Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu
Zabieg to nierzadki, plagiatowany od dawna, kiedy bogatą felietonistykę po selekcji podług ustalonych kryteriów np. tematyki, wydaje się w postaci edycji książkowej, pod wymyślnym tytułem. Robił to Stefan Kisielewski, robi notorycznie z przesadą Rafał Ziemkiewicz, i wielu… wszyscy z pokusą większej popularyzacji pisarstwa. To tak jak celebryta, aktor, podsuwa swój wizerunek pod tandetną reklamę, z przyczyn oczywistych.
A jest wielu pisarzy -felietonistów eseistów którzy wystrzegają się tej formy lansu, traktując felietonistykę zgodnie jej definicją i konwencją i umieszczając ja tylko zgodnie z jej przynależnym miejscem.
Bo felietonistyka ma swój wymiar czasowy, żyje aktualną reakcją na rzeczywistość, i potem jej przesłanie wygasa, a zadane w niej ostrze tępi się erozją czasu, mody i zmiennych realiów.
Tym bardziej, gdy tematyką jest polityka: zmienna, kontrowersyjna, karmiona incydentalnie. Albo wytykane absurdy życia codziennego, które są syndromem stricto danych czasów i obyczaju a dezaktualizują się w miarę szybko, dużo szybciej niż następstwo generacji.
W danym przypadku, czy felietonistyka dotycząca pisania, czytania i bibliofilomanii nie podlega podobnej zasadzie - dezaktualizacji. Wydawałoby się, że nie.
Jacej Dehnek zabawił się w księgowego, z racji samouznania wiekowego w młodszego, poszperał w swoim splikowanym stosie felietonów pisanych na zlecenie portalu Wirtualnej Polski tudzież Polityki,… ze starannością buchaltera powybierał te wdg subiektywnej samooceny waloru i nośności i powpinał ( kopiuj i wklej ) tematycznie do opatrzonych dość manierycznym tytułem rozdziałów ( ksiąg ) i wyszła książka, hybryda nie podlegająca żadnemu kanonowi. Z minimalizacją wysiłku, z wyświechtanym konceptem, aby dobić swój dorobkowy wolumin.
Gdyby nie pióro, które skrzy swoistą satyra, ironią i prześmiewczością, i talent, książkę uznać by można jako z gatunku tych pomijanych, wobec innych o większym kuriozum na rynku literackim.
Naszły czasy, literackiego galimatiasu i literackiej bitwy, kiedy walor literacki nie ma siły przebycia pod naporem kiczowatego komercjalizmu literackiego, a quasi - krytyka rozpanoszyła się nad tą rangi profesjonalizmu, i dobrze wirtualnie spozycjonowana przez wydawnictwa ( facebookowe rekomendacje ),zabiega z pazurami o czytelnika-klienta.
Nasuwa się konkluzja, czy ten profil edycji niejako nie dezawuuje pisarza, podważa renomę, zarzuca pójście na łatwiznę, bo pisarstwa Dehnela meandruje, unika fabularyzacji z kreacją postaci, co nieraz odsłania autentyczny kunszt pisarstwa.
W tych „zaksięgowanych „ felietonach trudno połapać się, kiedy każdy z nich został napisany. Niczym hurmem wrzucony wdg kryterium tematyki, a w przypadku felietonu istotny jest czas publikacji bo jest pisany pod refleksję czytelnika, pod jego interpretację bieżących wydarzeń. W felietonach dostrzega się opcję polityczną autora, podteksty, insynuacje na pewne osoby zaangażowane w politykę, ale chcąc skonkretyzować źródło takiej reakcji, potrzebna jest znowuż data zapisu.
Co więcej wizyty autora na międzynarodowych spotkaniach literackich, biennalach, konwentach, festiwalach, stypendiach czy promocjach jego książek wszystko enigmatycznie czasowo.
Zaczyna się od definicji terminu - krytyk literacki. I Dehnel sam osobie, jakoby nim nie jest, nie terminuje w tym profilu pisarstwa a ponad wszystko jest czytelnikiem.
Trudno zgodzić się z tym samo - osądem, argument brnący w ślepą uliczkę z ukrytą subtelnie hipokryzją, co dalej pokazuj treść zapisu. Wszak ocenia poezje, co więcej w stylu i schematem dawnej Poczty Literackiej, maximum krytykanctwa i negacji minimum aprobaty czy pochlebstwa. Jak sam przyznaje ciężko zdobyć się na aplauz w jego nawyku surowej oceny. A jednakowoż infantylizme literacki, znajduje akceptacje na necie w pewnych sferach odbioru.
