„Świat się zmienia, a jednak trwa bez zmian”.
To słowa, które objaśniają uniwersalność przesłania „Cudu”, lektury sprzed pięćdziesięciu lat, odnajdującej się wszakże w każdym innym czasie i miejscu, w którym rozpiera się człowiek ze swoją skłonnością do nikczemnej manipulacji i unikania konfrontacji.
Tytuł można rozumieć na kilka sposobów, objąć interpretacją „cud”, jaki miał miejsce podczas nabożeństwa, a o zainscenizowanie którego oficjalnie i z pompą oskarżono księdza Doufala, ale też „cud” erupcji Praskiej Wiosny 1968 roku i „cud” jej sromotnego sklęśnięcia. Mogłabym dodać jeszcze cud młodości, do której Skvorecky tak lubi powracać w swoich prowokujących i „niepoprawnych” powieściach oraz prawdziwy „cud” odnalezienia się w skomplikowanej, poszatkowanej, ani trochę nie linearnej narracji. Nie powinna ona jednak nikogo zniechęcać, gdyż w zamian za trud przenoszenia się w czasie, odnajdywania w dygresjach, otrzymujemy żywy, migotliwy i, mimo tragizmu wydarzeń, przesycony dowcipnym sarkazmem obraz pewnej ważnej, minionej dawno epoki czeskiej historii i obyczajowości. W tle słyszymy pulsujący bebop, modlitwę, okrzyki podnieconego tłumu i miłosne westchnienia, gdyż główny bohater, Danny Smiricky, to wielbiciel i kolekcjoner kobiecych wianków.
Czy możemy jeszcze wierzyć w istnienie, w dopuszczalność cudu, w świecie tak łatwo poddającym się kontroli, ulegającym demagogii i wpadającym w pułapki mistyfikacji? Na pierwszy plan wysuwa się tu cynizm, on zaś nie dopuszcza w swoje pobliże boskiej, ani żadnej innej nadprzyrodzonej, dobrej, niewytłumaczalnej konkretnym „interesem” interwencji.
Cudowna zdaje się być jedynie natura, rozciągająca się dookoła w swojej autentycznej szczodrości, „czarująca okolica, pofałdowana, porośnięta zieloną trawą i ciemnymi lasami, po niebie krążyła para bocianów, a na horyzoncie widać było zamek z wieżyczkami, w niedający się wyjaśnić sposób trwale uczepiony samotnej skały. Słońce rozproszyło popołudniowe chmury i pomalowało cały pejzaż wieczorną rdzą, a długie cienie topól słodko i bezlitośnie obejmowały starą, wąską szosę.”
Skvorecky przerzuca nas od tuż powojennej komunistycznej rzeczywistości w okres wybuchu wiosenno-praskiego entuzjazmu, tego haustu wolności, który okazał się jednak zbyt silny, by nie zostać zmuszonym do odkrztuszenia go w gwałtownym zachłyśnięciu, zduszenia w obawie przed konsekwencjami, wyplucia w koleiny wydrążone w czeskiej ziemi gąsienicami przyjacielskich czołgów przybyłych z bratnią pomocą. Tak się więc przetaczamy pomiędzy początkiem lat 50-tych, kiedy to Danny jest ledwie początkującym nauczycielem, a rokiem 1968, rokiem przełomu, a raczej niespełnionej nań nadziei. Nasz bohater podsumowuje wszystko (choć stara się unikać ocen) doświadczonym, nie poddającym się już tak łatwo ułudzie, spojrzeniem dojrzałego pisarza i człowieka sceptycznego, który widzi rzeczy takimi, jakie one są naprawdę, a nie na jakie chciałyby wyglądać.
Taki to właśnie był dualizm tych (i nie tylko tych) czasów. Z jednej strony ludzkie instynkty, pragnienia młodych ciał i serc, wiosna i jej wszystkie uroki, ptasie harce i nagie rusałki wyłaniające się z wodnej kąpieli. Z drugiej zaś prowokacje, polityczne naciski, sztywna, zunifikowana nowomowa partyjna i w końcu męczeńska śmierć tych, którzy wytrwali w swoich przekonaniach na przekór całej machinie represji broniącej „jedynej słusznej prawdy i ideologii”. Ksiądz zamęczony w więzieniu nie jest literackim wymysłem Skvorecky`ego. Istniał, działał i umarł wskutek zadanych mu tortur. Nie był w tym odosobniony, jak wiemy.
