Niepozorna, niezbyt obszerna, a przecież to znakomita humanistyczna przypowieść. Niby o psiej miłości, ale faktycznie o wolności i o władzy; jak nie należy jej sprawować. Nad nikim. W jakimkolwiek układzie podległości. A rzecz napisana jeszcze w czasie stalinizmu…
Jesteśmy na Węgrzech w 1948 r. Niemłode małżeństwo mieszka pod Budapesztem, potem już w samym mieście. Ich jedyny syn „padł pod Woroneżem” (walcząc za „Tysiącletnią Rzeszę” - przypomnijmy, bo Autor o tym nie pisze, skoro wtedy to wiedza, a raczej trauma, powszechna - 100 tys. młodych ludzi wydanych przez faszystowskie Węgry na rzeź).
Adoptują oni suczkę foksteriera, której nie chce sąsiad, a właściwie – jak to bywa - to ona wybiera ich.
„Z przebiegłą, lekką kokieterią, na jaką stać tylko kobiety, w mgnieniu oka rzuciła na szalę cały wdzięk swego umięśnionego ciała i wesołego usposobienia, jakby o jej przyszłym losie miał zadecydować najbliższy kwadrans”.
„Małego oszustwa można dopatrzyć się najwyżej w tym, że pokazała tylko swoje cnoty, a nie dała poznać słabych stron, ukryła wady, zataiła grzeszną przeszłość, późniejsze choroby, przyszłą starość i śmierć – lecz kto prawdziwie kochający wyruszając na podbój raju nie używa przynajmniej takich chwytów”.
„Swą inteligencją wyższego rzędu nie uchwycili w radości psa chęci przypodobania się, tego małego sztucznego zabiegu, którym upiększył swe uczucie, a jeżeli go dostrzegli, zachowali się tak, jakby to była zwykła kolej rzeczy”.
„W ciągu następnych dni również przychodziła punktualnie, jak gdyby zapraszana na przyjęcia dyplomatyczne. (…) „Jej umięśnione małe swawolne ciało, jakby znajdujące się ciągle na sprężynach radości, wyskakiwało jak piłka do każdego pożądanego celu, z matematyczną dokładnością w mięśniach, z tygrysią odwagą w sercu”.
„Wydało się, że pies prosi o darowanie win, których nie popełnił. Kiedy jednak inżynier gwałtownym ruchem, który każdy pies zna już, zanim przyjdzie na świat, schylił się i podniósł kamień, suka skomląc, z podkulonym ogonem natychmiast wybiegła z ogrodu”.
„Widocznie przebaczyła, że jej nie przebaczono. Cóż należało jej przebaczyć? To, że nie urodziła się człowiekiem”.
„Jeśli z pięciu szczeniąt jedno się zabierze, czy suka to zauważy? Jeśli dwoje? Jeśli troje? A jeśli pozostawi sie jedno, czy suce wydaje się tylko, że w legowisku jest mniejsza krzątanina, cichsze skomlenie i szczęknięcia, mniej jest do mycia, a spośród wielu wymion jednym zaledwie można karmić? (...) Cóż bowiem warta jest miłość matczyna - choćby nawet z punktu widzenia dążącej do nieustannego rozmnażania się przyrody – która zadowala się tylko resztką, mimo że stać ją na całość?”.
„W stosunkach między człowiekiem a zwierzęciem wina zawsze spada na człowieka”.
„Niki nie robiła jednak między nimi różnicy i bardziej lubiła ich razem niż oddzielnie, jedno czy drugie. Nie mogła się nimi nasycić, chłonęła ich obecność jak świeże powietrze; niestety, było jej tego o wiele za mało”.
I wydawałoby się, że będzie to „tylko” mądre i wzruszające, acz nie czułostkowe, opowiadanie o odwiecznej więzi psa z ludźmi, gdyby nie coraz częściej wplatane w narracje wzmianki o tym, co dzieje się w kraju podlegającym coraz mocniejszej stalinizacji.
„Po ogłoszeniu komunikatu o procesie i wyrokach Ancsa stał się zamknięty i milczący, jak zresztą cały kraj”.
