Porządek alfabetyczny

Okładka książki Porządek alfabetyczny autora Juan José Millás, 8389291711
Okładka książki Porządek alfabetyczny
Juan José Millás Wydawnictwo: W.A.B. Seria: Don Kichot i Sancho Pansa literatura piękna
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Don Kichot i Sancho Pansa
Tytuł oryginału:
Orden alfabético
Data wydania:
2004-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2004-01-01
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
8389291711
Tłumacz:
Adam Elbanowski
Średnia ocen

6,0 6,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Porządek alfabetyczny w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Porządek alfabetyczny

Średnia ocen
6,0 / 10
74 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Porządek alfabetyczny

avatar
7660
7639

Na półkach:

Nie wciągnęła mnie.

Nie wciągnęła mnie.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
611
157

Na półkach: ,

Millas stwarza świat, z którego uciekają książki, litery, słowa... Świat ukazujący, jak ważny dla ludzi jest język, i co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy nie mogli z niego korzystać.

Sam pomysł tyleż absurdalny (bo i nierealny - w tej wersji, w której sformułował go hiszpański pisarz),co i fascynujący. A na pewno stwarzający duży potencjał. Uświadomienie ludziom, jak ważny w kulturze jest język, którym się posługujemy, jak wyznacza on granice naszego świata (rzekę tak za Wittgensteinem) uważam za cel szczytny i zdecydowanie godny literatury. Odczuwam jednak zdecydowany niedosyt w kwestii realizacji tegoż - jakże ciekawego - pomysłu.

Książka przybiera formę baśniowej przypowieści, jednak ze zbyt dużym akcentem na ten pierwszy człon, czyli na baśniowość. W efekcie sprawia wrażenie raczej książki dla dzieci, choć sam temat, a nawet fantastyczny pomysł na jego realizację, robią miejsce dużo poważniejszemu ujęciu kwestii istotnej roli języka w naszym życiu.

Czyta się lekko. Zbyt lekko. Może po prostu moje oczekiwania nieco rozminęły się z konwencją tej powieści.

Millas stwarza świat, z którego uciekają książki, litery, słowa... Świat ukazujący, jak ważny dla ludzi jest język, i co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy nie mogli z niego korzystać.

Sam pomysł tyleż absurdalny (bo i nierealny - w tej wersji, w której sformułował go hiszpański pisarz),co i fascynujący. A na pewno stwarzający duży potencjał. Uświadomienie ludziom, jak ważny...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
133
87

Na półkach:

Nieraz w chorobie miewałem takie stany,w tej książce jest pokazany świat dychotomiczny,który podaje się różnym cyklom.

Nieraz w chorobie miewałem takie stany,w tej książce jest pokazany świat dychotomiczny,który podaje się różnym cyklom.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

196 użytkowników ma tytuł Porządek alfabetyczny na półkach głównych
  • 109
  • 85
  • 2
40 użytkowników ma tytuł Porządek alfabetyczny na półkach dodatkowych
  • 28
  • 4
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Porządek alfabetyczny