Nie zmylą go gierki słowne, gierki składniowe, pod publikę internetową, składową której są również subkultury i przeróżnego autoramentu ludzi z wsobnym gustem.
Każdy krytyk jest czytelnikiem, z istoty tego zajecia, żeby ocenić trzeba przeczytać wnikliwie. A czy felieton, esej, czy recenzja napisana w aspekcie zapisu wrażenia po przeczytanej książce nie jest „miękką „ krytyką literacką, która Dehnel niby zwodniczo uprawia pełną para i z wzięciem.
A czy opowiedzenie się za taką a nie innym dziełem literackim, za takim a nie innym pisarzem, nawet w formie rekomendacji nie jest wyrazem arbitrażu, podlegającego w zakres krytyki.?
Czy jego afront wobec mody na „misery books” tak zawłaszczającej, że książki o tym profilu tematycznym- w fabule granych na cierpienie ludzkie ( autor nazywa to „pornografią nieszczęścia ‘’ ) zapełniają szumnie regały biblioteczne.
Krytyka z zasady ma coś z sarkazmu, złośliwości (rzadko pochwały ),podparta jadem lub pejoratywnością, czego w dehnelowskim upodobaniu oceny czegokolwiek, nie brakuje.
Dziedzinę jakąkolwiek profesjonalnie ocenia ten, która ją uprawia. Trudno odmówić Dehnelowi wyrobionego smaku, wrażliwości na estetykę, sztukę i znawstwa dzieł literackich. Od małego fascynuje go książka a on sam traktuje literaturę i i bibliofilstwo jako pasję życia.
Felietonistyka nie jest łatwa w aspekcie wyszukiwania tematów ale w nie w przypadku Jacka Dehnela.
Zwykle wydawca sugeruje temat, albo go zamawia pod komentarz społeczny, sprawdzając ciągle angaż czytelnictwa np w necie. Jaki by nie był temat, wyobraźnia pisarska Dehnela upora się z każdym i go rozświetli, i jeszcze w tak finezyjny sposób
To magia pisarstwa tego autora, wspartego oczytaniem, erudycją, ogiką i swobodą w doborze metafory, w szastaniu słowotwórstwem aby finalnie sprowadzić rzecz do anegdoty, humoreski i połechtać swoim ciętym językiem.
Z błahego tematu, potrafi nie tylko powydobywać kwintesencje, ale spenetrować go na wszystkie możliwe strony, aby wycisnąć z niego resztki merytoryki, to coś niewidoczne, to coś snujące się i nieuchwytne, nie dla każdego zauważalne. Efektem tego zabiegu jest, że to co nikłe, z pozoru lipne urasta do waloru literackiego, jak sam metaforyzuje : jest potrzeba „dooliwienia, doheblowania aby powstała jakość ‘’.
Pokazuje jak wielu popada w złe nawyki zaczepiania o tematy nowożytnej historii( np. martyrologia Holocaustu, Powstanie Warszawskie… ),które nie ważne że wzięte i chwytliwe ale rządzą się zasadą nietykalności ( w aspekcie pisania o nich ) dla tych, którzy tego nie doświadczyli lub byli świadkami, bo wychodzą z interpretacją na podstawie drugiego przekazu, co prowadzi do przekłamania historii. I barwią prozę, wiersz na całego i zrozpędu, emocjami, weną, mylną wyobraźnią ( Jerzy Kosiński, Hermann Rosenblat ). „Bo Holocaust to samograj, poruszy twarde serca”.
W rozdziale „kopniętej muzy’’ ujmująco profanuje literacki kicz. Bywa, że z ocena jego waloru, książkowym blurb, recenzja są zmistyfikowane. Podaje przykład klanu rodzinnego literackiego ze swoich rodzinnych rewirów: matka , ojciec , syn którzy działają w zwartej produktywnej grupie: jeden pisze, drugi recenzuje ( czytaj :gloryfikuje ),trzeci wydaje. A przy tym rzucane ładnie utkanym werbalizmem hasła niczym aforyzmy, że dziedzictwo to bełkot, dezaktualizacja, czas na novum literackie, niejako w imię sensacji ściągają czytelników. Taki proceder, wywraca rynek literacki do góry nogami.
Dehnel z zuchwalstwem i tupetem gani tych z płomienną aspiracją do pisania: ich pozorowany artyzm ( Wiena-Mond- Kozłowska ),albo cel agitacyjny ( Witold Gadowski z neosocjalistyczną propagandą ) nie poparte żadną słuszną krytyką, okazują się tylko groteskową miernotą w swojej wymowie.