A jakby na przekór wrednemu czasowi:
„Nadużywanie władzy, ta choroba wszystkich królów, wodzów i dyktatorów, kierowników i sekretarzy, wszystkich pastuchów, świniarzy i oborowych, wszystkich ojców rodzin, wszystkich wychowawców, wszystkich starszych braci, wszystkich starych i młodych ludzi, którym podporządkowane są inne żywe istoty, ten fetor i żądza, jakiej poza człowiekiem nie przejawia żadna krwiożercza bestia, ta klątwa i bluźnierstwo, wojna i zaraza – wszystko to nie było znane w domu Ancsów. Nie ograniczano niepotrzebnie swobody Niki”.
„Wolności nie można niczym zastąpić ani uzupełnić”.
„Jedną z charakterystycznych cech człowieka jest to, że od innych oczekuje więcej niż od siebie, a delikatne i łagodne serca kobiece tym bardziej nie znają granic miłosnego egoizmu. Nawet doświadczonym i rutynowanym mężom stanu często zdarza się narzucać narodowi coś, co sami niechętnie by przyjęli, na przykład sublokatorskie mieszkanie, zalewajkę na obiad i kolację, dojeżdżanie tramwajami do pracy, czystość moralną, męczeńską śmierć”.
Narracja zagęszcza się, gdy dobrze widziany u władz mężczyzna, komunista od 1918 r. („Potrafił oprzeć się ogłupiającemu wpływowi posiadania władzy”) przesuwany jest na coraz bardziej poślednie stanowiska.
„Ani na temat swego własnego losu, ani na inne pytania nie otrzymał wyjaśnień, chociaż – żeby się trochę górnolotnie wyrazić – wieloma sprawami przejmował się za swoich współziomków. Tak samo jak pies, głupie stworzenie niższego rzędu, nie był w stanie zrozumieć konieczności, która dyktowała pewne czyny, ponieważ nie dano mu możliwości zrozumienia jej”.
W końcu przychodzi Nieuchronne - aresztowanie, a w zasadzie zniknięcie bez śladu, bo przecież żony nikt o niczym nie informuje.
Wierny pies reaguje na wszystko o wiele mocniej nawet niż kobieta. „Gdy usłyszała, że na dole ktoś dzwoni po zamknięciu bramy, wstawała i przechylając głowę to w jedną, to w drugą stronę, przysłuchiwała się w napięciu, ze zwieszonym łbem wciągała powietrze, wydając dźwięki podobne do chlipania”.
„Pełna nadziei na powrót pana, doznawała halucynacji i jej uszy zdawały się rozpoznawać kroki inżyniera, a wówczas odchodziła od zmysłów”.
„Niki tak głośno potrafiła milczeć, że całe mieszkanie odbijało echem jej ciszę. Robiła się taka mała, że cały pokój był jej pełen”.
„To surowe spojrzenie cierpiących zwierząt, w którym nie ma ani pytań, ani wyrzutów, ani skargi”.
„Suce brakuje wolności – myślała kobieta. Wolności potrzebnej do życia z wybranym panem - z inżynierem. Brakuje jej pana”.
„Położyła się na grzbiecie z takim wyrazem, jaki spotyka się na twarzy starej panny, której za dobre uczynki zapłacono podłością”.
„Wiedziała, co znaczy niegodne życie i niegodna śmierć”.
I mechanizm znany dobrze z czasów stalinowskich czystek:
„Po aresztowaniu inżyniera znaleźli się wśród mieszkańców domu tacy, którzy ostentacyjnie mijali kobietę, a ci, z którymi wcześniej zwykła zamieniać parę zdań, teraz zapominali ją pozdrowić”.
Nie do zapomnienia jest wielce symboliczna scena z ulicznymi rakarzami usiłującymi zabrać jej psa, od czego potem odstępują - typowi szmalcownicy… Zapewne to analogia do AVH, straszliwej policji politycznej ówczesnych Węgier, choć była ona nieprzekupna, tak jak i „rodzime” NKWD, jak ich wszystkich poprzednik Robespierre….