Inne książki autora

Juan José Millás
Juan José Millás
Gdy miał sześć lat jego rodzina zamieszkała w Madrycie. Przez wiele lat współpracował z dziennikiem z tego miasta – "El País". Jako prozaik debiutował w 1975 (Cerbero son las sombras). Jego twórczość była wielokrotnie nagradzana, w 2007 za powieść El Mundo otrzymał Premio Planeta. W Polsce wydano dwie książki Hiszpana: Ostatnią wizję topielca i Porządek alfabetyczny. Druga z powieści składa się z dwóch części, z których pierwsza kojarzona jest z Alicją w Krainie Czarów Lewisa Carrolla.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Zaćmienie John Banville
Zaćmienie
John Banville
Akcja powieście toczy się w czasie, kiedy Słońce przesłonił księżyc, skutkiem czego Ziemię w niektórych rejonach w środku dnia zalała ciemność, noc za dnia. Główny bohater, aktor, po pięćdziesiątce (no i co? każdy w każdym wieku może przechodzić kryzys istnienia i poddaje w wątpliwość swoje osiągnięcia) przechodzi głęboki kryzys, czuje się zupełnie niezdolny kontynuować swoje dotychczasowe życie. Właściwie nie wiadomo dlaczego, on sam jakby też nie wiedział lub nie chciał wiedzieć. Wraca do swojego rodzinnego domu, dziś opuszczonego jak on, pozostawieni na łasce losu i wystawieni na działanie czynników zewnętrznych, gdzie główną rolę gra czas. Alex oddaje się rozmyślaniom i refleksjom, zagłębia w swoich myślach, wydaje się, że marnotrawi dni i tygodnie. Wspomina czasy dzieciństwa, rodziców, poddaje wszystko ostrożnej analizie. Dawne chwile i przeżycia wywoływane są pobytem w domu, który postanawia odzyskać, domu, w którym każdy zapach, przedmiot to erupcja przemyśleń związanych intensywnymi, dawno przeżytymi chwilami. Wszystko jest jednak bardzo wyważone, opanowane, dominuje wyciszenie i niemy spokój. Całość opanowana jest nastrojem głębokiej zadumy, refleksji, rozliczania się z przeszłością, mierzeniem się z nią. Pomimo tej nostalgii, głębokiego smutku, poczucia klęski i straty czytelnik daje się nieść narracji. Nieść się to mało, Banville swoim niezrównanym stylem uwodzi niepostrzeżenie już od pierwszej strony. Podążając za narratorem nie zważa na cel, zamiary, idzie ślepo zapatrzony w głównego bohatera poznaje go na nowo razem z nim przeżywając, podążając krok za nim jak niewidomy trzymający się ramienia osoby idącej o krok przed nią. Ślepo oddaje się w jego ręce by pozwolić odczuć niemal fizycznie ostateczne zamknięcie historii. Banville to utytułowały i zasłużony pisarz irlandzki, jego przystępny, a jednocześnie wyrafinowane styl urzeka i oczarowuje. Ma on niezwykłą umiejętność budowania nastroju, jakby otulania swoją opowieścią. Książka w materialnej formie papieru zadrukowanego farbą, ujętego w prostokątny mały przedmiot, raz otwarta jak dym, lekko, niespiesznie wyłania się, gromadzi, by pozostawić swój zapach na skórze, włosach, ubraniu. To słowa, zdania, związki frazeologiczne, porównania, finezyjnie ujmowane opisy, które można smakować i smakować i wciąż być ich głodnym. Zgrabnie ujęta całość, absolutnie nie przegadana (czego nie znoszę),dokładnie taka, jaka miała być. Polskie wydanie starannie wydane, żadnych literówek ani niedopatrzeń edycyjnych, bo i tłumaczenie nie byle kogo. Kawał dobrej literatury, której warto poświęcić czas.
czytulinka - awatar czytulinka
oceniła na1011 lat temu
Mefisto John Banville
Mefisto
John Banville
Banville to figlarny i piekielnie inteligenty pisarz, a każda jego książka jest jakby smakowicie zapakowanym prezentem, gdzie nazwisko autora jak wielka kokarda zwiastuje kryjące się pod nią wspaniałości. Mefisto jest i nie jest podobne do innych dzieł tego autora. Jest w nim wszystko, co najwspanialsze, najbardziej charakterystyczne dla niego, a jednocześnie prezentuje nieco inne spojrzenie i postaci. Mamy tu młodego człowieka, chłopca, który posiada niezwykły matematyczne dar, określany przez swojego nauczyciela jako geniusza. Poznajemy go od najwcześniejszych chwil życia, chwil, które zna z opowiadań rodziny, jak przeżył niejako kosztem swojego brata bliźniaka. Zawsze strzeżony jako ten, który może podzielić los zmarłego rodzeństwa, a jednocześnie od najwcześniejszych lat izolujący się i próbujący oddanie matki. W szkole dowiaduje