Na wstępie tego wydania „Cudu” zostały zacytowane znamienne, słowa George`a Orwella. Prawdziwe i zarazem wywołujące w nas poczucie smutnej bezsilności. „We współczesnych dyktaturach straszne jest to, że nie istnieje dla nich żaden precedens. I nie da się przewidzieć ich końca (…) Wyhodowanie ludzkiego stada, które nie będzie odczuwało potrzeby wolności, jest tak samo możliwe, jak wyhodowanie stada krów pozbawionych rogów (…) W ciągu ostatnich dwudziestu lat masowa sugestia stała się nauką i na razie nie wiemy, jakie będzie miała wyniki.” Od czasu, gdy Orwell, człowiek, który przewidział tak wiele, napisał te zdania, poczyniono wyraźne postępy w zakresie możliwości i sposobów oddziaływania na społeczeństwo i, patrząc na dzisiejszą polaryzację ludzkości, jej podatność na atrakcyjne, choć kłamliwe treści, nie mamy powodów do optymizmu.
Tak więc był cud w kaplicy Matki Boskiej pod Kobylą Głową, czy też go nie było? Zbierane dowody mają wykazać, czy Bóg dał ludziom znak, i czy pośredniczący w tym bożym dziele, zamęczony w więzieniu ksiądz może zostać wyniesiony na ołtarze. Samo rozwiązanie zagadki sprzed lat nie ma większego znaczenia. Zatrzymujemy się przy pytaniach i wątpliwościach, jakie się nasuwają odnośnie boskich intencji i możliwości, a także rozważań dotyczących już czysto ludzkich pobudek i potrzeb wykorzystania i zinterpretowania owego niewytłumaczalnego zjawiska „cudu”.
Skvorecky patrzy na człowieka bystrze i zarazem trzeźwo, nawet w tym obudowanym najczystszym kryształem cnót dostrzega rysy i chropowatości. Jesteśmy słabi, miotają nami sprzeczne pragnienia, wznosimy ręce ku niebu, zakrywając nimi wspomnienie dopiero co popełnionego grzechu. Nie ma ludzi nieskazitelnych Nie na wszystkich jednak można spojrzeć z ironiczną czułością, winy niektórych mają znacznie większy ciężar gatunkowy. I tak jak w przypadku samego Smiricky`ego nie mamy złudzeń, że wstydliwa przypadłość, jaka na samym wstępie uniemożliwiła mu – dodajmy, że chwilowo, skonsumowanie wdzięków siedemnastoletniej Lisicy, które ta rozkłada przed nim na tacy obfitości, tak też i w pozostałych sytuacjach, autor nie zapomina o tym, że jesteśmy po prostu ludźmi. Widać w tym czeską trzeźwość osądu z wplecioną weń nicią humoru, ale też specyficznej nostalgii i przekory. Być może właśnie na tym zasadza się pomysł prowokacji akurat religijnej, co mocno dziwi. Chodzi przecież o Czechy, kraj wybitnie niekatolicki, który zaznał wszak intryg i podstępów na wielu innych, bardziej wrażliwych polach. Jakoś jednak dobrze składa się to w całość z wewnętrznym pragnieniem człowieka, który wznosi oczy ku niebu, pragnąc liczyć na opiekę siły wyższej, opatrzności, szczególnie wówczas, gdy wie, że niewiele lub zgoła nic od niego samego nie zależy.
