Lasy i ludzie : młodość

Okładka książki Lasy i ludzie : młodość autora Ernst Wiechert, 8370021921
Okładka książki Lasy i ludzie : młodość
Ernst Wiechert Wydawnictwo: Pojezierze literatura piękna
193 str. 3 godz. 13 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Wälder Und Menschen. Eine Jugend
Data wydania:
1984-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1984-01-01
Liczba stron:
193
Czas czytania
3 godz. 13 min.
Język:
polski
ISBN:
8370021921
Tłumacz:
Tadeusz Ostojski
Średnia ocen

7,6 7,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Lasy i ludzie : młodość w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Lasy i ludzie : młodość

Średnia ocen
7,6 / 10
24 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Lasy i ludzie : młodość

avatar
35
35

Na półkach: , ,

Po bardzo dobrym odbiorze „Pani Majorowej” sięgnęłam po „Lasy i ludzie” z dużymi oczekiwaniami — i tym razem coś jednak nie zagrało. „Pani Majorowa” była dla mnie książką, która mocno działała na emocje, poruszała i zostawała w środku na dłużej. Czytało się ją z zaangażowaniem i poczuciem bliskości z głównym bohaterem. W „Lasach i ludziach” tego niestety nie odczułam. To oczywiście wciąż dobrze napisana książka — pełna refleksji, natury i spokojnego klimatu — ale zabrakło mi w niej tej „iskry”, tego poruszenia, które wcześniej tak mocno u mnie wybrzmiało. Czytałam raczej z dystansem niż z emocjami.
Muszę jednak przyznać, że realia szkoły opisanej przez Wiecherta mają nadal dużo wspólnego z obecnymi.

Nie żałuję lektury, ale tym razem Wiechert trafił do mnie dużo słabiej.

Po bardzo dobrym odbiorze „Pani Majorowej” sięgnęłam po „Lasy i ludzie” z dużymi oczekiwaniami — i tym razem coś jednak nie zagrało. „Pani Majorowa” była dla mnie książką, która mocno działała na emocje, poruszała i zostawała w środku na dłużej. Czytało się ją z zaangażowaniem i poczuciem bliskości z głównym bohaterem. W „Lasach i ludziach” tego niestety nie odczułam. To...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1525
1500

Na półkach:

Mimo że nie jest to takie arcydzieło, jak niezapomniane „Dzieci Jerominów" (lektura obowiązkowa!) to przecież wspaniała to, dziś mocno już egzotyczna, podróż Ernsta Wiecherta do bukolicznego dzieciństwa w mazurskich ostępach i jedna z najlepszych relacji o pruskim systemie wychowawczym, który jakimś cudem nie przemielił osobowości wrażliwego Autora na miazgę. 

Nie daję „10” tylko dlatego, że i ta książka wpisuje się jednak w pewną, dziś już jednak mocno anachroniczną, idealizację przednowoczesnych form życia człowieka. Dość naiwnie wybrzmiewa tu przeciwstawienie „dobrej” wsi zepsutemu do cna miastu. I choć Wiechert ma sporo racji, to jednak chyba zawsze pozostał wrogiem nowoczesnej cywilizacji jako takiej, z czym musiało się łączyć upodobanie do harmonii dawnego wiejskiego świata. Niemniej ważne to świadectwo tego życia (nb. na pewien czas trafił do Buchenwaldu).

 „Będąc dzieckiem, żyłem wśród rozległych lasów niby zwierzątko w swej norze, a do naszego domu nie kołatał nikt obcy. Pętał mnie śnieg, zniewalały marzenia”.

 „Wokół ostatnich snopów, które zestawili, stoją wśród zżętych pól mężczyźni i kobiety. Odkryli głowy i wyciągając ze sztyg pojedyncze kłosy na snopek i wieniec, śpiewają w swoim polskim języku powolną i smutną pieśń: „Zachowaj nam łaskę swoją…”. W całkiem nieruchomym powietrzu krążą wysoko drapieżne ptaki, a świat szeroki wydaje się wypełniony ową pełną żałości pieśnią, która znaczy, że lato znów się od nas odwraca”.

 „Wzrastaliśmy niemal w całkowitej samotności, w otoczeniu ludzi posługujących się językiem polskim, ojczystym dla nich językiem, nadto uważających leśniczego – ze względu na styl życia, charakter pracy i pochodzenie – za pana. Tym samym pewnego rodzaju izolacja, ograniczająca bliższe kontakty, dotyczyła i nas, dzieci”.

No właśnie, jedną z największych kulturowych zbrodni Peerelii było, że takich ludzi wypychano z ojcowizny jako "Niemców”do Reichu, nb., jakkolwiek to smutno zabrzmi, nie było to tylko ‘zasługą' ówczesnych władz….  

„Trzeba było jechać trzy mile przez głuche bory. Opatulano mnie chustami, wsadzano pod baranice i tylko oczy pozostawały niezasłonięte i przyglądały się przemykającym obok mrocznym świerkom, za którymi niby ognista ściana płonęło wieczorne niebo”. 

W tej sielance jest również śmierć, także i samemu zadawana - choć nie zawsze, jak w przypadku mojego ulubionego gatunku ptaka, tyle razy nad Mazurami widzianego (niestety, dziś w Polsce zaledwie kilkadziesiąt par. 

 „Kiedy na wielkiej wysokości rybołów nagle składał skrzydła i, nurkując niemal pionowo, rzucał się na dostrzeżoną rybę, zaczynało mi łomotać serce. Spadał w dół niczym iskrzący się bielą piorun, wytryskiwał z wody obłok piany i wolno, ociężale,majestatycznie wyłaniały się z niej skrzydła ptaka, w szponach wiła się wielka ryba, na którą runął. Strzelba za każdym razem mierzyła w to miejsce, z jakiego musiał się wyłonić, ale zawsze ją opuszczałem. Być może dlatego, że obawiałem się chybić, być może dlatego, że bałem się trafić”. 

Naturalne jest zatem stwierdzenie: „Przeniesienie do miasta oznaczało ponad wszelką wątpliwość nie tylko utratę raju, ale i to, iż wraz z nim straciliśmy również wszystko, co najogólniej nazywa się niewinnością”. 