A gdy już po wszystkim:
„- Dowiedziałeś się w końcu, dlaczego cię aresztowali?
- Nie dowiedziałem się – odpowiedział inżynier.
- A powiedzieli, dlaczego cię zwalniają?
- Nie – mówi inżynier. - Nie powiedzieli".
Niewątpliwie to najlepsza rzecz Dery’ego, choć dopiero moja druga. Jego kultura słowa jest po prostu niebywała, narracja prowadzona wzorowo, ani jednego zbędnego zdania. Autor prezentuje nie tylko wybitną znajomość psiej psychologii, ale i zasad komunistycznej pedagogiki społecznej – czyli strachu. Sam go najwidoczniej nie odczuwał (BTW: był komunistą już za czasów Beli Kuna, krótkotrwałych rządów komunistycznych nad Dunajem w 1919 r.).
Świetnie to wszystko napisane, a napisane było wtedy, gdy wymagało to nie lada odwagi… bo jeszcze w 1955, a w związku z przełomem 1956 nawet zostało wydane. Potem jednak pisarz trafił na kilka lat do komunistycznego więzienia (chyba mu przeszło...).
Warto zacytować fragment przedmowy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego do pierwszego polskiego przekładu „Niki”, wydanego przez Giedroycia w Paryżu w 1959 r. (ależ Redaktor miał „nosa”; sam czytałem drugie wydanie z 1979, już z Peerelii):
„Przewijają się ciągle dwa motywy: brak wolności i niemożność zrozumienia. Zarówno dla suczki jak dla jej państwa, małżonków Ancza, brak wolności staje się nie do zniesienia, gdy nie sposób pojąć jego przyczyn. Ale mistrzostwo pisarza węgierskiego polega na tym, że przez wprowadzenie psiego spojrzenia na sytuację, przez nieustanne porównywanie czworo- i dwunożnych reakcji na toczące się wypadki, Déry odsłania upiorny nonsens komunizmu o wiele jaskrawiej i plastyczniej, niż gdyby ograniczył go do ludzkiej wyłącznie obsady ról w dramacie”.
Inne cytaty:
„Małżonkowie uświadomili sobie, że miłość to nie tylko duchowa korzyść, lecz także ciężar i swą wielkością odświeża, a jednocześnie przytłacza człowieka”.
„Nie ma większego, bardziej podstępnego terroru niż miłość. Swoją słabością i zdaniem się na łaskę losu potrafi przezwyciężyć niechęć i zobojętnienie. Człowiek nie umie uwolnić się od jej uścisku, zwierzę – bardzo rzadko”.
„Niepojęte, za pomocą jakiej ekspresowej agencji informacyjnej okoliczne psy z całej dzielnicy dowiadują się o tej radosnej nowinie, że gdzieś w pobliżu jakaś suka czeka na miłość”.
„Zaobserwowała, że wszystkie psy, również te największe, zachowywały się po rycersku i żaden z nich nie mścił się na Niki nawet wtedy, gdy ugryzła go w sposób szczególnie dziki (…) Wnioski Ancsowej, wyciągnięte z tych obserwacji nie pochlebiały rodzajowi ludzkiemu”.
„Psy nigdy nie zaprzestawały swych natarczywych zabiegów, choćby Niki przyjmowała te próby z największą wściekłością. I jeśli Ancsowa nie sięgnęłaby wtedy po parasol męża, Niki, według wszelkiego prawdopodobieństwa, musiałaby w końcu się poddać, być może kilka razy po kolei”.
„Bezwarunkowo i stanowczo należy uważać za wypaczony gust lub nawet za zboczenie, że jej kobieca namiętność kierowała się nie do zwierząt tej samej rasy, szorstko- lub gładkowłosych foksterierów czy innych psów podobnej wielkości, lecz – podobnie jak niektóre białe kobiety kochające się z czarnymi mężczyznami – najbardziej lubowała się w dużych czarnych psach”.