Dodam jeszcze słowo o nęcącym powabie ziemskich rozkoszy, przedstawionych w „Cudzie” mocno rubasznie, z akuratną dawką zdrowej, zabawnej pikanterii, bez grama pruderii, jakby w opozycji do rozmodlonej żarliwości tłumu w kapliczce, dramatu męki bojowników o prawdę czy miękkiego uginania się większości społeczeństwa pod wpływem nacisków reżimu. Jesteśmy ludźmi, powtórzę, dotyczą nas wszystkie te reakcje i zachowania, wahania i rozterki. Ta surowa i smutna konkluzja jest po prostu stwierdzeniem faktu, autor zaś osładza nam rozczarowanie odmalowując w tle koloryt czeskiego krajobrazu, udane obrazki z życia niewielkiej miejscowości, pełnokrwiste, mocne sylwetki bohaterów, których rozmaitość zaspokoi najwybredniejsze gusta domorosłych psychologów.
Dyskusjom o życiu politycznym i moralnych wyborach towarzyszy w powieści zwykle doskonały „rozcieńczacz” smutku, czyli whisky matki VAT 69, co pozwala łatwiej przetrawić omawiane tematy śmierci, upodlenia i kłamstwa, kiedy to słowa „przyjaciele” używa się wymiennie z określeniem „towarzysze”, choć ich kontekst i emocjonalne zabarwienie są zgoła odmienne.
Skvorecky przywołał do kanadyjskiej, emigracyjnej rzeczywistości wydarty z większej całości, wcale niemały, bo trzydziestoletni, wycinek czeskiego życia, własnego (wątki autobiograficzne są zauważalne) i społecznego. Ułożył z niego piękny, podniosły i sprośny, sentymentalny i szyderczy, specyficznie czeski rodzaj moralitetu, gdzie zło i dobro, małość i wielkość, biją się o człowieka, a ten chce tylko by pozwolono mu żyć po swojemu, dano trochę przestrzeni na oddech i rozciągniecie warg w uśmiechu.
U Skvorecky`ego spotkali się Hrabal, Hasek i Kundera, niekiedy przez uchylone drzwi zajrzy też Kafka, lecz zaraz znika ze swoim tragicznym poczuciem wyobcowania i fatalizmu, spłoszony głośną rozmową i wybuchami śmiechu przy wtórze stukających o blat kieliszków whisky. Ta zaś nie dopuszcza świętości, pozoru i szlochu, każe przyjmować życie jakim jest, z całą jego absurdalnością, zmiennością, mnogością paradoksów i potknięć. Autor pisze więc na zakończenie: „Chciałem już tylko spać. Za oknem lśniły gwiazdy, te okropne symbole marności.”
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
OPINIE i DYSKUSJE o książce Nad piękną, modrą Dřevnicą
Nostalgiczna powieść mieszająca się wątkami autobiograficznymi autora.
Autor zabiera nas w wyprawę do swoich wspomnień z lat dziecięcych, które przypadają na a początki komunizmu w Czechosłowacji. Leniwie snuta opowieść przeplatana listami do siostry, sprawia, że staje się ona bardzo osobista. Wprawdzie natłok postaci i brak chronologi w stale zmieniających się wątkach, może sprawiać wrażenie, że powieść jest chaotyczna, jedna wydaje mi się, że zamierzeniem autora było nadanie powieść czegoś w rodzaju gawędy. Wszelkie wspomniane obrazy są na wpół realne, jakby opowieść miała dotyczyć pewnej baśniowej krainy, ale bliżej jej do baśni Braci Grimm. bok nostalgii przywoływana jest twarda historia Czechosłowacji i rodzinnego miasta Zliny, zamienionego wzorem przez pewien czas na Gottwaldovo. No cóż, takie mieliśmy czasy, w których kopiowano wszystkie zwyczaje z ZSRR.
Książka z całą pewnością nie należy do takich sobie poczytajek, ale jest godna polecenia i uwagi. Polecam
Nostalgiczna powieść mieszająca się wątkami autobiograficznymi autora.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor zabiera nas w wyprawę do swoich wspomnień z lat dziecięcych, które przypadają na a początki komunizmu w Czechosłowacji. Leniwie snuta opowieść przeplatana listami do siostry, sprawia, że staje się ona bardzo osobista. Wprawdzie natłok postaci i brak chronologi w stale zmieniających się wątkach,...