W sumie trudno się dziwić niespełna 12-latkowi, wyrwanemu z upajającej arkadii dzieciństwa – leśniczówki ojca w lasach pod dzisiejszym Mrągowem – i wrzuconego w szkolny kierat królewieckiego gimnazjum, gdzie trzcina nie jest po to, by szumieć mu do snu, jak dotychczas. Miejsce, do którego go zesłano, ma zaś przerobić go na posłusznego poddanego Kaisera i nagiąć do przerażającej mieszczańskiej normy. 

Tak, czy inaczej, wielce satysfakcjonująca to lektura. Wiechert pisze z przepiękna starannością. wykształcenie w Albertinie zrobiło jednak swoje. Ma imponujący styl. Złożone, cyzelowane zdania, ich wyrafinowana konstrukcja - to miód na moją duszę…. 

Przyjazd do Królewca Wiechert opisuje jako „coś zbliżonego do pogrążenia się w morzu światła, huku i gwaru”. Odnotowuje „osłupiające wejście do miejskiego mieszkania z elektrycznym dzwonkiem, gazowym oświetleniem i wodociągiem”. i choć zostanie prymusem w szkole, stale będzie mu brakować„lasów, jezior i zwierząt”. 

Kiedy myślimy o pruskiej szkole, od razu przychodzi na myśl stereotyp, który Autor w pełni jednak potwierdza - spotkał tylko jednego normalnego nauczyciela. A inni….

„Niemal do końca nauki w podstawowej szkole nie było mowy o żadnych ludzkich kontaktach z jakimkolwiek spośród nauczycieli”.

 „Stanowili oni jeden świat, my zaś drugi. Nie ma wśród nich geniuszy pedagogiki ani władzy. Są tacy, którzy biją bez litości oraz tacy,których my zadręczamy na śmierć. Od niektórych uczymy się dużo, od innych nic inie zawsze przyczyną tego jest brak naszej dobrej woli”. 

„Wyciągał z pulpitu długą trzcinę. Bił z całej siły po dłoniach, dziesięć razy, piętnaście, a w miejscach, które trafiał, nabrzmiewały pręgi. – Nauczyłeś się? - pytał wrzeszcząc. - Głupi łajdak się nauczył! Potężne uderzenia spadały ze świstem”. 

„- Dlaczego to musi być tak, panie profesorze? – To musi tak być, ty głupi świński wole!’. „Obchodzono się z nami okrutnie, odpłacaliśmy przeto tą samą monetą.(…) Byliśmy takimi, jak bywa tłum niezależnie od epoki i wieku:brutalni, żądni krwi, skłonni do poddania się przewodnictwu najgorszych”.

A jednocześnie tamtej szkole Autor sporo zawdzięczał.

 „Wówczas kosmiczny smutek był typową fazą dojrzewania,oddawanie mu się zaś i to z całą namiętnością było nader oczywistym wymogiem przyzwoitości obowiązującym młodzieńca o intelektualnych skłonnościach”. 

„A przy tym młodość jest okresem, w którym bezwzględnie domagamy się sprawiedliwości absolutnej, wolności i prawdy, sprzeczność pomiędzy tym, co chcemy, a tym co osiągamy, musi wobec niedoskonałości epoki rodzić uczucie beznadziejności i ogólnego przygnębienia, występującego u młodzieńca pod postacią smutku kosmicznego”.

Z wielką, niespotykaną delikatnością, Autor opisuje swoje pierwsze zauroczenia… 

„Trzeźwiej myślący przyjaciele nieraz ganili mnie potem w ostrych słowach, że dopatruję się w kobiecie cudów, jakich wcale nie posiada, że ów bardzo niedoskonały twór natury wywyższam w sposób marzycielski, przez co jestem współodpowiedzialny za przyznawanie kobietom miejsca, jakie na tym świecie przysługuje tylko aniołom”.

„Również i dziś w pełnym rozkwicie życia jestem tak samo skłonny do dopatrywania się w każdej kobiecie czystego serca, tego, co Bóg zapomniał wygnać z raju i czym obdarzył nas, by choć na krótko rozjaśnił się i cieplał posępny mrok świata”.

 „Wszyscy dorośli, nauczyciele, krewni, a niekiedy również rodzice mieli zwyczaj uśmiechać się kpiąco, a nawet złośliwie, tak jakby zazdrościli mi tego, co sami utracili już dawno i co my również powinniśmy byli jak najszybciej postradać. Nie chcieli bowiem, by wszystko to, czym myśmy się właśnie sycili, przypominało im o ich głodzie”.

 „Stało się tedy to, co zawsze dzieje się ze wszystkimi i nie było bardziej wzniosłe ani też bardziej śmieszne niż kiedykolwiek. Że jednak każdemu z nas pisany jest własny raj oraz własna śmierć, przeto w sposób wyłączny i tylko nam przynależny doświadczamy tego, iż drugi człowiek wchodzi nam w krew i w życie. Mamy też pełne prawo wspominać go ze szczególną wdzięcznością i wzruszeniem, gdyż obdarzył nas szczęściem, nawet jeśli miałoby być ono jednym z wielu przyniesionych przez los” (któż z nas by się pod tym nie podpisał...?).

„Przedtem nie było niczego, niczego nie będzie później. (…)W ostatnich pocałunkach zawierał się już ból rozstania, samotności i zupełnego zagubienia”. 

Ogólny „ból rozstania” musiał odczuwać do śmierci w Szwajcarii w 1950 r.

Gdy go czytałem, miałem nieodłączne skojarzenia z innym bildungsromanem – tyle, że znad nieodległej Niewiaży, czyli niezapomnianą ”Doliną Issy”, jedną z książek mojego życia, najwyżej przeze mnie ocenianą. Iście noblowska tam głębia.  
Tak jak i Miłosz, Autor bezpowrotnie utracił swój „kraj lat dziecinnych". Ale obaj do końca zachowali chyba coś dużo, dużo więcej niż tylko zwyczajowy do niego sentyment. Miłosz był za to atakowany przez tzw. „prawdziwych Polaków”, zapewne nie inaczej część Niemców oceniała i Wiecherta… 

Mimo że nie jest to takie arcydzieło, jak niezapomniane „Dzieci Jerominów" (lektura obowiązkowa!) to przecież wspaniała to, dziś mocno już egzotyczna, podróż Ernsta Wiecherta do bukolicznego dzieciństwa w mazurskich ostępach i jedna z najlepszych relacji o pruskim systemie wychowawczym, który jakimś cudem nie przemielił osobowości wrażliwego Autora na miazgę. 