„Wyglądała przy tym jak ktoś, kto w swym szczęściu odpuszcza sobie wszelkie winy. (…) Słońce świeciło z całą wiosenną energią, drzewa i krzewy optymistycznie wystawiały ku jego promieniom jasnozielone, świeżo rozwinięte liście, które jak wiele tysięcy luster rozrzucały blask nad parującą ziemią. Powietrze też błyszczało, przepełnione światłem”.
„Nie miała najmniejszych wątpliwości, że jutro czeka ją to samo, pojutrze również i – zawsze. Żyła w teraźniejszości, która bez granic sięgała w przeszłość i przyszłość”.
„Psy nie umieją udawać – w czym są podobne do ludzi – zdradza je ogon, który sygnalizuje każdy wewnętrzny niepokój”.
Czas na kolejną książkę Autora…
OPINIE i DYSKUSJE o książce Lasy i ludzie : młodość
Po bardzo dobrym odbiorze „Pani Majorowej” sięgnęłam po „Lasy i ludzie” z dużymi oczekiwaniami — i tym razem coś jednak nie zagrało. „Pani Majorowa” była dla mnie książką, która mocno działała na emocje, poruszała i zostawała w środku na dłużej. Czytało się ją z zaangażowaniem i poczuciem bliskości z głównym bohaterem. W „Lasach i ludziach” tego niestety nie odczułam. To oczywiście wciąż dobrze napisana książka — pełna refleksji, natury i spokojnego klimatu — ale zabrakło mi w niej tej „iskry”, tego poruszenia, które wcześniej tak mocno u mnie wybrzmiało. Czytałam raczej z dystansem niż z emocjami.
Muszę jednak przyznać, że realia szkoły opisanej przez Wiecherta mają nadal dużo wspólnego z obecnymi.
Nie żałuję lektury, ale tym razem Wiechert trafił do mnie dużo słabiej.
Po bardzo dobrym odbiorze „Pani Majorowej” sięgnęłam po „Lasy i ludzie” z dużymi oczekiwaniami — i tym razem coś jednak nie zagrało. „Pani Majorowa” była dla mnie książką, która mocno działała na emocje, poruszała i zostawała w środku na dłużej. Czytało się ją z zaangażowaniem i poczuciem bliskości z głównym bohaterem. W „Lasach i ludziach” tego niestety nie odczułam. To...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMimo że nie jest to takie arcydzieło, jak niezapomniane „Dzieci Jerominów" (lektura obowiązkowa!) to przecież wspaniała to, dziś mocno już egzotyczna, podróż Ernsta Wiecherta do bukolicznego dzieciństwa w mazurskich ostępach i jedna z najlepszych relacji o pruskim systemie wychowawczym, który jakimś cudem nie przemielił osobowości wrażliwego Autora na miazgę.
Nie daję „10” tylko dlatego, że i ta książka wpisuje się jednak w pewną, dziś już jednak mocno anachroniczną, idealizację przednowoczesnych form życia człowieka. Dość naiwnie wybrzmiewa tu przeciwstawienie „dobrej” wsi zepsutemu do cna miastu. I choć Wiechert ma sporo racji, to jednak chyba zawsze pozostał wrogiem nowoczesnej cywilizacji jako takiej, z czym musiało się łączyć upodobanie do harmonii dawnego wiejskiego świata. Niemniej ważne to świadectwo tego życia (nb. na pewien czas trafił do Buchenwaldu).
„Będąc dzieckiem, żyłem wśród rozległych lasów niby zwierzątko w swej norze, a do naszego domu nie kołatał nikt obcy. Pętał mnie śnieg, zniewalały marzenia”.
„Wokół ostatnich snopów, które zestawili, stoją wśród zżętych pól mężczyźni i kobiety. Odkryli głowy i wyciągając ze sztyg pojedyncze kłosy na snopek i wieniec, śpiewają w swoim polskim języku powolną i smutną pieśń: „Zachowaj nam łaskę swoją…”. W całkiem nieruchomym powietrzu krążą wysoko drapieżne ptaki, a świat szeroki wydaje się wypełniony ową pełną żałości pieśnią, która znaczy, że lato znów się od nas odwraca”.