się, że jest wybitnym, ponadprzeciętny, co skrzętnie ukrywa przed rodziną, zwykłą i prostą, nie znającą innego życia jak to w małym i skromnym miasteczku. Pragnie być bezgranicznie kochany i akceptowany ale zdaje sobie sprawę, już jako dziecko, że od chwili narodzin jego życie naznaczone jest przegraną, że jego wyjątkowość, to jego przekleństwo. Nie oponuje, gdy matka nie zgadza się z nauczycielem poruszonym talentem ucznia, z którego potęgi zdaje sobie sprawę tylko on, próbuje uświadomić matkę jak bardzo niezwykłe dziecko jest jej udziałem, jaka to misja wychować go. Matka czuje się dotknięta, jakby nazwał ją złym rodzicem, ta prosta kobieta nie jest w stanie pojąć geniuszu dziecka, jego wagi, ona widzi tylko jego odmienność społeczną, jego introwertyczny charakter, jego mało dziecinny sposób bycia i zainteresowania. Oczywiście o tym wszystkim dowiadujemy się z opowiadań chłopca, który jest narratorem całej historii, sformułowanych w sposób charakterystyczny dla dużego dziecka, inteligentnego lecz emocjonalnie wciąż niedojrzałego. Jakby tego było mało w tej spokojnej i cichej okolicy pojawiają się trzej przybysze, zupełnie inni i zupełnie nie spokojni. Wszystkich spowija aura diabolicznej tajemniczości, niemą Sophie, przebiegłego Felixa i antypatycznego Kasperla. Tak samo obcy dla społeczności jak Gabriel, który wyczuwa jakąś jedność duchową, losu z nowymi sąsiadami. Zafascynowany ich niemal patologicznym stylem życia wydaje się, że zupełnie zapomina o swojej prawdziwej rodzinie i niejako adoptuje się sam do nowej, tej, która go przyjmuje takim jaki jest. Czy przyjmuje? A może bardziej zwabia, a niczego nieświadomy niewinny Gabriel daje się złapać w pułapkę, która wcześniej została na niego zarzucona poprzez obdarzenie go nadzwyczajnym darem? Nic nie jest tu opowiedziane wprost, nie ma rzeczy oczywistych i podstawowych. Wszystko jest rozmyte, ukryte w mgle, zapisane językiem, którego nasz bohater nie rozumie, ponieważ jedyny język mu bliski to język liczb i ich skomplikowane kombinacje, których nie da się odnieść do ludzkiej rzeczywistości, nieprzewidywalności życia, ludzkich uczuć i więzi, interesowności i złych intencji. A to dopiero początek. Banville doprawdy jest pisarzem, który potrafi w zachwycająco prosty, a jednocześnie niepretensjonalnie wyszukany sposób uchwycić to, co nas otacza, a nad czym nawet się nie zastanawiamy, ponieważ jest to tak oczywiste. Potrafi to odbić w lustrze tak, że przyglądamy się i przyglądamy, i zamiast znużenia wzmaga się nasza ciekawość i chęć dalszego poznawania. Kiedy Gabriel doświadcza dramatycznych zdarzeń, czy minęło już kilka lat, których nie zauważył, czy ledwie kilka tygodni, które odmieniły go tak, jakby przeżył już wystarczająco by dojrzeć, tego nie wiemy. Zmienia się jednak język opowieści, jest zdecydowanie smutniejszy, zgaszony, pozbawiony złudzeń, a jednak narrator wciąż szuka dla siebie ratunku. Banville to prawdziwy czarodziej, samym tylko tonem opowieści potrafi zmienić perspektywę, właściwie oddać wszystko co istotne. To cudowne zadumanie w języku jest wyjątkowym znakiem firmowym, trudnym do odnalezienia gdziekolwiek indziej. Nie tylko styl, który oddaje maksimum treści, ale do tego niebanalna fabuła, która wywołuje gęsią skórę zasługują na poświęcenie jej małego wycinka z życia, żeby poznać co to jest dobra literatura. Mefisto to niewiele ponad dwustu-stronicowa lektura, w której zostały zawarte najważniejsze problemy ludzkiej egzystencji.
czytulinka - awatar czytulinka
oceniła na811 lat temu
Dom z papieru Carlos María Domínguez
Dom z papieru
Carlos María Domínguez