Nie daję...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
635
222

Na półkach: , ,

Opowieść o utraconej leśnej ojcowiźnie, spopielającej duszę samotności i ubogim dzieciństwie zapamiętanym, jako raj. We wspomnieniach „Lasy i ludzie” szczególnym blaskiem jaśnieje majestat rodzinnych stron i ukojenie, jakie dawał pisarzowi leśny świat / dni, gdy wstawał wraz ze słońcem, a zachód spotykał go w głębi lasu nad brzegami jezior, dokąd zlatywały czaple na nocne łowy wśród trzcin.

„ … łasowanie wiśniowych przetworów przechowywanych w piwnicy zaprawione było gorzką świadomością, iż Bóg widzi skroś piwnicznych ścian, a każda wiśnia jest odnotowywana w mojej księdze występków.”

Spośród wszystkiego, co przeminęło wyłania się oglądany z oddali ojczysty krajobraz i jego melancholia oraz chłopiec wierzący i tak pobożny, jak pobożne może być tylko dziecko, który pewnego dnia staje na moście westchnień, rozdarty między wiarą, a niewiarą, jednym słowem czarowna dzika kraina dzieciństwa zamieniona w przestrzeń mitycznego bezczasu, szybują nad nią orły i ciągną dzikie łabędzie.

Najwybitniejszym dziełem Ernsta Wiecherta / 1887-1950, pisarza niemieckiego, autora powieści, opowiadań, nowel i sztuk teatralnych, jest powieść „Dzieci Jerominów” / 1945-47, mazurski epos, historia mieszkańców Sowiego Zakątka, wsi położonej na terenie dawnych Prus Wschodnich, saga rodzinna o rzadko spotykanej głębi przekazu nazywana epopeją Puszczy Piskiej, bardzo polecam : )

Opowieść o utraconej leśnej ojcowiźnie, spopielającej duszę samotności i ubogim dzieciństwie zapamiętanym, jako raj. We wspomnieniach „Lasy i ludzie” szczególnym blaskiem jaśnieje majestat rodzinnych stron i ukojenie, jakie dawał pisarzowi leśny świat / dni, gdy wstawał wraz ze słońcem, a zachód spotykał go w głębi lasu nad brzegami jezior, dokąd zlatywały czaple na nocne...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

82 użytkowników ma tytuł Lasy i ludzie : młodość na półkach głównych
  • 52
  • 28
  • 2
11 użytkowników ma tytuł Lasy i ludzie : młodość na półkach dodatkowych
  • 3
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Lasy i ludzie : młodość

