Nad piękną, modrą Dřevnicą

Okładka książki Nad piękną, modrą Dřevnicą autora Antonín Bajaja, 9788364887390
Okładka książki Nad piękną, modrą Dřevnicą
Antonín Bajaja Wydawnictwo: Książkowe Klimaty Seria: Czeskie Klimaty literatura piękna
556 str. 9 godz. 16 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Czeskie Klimaty
Tytuł oryginału:
Na šéne blaue Dřevnici
Data wydania:
2018-01-08
Data 1. wyd. pol.:
2018-01-08
Liczba stron:
556
Czas czytania
9 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788364887390
Tłumacz:
Dorota Dobrew
Średnia ocen

6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Nad piękną, modrą Dřevnicą w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Nad piękną, modrą Dřevnicą

Średnia ocen
6,5 / 10
46 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Nad piękną, modrą Dřevnicą

avatar
1846
637

Na półkach: , ,

Nostalgiczna powieść mieszająca się wątkami autobiograficznymi autora.
Autor zabiera nas w wyprawę do swoich wspomnień z lat dziecięcych, które przypadają na a początki komunizmu w Czechosłowacji. Leniwie snuta opowieść przeplatana listami do siostry, sprawia, że staje się ona bardzo osobista. Wprawdzie natłok postaci i brak chronologi w stale zmieniających się wątkach, może sprawiać wrażenie, że powieść jest chaotyczna, jedna wydaje mi się, że zamierzeniem autora było nadanie powieść czegoś w rodzaju gawędy. Wszelkie wspomniane obrazy są na wpół realne, jakby opowieść miała dotyczyć pewnej baśniowej krainy, ale bliżej jej do baśni Braci Grimm. bok nostalgii przywoływana jest twarda historia Czechosłowacji i rodzinnego miasta Zliny, zamienionego wzorem przez pewien czas na Gottwaldovo. No cóż, takie mieliśmy czasy, w których kopiowano wszystkie zwyczaje z ZSRR.
Książka z całą pewnością nie należy do takich sobie poczytajek, ale jest godna polecenia i uwagi. Polecam

Nostalgiczna powieść mieszająca się wątkami autobiograficznymi autora.
Autor zabiera nas w wyprawę do swoich wspomnień z lat dziecięcych, które przypadają na a początki komunizmu w Czechosłowacji. Leniwie snuta opowieść przeplatana listami do siostry, sprawia, że staje się ona bardzo osobista. Wprawdzie natłok postaci i brak chronologi w stale zmieniających się wątkach,...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1441
1079

Na półkach:

Powieść ma pewną wartość nostalgiczną, wspomnienie czasów niewinnego dzieciństwa, gdy wokół zapada mrok komunizmu. Szkoda, że 550 stron lektury podane jest w taki oniryczny, fantasmagoryczny, a przeważnie zwyczajnie chaotyczny sposób. Chaos nie wynika ze sposobu percepcji luźnych wspomnień na tekst spisany, a raczej z tego, ż przerostu formy nad treścią, taka narracja na dłuższą metę męczy, klimat znika, zostaje sama forma. Zmarnowany potencjał.

Powieść ma pewną wartość nostalgiczną, wspomnienie czasów niewinnego dzieciństwa, gdy wokół zapada mrok komunizmu. Szkoda, że 550 stron lektury podane jest w taki oniryczny, fantasmagoryczny, a przeważnie zwyczajnie chaotyczny sposób. Chaos nie wynika ze sposobu percepcji luźnych wspomnień na tekst spisany, a raczej z tego, ż przerostu formy nad treścią, taka narracja na...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
292
72

Na półkach: ,

"W moich zwojach mózgowych tamte lata zlały się w jeden dzień, w którym ciągle to zapada zmrok, to świta. Poplątanie z pomieszaniem, za to brak problemów z datami".

Ten cytat to idealne podsumowanie całej książki. Choć niektóre momenty wywołują rozrzewnienie, melancholię czy nostalgię, gdy czytamy o dzieciństwie autora, niestety nie jest ich zbyt wiele. To bardzo osobista książka, i taka moim zdaniem powinna pozostać, ponieważ dla czytelników innych niż sam Bajaja lub jego bliscy nie ma zbyt wiele sensu. Ktoś "niewtajemniczony" nie dojrzy w niej nic wciągającego, fascynującego, czy na dłuższą metę ciekawego. Wszystko jest chaotyczne, niechronologiczne, nie prowadzi do konkretnego punktu kulminacyjnego, fabuła trzyma się po prostu na bardzo chwiejnych i cienkich fundamentach, przez które całość wydaje się zwyczajnie... nieharmonijna, bezładna, jakby złożona z wielu niepasujących, słabo ze sobą powiązanych elementów. Zbyt wiele postaci, zbyt wiele przeskoków w czasie, zbyt mało jakiegoś bardziej konkretnego zamysłu.