„Wzrastaliśmy niemal w całkowitej samotności, w otoczeniu ludzi posługujących się językiem polskim, ojczystym dla nich językiem, nadto uważających leśniczego – ze względu na styl życia, charakter pracy i pochodzenie – za pana. Tym samym pewnego rodzaju izolacja, ograniczająca bliższe kontakty, dotyczyła i nas, dzieci”.
No właśnie, jedną z największych kulturowych zbrodni Peerelii było, że takich ludzi wypychano z ojcowizny jako "Niemców”do Reichu, nb., jakkolwiek to smutno zabrzmi, nie było to tylko ‘zasługą' ówczesnych władz….
„Trzeba było jechać trzy mile przez głuche bory. Opatulano mnie chustami, wsadzano pod baranice i tylko oczy pozostawały niezasłonięte i przyglądały się przemykającym obok mrocznym świerkom, za którymi niby ognista ściana płonęło wieczorne niebo”.
W tej sielance jest również śmierć, także i samemu zadawana - choć nie zawsze, jak w przypadku mojego ulubionego gatunku ptaka, tyle razy nad Mazurami widzianego (niestety, dziś w Polsce zaledwie kilkadziesiąt par.
„Kiedy na wielkiej wysokości rybołów nagle składał skrzydła i, nurkując niemal pionowo, rzucał się na dostrzeżoną rybę, zaczynało mi łomotać serce. Spadał w dół niczym iskrzący się bielą piorun, wytryskiwał z wody obłok piany i wolno, ociężale,majestatycznie wyłaniały się z niej skrzydła ptaka, w szponach wiła się wielka ryba, na którą runął. Strzelba za każdym razem mierzyła w to miejsce, z jakiego musiał się wyłonić, ale zawsze ją opuszczałem. Być może dlatego, że obawiałem się chybić, być może dlatego, że bałem się trafić”.
Naturalne jest zatem stwierdzenie: „Przeniesienie do miasta oznaczało ponad wszelką wątpliwość nie tylko utratę raju, ale i to, iż wraz z nim straciliśmy również wszystko, co najogólniej nazywa się niewinnością”.
W sumie trudno się dziwić niespełna 12-latkowi, wyrwanemu z upajającej arkadii dzieciństwa – leśniczówki ojca w lasach pod dzisiejszym Mrągowem – i wrzuconego w szkolny kierat królewieckiego gimnazjum, gdzie trzcina nie jest po to, by szumieć mu do snu, jak dotychczas. Miejsce, do którego go zesłano, ma zaś przerobić go na posłusznego poddanego Kaisera i nagiąć do przerażającej mieszczańskiej normy.
Tak, czy inaczej, wielce satysfakcjonująca to lektura. Wiechert pisze z przepiękna starannością. wykształcenie w Albertinie zrobiło jednak swoje. Ma imponujący styl. Złożone, cyzelowane zdania, ich wyrafinowana konstrukcja - to miód na moją duszę….
Przyjazd do Królewca Wiechert opisuje jako „coś zbliżonego do pogrążenia się w morzu światła, huku i gwaru”. Odnotowuje „osłupiające wejście do miejskiego mieszkania z elektrycznym dzwonkiem, gazowym oświetleniem i wodociągiem”. i choć zostanie prymusem w szkole, stale będzie mu brakować„lasów, jezior i zwierząt”.
Kiedy myślimy o pruskiej szkole, od razu przychodzi na myśl stereotyp, który Autor w pełni jednak potwierdza - spotkał tylko jednego normalnego nauczyciela. A inni….
„Niemal do końca nauki w podstawowej szkole nie było mowy o żadnych ludzkich kontaktach z jakimkolwiek spośród nauczycieli”.
„Stanowili oni jeden świat, my zaś drugi. Nie ma wśród nich geniuszy pedagogiki ani władzy. Są tacy, którzy biją bez litości oraz tacy,których my zadręczamy na śmierć. Od niektórych uczymy się dużo, od innych nic inie zawsze przyczyną tego jest brak naszej dobrej woli”.