Inne książki autora

Ernst Wiechert
Ernst Wiechert
Pisarz niemiecki, który znaczącą część swojej twórczości poświęcił Mazurom. Jego ojciec był leśniczym i pisarz przyszedł na świat w leśniczówce. W Królewcu, w latach 1905-1911 studiował na tamtejszym uniwersytecie przyrodoznawstwo, filozofię, filologię angielską i niemiecką. Po studiach podjął pracę jako nauczyciel gimnazjalny. Po wybuchu I wojny światowej zgłosił się jako ochotnik do wojska, walczył pod Verdun i dosłużył się stopnia oficerskiego. Po wojnie nadal pracował jako nauczyciel, a w roku 1930 przeniósł się do Berlina. Po dojściu do władzy nazistów zrezygnował z pracy w szkolnictwie, przeniósł się do Ambach koło jeziora Starnberger See w Bawarii i żył od tej pory z pisarstwa. Ze względu na krytyczną postawę wobec władz nazistowskich,w 1938 trafił do obozu koncentracyjnego Buchenwald. Wstrząsającą relację stamtąd spisał przed wybuchem wojny i zakopał w ogrodzie – ukazała się drukiem dopiero w 1945 roku. Atakowany za „obrazę” narodu niemieckiego we wspomnieniach z Buchenwaldu oraz rozczarowany powierzchowną denazyfikacją pisarz wyemigrował w roku 1948 do Szwajcarii. Ernst Wiechert należał do najpoczytniejszych pisarzy niemieckich lat trzydziestych XX wieku.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Półbaśnie Tadeusz Nowak
Półbaśnie
Tadeusz Nowak
Tadeusz Nowak w pełni sił twórczych i dla kojarzących osobę ta informacja powinna w zasadzie wystarczyć. Coś od siebie? Jedna informacja, co prawda nie do końca potwierdzona, ale ponoć w Watykanie, papież po przeczytaniu książki Nowaka chciał zwoływać nadzwyczajny synod. Oto "Półbaśniowa" przyczyna: "...Bywają psy chłopskie i bywają pańskie. Jedne i drugie, podobnie jak ludzie pochodzą od psiego praboga, urodzonego w psim raju, gdzie nie było pcheł, much, hycli i nie mniej dokuczliwych od nich podrostków rzucających kamieniami, kijami i skamieniałymi na rzemień grudami ziemi. W psim raju, podobnie jak w ludzkim, było pradrzewo, pod którym nie wolno było podnosić ani prawej, ani lewej łapy, żeby ulżyć pęcherzowi, żeby zostawić po sobie smrodliwą pieczęć. Była też w psim raju prasuka stworzona z kawałka psiego ogona. Ona też namówiła prapsa do obsiusiania pradrzewa, za co wypędzono psi ród z należnego mu raju... Odtąd zaczął się gorzki jak piołun psi żywot na ziemi. Psi prabóg, chcąc się zemścić na psim rodzie, zesłał nań plagę much i plagę liszajów. Nie zapomniał też o kleszczach odradzających się nieustannie, wchodzących głęboko pod skórę, wypijających krew. I postawił na psiej drodze istotę do siebie podobną... człowieka. Wtedy psa po raz pierwszy zawiódł węch. Zamiast uciekać od tego stworzenia, pies wyrzucony z raju szedł za nim trop w trop, wylizywał z jego śladów zapach potu i zapach polowania, zapach dymu i zapach gotowanej strawy. Ten przyćmiony węch zemścił się na psim rodzie okrutnie..."
werblista - awatar werblista
oceniła na92 lata temu
Tartak Daniel Odija
Tartak
Daniel Odija
W 2003 roku Tartak znalazł się na liście dziewięciu najbardziej cenionych książek prozatorskich, wielokrotnie nominowany był też (i nagradzany) w prestiżowych konkursach literackich. Książka ta określana bywa jako manifest społeczny, badający współczesne obszary nędzy i beznadziei, upominający się o wykluczoną prowincję. Autor łączy w niej realistyczne, obyczajowe sprawozdania i lokalne anegdoty z filozoficznymi komentarzami wiejskiego bajarza. Trochę tu klimatu sennych obrazów, jak z Domu dziennym, domu nocnym Olgi Tokarczuk. Dzięki temu książki nie można sprowadzić do publicystycznego obrazka. Odija faktycznie opowiada o ponurej i biednej prowincji, pozbawionej nadziei. Ale nie jest to reporterski głos, zaangażowany społecznie i politycznie, lecz raczej przypowieść o ludziach, których przetrąciło życie, "pogrobowcach" PRL wpasowanych w ramy półrealnej baśni. Ten mityzujący styl pięknie nawiązuje do podobnych klimatów prozy Andrzeja Stasiuka, Magdaleny Tulli, Pawła Huelle, Piotra Szewca, Lidii Amejko czy Pawła Sołtysa. Klimat opowieści zręcznie podkreśla prosty język, pozbawiony patosu, pompowanego dramatyzmu i wielkich słów. Pomimo tego (dlatego?) Tartak budzi silne emocje... Autor w uroczy sposób przechodzi z poziomu szczegółowego sprawozdania z drobnych wydarzeń, do szeroko kreślonych obrazów, wykraczających poza opisywane chwile ("nie wiedział, kiedy zacząć płakać i z tego wszystkiego zapomniał w ogóle o płaczu, a przecież było mu bardzo smutno. No i na kilka dobrych lat zapomniał, jak się płacze."),realistyczny opis miesza z baśniowym przedstawieniem, a biblijny język narracji z rzeczowością spostrzeżeń i wulgaryzmami bohaterów książki - całej panoramy dziwacznych, trochę strasznych i trochę komicznych indywiduów.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na76 lat temu
Zdobycie władzy Czesław Miłosz
Zdobycie władzy
Czesław Miłosz
Książka opowiada o czasach powstania warszawskiego i pierwszych latach po drugiej wojnie światowej. Historia jest złożona z kilku pojedynczych życiorysów, które wzajemnie się przeplatają i dzięki którym możemy poznać ogólny zarys wydarzeń. Całość jest chaotyczna, pełna niedomówień i otwartych pytań, ale to dobrze. Dzięki temu Miłosz stworzył świetny klimat pogrążonej w szaleństwie nieustannej walki Polski. Gdy świat wali ci się na głowę, nie ma czasu na dokończenie czegokolwiek. Pozostają ukryte myśli i pragnienia, słowa rzucone w powietrze, desperackie czyny. Bohaterowie "Zdobycia władzy" są ludzcy. Boją się, rozpaczają, obojętnieją, załamują się i szukają nadziei. Przedstawiony obraz lat czterdziestych i pięćdziesiątych dobitnie pokazuje, jak trudno było zbudować na nowo życie tym, którzy przeżyli piekło na ziemi. Warszawa zostanie odbudowana, lecz ludzkie serca pozostają w rozsypce. Z pewnością wiele dodaje tu poetycki styl Miłosza, który sprawia, że całość wydaje się ciekawsza. Autor operuje słowem na wysokim poziomie, sprawiając, że zwykłe opisy wydarzeń stają się prawdziwą opowieścią, a myśli bohaterów - wewnętrzną podróżą w głąb ludzkiej natury. Mimo że tematyka sama w sobie niespecjalnie mnie interesuje, muszę przyznać, że "Zdobycie władzy" przeczytałem bez problemu i z ochotą śledziłem dalsze losy postaci. Jest to inne niż zazwyczaj podejście do tego rozdziału historii, które pozwala nam zanurzyć się w nim i odkryć prawdziwe delirium cierpienia i beznadziei, jakie w tamtych czasach przeżywał prawie każdy człowiek. A wszystko przez ludzkie pragnienie zdobycia władzy.