W rozdziale „Ksiega szpargałów” jest sugestywnie o rzeczach których znaczenie poszło do lamusa, prócz antykwarycznej wartości. A jednakowoż nie do końca wdg autora jest to prawda, ot chociażby zachowane sztambuszki, dawne pamiętniki wpisów, na prowadzenie których była dziewczęca moda ( może gdzieniegdzie jeszcze praktykowana ). I z tych niby trywialnych wpisów, wychodzi dawny obyczaj, maniera, i ten styl pisania zdezaktualizowany grany wtedy na patriotyzm i tożsamość polską.
Autora fascynuje każdy dokument minionej epoki : czy to gazety, czasopisma przedwojnia lub świeżo po wojnie, czy nawet retrospekcja o bajkach z personifikacjami zwierząt (przypisem każdemu zwierzęciu cech charakteru człowieka ),czy nawet przedwojenne katalogi sklepowe i o dziwo z rekomendacją zakupu gadżetów erotycznych co w tych czasach wydawałoby się tematem tabu, czy nawet katalogi renomowanych domów wysyłkowych edytowane sto lat wstecz ( np.: katalog firmy Sears-Rembuch ) po których można rozpoznać jak narastały potrzeby w miarę upływu lat, jak zmieniała się moda, preferencje i hierarchia punktów widzenia.
Rzec by można, że ten zbiór felietonów to wypisz wymaluj epizodyczny materiał autobiograficzny autora. Poznajemy jego inklinacje do poezji wdg jego uznania mistrzowskiej.
Exemplum: Miłosz, który jak zauważył oprócz geniuszu, posiadał jeszcze coś w swoim charakterze:. był propagatorem każdego rodzaju poezji ( nie dość wspomnieć o jego antologii poezji światowej ) w kontekście oceny debiutów poświęcał szczodrze czas każdemu bez wyjątku, który porywał się na poezję. Miłosz nigdy nie był rywalem dla nikogo, aczkolwiek epigonem Iwaszkiewicza, którego de facto przerósł dorobkiem i talentem.
Pomijając klasyków z uznaną estymą: Rilke (Austriak ),Brodski (poeta rosyjsko-amerykański),Herbert, Kawafis (Grek ),Osip Mandelsztan (poeta rosyjski, którego tłumaczył ),wystarczy wdg Dehnela wspomnieć XX-stowieczny chociażby panteon polskiej poezji zmuzykowanej i wyśpiewywanej a więc znanej ogółowi : Osiecka spopularyzowana w muzyce pop, Jeremi Przybora w swoich sentymentalnych mówiono-śpiewanych frazach, czy Karczmarski jako bard rewolucyjny ( solidarnościowy ).
Dehnel opowiada o swoim czytelnictwie, jego pierwsze oglądanie zbioru obrazków w domowych albumach jakby oswajanie i przymierzanie się do kontaktu z książka, potem wczesna nauka czytania, i stopniowe przeskakiwanie poziomów, do coraz do bardziej wyrafinowanych pozycji , usystematyzowanych na regałach - aż po sufit - w pracowni matki-malarki.
Jako dziecko chrome pozbawione tymczasowej mobilności, czytał. Każdemu, jak zapewnia wszak okres choroby z dzieciństwa kojarzy się z książką w tamtych czasach, którą pochłaniało się w łóżku, przy odchorowywaniu.
W jego rodzinie pasja czytania przechodziła z pokolenia na pokolenie: dziadkowie, rodzice i on jako ostatnia sukcesja.
Obok czytania było zbieranie i gromadzenie książek, tych z których łączyła się osobliwa historia: książka jako prezent, jako spadek po kimś ważnym, to znowuż zakup po wytrwałym szperactwie na dany temat.
A także z potrzeby posiadania jako tej spod mistrzowskiego pióra, albo tej ulubionej i wzorcowej w przesłaniu w pewnym etapie życia, bo wystawiona książka na regale zdradza osobowość jest „ jej rebusem i aluzją”.
Wspomina nauczycielki -polonistki na przestrzeni lat szkolnych, szczególnie tej jednej , która podsycała miłość do literatury i sztuki ( aczkolwiek to z rodziny wyszły pierwsze zaszczepy i motywacje i nawyki ),poprzez zachęty, wypady do muzeów, na wernisaże..
Ale były i takie, które prezentowały bylejakość nauczania, zbyt rygorystyczny i formalistyczny według programu.