Jestem zawiedziona.

"W moich zwojach mózgowych tamte lata zlały się w jeden dzień, w którym ciągle to zapada zmrok, to świta. Poplątanie z pomieszaniem, za to brak problemów z datami".

Ten cytat to idealne podsumowanie całej książki. Choć niektóre momenty wywołują rozrzewnienie, melancholię czy nostalgię, gdy czytamy o dzieciństwie autora, niestety nie jest ich zbyt wiele. To bardzo osobista...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

160 użytkowników ma tytuł Nad piękną, modrą Dřevnicą na półkach głównych
  • 111
  • 49
49 użytkowników ma tytuł Nad piękną, modrą Dřevnicą na półkach dodatkowych
  • 25
  • 6
  • 5
  • 5
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Inne książki autora

Antonín Bajaja
Antonín Bajaja
Czeski pisarz. Pochodzi z rodziny lekarzy, ukończył studia na Uniwersytecie Rolniczym i Leśnym im. Mendla w Brnie. Pracował jako zootechnik, kierował laboratorium rolniczym w Zlinie. Od 1991 roku redaktor brneńskiego oddziału radia czechosłowackiego, rok później rozpoczął pracę dziennikarza w dzienniku „Prostor” oraz czasopiśmie „Týden”, a także w Radiu Wolna Europa. Debiutował w 1982 roku powieścią „Mluviti stříbro”. Za wydaną w 2003 roku powieść „Zvlčení. Romaneto o vlcích, lidech a úkazech” nagrodzony prestiżową Magnesia Litera (2004),zaś Nad piękną, modrą Dřevnicą z 2009 roku została uhonorowana narodową nagrodą literacką. Jego powieści przekładane są na angielski, rosyjski, białoruski, bułgarski, słoweński i węgierski.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