Nikodem Podstawski - awatar Nikodem Podstawski
ocenił na81 rok temu
Opowiadania na czas przeprowadzki Paweł Huelle
Opowiadania na czas przeprowadzki
Paweł Huelle
Paweł Huelle, polski pisarz i prozaik, nauczyciel języka polskiego, wykładowca na kierunku reżysersko-operatorskim i wykładowca filozofii. To nazwisko, które co jakiś czas przewijało się mi przed oczami, zanim w moje ręce trafiły „Opowiadania na czas przeprowadzki”. Pierwsze z nich prowadzą czytelnika do okresu powojennego, nad Mołtawę, gdzie jeszcze dobrze tam przez lata zakorzeniony duch niemieckości ciągle unosi się nad Gdańskiem, a traumatyczny koszmar wojny nadal jest obecny w niełatwych polsko-niemieckich relacjach. Polacy, którzy po zasiedleniu tych terenów nie od razu poczuli się tam jak w swojej ojczyźnie i Niemcy, którzy pomimo świadomości nowych granic ciągle odczuwali, że są u siebie. Wszechobecne ślady niemieckości, jednym tak obce, drugim tak bliskie, potwierdzały paradoks tej sytuacji. W pierwszych opowiadaniach jawi się przed czytelnikiem powojenna Polska, naznaczona trudnościami i problemami rozkwitającego PRL-u. To zwyczajne historie o codziennym życiu, w których szczególnie widoczna jest dbałość o wychowanie dziecka w klimacie rodzinnych wartości. Opowiadania budzą sentyment do dawno minionych czasów, kiedy relacje sąsiedzkie były niezwykle bliskie, dzieci swobodnie i bez nadzoru dorosłych penetrowały okoliczne zakamarki, mężczyźni byli szarmanccy, a kobiety kojarzono z ciepłem ogniska domowego. Te pierwsze historie widziane i opisane są z poziomu kilkulatka. Bohater pierwszego opowiadania, tytułowy stół, to zdobycz powojenna. Zwyczajny, wysłużony mebel, wokół którego toczą się rozważania na temat życia, egzystencji i ludzkich priorytetów. Stół jawi się tu jako symbol. Symbol spajania rodziny, przemijania ale też pojmowania etyki. Opowiadania rosną i dojrzewają wraz z bohaterem, zmieniając dziecięce widzenie świata w dorosłe postrzeganie rzeczywistości. Wrażenie robi opowiadanie „Wuj Henryk”, nie tylko z powodu doskonałego szkicu głównego bohatera czy pojawiających się tu elementów baśniowych, ale również z powodu zaskakująco trafnej wizji przyszłości Polski i jej miejsca w Europie. W zbiorze poruszony został też problem traumy dziecięcej, rzutującej na resztę życia i stanowiącej nieuleczalne źródło emocjonalnego chłodu. To plon braku miłości ojcowskiej, pomimo jego fizycznej obecności. Nigdy nie uleczony ból, który ostatecznie kończy się w szpitalu psychiatrycznym. Każde z opowiadań ma własny, wyjątkowy klimat, odrębną historię, odmienne emocje i przesłanie. Wszystkie mają własną, niepowtarzalną interpretacją rzeczywistości. Potrafią rozbawić, wzruszyć, zasmucić, otulić melancholią. Pierwsze historie, widziane i opisane oczami kilkulatka rysują jego świat budowany na ufności, ciekawości i poznawaniu rzeczywistości Z każdym kolejnym wzrasta dojrzałość narratora. Jednocześnie pojawia się tu coraz śmielej wprowadzany duch mistycyzmu, gdzie splatające się różnorakie linie czasowe nadają narracji metafizyczny wydźwięk. Wysoko należy ocenić styl, w jakim Paweł Huelle napisał swoje opowiadania. Udało mu się oczarować czytelnika stworzonym przez siebie światem, w którym wyobraźnia z lekkością maluje przed oczami wypełnione czereśniami, gruszami i renklodami sady, a aromat czarnych, dojrzałych w słońcu porzeczek, kurz upalnego lata czy woń kadzidła w świątyni odbiera się wszystkimi zmysłami. Paweł Huelle okazuje się być finezyjnym obserwatorem i doskonałym analitykiem relacji międzyludzkich. Jego bohaterowie to intrygujące, bogate wewnętrznie postaci, a język opowiadań pod względem literackim znakomity. „Opowiadania na czas przeprowadzki” to jedna z tych książek, po których zamknięciu czuje się niedosyt. Bo chciałoby się więcej i więcej……I choć przede mną do odkrycia jeszcze cały dorobek literacki Pawła Huelle, to jednocześnie żal, że już nic nie wyjdzie spod jego pióra.
zuszka - awatar zuszka
oceniła na710 miesięcy temu
Niki: historia pewnego psa Tibor Déry
Niki: historia pewnego psa
Tibor Déry