Powieść ma pewną wartość nostalgiczną, wspomnienie czasów niewinnego dzieciństwa, gdy wokół zapada mrok komunizmu. Szkoda, że 550 stron lektury podane jest w taki oniryczny, fantasmagoryczny, a przeważnie zwyczajnie chaotyczny sposób. Chaos nie wynika ze sposobu percepcji luźnych wspomnień na tekst spisany, a raczej z tego, ż przerostu formy nad treścią, taka narracja na dłuższą metę męczy, klimat znika, zostaje sama forma. Zmarnowany potencjał.
Powieść ma pewną wartość nostalgiczną, wspomnienie czasów niewinnego dzieciństwa, gdy wokół zapada mrok komunizmu. Szkoda, że 550 stron lektury podane jest w taki oniryczny, fantasmagoryczny, a przeważnie zwyczajnie chaotyczny sposób. Chaos nie wynika ze sposobu percepcji luźnych wspomnień na tekst spisany, a raczej z tego, ż przerostu formy nad treścią, taka narracja na...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to"W moich zwojach mózgowych tamte lata zlały się w jeden dzień, w którym ciągle to zapada zmrok, to świta. Poplątanie z pomieszaniem, za to brak problemów z datami".
Ten cytat to idealne podsumowanie całej książki. Choć niektóre momenty wywołują rozrzewnienie, melancholię czy nostalgię, gdy czytamy o dzieciństwie autora, niestety nie jest ich zbyt wiele. To bardzo osobista książka, i taka moim zdaniem powinna pozostać, ponieważ dla czytelników innych niż sam Bajaja lub jego bliscy nie ma zbyt wiele sensu. Ktoś "niewtajemniczony" nie dojrzy w niej nic wciągającego, fascynującego, czy na dłuższą metę ciekawego. Wszystko jest chaotyczne, niechronologiczne, nie prowadzi do konkretnego punktu kulminacyjnego, fabuła trzyma się po prostu na bardzo chwiejnych i cienkich fundamentach, przez które całość wydaje się zwyczajnie... nieharmonijna, bezładna, jakby złożona z wielu niepasujących, słabo ze sobą powiązanych elementów. Zbyt wiele postaci, zbyt wiele przeskoków w czasie, zbyt mało jakiegoś bardziej konkretnego zamysłu.
Jestem zawiedziona.
"W moich zwojach mózgowych tamte lata zlały się w jeden dzień, w którym ciągle to zapada zmrok, to świta. Poplątanie z pomieszaniem, za to brak problemów z datami".
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTen cytat to idealne podsumowanie całej książki. Choć niektóre momenty wywołują rozrzewnienie, melancholię czy nostalgię, gdy czytamy o dzieciństwie autora, niestety nie jest ich zbyt wiele. To bardzo osobista...
Antonin Bajaja „Nad piękną, modrą Drevnicą”
Osnuwamy się nimi, gdy wpadamy w dość melancholijny nastrój i to one są motorem napędowym, by wędrować między nimi, składać je niczym rozsypane puzzle i odtwarzać dawne dzieje. To właśnie bowiem one – wspomnienia i przeszłość są jedną z składowych naszego życia. To element dość istotny – najczęściej słodko-gorzki, trącący czasem tzw „myszką”. Nie może zatem dziwić fakt, iż w literaturze głos i echo czasów minionych zarówno w formie biograficznej, jak i prozy, będzie ich dość dużo. Wspomnienia są coraz częściej przedstawiane w formie opowiadań, historii i ich popularność nie maleje. Wraz z Antoninem Bajaja, czeskim prozaikem wędrujemy do odległego świata Źlina i czasów jego dzieciństwa.
Świat Bajaji to retrospekcja zdarzeń, powyrywane wspomnienia, obrazy czegoś co bezpowrotnie minęło, ale w formie listu. Listu do ukochanej siostry – Jany, gdzie autor z rozmachem opisuje swoje dzieciństwo naznaczone piętnem zakończonej wojny. Czechy powojenne, Czechy przemian, Czechy dzieciństwa rodziny Bajajów ich dużych i małych tęsknot, ich pragnień, beztroskich zabaw, ale mniej i bardziej zabawnych anegdot związanych z samą rodziną. Autor odtwarza na łamach listów owe wydarzenia, nieraz je mitologizuje, robi z nich coś ogromnego, coś co warto zanotować, przypomnieć.