W ciemność Anna Bolavá
W ciemność
Anna Bolavá
Lubię klimat czeskich powieści, fabułę tworzoną przez czeskich autorów, jednak ta powieść Anny Bolava'ej jakoś mnie nie przekonała, nie do końca do mnie trafiła. Przez cały czas zastanawiałam się, jak pasja, mania czy wprost obsesja może doprowadzić do samounicestwienia, jak może przekładać się ona na całkowite zatracenie. "Im dalej w ciemność, tym większy ogarnia mnie spokój. Chociaż tegoroczny lipiec odebrał mi tak wiele, jestem szczęśliwa. To prawdziwa ulga po wszystkich tych cierpieniach i niepokojach. Idę tam, gdzie czeka mnie nieuniknione, pogodzona ze sobą i swoim losem. Widziałam to piękno na własne oczy. Nasyciłam się do ostatka." Anna jest osobą wykształconą, do niedawna zajmowała się tłumaczeniem literatury, ale nie to zaprzątało jej myśli i wypełniało czas; każdy jej dzień rozpoczynał się myślą jakie dziś kwitną zioła, które z nich będzie mogła zebrać i poddać suszeniu, aby w najbliższy wtorek zawieźć je do skupu. Nie miało dla niej znaczenia, że słabnie, nie ma apetytu, że ma kłopoty ze snem, że dokuczają jej permanentne bóle głowy, że wypadają jej włosy, sinieją i drętwieją kończyny, że wymiotuje, a jedyne co utrzymuje ją przy życiu to tabletki przeciwbólowe i jakieś inne medykamenty. Zbieranie ziół to było całe jej życie, z dala od bliskich, znajomych, sąsiadów, których nie dopuszczała do siebie, z którymi nie utrzymywała prawie żadnych kontaktów. To zatracenie się w obsesji zbierania ziół, niejednokrotnie balansowanie na krawędzi życia i śmierci jest całym jej życiem, choć tak naprawdę nie daje żadnej nadziei, codziennie pogrąża Annę w ciemności. "Moje życie już nigdy nie będzie wyglądało inaczej, jestem w potrzasku. I wcale nie pragnę tego zmieniać, będę ciągnąc swój wózek aż do śmierci - nie chcę jednak wiedzieć, jak daleko jest cel." Książka wyjątkowo przygnębiająca, jej idea i sens dla mnie wprost niezrozumiałe, a jednak mimo to chciałam poznać do końca los bohaterki - zagubionej, osamotnionej, pogrążonej w ciemności swojej paranoicznej pasji, dla której "śmierć" drzewa była większym przeżyciem niż śmierć człowieka.
Anna Lipińska-Czajkowska - awatar Anna Lipińska-Czajkowska
oceniła na63 lata temu
Palinka. Prozy z Banatu Matěj Hořava
Palinka. Prozy z Banatu
Matěj Hořava
Matej Horava, Czech z Moraw, przebywając w rumuńskim Banacie tęskni, choć na to wygnanie skazał się sam. Pejzaże wzgórz Banatu, tak różne od łagodności jego ojczystej ziemi, prowokują do wspominania, nasuwają raz za razem obrazy z przeszłości. Autor nawet umyślnie ich nie szuka, jest od tego bardzo daleki, to one go znajdują i nagle zjawiają się jak nieproszone, a wraz z nimi nostalgia, wyraźnie przez nas wyczuwana. Opowiadania w tym zbiorze są niedługie, niektóre króciuteńkie jak mgnienie oka, ot, impresyjki, łaskoczące przez chwilę powiekę zanim umkną znów, spłoszone przypadkowym dźwiękiem. Wczoraj i dzisiaj spotykają się wpół drogi i okazuje się, że wiele je łączy i do siebie przywołuje. Nic tu nie jest statyczne, niemrawe, wprost przeciwnie, zarówno obserwowane na bieżąco zjawiska, obiekty, osoby, jak i te przywoływane wspomnienia żyją, oddziałują, będąc w ciągłym ruchu. O części z nich można rzec: gwałtowne, nieposkromione, jak ogień i jego wzlatujące w górę iskry, czy te z rozpalanych w dzieciństwie ognisk, czy dającego obecnie ciepło i poczucie przytulności pieca, albo z płonących gwałtownie zboczy, które są jak „ocean płomieni przetaczający się po grzbietach wzgórz, celowo rozniecony przez ludzi, a jednak nie do opanowania…” A ile wokół barw, wręcz feeria kolorów, nie dająca odpocząć oczom, tworząca impresjonistyczne złudzenie przenikania plam, nakładania się na siebie fal świetlnych, które rzutują nie tylko na jeden zmysł wzroku, ale na wszystkie zmysły, wprawiając je w pomieszanie. Jak to jest z tymi migawkami z dzieciństwa, że pojawiają się z wszystkimi ulotnościami, znów pachną, brzmią, barwią się zupełnie jak niegdyś, w każdym szczególe. „Jesień, wiatr, pamięć, altanka, której pewnie od dawna nie ma; liście, które uległy rozkładowi, a przecież nigdy nie zginą; moje ręce maleją: dłonie są coraz mniejsze na tle czerwonego jaworowego liścia; a wiatr słucha, wiatr mnie słucha, wichrzy