Niepozorna, niezbyt obszerna, a przecież to znakomita humanistyczna przypowieść. Niby o psiej miłości, ale faktycznie o wolności i o władzy; jak nie należy jej sprawować. Nad nikim. W jakimkolwiek układzie podległości. A rzecz napisana jeszcze w czasie stalinizmu… Jesteśmy na Węgrzech w 1948 r. Niemłode małżeństwo mieszka pod Budapesztem, potem już w samym mieście. Ich jedyny syn „padł pod Woroneżem” (walcząc za „Tysiącletnią Rzeszę” - przypomnijmy, bo Autor o tym nie pisze, skoro wtedy to wiedza, a raczej trauma, powszechna - 100 tys. młodych ludzi wydanych przez faszystowskie Węgry na rzeź). Adoptują oni suczkę foksteriera, której nie chce sąsiad, a właściwie – jak to bywa - to ona wybiera ich. „Z przebiegłą, lekką kokieterią, na jaką stać tylko kobiety, w mgnieniu oka rzuciła na szalę cały wdzięk swego umięśnionego ciała i wesołego usposobienia, jakby o jej przyszłym losie miał zadecydować najbliższy kwadrans”. „Małego oszustwa można dopatrzyć się najwyżej w tym, że pokazała tylko swoje cnoty, a nie dała poznać słabych stron, ukryła wady, zataiła grzeszną przeszłość, późniejsze choroby, przyszłą starość i śmierć – lecz kto prawdziwie kochający wyruszając na podbój raju nie używa przynajmniej takich chwytów”. „Swą inteligencją wyższego rzędu nie uchwycili w radości psa chęci przypodobania się, tego małego sztucznego zabiegu, którym upiększył swe uczucie, a jeżeli go dostrzegli, zachowali się tak, jakby to była zwykła kolej rzeczy”. „W ciągu następnych dni również przychodziła punktualnie, jak gdyby zapraszana na przyjęcia dyplomatyczne. (…) „Jej umięśnione małe swawolne ciało, jakby znajdujące się ciągle na sprężynach radości, wyskakiwało jak piłka do każdego pożądanego celu, z matematyczną dokładnością w mięśniach, z tygrysią odwagą w sercu”. „Wydało się, że pies prosi o darowanie win, których nie popełnił. Kiedy jednak inżynier gwałtownym ruchem, który każdy pies zna już, zanim przyjdzie na świat, schylił się i podniósł kamień, suka skomląc, z podkulonym ogonem natychmiast wybiegła z ogrodu”. „Widocznie przebaczyła, że jej nie przebaczono. Cóż należało jej przebaczyć? To, że nie urodziła się człowiekiem”. „Jeśli z pięciu szczeniąt jedno się zabierze, czy suka to zauważy? Jeśli dwoje? Jeśli troje? A jeśli pozostawi sie jedno, czy suce wydaje się tylko, że w legowisku jest mniejsza krzątanina, cichsze skomlenie i szczęknięcia, mniej jest do mycia, a spośród wielu wymion jednym zaledwie można karmić? (...) Cóż bowiem warta jest miłość matczyna - choćby nawet z punktu widzenia dążącej do nieustannego rozmnażania się przyrody – która zadowala się tylko resztką, mimo że stać ją na całość?”. „W stosunkach między człowiekiem a zwierzęciem wina zawsze spada na człowieka”. „Niki nie robiła jednak między nimi różnicy i bardziej lubiła ich razem niż oddzielnie, jedno czy drugie. Nie mogła się nimi nasycić, chłonęła ich obecność jak świeże powietrze; niestety, było jej tego o wiele za mało”. I wydawałoby się, że będzie to „tylko” mądre i wzruszające, acz nie czułostkowe, opowiadanie o odwiecznej więzi psa z ludźmi, gdyby nie coraz częściej wplatane w narracje wzmianki o tym, co dzieje się w kraju podlegającym coraz mocniejszej stalinizacji. „Po ogłoszeniu komunikatu o procesie i wyrokach Ancsa stał się zamknięty i milczący, jak zresztą cały kraj”. A jakby na przekór wrednemu czasowi: „Nadużywanie władzy, ta choroba wszystkich królów, wodzów i dyktatorów, kierowników i sekretarzy, wszystkich pastuchów, świniarzy i oborowych, wszystkich ojców rodzin, wszystkich wychowawców, wszystkich starszych braci, wszystkich starych i młodych ludzi, którym podporządkowane są inne żywe istoty, ten fetor i żądza, jakiej poza człowiekiem nie przejawia żadna krwiożercza bestia, ta klątwa i bluźnierstwo, wojna i zaraza – wszystko to nie było znane w domu Ancsów. Nie ograniczano niepotrzebnie swobody Niki”. „Wolności nie można niczym zastąpić ani uzupełnić”. „Jedną z charakterystycznych cech człowieka jest to, że od innych oczekuje więcej niż od siebie, a delikatne i łagodne serca kobiece tym bardziej nie znają granic miłosnego egoizmu. Nawet doświadczonym i rutynowanym mężom stanu często zdarza się narzucać narodowi coś, co sami niechętnie by przyjęli, na przykład sublokatorskie mieszkanie, zalewajkę na obiad i kolację, dojeżdżanie tramwajami do pracy, czystość moralną, męczeńską śmierć”. Narracja zagęszcza się, gdy dobrze widziany u władz mężczyzna, komunista od 1918 r. („Potrafił oprzeć się ogłupiającemu wpływowi posiadania władzy”) przesuwany jest na coraz bardziej poślednie stanowiska. „Ani na temat swego własnego losu, ani na inne pytania nie otrzymał wyjaśnień, chociaż – żeby się trochę górnolotnie wyrazić – wieloma sprawami przejmował się za swoich współziomków. Tak samo jak pies, głupie stworzenie niższego rzędu, nie był w stanie zrozumieć konieczności, która dyktowała pewne czyny, ponieważ nie dano mu możliwości zrozumienia jej”. W końcu przychodzi Nieuchronne - aresztowanie, a w zasadzie zniknięcie bez śladu, bo przecież żony nikt o niczym nie informuje. Wierny pies reaguje na wszystko o wiele mocniej nawet niż kobieta. „Gdy usłyszała, że na dole ktoś dzwoni po zamknięciu bramy, wstawała i przechylając głowę to w jedną, to w drugą stronę, przysłuchiwała się w napięciu, ze zwieszonym łbem wciągała powietrze, wydając dźwięki podobne do chlipania”. „Pełna nadziei na powrót pana, doznawała halucynacji i jej uszy zdawały się rozpoznawać kroki inżyniera, a wówczas odchodziła od zmysłów”. „Niki tak głośno potrafiła milczeć, że całe mieszkanie odbijało echem jej ciszę. Robiła się taka mała, że cały pokój był jej pełen”. „To surowe spojrzenie cierpiących zwierząt, w którym nie ma ani pytań, ani wyrzutów, ani skargi”. „Suce brakuje wolności – myślała kobieta. Wolności potrzebnej do życia z wybranym panem - z inżynierem. Brakuje jej pana”. „Położyła się na grzbiecie z takim wyrazem, jaki spotyka się na twarzy starej panny, której za dobre uczynki zapłacono podłością”. „Wiedziała, co znaczy niegodne życie i niegodna śmierć”. I mechanizm znany dobrze z czasów stalinowskich czystek: „Po aresztowaniu inżyniera znaleźli się wśród mieszkańców domu tacy, którzy ostentacyjnie mijali kobietę, a ci, z którymi wcześniej zwykła zamieniać parę zdań, teraz zapominali ją pozdrowić”. Nie do zapomnienia jest wielce symboliczna scena z ulicznymi rakarzami usiłującymi zabrać jej psa, od czego potem odstępują - typowi szmalcownicy… Zapewne to analogia do AVH, straszliwej policji politycznej ówczesnych