Dużo tu smutnej historii, tej trudnej lekcji postkomunizmu, która tak nagminnie daj o sobie cały czas znać. Wszystko to związane, rozpisane, wiemy czego oczekiwać, pewne wtręty u Bajaji się powtarzają, ale nie mniej sam język – przydługi. Chwilami mamy po trochę opowieść o rodzinie Bajajów, ich osobiste problemy, za chwilę wydarzenia związane z zmianami społeczno-gospodarczymi. Niechronologiczny układ wydarzeń nie przeszkadza aż nadto, jednak wielokrotne spłycenie tematu psuje całościowy efekt. Zwyczajnie pewne rzeczy szło spokojnie wykreślić, a już cytowanie garściami Hrabala bije wszystko. Efekt znużenia rośnie lawinowo dzięki tym zabiegom, bo bez tego lektura by zyskała w mojej ocenie.
Nad piękną, modrą Dřevnicą to lektura rozbuchana, bo treść zostaje zepchnięta na dalszy plan wskutek zbyt potężnej ilości opisów, zabiegów stylistycznych i niepotrzebnej melancholii, która zamiast nadać historii autentyczności sprowadza ją do marginalnej roli książki dobrej, ale w żaden sposób nie odkrywczej. Tego naprawdę szkoda.
6/10
Antonin Bajaja „Nad piękną, modrą Drevnicą”
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOsnuwamy się nimi, gdy wpadamy w dość melancholijny nastrój i to one są motorem napędowym, by wędrować między nimi, składać je niczym rozsypane puzzle i odtwarzać dawne dzieje. To właśnie bowiem one – wspomnienia i przeszłość są jedną z składowych naszego życia. To element dość istotny – najczęściej słodko-gorzki, trącący czasem...
Myślałam, że niechronologiczny układ wydarzeń będzie przeszkadzał, w odbiorze fabuły, jednak nie to sprawiło mi największy problem, a nieumiejętność rozróżnienia pomiędzy wspomnieniami bohatera, a jego twórczością.
Autor w listach do siostry opisuje ich dzieciństwo, kiedy jako członkowie rodziny burżuazyjnej borykali się z powojenną rzeczywistością. Momentami jest to na tyle malowniczo przekazane, że mi samej przypominały się różne wydarzenia z dzieciństwa i pojawił się pomysł, żeby je spisać dla brata ;)
Myślałam, że niechronologiczny układ wydarzeń będzie przeszkadzał, w odbiorze fabuły, jednak nie to sprawiło mi największy problem, a nieumiejętność rozróżnienia pomiędzy wspomnieniami bohatera, a jego twórczością.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toAutor w listach do siostry opisuje ich dzieciństwo, kiedy jako członkowie rodziny burżuazyjnej borykali się z powojenną rzeczywistością. Momentami jest to na...
Czeska droga do wolności we wspomnieniach autora z czasów dorastania i nie tylko.
Mój początkowy zachwyt stopniowo przeradzał się w znużenie nadmiarem...... Trochę szkoda, bo pod koniec zamiast radości z podejmowania lektury odczuwałam już tylko zniecierpliwienie, co niewątpliwie wpłynęło na ogólną ocenę.
Czeska droga do wolności we wspomnieniach autora z czasów dorastania i nie tylko.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMój początkowy zachwyt stopniowo przeradzał się w znużenie nadmiarem...... Trochę szkoda, bo pod koniec zamiast radości z podejmowania lektury odczuwałam już tylko zniecierpliwienie, co niewątpliwie wpłynęło na ogólną ocenę.
"Droga Jeanne, znowu pomyślałem, żeby - tym razem definitywnie - zrobić porządek w starych rzeczach".