liście na moim zboczu: dawne liście z północy Czech, pochłonięte przez dzisiejszy banacki wiatr…” Autor nie tylko przywołuje obrazy, on na chwilę znów staje się tamtym małym chłopcem z płonącymi jesienną czerwienią liśćmi jawora w drobnych dłoniach. Rumuńska wieś, czeska wieś, tak inne przecież, ale obie odmalowane sensualnie, zmysłowo. To zasługa pióra autora, ale przecież oddaje on to, co go zachwyciło, co zostawiło odciśnięty ślad, który nie tylko nie wyblakł po latach, ale odżył z dawną mocą, jakby tylko wybudził się z chwilowego snu. Gdy autor opisuje dojrzewanie śliwek w sadzie, to widzimy i czujemy ich wzrastanie, formowanie się wokół pestki, pęcznienie i słodycz wypływającego śliwkowego soku, słyszymy jak lekko uderzają o ziemię, zrzucone z gałęzi mocniejszym podmuchem. Nic, tylko schylić się i skosztować. W tej prozie jest poezja. Śliwki dobre na palinkę, palinka znakomita na tęskne wspominanie, a także na rozmowy z ludźmi i z samym sobą. I autor pisze: „Pokażą się gwiazdy; nadejdzie górski, wrześniowy chłód: będę siedział, może zapadnę w lekki sen; będę śnił; i będę pił palinkę…” Zapewne z tej pięknej prozy każdy wyciągnie parę smaczków tylko dla siebie, a więc ockną się z leniwego letargu kolejne powidoki, lekko zamglone przez czas, nasze własne. Wszyscy wszak byliśmy kiedyś dzieciakami ganiającymi po wiejskich łąkach, wdeptującymi z krzykiem w krowie placki i podkradającymi kurom jajka. Przynajmniej ci z nas, którzy mieli jeszcze okazję widzieć prawdziwą wieś. Żarliwa, poetycka, empatyczna proza z Banatu wgryzła się we mnie, a ja poddałam się jej bez reszty. Jest w niej coś przyciągającego, jakaś prawda najgłębsza z najbardziej wewnętrznego miejsca w sercu wyciągnięta i tam też trafiająca. Opisując naturę, chwyta jej esencję, mówiąc o człowieku, przegląda go na wskroś, znajdując to, co ważne, nawet jeśli trzeba sięgnąć głębiej. Czy to staruszki, matka i córka, nie do odróżnienia, czy też rodzina Wojnerów – „złote zęby w ustach, wychudłe, zniszczone twarze, niemal identyczne twarze; zawsze mnie zadziwiało, z jaką siłą rysy poprzednich generacji przenoszą się tu na kolejne pokolenie, modelując je precyzyjnie i nieodwołalnie na własne podobieństwo (…)” Autor lubi nawiasy, średniki i dwukropki. Początkowo to dziwi, później widzimy, że ma swoje uzasadnienie nie tylko w „widzimisię” autora. To złudzenie, jakby jedno zjawisko pociągało następne, połączone z nim, a zarazem rozszerzające o jeszcze więcej sensów, znaków. Z przecinkami, czy wręcz kropkami, rozdzielającymi tekst na pojedyncze zdania, zgubiłby on swój naturalny, jedyny odpowiedni rytm. Okazuje się, że w różnych rejonach świata można poczuć się całkiem swojsko: te same bzy i akacje, stada owiec na zboczach, jesienna, lekko stęchła wilgoć, dźwięk harmonijki o kolorowych klawiszach… Ujęło mnie bardzo wyczulenie autora na szczegół, nawet drobniutki. Któż potrafi jeszcze tyle niuansów wydobyć z głosów niosących się po podwórku sąsiada, albo z twarzy okolicznych ludzi? Najpierw przeanalizować ich wyjątkowość, aby pod koniec uogólnić, wprowadzić pod wspólny mianownik. Dzięki tym podobieństwom nie tak łatwo uciec przed tym, o czym chce się zapomnieć. W najmniej spodziewanym momencie, wystarczy niewielki bodziec wywołujący i na człowieka spada cała jego przeszłość, choć przecież wcale tego nie pragnie. Zamknąwszy „Palinkę” ma się wrażenie, że autor w pełni świadomie odsłonił przed czytelnikami to, co dla niego najważniejsze, najintymniejsze. Pozwolił nam się poznać, zawierzył szczerze swoje myśli, obnażył cały smutek samotności i beznadziejność ucieczki, spotęgowane jeszcze przez surowe banackie warunki i dystans, jaki zwykli utrzymywać mieszkańcy. Możliwe, że uczynił tak z pragnienia podzielenia się z kimś ciężarem, by ten choć trochę zelżał, być może chciał dodać nam otuchy, poczucia, że jeśli mamy podobnie, to nie jesteśmy jedyni. Mam nadzieję, że stojąc tam, „pod rozłożystą morwą (…) na rozdeptanych morwach…”, wiedząc że jego słowa poszły w świat, między ludzi, podniesie jednak głowę, a może nawet prześle lekki uśmiech – nie jest tak źle, zderzyliśmy się z własnym życiem, a teraz idziemy dalej. Książkę przeczytałam dzięki portalowi: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na92 lata temu
