bagaż przeczytanego "superhero". Wtedy najłatwiej odnaleźć się i docenić "początki Marvela - lata 60-te".
AliEns00 - awatar AliEns00
ocenił na 8 8 lat temu
X-Men. Rozłam Jason Aaron
X-Men. Rozłam
Jason Aaron Kieron Gillen Carlos Pacheco Frank Cho
MUTANCIA WOJNA DOMOWA „X-Men: Rozłam”. No ogólnie docenia się ten komiks i w ogóle. Mówi się, że ważny, że ustalający nowy status quo, że to, tamto. No ale nie ma się co oszukiwać, fabularnie to – jak na Aarona przystało – nic oryginalnego. Ot xmanowa kopia „Wojny domowej”, wiadomo tu i tam zmieniona, żeby nie było, że plagiat, ale mocno obie te opowieści przypominają siebie na wzajem. No i właśnie takie to wszystko wtórne jest, acz całkiem do rzeczy, dynamiczne, z szybkim tempem, czasem naciągane, jak choroba, czasem widowiskowe, czym ma trochę maskować brak większego pomysłu… No typowy Aaron, wspierany przez typowego Gillena, ale sam evencik nawet daje radę. Choć do takiego „Rodu M” czy nawet „Avengers kontra X-Men” nawet nie ma startu. Niedobitki mutantów, ot jakieś dwustu przedstawicieli gatunku przetrwałych po „Rodzie M”, zjednoczyło się i teraz żyje na wyspie Utopia. Ale nadal nie czują się bezpiecznie, bo na świecie wciąż jest pewnie więcej Sentineli, niż żyjących mutantów. Dlatego Cyclops, wykorzystując konferencję zbrojeniową, chce przekonać rządy by pozbyły się tych maszyn. Ale, jak zawsze, wszystko idzie nie tak. Omega Kid wkracza do akcji i ogłaszając się przyszłym przywódcą X-Men pokazuje na co go stać, zmuszając głowy państw do wyznania swoich największych grzechów i sekretów. Zaczyna się chaos, zjawiają Sentinele, Cyclops i Wolverine muszą wkroczyć do akcji, a sytuacja mutantów ulega pogorszeniu. To jednak dopiero początek tego, co nadchodzi. Zbliża się rozłam, wielkie poróżnienie, ale i wielkie zagrożenie. Co z tym wszystkim ma wspólnego pewien genialny dzieciak i Hellfire Club? I jakie będą konsekwencje tych wydarzeń? http://ksiazkarniablog.blogspot.com/2023/11/x-men-rozam-jason-aaron-kieron-gillen.html
Wkp - awatar Wkp
ocenił na 6 2 lata temu
Ultimate Spider-Man: Śmierć Spider-Mana Brian Michael Bendis
Ultimate Spider-Man: Śmierć Spider-Mana
Brian Michael Bendis Mark Bagley David Lafuente
… To nie tak, że na tytuł nie mam pomysłu – bo mam. Czasem jednak zamiast kilku słów określających całość, lepiej jest milczeć. Uczcić minutą ciszy. Peter Parker, Ultimate Spider-Man, nie żyje. Zginął. Umarł. Został zabity. Jak wolicie. Nie ma go i wbrew temu, czego można by się spodziewać, już nie wróci. Nie ożyje. Zostało nam tylko przeczytać, jak do tego doszło. Ultimates decydują się szkolić Petera tak, by poradził sobie, jako heros. Niestety pierwsze szkolenie z Iron Manem kończy się na polu walki pomiędzy Black Cat a Mysterio o Klucz Zodiaku – artefakt, który dał władzę Kingpinowi, a który potrafi spełniać wolę posiadacza. Efekt jest katastrofalny, ale prawdziwa katastrofa dopiero nadchodzi. Z Triskelionu uciekają Osborn, Kraven, Dock Ock, Electro, Sandman i Vulture. Cel – zamordować Petera. Niestety Spider-Man nie może liczyć na pomoc herosów, wybucha bowiem wojna między Ultimates. Zaczyna więc walkę o przetrwanie, na które nie ma co liczyć… Ten komiks to był strzał w dziesiątkę. Uśmiercić jednego z najbardziej lubianych bohaterów i zarazem uśmiercić tak, by już nigdy nie wrócił. Od tego momentu minęło 5 lat i Parker nie powrócił zza grobu a to dobrze świadczy o Bendisie i jego twórczości. Można by powątpiewać, czy ogłoszenie już w tytule, że Peter umrze to dobre rozwiązanie, ale ewentualne głosy przeciw takiemu podejściu do tematu milkną bardzo szybko. Chwyt reklamowy? Owszem. Podniesie się sprzedaż? Pewnie. Ale Bendis pokazał coś jeszcze – wiemy, że śmierć nadciąga, każdy moment zbudował więc tak, by wypełniały go emocje. MJ wraca do Parkera, J. Jonah Jameson jest gotów zrobić dla niego wszystko w ramach podzięki za ocalenie życia. Kapitan Ameryka jest jemu przeciwny. Każda z tych relacji to mały brylant wypełniony smutkiem, bo wiemy co nadciąga. Wiemy co będzie. Chcemy do ostatniej chwili łudzić się, oszukiwać, mieć nadzieję, bo przecież pojawia się pomoc, bo Peter jakoś sobie radzić, bo… bo… Ale nadziei nie ma. I to przejmuje do głębi. Bendis doskonale rozkłada akcenty. Akcja jest