„Wyciągał z pulpitu długą trzcinę. Bił z całej siły po dłoniach, dziesięć razy, piętnaście, a w miejscach, które trafiał, nabrzmiewały pręgi. – Nauczyłeś się? - pytał wrzeszcząc. - Głupi łajdak się nauczył! Potężne uderzenia spadały ze świstem”.
„- Dlaczego to musi być tak, panie profesorze? – To musi tak być, ty głupi świński wole!’. „Obchodzono się z nami okrutnie, odpłacaliśmy przeto tą samą monetą.(…) Byliśmy takimi, jak bywa tłum niezależnie od epoki i wieku:brutalni, żądni krwi, skłonni do poddania się przewodnictwu najgorszych”.
A jednocześnie tamtej szkole Autor sporo zawdzięczał.
„Wówczas kosmiczny smutek był typową fazą dojrzewania,oddawanie mu się zaś i to z całą namiętnością było nader oczywistym wymogiem przyzwoitości obowiązującym młodzieńca o intelektualnych skłonnościach”.
„A przy tym młodość jest okresem, w którym bezwzględnie domagamy się sprawiedliwości absolutnej, wolności i prawdy, sprzeczność pomiędzy tym, co chcemy, a tym co osiągamy, musi wobec niedoskonałości epoki rodzić uczucie beznadziejności i ogólnego przygnębienia, występującego u młodzieńca pod postacią smutku kosmicznego”.
Z wielką, niespotykaną delikatnością, Autor opisuje swoje pierwsze zauroczenia…
„Trzeźwiej myślący przyjaciele nieraz ganili mnie potem w ostrych słowach, że dopatruję się w kobiecie cudów, jakich wcale nie posiada, że ów bardzo niedoskonały twór natury wywyższam w sposób marzycielski, przez co jestem współodpowiedzialny za przyznawanie kobietom miejsca, jakie na tym świecie przysługuje tylko aniołom”.
„Również i dziś w pełnym rozkwicie życia jestem tak samo skłonny do dopatrywania się w każdej kobiecie czystego serca, tego, co Bóg zapomniał wygnać z raju i czym obdarzył nas, by choć na krótko rozjaśnił się i cieplał posępny mrok świata”.
„Wszyscy dorośli, nauczyciele, krewni, a niekiedy również rodzice mieli zwyczaj uśmiechać się kpiąco, a nawet złośliwie, tak jakby zazdrościli mi tego, co sami utracili już dawno i co my również powinniśmy byli jak najszybciej postradać. Nie chcieli bowiem, by wszystko to, czym myśmy się właśnie sycili, przypominało im o ich głodzie”.
„Stało się tedy to, co zawsze dzieje się ze wszystkimi i nie było bardziej wzniosłe ani też bardziej śmieszne niż kiedykolwiek. Że jednak każdemu z nas pisany jest własny raj oraz własna śmierć, przeto w sposób wyłączny i tylko nam przynależny doświadczamy tego, iż drugi człowiek wchodzi nam w krew i w życie. Mamy też pełne prawo wspominać go ze szczególną wdzięcznością i wzruszeniem, gdyż obdarzył nas szczęściem, nawet jeśli miałoby być ono jednym z wielu przyniesionych przez los” (któż z nas by się pod tym nie podpisał...?).
„Przedtem nie było niczego, niczego nie będzie później. (…)W ostatnich pocałunkach zawierał się już ból rozstania, samotności i zupełnego zagubienia”.
Ogólny „ból rozstania” musiał odczuwać do śmierci w Szwajcarii w 1950 r.
Gdy go czytałem, miałem nieodłączne skojarzenia z innym bildungsromanem – tyle, że znad nieodległej Niewiaży, czyli niezapomnianą ”Doliną Issy”, jedną z książek mojego życia, najwyżej przeze mnie ocenianą. Iście noblowska tam głębia.