Dni króla Filip Florian
Dni króla
Filip Florian
W „Dniach króla” Filip Florian zaprasza nas do XIX-wiecznego Bukaresztu. Oto historia niemieckiego dentysty Josefa Straussa, który wraz ze swoim pacjentem, przyszłym królem Rumunii, księciem Karolem I, przybywa do stolicy, by leczyć zęby, politykować, no i kochać, albowiem obaj są mężczyznami w sile wieku i – czego i nie można ukrywać, bo to nic wstydliwego – mają swoje męskie potrzeby. I tak łączą się dwa główne wątki powieści – pierwszy skupia się na okresie wielkich przemian polityczno-społecznych, które swymi oświeconymi rządami wprowadził Hohenzollern (nadejdzie bowiem czas, gdy Rumunia stanie się państwem nowoczesnym, zaś jej nowy, ściągnięty tutaj nieco na siłę władca, symbolem postępu i narodowej dumy). Drugi nurt wiąże się z prywatnym życiem – zarówno Karola jak i pana doktora (Josef stał się powiernikiem władcy, wtajemniczonym w różne książęce namiętności, z których zawsze muszą się, nomen omen, rodzić kłopoty). Jest to zatem historia o miłości (w tym do serbskiej guwernantki),bo najbardziej zatwardziały kawaler wpadnie kiedyś w jej sidła (miłości, nie guwernantki),i nauce życia w nowym miejscu, nowym mieście, które staje się obrazem przemian i towarzyszem przemijającego życia sympatycznego Josefa. Bo kolejnym bohaterem jest Budapeszt - miasto kontrastów, architektoniczna mozaika i kulturowy tygiel. Są tu i pałace, a obok zapuszczone rudery, okryte biedą jak pajęczyną dzielnice. Strauss, bawidamek i osoba, które folguje własnym zachciankom, staje się mężczyzną, który kocha – a to zmienia w jego życiu wszystko. Pozostaje wierny swemu władcy (jakże ciekawy jest wątek tajemnic, które związały obu, zwłaszcza pewnego naparu z muchomora),a swe sekrety powierza tylko kocurowi, który przybył z nim z Berlina. I właśnie ów kot, Zygfryd (nie istnieje chyba bardziej niemieckie imię dla kota!),jest największą niespodzianką powieści Floriana – oddając mu głos, autor pozwala snuć historię kociego życia spędzonego na obitych skórą krzesłach Josefa. Choć pod wglądem tempa „Dni króla” nie są równe (mam wrażenie, że niekiedy Florian zamieniał powieść w faktograficzną wyliczankę miejsc, dat i wydarzeń, które dla fabuły były mglistym tłem),była to ciekawa przygoda z rumuńską literaturą. Wybrzmiewają w niej znajome słowiańskie nuty, doskonały humor i świetnie przyprawiona ironia. I mimo, że tematyka poważna (przyglądamy się przecież narodzinom niepodległego państwa),jest powieścią wciągającą, a poprzez swą wielowymiarowość (i złożoność różnonarodowych postaci),pozwalającą poczuć wyjątkowość tamtych lat, które Florian zgrabnie okrasił literacką fikcją. "Plusem dodatnim" są zamieszczone w tekście budapesztańskie fotografie w stylu retro. Przekład Radosławy Janowskiej-Lascar, okładka Pauliny Zielonej
Marcin Masłowski - awatar Marcin Masłowski
ocenił na74 miesiące temu
Mój czołg Viktor Horvath
Mój czołg
Viktor Horvath
"Droga Juliko, mam nadzieję, że u was nie wprowadzono seksu. A jeśli nawet tak, to jest to kolejny dowód kontrrewolucji i chylącego się ku upadkowi imperializmu..." Praska Wiosna 1968 roku wywołała uzasadniony niepokój wśród bratnich narodów socjalistycznych, a zwłaszcza w Związku Radzieckim. Bohater książki Viktora Horvatha ,,Mój czołg" - porucznik węgierskiego batalionu pancerniaków wierzy w internacjonalistyczną wizję świata, gdzie rządy sprawuje sojusz robotniczo-chłopski. Nie bardzo orientuje się w zmianach politycznych, które dzieją się w Czechosłowacji. Pisze za to tęskne listy do poznanej na Słowacji Juliki i marzy o stoczeniu bitwy na ołowiane żołnierzyki, które ukradkiem przechowuje w swojej szafce w koszarach. A ponieważ dobrze zna język słowacki i rosyjski okazuje się być przydatnym tłumaczem zabieranym na spotkania przywódców państwowych. Zabawna komedia pisana z iście czeską lekkością bytu o ważnych sprawach dziejowych jakie miały miejsce w 1968 roku. Historia w slapstickowym wydaniu. Możemy się zżymać na głupotę i naiwność porucznika, może nas wkurzać jego nieporadność i infantylność. Czy jednak pisanie o wydarzeniach historycznych na klęczkach i z martyrologiczną pieśnią na ustach to jedyny sposób na opowiedzenie niełatwych, a może i wstydliwych dziejach politycznych, bądź co bądź, nie nastawionych do siebie wrogo narodów? Mam na myśli tu nie tylko Czechów, Słowaków i Węgrów, ale także i nas Polaków. Warto przeczytać tę książkę, może dlatego, żeby się nie obrażać na historię, nie koniecznie bić w piersi. Może warto się trochę pośmiać i tak jak Julika posłuchać ,,The Beatles" lub ,,The Rolling Stones" niż czytać śmiertelnie poważne rządowe komunikaty w ,,Wolności Ludu".