Ta urocza książeczka trafi przede wszystkim do zawołanych bibliofilów, takich, którzy mają - skromnie mówiąc: niczym ja - całe ściany w książkach, a ich treści w sercu. Analogie do Borgesa - jak najbardziej zasadne. Ktoś tu przyjechał do Urugwaju, żeby zwrócić książkę komuś, kto wysłał ją do koleżanki z Cambridge, ale ta umarła, zanim ją otrzymała. Nie bez znaczenia jest, że zginęła ona pod kołami samochodu, zaczytana w poezjach Emily Dickinson… A sprawa wiąże się z pewnym, dość oryginalnym, miłośnikiem książek z Ameryki Płd. i - krótko - samej wykładowczyni. Ten przelotny romans miał nie byle jakie skutki - książkowe. Potem ten ktoś uciekł od życia w ustronne miejsce, gdzie warunki życia kompletnie prymitywne a swój dom… Ale nie, to trzeba doczytać, wraz z buzującymi emocjami. Fabuła jest nieco banalna - ukazana tu miłość do książek z pewnością taką nie jest. Rzadko można spotkać się z tak oryginalnym podejściem do zadrukowanych stronic, razem sklejonych bądź zszytych - tych przedmiotów fascynacji nas wszystkich na LC. Niemniej jednak z bólem, jakiego tu zaznają książki - a my razem z nimi - trzeba się pogodzić, bo on niejako egzystencjalny… Idealna lektura na lato; lekka a inteligentna, kulturowo głęboka. Książkożercy - do lektury! Nieco cytatów - a wszystkie o książkach..! “Odkąd sięgam pamięcią, kupowałem książkę za książką. Założyć bibliotekę to jak stworzyć życie. Nigdy nie jest to suma poszczególnych książek”. “Nie potrafię zasiąść do czytania książki, nie mając jednocześnie 20 innych, aby uzupełnić na przykład interpretację jednego rozdziału. Nie znam większego szczęścia niż pogrążyć się na kilka godzin dziennie w ludzkim czasie, który inaczej byłby dla mnie obcy”. “Książka, której nie można znaleźć, to książka, która nie istnieje”. “Wyjaśnił mi, ile pracy wkłada w to, żeby nie zestawiać na tej samej półce dwóch autorów skłóconych ze sobą. Na przykład nie ośmielał się umieścić książki Borgesa obok książki Garcii Lorki”. “Zobaczył na łóżku około 20 książek skrupulatnie ułożonych w taki sposób, że odtwarzały wraz z wypukłościami ludzką sylwetkę. Zapewnia, że można było wyróżnić głowę otoczoną małymi książeczkami w czerwonych okładkach, tors, kształt rąk i nóg. Kobieta? Mężczyzna? Sobowtór?”. “Zadawałem sobie wielokrotnie pytanie, po co trzymam książki, które tylko w jakiejś dalekiej przyszłości mogą mi się przydać, tytuły odległe od moich zwykłych zainteresowań, takie, które kiedyś przeczytałem i które przez wiele lat nie otworzą ponownie swoich stron może nawet nigdy! Ale jak pozbyć się na przykład +Zewu krwi+, nie niszcząc jednocześnie jednej z cegieł dzieciństwa czy +Greka Zorby+, który pieczęcią płaczu położył kres mojej młodości”. “Myślę, że nie weźmie mi za złe, jeżeli powtórzę jedno z jego wyrażeń, nieco wulgarnych: +Ja się pieprzę z każdą książką, a jeżeli nie zostawiam na niej śladu, to znaczy że nie mam orgazmu+. Mnie natomiast gryzmolenie zawsze wydawało się barbarzyństwem”. “Zła proza, gdy towarzyszy jej dobry koncert, może wydawać się znacznie lepsza, niż jest. (...) Lubię, jak podczas lektury Goethego rozbrzmiewa w tle któraś z oper Wagnera lub powiedzmy kiedy Baudelaire'owi towarzyszy Debussy. To część podróży i mogę pana zapewnić, że przyjemność jest wówczas większa, pod każdym względem. Może pan wie, że kiedy czytamy po cichu, emitujemy dźwięk liter na nieuchwytnej częstotliwości”. “Żartowaliśmy, mówiąc, żeby dodawać świece tylko do dzieł poprzedzających wynalazek światła elektrycznego. (...) Nigdy w odniesieniu do autorów z 20. wieku, bo w takim wypadku zapalał światło elektryczne i, oczywiście, zmieniał też muzykę”. “Dla bibliofila każda myśl o ogniu jest jak marzenie, który obraca się w popiół. To coś, o czym wiemy, że się czai, jest realne i może nas na zawsze zniszczyć. Unikamy nawet wzmianki o nim, mając nadzieję, że w ten sposób nie wywołamy wilka z lasu”. “Pozostawiamy kolegę siedzącego w salonie, a kiedy wracamy, znajdujemy go niezmiennie stojącego i węszącego wśród naszych książek”. “Ale nadchodzi chwila, w której tomy przekraczają niewidzialną granicę, jaką im się wyznacza, i dawna duma przeradza się w uciążliwe brzemię, gdyż odtąd przestrzeń zawsze będzie stanowiła problem. – Ile ma pan tu książek? – spytałem. –Prawdę mówiąc, straciłem rachubę. Ale przypuszczam, że około 18 tysięcy”. “Widziałem książki podłożone pod zbyt krótką nogę stołu, przekształcone w stolik nocny, spiętrzone w kształcie wieży i przykryte serwetką; wiele słowników prasowało i przyciskało przedmioty znacznie częściej, niż były otwierane, i niemało książek przechowywało listy, pieniądze i sekrety ukryte na regałach. Ludzie też mogą zmieniać przeznaczenie książek”. “Tłucze się wazon, psuje ekspres do kawy czy telewizor. Tymczasem książka nie niszczy się tak szybko, chyba że przyczynia