Gdańsk miasto Grassa, Huella, Chwina jest miastem jego dzieciństwa i wczesnej młodości, i jakby dobijał do szeregu jego literackich luminarzy. Raz zaglądnąwszy do mieszkania babci i zastawszy je w jakimś chaosie, poustawiał na powrót wszystko tak jak byo dawniej za czasów jego dzieciństwa w imie dochowania reliktu pamięci, aby chociaż przez chwile wrócił sentyment i niezwykłość tamtych lat.
Warszawska kawalerka 22 metrów kwadratowych, była miejscem bibliofilskich dylematów: każdy zakup książki, wiązał się z pożegnaniem tej wysiedzianej na półce. Podczas licznych przeprowadzek , jego pedantyzm pakowania wynikał z respektu do książki, o którą zabiegał aby nie była niszczona podczas każdej zawieruchy.
Dla pisarza, który uznaje pisarstwo za uprawiany zawód, materiałem, który „przerabia” jest język.
Dehnel przyznaje ile trzeba czujności, reaktywności aby sprostać mutacji ( nie tej fizjologicznej ) języka idącym z naturalnej zmienności kultury, postępującej cyfryzacji, rozpychającej się łokciami inteligencji sztucznej. Ale jako tłumacz wie najlepiej, że każdy język ojczysty zachowuje swój rodowód, ma duszę, ciągnie za sobą balast mody, lokalnego obyczaju, swoistej rdzennie kultury (obcej dla tłumacza ). Nie można dokonać wiernej transformacji jeden w drugi- ojczysty w obcy- wychodzą przekłamania, samoistne dezintensyfikacje jego aury i nośności, a rolą tłumacza jest odnaleźć balans : miedzy minimum zdzierania swoistości języka tłumaczonego a maksimum w wykreowaniu obrazów czytelnych i swoistych na język tłumaczony.
Podaje recepturalnie pewne zasady pisania. W poezji bardziej niebezpieczna nie jest nawet arogancja słowa ( bluzgi, nietakty, wulgaryzmy…) ale wytarte, zużyte poetycko „despekty” słowne, np.: miłość, noc, samotność, dusza, Bóg, serce, kwiat …
Regułą jest że wielkie słowa rezonują przy otoczeniu małych, efekty językowe wymagają przerywników, wyrzut wytrawnego słowa, neologizm nabiera wydźwięku przy tonacji stylistycznej zrównoważonej stabilnej, bo w literaturze ekscytuje to co robi wrażenie : słowo, fraza, koncept, fabuła.
Jako przykład podaje powieść „Pnin” Nabokowa, w której jedno zdarzenie w życiu profesora pełne groteskowej niefrasobliwości smutku, że coś się udało i radość idąca z tego faktu – ocalenie wazy- triumfuje wobec całościowego jego nieudacznictwa życiowego.
Dehnel wychodzi z przestrogą, że wygasa poprawność pisania, Internet stawia wymogi: zwięźle, lapidarnie, krzykliwie dla atencji. Recenzje sprowadzają się do konkluzji bez uzasadnienia : że czyta się łatwo albo nudno, z pseudoautorytatywnym orzeczeniem czy warto przeczytać, czy nie..
Pojawił się nowy wariant recepcji: siecioholizm, facebookolizm.
Wiara w słowo pisane to „obumierający kult dawnego Bożka”. Literatura jest postrzegana jako „zafiksowane hobby” zestawiane z manieryczna pasją.
Ale jakże inne jest jego credo i lojalność wobec książki. Książka służy „do pracy na samym sobą”, język jest nieograniczonym kreatorem myśli, poglądów…a literatura i tak zapuszcza się dalej w niezbadane rewiry.
I nic nie zastąpi radości z przewracania stron.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Ocalenie Atlantydy
Uważam, że to świetna lektura. Zawiera trochę błędów rzeczowych ( np. w latach 50-tych nie było w szkole wolnych sobót ),poza tym jest dużo bohaterów i trzeba mocno się skupić, kto jest kim, bo bohaterowie potem wracają, czasem po długim czasie jak np. Greta i jej brat. Już wątek losów tych postaci wydaje się zakończony, a tu nagle pojawiają się w cudzej historii. Mnie się ta książka mimo wszystko podobała. Nie wiem, jak powieść odebrał by ktoś żyjący w tamtych czasach, Rodziców już nie zapytam, ale moja nabyta wiedza o PRL jest spójna z tym, co autorka zawarła w swojej książce. Tragiczne losy jednostki splatają się z tragicznym losem Polski.