Pan Książka - awatar Pan Książka
oceniła na71 rok temu
Piąta łódź Monika Kompaníková
Piąta łódź
Monika Kompaníková
https://www.instagram.com/p/CHnh0lphCmnSsZ_oPeVyqu5RiOs0JMcdBHiwTA0/ Jeśli miałabym opisać "Piątą łódź" za pomocą jednego zdania, to brzmiałoby ono tak: "Jest to powieść rodzinna, społecznie zaangażowana". Ale to zdecydowanie za mało, bo trzeba wejść głębiej, trochę w niej pokluczyć, by dostrzec jej istotę. Powieść o rodzinie, ale przeważnie dysfunkcyjnej, patologicznej, w której alkohol, bieda, przemoc są na porządku dziennym. O tym, co się dzieje, kiedy na barki dzieci zrzucane są obowiązki dorosłych i wtedy rodzi się pytanie, kto jest dzieckiem, a kto rodzicem? To również historia szarych blokowisk, dzieciaków puszczanych samopas i życia po przemianach ustrojowych. Główną bohaterką "Piątej łodzi" jest dwunastoletnia Jarka. Doświadczona przez życie, zbyt odpowiedzialna i dojrzała jak na swój wiek dziewczynka. Borykając się z tym wszystkim oraz z niezrozumieniem i samotnością, ucieka z domu. Wkrótce na swojej drodze spotyka półroczne bliźnięta i postanawia z nimi stworzyć dom i rodzinę, których tak bardzo łaknie. Przyznam, że była to wymagająca lektura. Przez tematykę, duszną atmosferę. Na szczęście, powieść czyta się lekko. Po pierwsze, jest to zasługa bardzo dobrego, płynnego stylu autorki. Po drugie, "Piąta łódź" ma cudowną czcionkę (postuluję za większymi czcionkami w ksiązkach 😉). To było moje pierwsze spotkanie z literaturą słowacką. Czekam na kolejne, bo to że będą, jestem pewna. Warto odkrywać kraje tak nam bliskie, a jednak nieznane.
ksiazkowelupy - awatar ksiazkowelupy
ocenił na76 miesięcy temu
Cud Josef Škvorecký
Cud
Josef Škvorecký
„Świat się zmienia, a jednak trwa bez zmian”. To słowa, które objaśniają uniwersalność przesłania „Cudu”, lektury sprzed pięćdziesięciu lat, odnajdującej się wszakże w każdym innym czasie i miejscu, w którym rozpiera się człowiek ze swoją skłonnością do nikczemnej manipulacji i unikania konfrontacji. Tytuł można rozumieć na kilka sposobów, objąć interpretacją „cud”, jaki miał miejsce podczas nabożeństwa, a o zainscenizowanie którego oficjalnie i z pompą oskarżono księdza Doufala, ale też „cud” erupcji Praskiej Wiosny 1968 roku i „cud” jej sromotnego sklęśnięcia. Mogłabym dodać jeszcze cud młodości, do której Skvorecky tak lubi powracać w swoich prowokujących i „niepoprawnych” powieściach oraz prawdziwy „cud” odnalezienia się w skomplikowanej, poszatkowanej, ani trochę nie linearnej narracji. Nie powinna ona jednak nikogo zniechęcać, gdyż w zamian za trud przenoszenia się w czasie, odnajdywania w dygresjach, otrzymujemy żywy, migotliwy i, mimo tragizmu wydarzeń, przesycony dowcipnym sarkazmem obraz pewnej ważnej, minionej dawno epoki czeskiej historii i obyczajowości. W tle słyszymy pulsujący bebop, modlitwę, okrzyki podnieconego tłumu i miłosne westchnienia, gdyż główny bohater, Danny Smiricky, to wielbiciel i kolekcjoner kobiecych wianków. Czy możemy jeszcze wierzyć w istnienie, w dopuszczalność cudu, w świecie tak łatwo poddającym się kontroli, ulegającym demagogii i wpadającym w pułapki mistyfikacji? Na pierwszy plan wysuwa się tu cynizm, on zaś nie dopuszcza w swoje pobliże boskiej, ani żadnej innej nadprzyrodzonej, dobrej, niewytłumaczalnej konkretnym „interesem” interwencji. Cudowna zdaje się być jedynie natura, rozciągająca się dookoła w swojej autentycznej szczodrości, „czarująca okolica, pofałdowana, porośnięta zieloną trawą i ciemnymi lasami, po niebie krążyła para bocianów, a na horyzoncie widać było zamek z wieżyczkami, w niedający się wyjaśnić sposób trwale uczepiony samotnej skały. Słońce rozproszyło popołudniowe chmury i pomalowało cały pejzaż wieczorną rdzą, a długie cienie topól słodko i bezlitośnie obejmowały