Węgier, choć była ona nieprzekupna, tak jak i „rodzime” NKWD, jak ich wszystkich poprzednik Robespierre…. A gdy już po wszystkim: „- Dowiedziałeś się w końcu, dlaczego cię aresztowali? - Nie dowiedziałem się – odpowiedział inżynier. - A powiedzieli, dlaczego cię zwalniają? - Nie – mówi inżynier. - Nie powiedzieli". Niewątpliwie to najlepsza rzecz Dery’ego, choć dopiero moja druga. Jego kultura słowa jest po prostu niebywała, narracja prowadzona wzorowo, ani jednego zbędnego zdania. Autor prezentuje nie tylko wybitną znajomość psiej psychologii, ale i zasad komunistycznej pedagogiki społecznej – czyli strachu. Sam go najwidoczniej nie odczuwał (BTW: był komunistą już za czasów Beli Kuna, krótkotrwałych rządów komunistycznych nad Dunajem w 1919 r.). Świetnie to wszystko napisane, a napisane było wtedy, gdy wymagało to nie lada odwagi… bo jeszcze w 1955, a w związku z przełomem 1956 nawet zostało wydane. Potem jednak pisarz trafił na kilka lat do komunistycznego więzienia (chyba mu przeszło...). Warto zacytować fragment przedmowy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego do pierwszego polskiego przekładu „Niki”, wydanego przez Giedroycia w Paryżu w 1959 r. (ależ Redaktor miał „nosa”; sam czytałem drugie wydanie z 1979, już z Peerelii): „Przewijają się ciągle dwa motywy: brak wolności i niemożność zrozumienia. Zarówno dla suczki jak dla jej państwa, małżonków Ancza, brak wolności staje się nie do zniesienia, gdy nie sposób pojąć jego przyczyn. Ale mistrzostwo pisarza węgierskiego polega na tym, że przez wprowadzenie psiego spojrzenia na sytuację, przez nieustanne porównywanie czworo- i dwunożnych reakcji na toczące się wypadki, Déry odsłania upiorny nonsens komunizmu o wiele jaskrawiej i plastyczniej, niż gdyby ograniczył go do ludzkiej wyłącznie obsady ról w dramacie”. Inne cytaty: „Małżonkowie uświadomili sobie, że miłość to nie tylko duchowa korzyść, lecz także ciężar i swą wielkością odświeża, a jednocześnie przytłacza człowieka”. „Nie ma większego, bardziej podstępnego terroru niż miłość. Swoją słabością i zdaniem się na łaskę losu potrafi przezwyciężyć niechęć i zobojętnienie. Człowiek nie umie uwolnić się od jej uścisku, zwierzę – bardzo rzadko”. „Niepojęte, za pomocą jakiej ekspresowej agencji informacyjnej okoliczne psy z całej dzielnicy dowiadują się o tej radosnej nowinie, że gdzieś w pobliżu jakaś suka czeka na miłość”. „Zaobserwowała, że wszystkie psy, również te największe, zachowywały się po rycersku i żaden z nich nie mścił się na Niki nawet wtedy, gdy ugryzła go w sposób szczególnie dziki (…) Wnioski Ancsowej, wyciągnięte z tych obserwacji nie pochlebiały rodzajowi ludzkiemu”. „Psy nigdy nie zaprzestawały swych natarczywych zabiegów, choćby Niki przyjmowała te próby z największą wściekłością. I jeśli Ancsowa nie sięgnęłaby wtedy po parasol męża, Niki, według wszelkiego prawdopodobieństwa, musiałaby w końcu się poddać, być może kilka razy po kolei”. „Bezwarunkowo i stanowczo należy uważać za wypaczony gust lub nawet za zboczenie, że jej kobieca namiętność kierowała się nie do zwierząt tej samej rasy, szorstko- lub gładkowłosych foksterierów czy innych psów podobnej wielkości, lecz – podobnie jak niektóre białe kobiety kochające się z czarnymi mężczyznami – najbardziej lubowała się w dużych czarnych psach”. „Wyglądała przy tym jak ktoś, kto w swym szczęściu odpuszcza sobie wszelkie winy. (…) Słońce świeciło z całą wiosenną energią, drzewa i krzewy optymistycznie wystawiały ku jego promieniom jasnozielone, świeżo rozwinięte liście, które jak wiele tysięcy luster rozrzucały blask nad parującą ziemią. Powietrze też błyszczało, przepełnione światłem”. „Nie miała najmniejszych wątpliwości, że jutro czeka ją to samo, pojutrze również i – zawsze. Żyła w teraźniejszości, która bez granic sięgała w przeszłość i przyszłość”. „Psy nie umieją udawać – w czym są podobne do ludzi – zdradza je ogon, który sygnalizuje każdy wewnętrzny niepokój”. Czas na kolejną książkę Autora…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na91 rok temu
Chrystus ukrzyżowany po raz wtóry Nikos Kazantzakis
Chrystus ukrzyżowany po raz wtóry
Nikos Kazantzakis
Grecka wioska zagubiona gdzieś w górach Anatolii pod tureckim panowaniem jakoś na początku XX wieku. To tu umieszcza akcję jednej ze swych nasłynniejszych powieści Nikoz Kazantzakis. A moje pierwsze to książkowe spotkanie z jednym z największych (najsłynniejszym na pewno) greckich pisarzy. Wioskowi notable wyznaczają oto role do odegrania w przyszłorocznym widowisku paschalnym i rozdzielają je między maluczkich. Oto pokazowa celebra, stanowiąca oś ich życia, a nie życie samo w sobie i codzienne czynienie uczynków sprawiedliwych. Jednocześnie gawiedź i możni raz na kilka lat otrzymują swe igrzyska, raz na kilka lat składają (nie jesteśmy bowiem świadkami pierwszego “niewydarzonego” happeningu) ofiarę krwi jak w starożytnym pogańskim misterium. A okazja do sprawdzenia chrześcijańskiej postawy pojawia się niemal natychmiast, bo oto do wioski przybywa grupa wygnanych i prześladowanych przez Turków greckich chrześcijan z dość odległego sąsiedztwa. Kto ich wita? Nie pijani i obżarci notable przecież, a właśnie owi wioskowi maluczcy. I nikogo chyba nie zaskoczy fakt, że największym podlcem i najmniej ewangelicznie usposobionym okaże się nie kto inny jak lokalny pop - ojciec Grigoris. “Nazywasz się Kiler i jesteś killer!” wywrzaskuje w pewnym znanym nam filmie do bogu ducha winnego Jurka Kilera komisarz Ryba. Jakby znał zasadę spełniającej się poprzez etykietowanie przepowiedni, dotyczących ludzkich losów. Tak też i w powieści losy bohaterów zaczynają być determinowane przez role, jakie społeczność