Tematem powieści są przede wszystkim własne, jak się wydaje dość autentyczne (zachowane są miejsca oraz prawdziwe imiona i nazwiska bohaterów) wspomnienia z dzieciństwa. Autor dorastał w Zlínie, przemianowanym 1.01.1949 przez komunistów na Gottvaldov. Akcja toczy się nielinearnie: w formie listów do siostry przedstawiane wydarzenia są formą powrotu wspomnieniami do czasów dzieciństwa, głównie do lat 1946-55. Listy te były zresztą pisane w różnym czasie (noszą daty od lat 70-ych aż po rok 2009) i również nie układają się chronologicznie. Wyłania się z nich historia dorastania rodzeństwa - Antonina i Jany - w dobrze sytuowanej rodzinie lekarza z prywatną praktyką. Ich życie codzienne jest urozmaicone częstymi kontaktami towarzyskimi z dość zamożną (choć szybko biedniejącą za komunizmu) i wykształconą rodziną oraz sąsiadami, którzy stanowią intelektualną i finansową elitę przemysłowego miasta Zlína - od Bat'ów, właścicieli tamtejszej fabryki obuwia, przez nauczycieli, kupców, księdza, prawników oraz okoliczną szlachtę (hrabina Barbora z Wrbna) i właścicieli ziemskich. Prawie wszystkie nazwiska są autentyczne - warto o nich poszukać informacji w internecie, to kopalnia ciekawostek o ludziach i lokalnej, zlińskiej historii. Dziadkowie Antonina są reemigrantami z USA do pierwszej Republiki Czechosłowackiej i właścicielami niedużego majątku ziemskiego oraz hotelu "Balkán" (Bałkany). Wszyscy ci ludzie w wyniku komunistycznego zamachu (tzw. Zwycięskiego Lutego) w 1948 roku stracą swe domy (które albo zostaną upaństwowione, albo oddane partyjnym bonzom),pracę, a niektórzy wolność lub życie. W ich dzieciach, poddanych ideologicznej presji komunistycznej szkoły, walczą sprzeczne odczucia: z jednej strony chciałyby być, jak inne, pionierami - członkami młodzieżowej organizacji komunistycznej, która traktuje ich jednak jak wrogów klasowych, z drugiej zaś czują przecież potrzebę bycia lojalnymi wobec własnej najbliższej, kochającej rodziny. Cała ta warstwa społeczna została w Czechach wdeptana w ziemię: ograbiono ich, opluto - co znieśli zresztą najczęściej z godnością. Autor - dziecko tego pokolenia pisze o swej powieści w tekście, że ta powieść to "Strzępki zdarzeń opowiadane bez emocji, czasem z nutą komizmu. Tak sobie wyobrażam ocaloną godność." (s.212) A przecież spod pastelowych, nostalgicznych barw, w jakich ludzie już dojrzali (autor napisał książkę w wieku 67 lat) widzą swe szczęśliwe dzieciństwo, wygląda dramat tych lat i tych ludzi. Ale Czesi nie lubią emocjonalizmu i "bebechów". Myślę, że to zamierzone złagodzenie, które moim zdaniem wcale nie osłabia wymowy wspomnień. Będzie to zresztą oczywiste dla każdego, kto zna, nawet nie z autopsji, ówczesne realia. Dziś rodzi się refleksja, jak to możliwe, że tak wielu było (i wciąż jest!) ślepych i obojętnych na brzydotę i niesprawiedliwość komunizmu. O podobnych sprawach, w podobnym duchu, lecz nieco inaczej piszą Komárek (Czarny domek),Dousková (Dumny Bądźżeś) czy Jiří Kratochvil ("Leż, bestio!"). Pod nostalgicznym obrazem Antonina Bajaji mimo wszystko wyraźnie widoczne są trupy z szafy komunizmu. Zresztą, co ciekawe, autor/bohater w swych współczesnych listach (z maja 2008 roku) komentuje przez odniesienia do przeszłości również aktualne wydarzenia i obecny rozwój polityczny: "Dzisiaj komuniści są wielkimi bojownikami o prawa człowieka. Kiedy słucham wiadomości i komentarzy o sytuacji w czeskim sądownictwie, zaczynam się obawiać, że naprawdę swój cel - 'sprawiedliwość społeczną' - osiągną. Dawna prokurator generalna, a razem z nią wiceprezes Sądu Najwyższego, były minister sprawiedliwości oraz czterech innych urzędników państwowych - wszyscy należą do kuluarowej mafii sądowniczej. Na rozprawie prominentni prokuratorzy i obrońcy (cytuję) 'załatwiali porachunki i publicznie prali brudy. Co chwila wpadali sobie w słowo, przekrzykiwali się w sposób nieprofesjonalny zadawali niedopuszczalne pytania. Mimo że sprawa dotyczy elity czeskiego sądownictwa, proces przebiegał w atmosferze uwłaczającej powadze sądu, a przewodniczący składu sędziowskiego musiał nieustannie interweniować.'