starą, wąską szosę.” Skvorecky przerzuca nas od tuż powojennej komunistycznej rzeczywistości w okres wybuchu wiosenno-praskiego entuzjazmu, tego haustu wolności, który okazał się jednak zbyt silny, by nie zostać zmuszonym do odkrztuszenia go w gwałtownym zachłyśnięciu, zduszenia w obawie przed konsekwencjami, wyplucia w koleiny wydrążone w czeskiej ziemi gąsienicami przyjacielskich czołgów przybyłych z bratnią pomocą. Tak się więc przetaczamy pomiędzy początkiem lat 50-tych, kiedy to Danny jest ledwie początkującym nauczycielem, a rokiem 1968, rokiem przełomu, a raczej niespełnionej nań nadziei. Nasz bohater podsumowuje wszystko (choć stara się unikać ocen) doświadczonym, nie poddającym się już tak łatwo ułudzie, spojrzeniem dojrzałego pisarza i człowieka sceptycznego, który widzi rzeczy takimi, jakie one są naprawdę, a nie na jakie chciałyby wyglądać. Taki to właśnie był dualizm tych (i nie tylko tych) czasów. Z jednej strony ludzkie instynkty, pragnienia młodych ciał i serc, wiosna i jej wszystkie uroki, ptasie harce i nagie rusałki wyłaniające się z wodnej kąpieli. Z drugiej zaś prowokacje, polityczne naciski, sztywna, zunifikowana nowomowa partyjna i w końcu męczeńska śmierć tych, którzy wytrwali w swoich przekonaniach na przekór całej machinie represji broniącej „jedynej słusznej prawdy i ideologii”. Ksiądz zamęczony w więzieniu nie jest literackim wymysłem Skvorecky`ego. Istniał, działał i umarł wskutek zadanych mu tortur. Nie był w tym odosobniony, jak wiemy. Na wstępie tego wydania „Cudu” zostały zacytowane znamienne, słowa George`a Orwella. Prawdziwe i zarazem wywołujące w nas poczucie smutnej bezsilności. „We współczesnych dyktaturach straszne jest to, że nie istnieje dla nich żaden precedens. I nie da się przewidzieć ich końca (…) Wyhodowanie ludzkiego stada, które nie będzie odczuwało potrzeby wolności, jest tak samo możliwe, jak wyhodowanie stada krów pozbawionych rogów (…) W ciągu ostatnich dwudziestu lat masowa sugestia stała się nauką i na razie nie wiemy, jakie będzie miała wyniki.” Od czasu, gdy Orwell, człowiek, który przewidział tak wiele, napisał te zdania, poczyniono wyraźne postępy w zakresie możliwości i sposobów oddziaływania na społeczeństwo i, patrząc na dzisiejszą polaryzację ludzkości, jej podatność na atrakcyjne, choć kłamliwe treści, nie mamy powodów do optymizmu. Tak więc był cud w kaplicy Matki Boskiej pod Kobylą Głową, czy też go nie było? Zbierane dowody mają wykazać, czy Bóg dał ludziom znak, i czy pośredniczący w tym bożym dziele, zamęczony w więzieniu ksiądz może zostać wyniesiony na ołtarze. Samo rozwiązanie zagadki sprzed lat nie ma większego znaczenia. Zatrzymujemy się przy pytaniach i wątpliwościach, jakie się nasuwają odnośnie boskich intencji i możliwości, a także rozważań dotyczących już czysto ludzkich pobudek i potrzeb wykorzystania i zinterpretowania owego niewytłumaczalnego zjawiska „cudu”. Skvorecky patrzy na człowieka bystrze i zarazem trzeźwo, nawet w tym obudowanym najczystszym kryształem cnót dostrzega rysy i chropowatości. Jesteśmy słabi, miotają nami sprzeczne pragnienia, wznosimy ręce ku niebu, zakrywając nimi wspomnienie dopiero co popełnionego grzechu. Nie ma ludzi nieskazitelnych Nie na wszystkich jednak można spojrzeć z ironiczną czułością, winy niektórych mają znacznie większy ciężar gatunkowy. I tak jak w przypadku samego Smiricky`ego nie mamy złudzeń, że wstydliwa przypadłość, jaka na samym wstępie uniemożliwiła mu – dodajmy, że chwilowo, skonsumowanie wdzięków siedemnastoletniej Lisicy, które ta rozkłada przed nim na tacy obfitości, tak też i w pozostałych sytuacjach, autor nie zapomina o tym, że jesteśmy po prostu ludźmi. Widać w tym czeską trzeźwość osądu z wplecioną weń nicią humoru, ale też specyficznej nostalgii i przekory. Być może właśnie na tym zasadza się pomysł prowokacji akurat religijnej, co mocno dziwi. Chodzi przecież o Czechy, kraj wybitnie niekatolicki, który zaznał wszak intryg i podstępów na wielu innych, bardziej wrażliwych polach. Jakoś jednak dobrze składa się to w całość z wewnętrznym pragnieniem człowieka, który wznosi oczy ku niebu, pragnąc liczyć na opiekę siły wyższej, opatrzności, szczególnie wówczas, gdy wie, że niewiele lub zgoła