się do tego właściciel, wyrywając z niej kartki czy ją paląc”. “Za czasów ostatniej argentyńskiej dyktatury wojskowej ludzie nierzadko palili swoje książki w toaletach i wannach czy zakopywali je w ogródkach. Mając do wyboru książki lub własne życie, stawali się katami”. “Książki (...) szły do nieba zamienione w popiół, który rozwiewał się w powietrzu. Stosunki ludzkości z tymi trwałymi przedmiotami, zdolnymi przekroczyć jeden wiek, dwa, dwadzieścia, pokonać, że tak powiem, piasek czasu, nigdy nie były niewinne”. “Kiedy babcia widziała jak czytam w łóżku, za każdym razem powtarzała mi: +Zostaw to, książki są niebezpieczne+. Przez wiele lat uważałem ją za ignorantkę, ale czas dowiódł rozsądku mojej niemieckiej babki”. “Książka zaczynała rozmiękać w deszczu, rozpłaszczać się na płycie z czarnego marmuru, zsuwać ku powolnej, lecz pogodnej śmierci, jak statek cicho zawijający do portu”. “Często jest mi trudniej pozbyć się jakiejś książki niż zdobyć nową. Nikt nie chce stracić książki. Wolimy zgubić pierścionek, zegarek czy parasol niż książkę, której już nie będziemy czytali, ale która zachowuje, w samym brzmieniu tytułu, jakąś dawną i być może utraconą emocję”. “Nadchodzi chwila, w której tomy przekraczają niewidzialną granicę, jaką się im wyznacza, i dawna duma przeradza się w uciążliwe brzemię, gdyż odtąd przestrzeń zawsze będzie stanowiła problem”. “Nie będzie mógł znów powiedzieć jakiemuś zachwyconemu gościowi: +Nie, nie przeczytałem ich wszystkich. Towarzyszą mi od wielu lat. Mam coś, co na pewno się panu spodoba+. Ale może powiedzieć: +Są nadal moimi przyjaciółmi. Dają mi schronienie. Cień latem. Osłaniają mnie od wiatrów. Książki są moim domem+”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na87 miesięcy temu
Pływak Zsuzsa Bánk
Pływak
Zsuzsa Bánk
„Dziwne było tylko to, że nasze życie toczyło się dalej, chociaż moja matka nas opuściła”. Subtelna książka o stracie - i to niejednej - której kanwę stanowią losy węgierskiego rodzeństwa i ich ojca po ucieczce matki jesienią 1956 r. za granicę w związku z upadłym powstaniem. Dzieci z ojcem (duchem nieobecnym, jakby w istocie i jego nie było) zaczynają wędrówkę, pomieszkując to tu, to tam, u bliższych lub dalszych krewnych, na zawsze beznadziejnej prowincji. I zawsze doświadczają tam ciężaru monotonnej codzienności, która nieodłącznie towarzyszy nieprzemijającemu poczuciu tymczasowości. U obojga – starszej dziewczyny i młodszego chłopaka - syndrom sieroctwa przejawia się na różnorakie sposoby, jaskrawiej u Istiego niż u jego siostry, która całą narrację prowadzi (ze świadomością dziecka, choć już wie, co się stanie). I właśnie ta lekko naiwna, nie wszechwiedząca perspektywa wydaje mi się największą wartością tej niełatwej – pora uprzedzić - książki. Gęsta, mocno psychologiczna to proza, jakichkolwiek ozdobników pozbawiona, a chłód emocjonalny otaczający dzieci wydaje się lekko mrozić i czytelnika. Pełna nostalgii i nieokreślonej tęsknoty, pozbawiona zbyt wielu wydarzeń narracja, gdzie dominują odczucia i wrażenia, może odstraszać osoby ceniące konkretne wydarzenia, choć nieco ich jest, zawsze dramatycznych. Język odpowiednio oszczędnie minimalistyczny. Z jednej strony dzieci nie zdają sobie w pełni sprawy z sytuacji, a z drugiej w większym stopniu niż domyślają się tego dorośli, wyczuwają one fałsz ich zachowań. Ich obroną jest, jak zazwyczaj w takich przypadkach, ucieczka w fantazje…. „Wymyślaliśmy sobie z Istim wiele historii o naszej matce, za każdym razem opowiadaliśmy je inaczej. Zapamiętywaliśmy, co komu powiedzieliśmy i nigdy nie pomyliliśmy żadnego zwrotu, żadnego szczegółu. Ciągnęliśmy te historie, upiększaliśmy je, dodawaliśmy coś, czasem ujmowaliśmy. Wykluczaliśmy myśl, że ktoś mógłby je wziąć za kłamstwo, może zresztą sami po jakimś czasie zaczęliśmy w nie wierzyć”. Zakorzenienie nie jest czymś, na co może, na co powinno liczyć dwoje dzieci… „Bywały lata, że pakowaliśmy nasze rzeczy co tydzień, bo już nas dłużej nie chcieli, bo byliśmy uciążliwi, za głośni, za cisi, za mało nas było, za dużo, a my z Isti nie żałowaliśmy, nie przeszkadzało nam, że odjeżdżamy, być może mieliśmy nadzieję, że w nowym miejscu będzie lepiej”. „Kiedy ruszaliśmy, ruszał