To tylko okruchy. Wszędzie śmierdzą kupy pieniędzy i śmieci. Ale wybory mamy demokratyczne." (s.322)
I tak właśnie wygląda postkomunistyczne sądownictwo w postkomunistycznych krajach.
Jak się wydaje, Bajaja zaczerpnął formę (zbiór luźnych epizodów z dzieciństwa),a może trochę i nastrój swej powieści z filmu Felliniego "Amarcord" (a ma r'cord: "wspominam sobie", "pamiętam" w dialekcie z Rimini),do akcji którego wielokrotnie się odwołuje, a nawet dostrzega bezpośrednie paralele w życiu swoich własnych bohaterów i w poszczególnych filmowych scenach. Bowiem filmem "Amarcord" również Fellini wraca do czasów swego dzieciństwa, spędzonego równie nostalgicznie i niebogato w Rimini, tyle że na przełomie lat 20-tych i 30-tych.
PS. Rozbawił mnie pomysł autora na symbol alienacji, wymyślony w czasach panowania mody na egzystencjalizm: piczoidalny romb z kreską umieszczoną na zewnątrz, nie w środku.
"Droga Jeanne, znowu pomyślałem, żeby - tym razem definitywnie - zrobić porządek w starych rzeczach".
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTematem powieści są przede wszystkim własne, jak się wydaje dość autentyczne (zachowane są miejsca oraz prawdziwe imiona i nazwiska bohaterów) wspomnienia z dzieciństwa. Autor dorastał w Zlínie, przemianowanym 1.01.1949 przez komunistów na Gottvaldov. Akcja toczy się...
Ta powieść sentymentalna i rozwlekła jest nominowana do tegorocznego Angelusa, choć nie jestem pewna, czy istotnie, cytując regulamin nagrody, podejmuje ona tematy najistotniejsze dla współczesności, zmusza do refleksji i pogłębia wiedzę o świecie innych kultur.
Fascynująca dwudziestowieczna historia Czech zostaje tu spłycona i przykrojona do pensjonarskich miar. Co ciekawe, Bajaja cytuje dość obszernie „Skarby świata całego” Hrabala, co każe się zastanowić, dlaczego czuł się zmuszony rozprawić się ze swoją małą ojczyzną w tak mdły sposób, skoro doskonale wiedział, że można to zrobić dalece lepiej.
Ta powieść sentymentalna i rozwlekła jest nominowana do tegorocznego Angelusa, choć nie jestem pewna, czy istotnie, cytując regulamin nagrody, podejmuje ona tematy najistotniejsze dla współczesności, zmusza do refleksji i pogłębia wiedzę o świecie innych kultur.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFascynująca dwudziestowieczna historia Czech zostaje tu spłycona i przykrojona do pensjonarskich miar. Co...