im powierzyła: Judasz judzi i jątrzy, Chrystus spełnia uczynki miłosierdzia, Piłat chce jedynie sytości i spokoju, Maria Magdalena… no, wiadomo. Dostajemy opis świata niby odwiecznego, a który już za chwilę przestanie istnieć: wiekowe imperia upadną, tradycyjna religijność uschnie, przez rejon przetoczy się kilka wojen. Ale też i uniwersalną przypowieść o istocie zła, o zbyt ścisłym nieraz powiązaniu nacji i wyznania, o grzechu i odkupieniu. O zdolności do samopoświęcenia. Otarcie się o śmierć (a tej w surowym greckim klimacie dostajemy jej tu mnóstwo) jednych uwzniośla i kieruje ku świętości, innych zaś przygina do ziemi i utwierdza w ich zwierzęcości. Jednych doświadczenie to otwiera na życie, innych na użycie. Wspaniale Kazantzakis opowiada swą opowieść: nie dość, że jest doskonałym scenarzystą, świetnym obserwatorem ludzkich zachowań i postaw, to układa z tych elementów przejmującą opowieść o narastającym napięciu i wstrząsającym finałem. A jeszcze dość sprawnie omija potencjalne pułapki tej wielowątkowej opowieści (jak choćby wiarygodne przedstawienie wewnętrznych przemian głównych bohaterów dramatu). Nic tu nie razi, nic nie kole, nic nie uwiera. Patosu sporo - tyle, ile w przypowieści czy rozprawie moralnej potrzeba, by wydobyć jej uniwersalny charakter. To literatura bardzo sensualna i na wszystkie zmysły oddziałująca. Niemal czujemy te nieznane i obce zapachy i smaki Orientu. Niemal czujemy niedogodności kolejnych pór roku w dość surowym klimacie. Bardzo mi współgra i współbrzmi i z “Mostem na Drinie”, i z “Konsulami ich cesarskich mości”, i - może zwłaszcza nawet - z “Madonną - Syreną”. Mocna to rzecz - prawdziwy moraliet z dobrze rozrysowanym tłem społecznym i historycznym, a postaciami szkicowanymi w lekko pastiszowej manierze. Moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Kazantzakisa i od razu coś takiego: prawdziwa perła! Same dobre mam doświadczenia z nielicznymi dotychczas spotkaniami z literaturą grecką. Jakże mnie cieszy, że pewne moje ulubione wydawnictwo literackie ma w swych planach wydawniczych nowiutki przekład jakiegoś tajemniczego zapomnianego greckiego arcydzieła. Ale o tym na razie cicho-sza! Ostrożnie z dawkowaniem tej pozycji dla osób religijnych; nic tak nie może pozbawić wiary, jak postępowanie ziemskich funkcjonariuszy Pana B. Mnie zaś zasmuca o tyle, że w obrządku prawosławnym widziałem jakąś ostatnią - mistyczną? - szansę ocalenia chrześcijaństwa, tymczasem już sto lat temu wiadomo było, że jednak nic z tego. W sumie dość naiwne przesłanie książki. Nie sądziłem jednak, że tak mnie to poruszy. Trochę przypadkowo, a niespodziewanie jedna z książek roku!
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na107 miesięcy temu
Pióropusz Marian Pilot
Pióropusz
Marian Pilot
Nieczęsto zdarza sie obcowac z książką, która w tak zuchwały i zarazem pokorny sposób wkracza w samo jądro ludzkiego istnienia. Pióropusz Mariana Pilota nie jest powieścią w zwyczajnym rozumieniu tego słowa. To raczej rozedrgany, językowy manifest pamięci – pamięci nie tylko jednostkowej, lecz także zbiorowej, zakorzenionej w ziemi, w dialekcie, w ciele i w duszy człowieka, który nigdy nie został naprawdę wysłuchany. Pilot pisze tak, jakby każda litera była wykuwana z samej istoty człowieczeństwa – z bólu, śmiechu, hańby i rozpaczy. Jego język – pełen kolokwializmów, neologizmów, śladów gwary i poetyckich zgrzytów – nie poddaje się łatwo. Czytelnik nie może się tu wygodnie rozsiąść. Musi uczestniczyć. Musi cierpieć i śmiać się razem z narratorem, który nie jest jedynie jednostką, lecz echem tysięcy podobnych głosów, tłumionych przez historię, przez systemy, przez rodzinę, przez samego siebie. Nie ma tu ornamentu dla ornamentu. Każde słowo zdaje się być umieszczone w tekście z niepojętą precyzją, chociaż na pierwszy rzut oka panuje w tej prozie chaos. Ale to nie chaos, to życie – nieobrobione, surowe, takie, jakie jest naprawdę. Narrator Pióropusza – w swoim dziecięcym, a zarazem dojmująco dojrzałym spojrzeniu – przypomina człowieka, który błąka się między światłem a cieniem, nie wiedząc, po której stronie ma stanąć, a może nawet – nie wierząc, że wybór w ogóle istnieje. Pilot potrafi uczynić z rzeczy najmniejszych – z gestów matki, z pędu wiejskiego roweru, z chłodu łyżki do zupy – znaki transcendencji. Pokazuje, że nawet w najbardziej błahym zdarzeniu tli się coś świętego, coś przeklętego, coś, co nie pozwala spać spokojnie. W tym tkwi jego siła – nie w fabule (która nie biegnie, lecz meandruje jak niespokojny strumień),nie w dramaturgii (która się nie wspina, lecz zapada),lecz właśnie w tym nieustannym pulsowaniu między językiem a uczuciem. Lektura Pióropusza nie daje ukojenia. To nie jest książka, po której człowiek odetchnie z ulgą. To książka, która wierci się w duszy. Która nie pozwala o sobie zapomnieć. I – co najważniejsze – która nie pozwala zapomnieć o tych wszystkich, których głosów nie słyszymy na co dzień: wiejskich dzieci, ojców przesiąkniętych goryczą, matek osaczonych obowiązkiem, dziadków, którzy nie potrafią mówić, ale pamiętają wszystko. W Pióropuszu nie ma zbędnych słów. Jest tylko prawda – nieraz okrutna, nieraz liryczna, zawsze nieunikniona. To arcydzieło pokory i odwagi. Arcydzieło literatury, która nie chce być elegancka ani wygodna, lecz prawdziwa. A to, moim zdaniem, najtrudniejsze. I najbardziej potrzebne. Moja recenzja z portalu "nakanapie"
Aleksy - awatar Aleksy
ocenił na1011 miesięcy temu

Cytaty z książki Lasy i ludzie : młodość

Więcej
Ernst Wiechert Lasy i ludzie : młodość Zobacz więcej
Ernst Wiechert Lasy i ludzie : młodość Zobacz więcej
Ernst Wiechert Lasy i ludzie : młodość Zobacz więcej
Więcej