Tak jak i Miłosz, Autor bezpowrotnie utracił swój „kraj lat dziecinnych". Ale obaj do końca zachowali chyba coś dużo, dużo więcej niż tylko zwyczajowy do niego sentyment. Miłosz był za to atakowany przez tzw. „prawdziwych Polaków”, zapewne nie inaczej część Niemców oceniała i Wiecherta…
Mimo że nie jest to takie arcydzieło, jak niezapomniane „Dzieci Jerominów" (lektura obowiązkowa!) to przecież wspaniała to, dziś mocno już egzotyczna, podróż Ernsta Wiecherta do bukolicznego dzieciństwa w mazurskich ostępach i jedna z najlepszych relacji o pruskim systemie wychowawczym, który jakimś cudem nie przemielił osobowości wrażliwego Autora na miazgę.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie daję...
Opowieść o utraconej leśnej ojcowiźnie, spopielającej duszę samotności i ubogim dzieciństwie zapamiętanym, jako raj. We wspomnieniach „Lasy i ludzie” szczególnym blaskiem jaśnieje majestat rodzinnych stron i ukojenie, jakie dawał pisarzowi leśny świat / dni, gdy wstawał wraz ze słońcem, a zachód spotykał go w głębi lasu nad brzegami jezior, dokąd zlatywały czaple na nocne łowy wśród trzcin.
„ … łasowanie wiśniowych przetworów przechowywanych w piwnicy zaprawione było gorzką świadomością, iż Bóg widzi skroś piwnicznych ścian, a każda wiśnia jest odnotowywana w mojej księdze występków.”
Spośród wszystkiego, co przeminęło wyłania się oglądany z oddali ojczysty krajobraz i jego melancholia oraz chłopiec wierzący i tak pobożny, jak pobożne może być tylko dziecko, który pewnego dnia staje na moście westchnień, rozdarty między wiarą, a niewiarą, jednym słowem czarowna dzika kraina dzieciństwa zamieniona w przestrzeń mitycznego bezczasu, szybują nad nią orły i ciągną dzikie łabędzie.
Najwybitniejszym dziełem Ernsta Wiecherta / 1887-1950, pisarza niemieckiego, autora powieści, opowiadań, nowel i sztuk teatralnych, jest powieść „Dzieci Jerominów” / 1945-47, mazurski epos, historia mieszkańców Sowiego Zakątka, wsi położonej na terenie dawnych Prus Wschodnich, saga rodzinna o rzadko spotykanej głębi przekazu nazywana epopeją Puszczy Piskiej, bardzo polecam : )
Opowieść o utraconej leśnej ojcowiźnie, spopielającej duszę samotności i ubogim dzieciństwie zapamiętanym, jako raj. We wspomnieniach „Lasy i ludzie” szczególnym blaskiem jaśnieje majestat rodzinnych stron i ukojenie, jakie dawał pisarzowi leśny świat / dni, gdy wstawał wraz ze słońcem, a zachód spotykał go w głębi lasu nad brzegami jezior, dokąd zlatywały czaple na nocne...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzuć, że książka jest napisana przez osobę kochającą las. Takim też osobom ją polecam :)
Czuć, że książka jest napisana przez osobę kochającą las. Takim też osobom ją polecam :)
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toUrywki najważniejszych wspomnień z okresu lat dzieciństwa i młodości Pisarza, napisanych przepięknym językiem w formie pamiętnika, po części opowieści, z osobistym komentarzem, może raczej rozliczeniem i filozoficzną oceną.
Urywki najważniejszych wspomnień z okresu lat dzieciństwa i młodości Pisarza, napisanych przepięknym językiem w formie pamiętnika, po części opowieści, z osobistym komentarzem, może raczej rozliczeniem i filozoficzną oceną.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNikt tak jak Wiechert nie jest w stanie oddać atmosfery mazurskiej puszczy i ducha tych terenów. Po lekturze takich książek człowiek inaczej patrzy na otoczenie.
Nikt tak jak Wiechert nie jest w stanie oddać atmosfery mazurskiej puszczy i ducha tych terenów. Po lekturze takich książek człowiek inaczej patrzy na otoczenie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toWarto przeczytać. Wiechert opisuje nie tylko własne dzieciństwo, lecz również ukazuje tradycje ludu mazurskiego.
Warto przeczytać. Wiechert opisuje nie tylko własne dzieciństwo, lecz również ukazuje tradycje ludu mazurskiego.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to