poprowadzona z mangową niemalże dynamiką. Czułe chwile trafione są w punkt. Spokojne momenty… tych prawie już nie ma. Od połowy jest tylko jedna wielka walka z czasem. Pojedynek, który wyczerpuje i bohaterów i nas. Potem zostaje już tylko smutek. Szkoda jednak pewnej konkretnej rzeczy, a mianowicie tego, że nie dane nam było poczytać „Avengers vs. New Ultimates” Millara, który to album stanowi wyjaśnienie całej wojny herosów, która jest przecież jednym z istotnych, choć nie wyjaśnionych aspektów „Śmierci…”. Graficznie komiks stoi na wysokim poziomie. Wprawdzie początek (po świetnym wstępie, kojarzącym się z początkowymi scenami „Z jak zagłada”) kuleje, kiedy Sarah Pichelli sobie radzi, szczególnie w przypadku tła i twarzy, jest ok, to jednak Spider i Iron wypadają blado. Dalej przez chwilę jest gorzej, kiedy to Chris Samnee przejmuje ołówek, ale gdy na scenę wraca Bagley, pokazuje co potrafi. Przez trwanie „Ultimate Spider-Mana” różnie z jego kreską bywało, często okazywała się zła, w tym albumie jednak, jakby także i on chciał oddać hołd Peterowi, wspiął się na wyżyny. Nie boi się czerni, nie unika szczegółów. Po prostu urzeka. Podobnie, jak z głową położony kolor. To wszystko, plus znakomite wydanie w świetnej cenie, doprawione wstępem streszczającym najważniejsze wątki, sporą galerią (w tym ilustracją Quesady, która stanowi przejmujący epilog całości) i dodatkiem opowiadającym o genezie i ewolucji całego pomysłu, sprawiają, że ten album to absolutne musisz-to-mieć nie tylko dla fanów Spider-Mana, ale komiksów w ogóle. Poza tym ostatnie miesiące, jak i te, które nadejść dopiero mają, to zdecydowanie dobry czas dla Pajęczaka. W zeszłym roku mieliśmy okazję przeczytać śmierć Petera na łamach Amazing Spider-Mana, teraz mamy okazję regularnie sięgać po przygody „Superior Spider-Mana”, a już za nieco ponad miesiąc „Wielka kolekcja komiksów Marvela” szykuje nam „Nigdy więcej Spider-Mana” z klasycznymi zeszytami z lat 60 (numery 44-50). Co dalej? Gościnne występy Petera, ale także i w przyszłości mam nadzieję, że czeka nas „Śmierć Stacych”, która wyszła w Anglii w ramach WKKM jako tom 98, „Spider-Man Tem-Up” (tom 91) czy „Spider Island”… Jeśli tylko będą po polsku, a myślę, że tak, jest na co ostrzyć sobie zęby. I polecać już teraz. Ale póki co polecam „Śmierć Spider-Mana” i zamiast jakiegoś słowa końcowego, poświęcam mu minutę ciszy … Recenzję znajdziecie także na moim blogu http://ksiazkarnia.blog.pl/2016/02/15/ultimate-spider-man-smierc-spider-mana-brian-michael-bendis-mark-bagley-david-lafuente-sarah-pichelli-i-inni/
Wkp - awatar Wkp
ocenił na 8 10 lat temu
Uncanny X-Men: Druga Geneza Chris Claremont
Uncanny X-Men: Druga Geneza
Chris Claremont Dave Cockrum Len Wein
"Druga Geneza" pokazuje nam początki w teamie X-Men takich postaci jak: Wolverine, Storm, Colossus czy Nightcrawler. W związku ze spadającym zainteresowaniem pierwotną grupą mutantów, Marvel podjął drastyczne środki i postanowił wysłać ich na dłuższy urlop pozostawiając jedynie Cyclopsa w roli dowódcy dla nowych członków. Nie jestem zwolennikiem komiksów z lat 60/70 ponieważ w większości są to straszne ramotki. Ten album natomiast to esencja grupowego komiksu superbohaterskiego, prawdopodobnie fundament dla przyszłej popularności słynnej grupy mutantów. Chris Claremont stworzył interesującą fabułę, pełną humorystycznych elementów i dynamicznej akcji. Rysunki Cockruma są świetne, nowocześnie wykadrowane, a postacie wyrażają sporą gamę emocji. W albumie znajduje się wszystko. Jest hrabia który przejmuje władzę nad arsenałem nuklearnym a Avengers stwierdzają że nie mają na to czasu. Pojawiają się Stan Lee i Jack Kirby krytykujący "czasy współczesne". Ororo zrzuca ciuszki i przywołuje letnią mżawkę, ponieważ chce się odświeżyć. Xavier udaje się odpoczywać na Karaiby i pływa na statku nazywającym się "Dejah Thoris". Album jest rewelacyjny patrząc na czasy w których powstał. Dzięki niemu rozumiem już fenomen Chrisa Claremonta i późniejszą pozycję mutantów w świecie Marvela (zwłaszcza porównując ją do dzisiejszej sytuacji).
AliEns00 - awatar AliEns00
ocenił na 9 9 lat temu

Cytaty z książki Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Doktor Strange: Bezimienna kraina poza czasem