nic od niego samego nie zależy. Dodam jeszcze słowo o nęcącym powabie ziemskich rozkoszy, przedstawionych w „Cudzie” mocno rubasznie, z akuratną dawką zdrowej, zabawnej pikanterii, bez grama pruderii, jakby w opozycji do rozmodlonej żarliwości tłumu w kapliczce, dramatu męki bojowników o prawdę czy miękkiego uginania się większości społeczeństwa pod wpływem nacisków reżimu. Jesteśmy ludźmi, powtórzę, dotyczą nas wszystkie te reakcje i zachowania, wahania i rozterki. Ta surowa i smutna konkluzja jest po prostu stwierdzeniem faktu, autor zaś osładza nam rozczarowanie odmalowując w tle koloryt czeskiego krajobrazu, udane obrazki z życia niewielkiej miejscowości, pełnokrwiste, mocne sylwetki bohaterów, których rozmaitość zaspokoi najwybredniejsze gusta domorosłych psychologów. Dyskusjom o życiu politycznym i moralnych wyborach towarzyszy w powieści zwykle doskonały „rozcieńczacz” smutku, czyli whisky matki VAT 69, co pozwala łatwiej przetrawić omawiane tematy śmierci, upodlenia i kłamstwa, kiedy to słowa „przyjaciele” używa się wymiennie z określeniem „towarzysze”, choć ich kontekst i emocjonalne zabarwienie są zgoła odmienne. Skvorecky przywołał do kanadyjskiej, emigracyjnej rzeczywistości wydarty z większej całości, wcale niemały, bo trzydziestoletni, wycinek czeskiego życia, własnego (wątki autobiograficzne są zauważalne) i społecznego. Ułożył z niego piękny, podniosły i sprośny, sentymentalny i szyderczy, specyficznie czeski rodzaj moralitetu, gdzie zło i dobro, małość i wielkość, biją się o człowieka, a ten chce tylko by pozwolono mu żyć po swojemu, dano trochę przestrzeni na oddech i rozciągniecie warg w uśmiechu. U Skvorecky`ego spotkali się Hrabal, Hasek i Kundera, niekiedy przez uchylone drzwi zajrzy też Kafka, lecz zaraz znika ze swoim tragicznym poczuciem wyobcowania i fatalizmu, spłoszony głośną rozmową i wybuchami śmiechu przy wtórze stukających o blat kieliszków whisky. Ta zaś nie dopuszcza świętości, pozoru i szlochu, każe przyjmować życie jakim jest, z całą jego absurdalnością, zmiennością, mnogością paradoksów i potknięć. Autor pisze więc na zakończenie: „Chciałem już tylko spać. Za oknem lśniły gwiazdy, te okropne symbole marności.” Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na91 rok temu
Rok koguta Tereza Boučková
Rok koguta
Tereza Boučková
Czeska literatura kojarzy mi się przede wszystkim z humorem, chociaż – oczywiście – czytałam też poważną, a nawet wstrząsającą prozę, tyle że znacznie rzadziej. Taką poruszającą i zapadającą w pamięć książką jest „Rok koguta”. Główna bohaterka i narratorka to matka i żona. Alter ego autorki. Zmaga się ona z nawrotami depresji o trudami codziennego życia, które nasilają się, gdy jej dwaj adoptowani synowie zaczynają dorastać i popadają w konflikty z prawem. Z codziennych zapisków, które układają się w tytułowy rok, poznajemy teraźniejszość, ale dzięki retrospekcjom poznajemy przeszłość. To książka szczera do bólu. Autotematyczna i autobiograficzna. Narratorka wiele miejsca poświęca swoim rozterkom, które zrywają z polityczną poprawnością. Zastanawia się ona bowiem czy geny adoptowanych synów, będących Romami, wpłynęły na ich zachowanie, tym bardziej, że jedyny rodzony syn postępuje inaczej. A przecież cała trójka wychowywana była w takich samych warunkach… Za takie ujęcie tematu pisarka oskarżona została nawet o rasizm i spotkała się z ostracyzmem środowiska literackiego w swoim kraju. Mimo poważnej problematyki można odnaleźć w treści elementy humorystyczne. Często to jednak śmiech przez łzy albo czarny humor. Jakby w ten sposób bohaterka broniła się przed przytłaczającą rzeczywistością. Sporo fragmentów poświęconych jest literaturze, sztuce, filmowi. To także ciekawy aspekt powieści. Nie czyta się tej prozy łatwo. Na mnie działała ona przytłaczająco, jednak byłam bardzo ciekawa, jak potoczą się losy bohaterów, więc do niej wracałam. Dlatego polecam – warto zmierzyć się z „Rokiem koguta”.
allison - awatar allison
ocenił na78 miesięcy temu

Cytaty z książki Nad piękną, modrą Dřevnicą

Więcej
Antonín Bajaja Nad piękną, modrą Dřevnicą Zobacz więcej
Antonín Bajaja Nad piękną, modrą Dřevnicą Zobacz więcej
Antonín Bajaja Nad piękną, modrą Dřevnicą Zobacz więcej
Więcej