świat wokół nas, zaczynał się kręcić, sądziliśmy, że w każdej chwili może się zatrzymać, dokładnie wtedy, gdy tego chcieliśmy”. „Nigdy nie pojęłam, dlaczego nie zostaliśmy w jakimś miejscu na stałe, dlaczego ojciec nie wprowadził się do jakiegoś domu, nie założył ogrodu, dlaczego nie zatrzymał się po prostu w jakimś miejscu jak wszyscy inni, jak każdy, kogo spotykaliśmy, i nie powiedział, tutaj zamieszkamy”. Relatywnie najlepszy czas bohaterów to pobyt nad Balatonem, ale i on ma swój kres. Najgorzej na tym wyjdzie brat narratorki Isti (książka swój tytuł zawdzięcza właśnie jemu),„dla którego nie istniał żaden powód, żadna wymówka, żeby nie pływać, nie troszczył się ani o pogodę, ani o upomnienia, ani o zakazy. Jednym skokiem lądował w wodzie, wszędzie i o każdej porze, dorośli zaczęli mówić, że trzeba go wiązać na smyczy.(…) Pływał niezmordowanie”. Kilka razy akcja przenosi się do obozu uchodźców w Austrii, a potem do Niemiec, gdzie matka dzieci znalazła jakąś mechaniczną pracę. Na nic innego nie może liczyć, zwłaszcza gdy życzliwe zainteresowanie losem wygnańców szybko się wyczerpuje… („Inge nie mówiła do nich Vali i Kati, tylko Valerie i Katharina, co jakiś czas pytała je w żartach, dlaczego kobiety o takich imionach pracują jako pomywaczki i szorują brudne podłogi, a Vali i moja matka odpowiadały, że one także nie wiedzą”). Interesującym, przedstawionym tu wątkiem węgierskiego roku 1956, były swoiste „pushbacki wewnętrzne”. Osoby złapane na granicy z Austrią początkowo wywozi się w głąb Węgier, gdzie są, o dziwo, wypuszczane, z kopniakiem na drogę… Dopiero potem następni trafiają za kraty, jak jeden z drugorzędowych bohaterów. „Zamknęli go w szkole, bo zabrakło więzień, które mogłyby kogokolwiek jeszcze przyjąć”. „Wypatrywał każdego pociągu, odkąd dowiedział się, że w Budapeszcie stało się coś, co czuło się aż tu, odkąd usłyszał, że rozbili głowy z kamienia, rozgnietli butami skorupy, że padły strzały, za wiele, że ktoś zawołał do świata przez radio po pomoc, ale świat odmówił, jakby nie słyszał, jakby radio zostało wynalezione nie dla nas”. Dalekim i pobocznym echem odbijają się w narracji i inne ważne, nie tylko dla Węgier, wydarzenia historyczne: „Chodzili po mieście i w pewnej chwili stanęli, bo wszystko i wszyscy stanęli: tramwaje, autobusy, ludzie, pieszo, na rowerach, bo tak kazali przez megafony. Każdy stał i milczał, nie tylko tutaj, w całym kraju, nawet w krajach sąsiednich. (…) Coś się skończyło, skończyło się czyjeś życie, a z nim jakiś czas, jakaś era”. „Na przystani opowiadają, że w Pradze ktoś się podpalił, teraz kiedy wszystko już się skończyło, pół roku za późno, a my nie wiemy, czy w to wierzyć”. Szczególnie podoba mi się to, że nie ma tu nic z kombatanctwa; to opowieść o więcej niż zwykłych ludziach; nie ma tu żadnych herosów ‘walki z komuną’ ani z niczym innym – samo ciśnienie codzienności to wystarczająca opresja…. Ciekaw jestem w tym kontekście recepcji tej powieści w dzisiejszych Węgrzech, gdzie wiadome ‘wzmożenie’ trwa, bo trwa mać, i chyba jeszcze długo się nie skończy… Inne cytaty „Moja matka się z nami nie pożegnała. Poszła na dworzec jak każdego innego dnia”. „Miałam niewiele wspomnień o mojej matce. W zasadzie znałam ją tylko ze zdjęć”. „Udawałam, że nie myślę o mojej matce”. „Wiadomości nigdy nie mówiły nic nowego”. „Wtedy nie wiedziałam, czy to życie przepływa obok niego, czy to on prześlizguje się przez nie bez wysiłku”. „Zapomnieliśmy nawet, że był taki czas, kiedy czytaliśmy na dworcach rzędy cyfr i zapamiętywaliśmy je, wierząc że to może nas uratować przed czymkolwiek”. „Mihaly obejmował jej dłonie swoimi wystarczająco długo, by dać jej coś do zrozumienia, i wystarczająco krótko, żeby nie zauważyli tego inni”. „Wszystkie dziewczyny go lubiły, właśnie dlatego że nie zwracał na nie w ogóle uwagi”. „Szczęście należało do nich, tylko do nich, jakby całe szczęście tego świata zebrało się w jednym miejscu, jakby odjęto je innym, żeby dać je tylko im”. „Uspokaja mnie myśl, że Isti był i coś zabrał. Jest jedną z niewielu myśli, które mnie uspokajają”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na81 rok temu
Powracający głód Jean-Marie Gustave Le Clézio
Powracający głód