"Tekst przypomina rozbrzęczany rój pszczół w koronie drzewa - co pszczoła to wspomnienie"
tak o noweli Hrabala napomknął Bajaja. Niestety, nie zauważył takiego roju u samego siebie, bo i w "Nad piękną modrą Drevnicą" przyjdzie się od wspomnień odpędzać jak od pszczół. Zbyt licznych i zbyt namolnych, by spokojnie dotrwać do ostatniego akapitu i ostatniej kropki. Bajaja chce się podzielić z nami wieloma wspomnieniami, lecz ich mnogość, retrospekcje, nieoczekiwane przeskoki, tłumy bohaterów, cytaty, wiersze i pieśni - tworzą tak wielki chaos, że trudno nad całością zapanować. Bałagan i wieczny niepokój o pogubiony sens, bo oto rozpoczynamy zdanie w roku 52, w środku cofamy się do wojny, a opuszczamy je w 82, nie najlepiej sprzyjają uwadze i zainteresowaniu dalszą lekturą. I choć jest barwnie i zabawnie, zwłaszcza gdy po latach dojrzałe doświadczenie z nostalgią prostuje dziecięcą naiwność, to niestety nic nie zmieni faktu, że przede wszystkim jest nudno.
"Tekst przypomina rozbrzęczany rój pszczół w koronie drzewa - co pszczoła to wspomnienie"
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo totak o noweli Hrabala napomknął Bajaja. Niestety, nie zauważył takiego roju u samego siebie, bo i w "Nad piękną modrą Drevnicą" przyjdzie się od wspomnień odpędzać jak od pszczół. Zbyt licznych i zbyt namolnych, by spokojnie dotrwać do ostatniego akapitu i ostatniej kropki. Bajaja chce...
"Nad piękną, modrą Drevnicą" to książka, którą można zaklasyfikować do nurtu historii rodzinnych - historii prywatnych. Fantastyczna obrazowość, dbałość o słowo i wyczucie szczegółu sprawiają, że Bajaja umiejętnie przenosi nas w świat swoich wspomnień.
Powieść utrzymana jest w formie listów autora do siostry. Za ich pomocą Antonin Bajaja tworzy kronikę swego dzieciństwa spędzanego w rodzinie zaliczanej do ówczesnej narodowej elity. Zarówno te podziały, jak i Czechy oraz Morawy znane autorowi, powoli odchodzą w niepamięć, a pisarz w epistolograficznej formie zatrzymuje ostatnie lata ich trwania.
Ile jest w tych wspomnieniach prawdziwości, a ile fikcji literackiej - tego czytelnik prawdopodobnie się nie dowie. Może jednak śmiało oceniać już prawdopodobieństwo wydarzeń oraz pieczołowitość ich odtworzenia, a te utrzymane są na bardzo wysokim poziomie. Zlin przechodzi właśnie przemiany społeczne. Z jednej strony powojenny okres stanowi próbę powrotu do świata, jaki znany był wcześniej, pełnego podwieczorków, herbatek, dancingów i sielanki. Z drugiej zaś, nie sposób nie dostrzec, że komuniści wkraczają w ten świat, próbując przekształcić go na wzory sowieckie. Bardziej uprzywilejowany świat rodzinny narratora broni się przed tą inwazją, coraz gorzej jednak udaje się status quo utrzymać. Zewnętrzna ideologia oraz inni ludzie wdzierają się i coraz silniej oddziałują na główne postaci.
"Nad piękną, modrą Drevnicą" nie jest opowieścią łatwą. Narracja charakterystyczna dla listów, w pewnym momencie strumień świadomości, chaotyczne, pourywane opowieści, momentami fragmenty poetyckie i kpiny z interpunkcji zestawione są z bardzo starannym i oddającym sedno językiem. Nie mogę się również oprzeć wrażeniu, że ta pourywana narracja idealnie komponuje się z pourywanym i rozpadającym się na oczach głównych bohaterów światem. Momentami czytelnika (mnie) dopada znużenie i zmęczenie, sama wartość lektury jednak sprawia, że do opowieści znad Drevnicy powracam.
"Nad piękną, modrą Drevnicą" to książka, którą można zaklasyfikować do nurtu historii rodzinnych - historii prywatnych. Fantastyczna obrazowość, dbałość o słowo i wyczucie szczegółu sprawiają, że Bajaja umiejętnie przenosi nas w świat swoich wspomnień.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPowieść utrzymana jest w formie listów autora do siostry. Za ich pomocą Antonin Bajaja tworzy kronikę swego dzieciństwa...