Jean-Marie Gustave Le Clézio
Powieść „Powracający głód” wydał Jean-Marie Gustave Le Clézio J.-M.G Le Clézio (ze względu na trzy imiona pisarza – taki skrót) w 2008 roku, czyli w tym samym, w którym otrzymał literacką Nagrodę Nobla. To uwaga porządkująca bowiem w jakiejś polskiej krytyce wyczytałem, że „Powracający głów” jest słabą powieścią, co dowodzi, że wszystkie książki noblistów, które piszą zaraz po otrzymaniu najważniejszego wyróżnienia literackiego, są słabe. Zdaję sobie sprawę, że portal lubimyczytac.pl, gdzie najwyższe oceny zdobywają nędznej jakości kryminały, może nie jest najlepszym miejscem, aby zachwalać wysoką literaturę, lecz nie rezygnuję z żadnej szansy, aby pokazać, że poza romansidłami i kryminało-horrorkami istnieje także prawdziwa Literatura, prawdziwa Proza. I taką prozę J.-M.G Le Clézio (ze względu na trzy imiona pisarza – taki skrót) pisze. „Powracający głód” to historia w Historii, historia kilkunastoletniej dziewczynki Ethel w latach tuż poprzedzających II wojnę światową, która zmieniła świat. Jest wiele elementów osobistych, intymnych w tej opowieści. Historia Ethel pokrywa się z historią matki autora, pochodzącej – jak bohaterka jego powieści – z Mauritiusu. W „Powracającym głodzie” czytamy o ojcu Ethel, który przenosi się do Paryża, gdzie liczy na karierę i rozwój biznesu. Po początkowych sukcesach, doznaje dotkliwej porażki. Ale nie jest to saga rodzinna, chociaż wykreowana przez Le Clézio postać Ethel jest jednym z najpiękniejszych portretów literackich, jakie noblista stworzył – krucha, ulotna, niczym wrażenie z wystawy obrazów wielkich mistrzów. A scena, w której dziesięcioletnia Ethel wchodzi na wystawę w Bois de Vincennes, trzymając swoją dłon w reku pradziadka, jest przepyszna. Jest rok 1931. Trzy lata później pradziadek umiera. Świat bankrutujących rodziców wywraca się do góry nogami. Podczas jednej z rozmów w salonie Ethel po raz pierwszy słyszy nazwisko Hitler. Le Clézio pisze o człowieku w żarnach Historii, lecz nie w tonach tragicznych, a bardziej nostalgicznych. Portretuje świat (druga część powieści, o życiu w Nicei – nędza, głód, rozpad więzi społecznych),bolejąc nad przemijaniem, utratą przyjaciół, młodości i nadziei. To naprawdę piękna powieść. Wprawdzie nieco statyczna, ale czuje się w niej, że ma się do czynienia z klasyką, która powstaje na naszych oczach.
Jacek Jarosz - awatar Jacek Jarosz
ocenił na83 lata temu
Filmy mojego życia Alberto Fuguet
Filmy mojego życia
Alberto Fuguet
To nie jest leksykon ukochanych produkcji autora. Filmy mojego życia prędzej mogłaby uchodzić za półautobiograficzą powieść niezbyt dobrze znanego w Polsce chilijskiego pisarza, Alberto Fugueta. Książka została na świecie bardzo dobrze przyjęta i rzeczywiście czyta się ją fajnie. To opowieść o życiu młodego chłopaka, urodzonego w Chile i spędzającego dzieciństwo w Stanach Zjednoczonych, jednak dorastającego w ojczyźnie. Dziś jako szanowany sejsmolog zajmuje się trzęsieniami ziemi… Poznajemy go jako oschłego naukowca, którego kontakt z bliskimi ogranicza się do kilku telefonów rocznie. Właśnie wyrusza z Chile na sympozjum naukowe w Japonii i międzylądowanie wypada mu w Los Angeles, gdzie spędził część swojej młodości. Siłą rzeczy powracają wspomnienia. Ich katalizatorem jest również kobieta, obok której Soler siada w samolocie. To właśnie ona zachęca go do sporządzenia listy najważniejszych filmów. Każdy rozdział to konkretny film, z reguły przebój lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Bohater wspomina, gdzie i w jakich okolicznościach go obejrzał, czasami dołącza jakieś przemyślenia dotyczące fabuły. Oczywiście stanowią one pretekst do rozważań o dojrzewaniu, opowieści o rodzinie, o odejściu ojca, o przeprowadzce z LA do Chile, o kumplach i pierwszej miłości. Autor nie zalewa swojej opowieści tonami sentymentalizmu. Pokazuje emigrantów chilijskich, burzliwą sytuację w tym kraju (prawicowa dyktatura Pinocheta),ale i zwykłe życie klasy średniej. Filmy mojego życia są lekturą dla osób, które cenią powieści obyczajowe, historie rodzinne, ale i filmy. Bo te filmy przez całą książkę się przewijają i bohater często do nich wraca. Ciekaw jestem, jak ten zabieg odbierze ktoś, kto nie lubi kina albo po prostu się nim nie interesuje. Czy lektura okaże się męcząca? Być może. Ja jako miłośnik filmów wcale się nie nudziłem. Więcej recenzji: https://zdalaodpolityki.pl/category/ksiazka/
Michał Zacharzewski - awatar Michał Zacharzewski
ocenił na75 lat temu
Złuda Carmen Laforet
Złuda
Carmen Laforet
to chyba trzecia którą czytałem powieść z akcją w powojennej Barcelonie, pisana przez kobietę, i wydana w czasach frankizmu. Obok książek Merce Rodoreda (Diamentowy Plac, 1962) i Rosy Ma. Arquimbau (Czterdzieści straconych lat, 1971). Oczywiście – z punktu widzenia historii literatury – najważniejsza, Laforet to było literacko-kulturowe trzęsienie ziemi w Hiszpanii, a Rodoreda i Arquimbau co najwyżej zostały zauważone. Potem to się zaczęło zmieniać, w krytyce historycznoliterackiej akcje Laforet systematycznie dołują, a tamtych pań zwyżkują. Przeważa opinia, że literacko Laforet jest raczej marna, i że broni ją co najwyżej autentyzm autorki. Moje wrażenia z lektury: afektowane to i wysilone. W tym sensie faktycznie podpada pod kategoryzacje typu „tremendismo” albo „egzystencjalizm”, natomiast pod „autentyzm” to już chyba raczej nie. Ale przeczytać zdecydowanie warto. Naturalnie z powodu roli tej powieści w kulturze hiszpańskiej. Nie jestem pewien, czy Laforet była głosem swojego pokolenia, śmiem wątpić, myślę że mało która dorastająca dziewczyna, która przeżyła wojnę, mogłaby potem demonstrować taką obojętność dla spraw publicznych i takie skupienie na samej sobie. Ale może się mylę, w sumie to szał na punkcie tej powieści oznacza, że trafiła w jakąś taką nutę, która zadźwięczała. Co to była za nuta? Zwykły generacyjny protest, który w każdym pokoleniu znajduje sobie ujście w jakimś kultowym dziele? Zmęczenie wątkami bogoojczyźnianymi? Typowa dla kultury hiszpańskiej fascynacja skrajnościami? Kryzys kulturowy epoki wczesnego frankizmu? Odważne na owe czasy obyczajowe wątki, nieco nadgryzające ówczesne kulturowe tabu? Proszę przeczytać, może Państwo usłyszą tą nutę wyraźniej, mi jakoś się nie udało.
Kornel Tomaszewski - awatar Kornel Tomaszewski
ocenił na61 rok temu
Tartak Daniel Odija
Tartak
Daniel Odija
W 2003 roku Tartak znalazł się na liście dziewięciu najbardziej cenionych książek prozatorskich, wielokrotnie nominowany był też (i nagradzany) w prestiżowych konkursach literackich. Książka ta określana bywa jako manifest społeczny, badający współczesne obszary nędzy i beznadziei, upominający się o wykluczoną prowincję. Autor łączy w niej realistyczne, obyczajowe sprawozdania i lokalne anegdoty z filozoficznymi komentarzami wiejskiego bajarza. Trochę tu klimatu sennych obrazów, jak z Domu dziennym, domu nocnym Olgi Tokarczuk. Dzięki temu książki nie można sprowadzić do publicystycznego obrazka. Odija faktycznie opowiada o ponurej i biednej prowincji, pozbawionej nadziei. Ale nie jest to reporterski głos, zaangażowany społecznie i politycznie, lecz raczej przypowieść o ludziach, których przetrąciło życie, "pogrobowcach" PRL wpasowanych w ramy półrealnej baśni. Ten mityzujący styl pięknie nawiązuje do podobnych klimatów prozy Andrzeja Stasiuka, Magdaleny Tulli, Pawła Huelle, Piotra Szewca, Lidii Amejko czy Pawła Sołtysa. Klimat opowieści zręcznie podkreśla prosty język, pozbawiony patosu, pompowanego dramatyzmu i wielkich słów. Pomimo tego (dlatego?) Tartak budzi silne emocje... Autor w uroczy sposób przechodzi z poziomu szczegółowego sprawozdania z drobnych wydarzeń, do szeroko kreślonych obrazów, wykraczających poza opisywane chwile ("nie wiedział, kiedy zacząć płakać i z tego wszystkiego zapomniał w ogóle o płaczu, a przecież było mu bardzo smutno. No i na kilka dobrych lat zapomniał, jak się płacze."),realistyczny opis miesza z baśniowym przedstawieniem, a biblijny język narracji z rzeczowością spostrzeżeń i wulgaryzmami bohaterów książki - całej panoramy dziwacznych, trochę strasznych i trochę komicznych indywiduów.
Telksinoe - awatar Telksinoe
ocenił na76 lat temu

Cytaty z książki Porządek alfabetyczny

Więcej
Juan José Millás Porządek alfabetyczny Zobacz więcej
Juan José Millás Porządek alfabetyczny Zobacz więcej
Juan José Millás Porządek alfabetyczny Zobacz więcej
Więcej