Uważam, że to świetna lektura. Zawiera trochę błędów rzeczowych ( np. w latach 50-tych nie było w szkole wolnych sobót ),poza tym jest dużo bohaterów i trzeba mocno się skupić, kto jest kim, bo bohaterowie potem wracają, czasem po długim czasie jak np. Greta i jej brat. Już wątek losów tych postaci wydaje się zakończony, a tu nagle pojawiają się w cudzej historii. Mnie...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toOd pierwszych stron uderza czytelnika ciężar doświadczeń, które bohaterowie dźwigają niczym nieuleczalne blizny. To opowieść o ludziach, którzy przeszli przez piekło wojny – ale nie znaleźli wytchnienia także po jej zakończeniu. Zamiast upragnionej ulgi czeka ich nowa rzeczywistość: brutalna, chaotyczna, pełna nieufności i przemilczeń. Powojenna Polska ukazana jest tu w sposób wstrząsający, prawdziwy aż do bólu, bez cienia upiększania. Autorka nie ucieka od trudnych tematów, nie łagodzi obrazów – raczej odsłania je takimi, jakimi mogły być naprawdę.
Już na początku czuć, że to książka napisana z wyjątkową uważnością, z ogromnym szacunkiem do ludzkiej pamięci i do historii, której nie da się zamknąć jedną datą czy rokiem. Narracja jest dogłębna, precyzyjna, emocjonalnie wyważona, dzięki czemu wymaga od czytelnika skupienia – ale też hojnie to skupienie wynagradza.
Poszczególne historie splatają się ze sobą i prowadzą dalej, aż w gęstniejące czasy Polski Ludowej: epokę żelaznej kurtyny, strachu, politycznej presji i cichego przetrwania. Ten ciąg dalszy ma w sobie chłód i ciężar innego rodzaju – systemowego, instytucjonalnego, powolnego. Jednak to właśnie dzięki niemu bohaterowie nie zostają zawieszeni w próżni, a ich losy nabierają szerszego, wielopokoleniowego wymiaru.
Mimo to najbardziej zapada w pamięć pierwsza część książki. Jest bardziej dosadna, mocniejsza, wstrząsająca w swoim realizmie. To tam najmocniej wybrzmiewa dramat jednostki skonfrontowanej z wojenną przemocą i moralną dezintegracją świata. Tam emocje uderzają najboleśniej i najprawdziwiej.
„Ocalenie Atlantydy” to książka, którą trudno czytać bez poruszenia. Jest wymagająca, ale też niezwykle potrzebna – przypomina, że wojna nie kończy się w chwili podpisania traktatu, a traumę można nosić w sobie przez kolejne systemy, granice i dekady. To literacka podróż, która zostaje w czytelniku na długo, bo pokazuje człowieka nagiego wobec historii – bezbronnego, a jednak wciąż zdolnego do ocalenia.
Od pierwszych stron uderza czytelnika ciężar doświadczeń, które bohaterowie dźwigają niczym nieuleczalne blizny. To opowieść o ludziach, którzy przeszli przez piekło wojny – ale nie znaleźli wytchnienia także po jej zakończeniu. Zamiast upragnionej ulgi czeka ich nowa rzeczywistość: brutalna, chaotyczna, pełna nieufności i przemilczeń. Powojenna Polska ukazana jest tu w...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toProza pozornie niepozorna. Najpierw poznajemy kilka niezależnych historii połączonych jedynie faktem i miejscem przesiedlenia. Do każdego rozdziału wchodzimy jak do obcego domu prosto z ulicy, w rytm czyjegoś życia. Są tam zazwyczaj jakieś bezimienne dzieciaki, matki i babki, czasami ojcowie, mniej lub bardziej podejrzani uciekinierzy, a prawie zawsze schowki i schrony. Zaledwie zorientujemy się, kto jest kim i zdołamy powiązać zdarzenia, rodzina wyjeżdża na nowo przyłączone do Polski ziemie. Na poniemieckie. Tam osiedla się, zaczyna poznawać okolicę, nową rzeczywistość i… rozdział się kończy. Zaczyna się kolejny, według poprzedniego wzoru. I tak do czterech razy sztuka. A skonsternowany czytelnik dalej niewiele wie. Próbuje obrać strategię interpretacyjną.
Przesiedleńcy wcześniej się nie znali, ale i po przesiedleniu na pozór ich drogi się nie krzyżują, bohaterowie przywożą podobny bagaż traumatycznych wspomnień i dziwnych przetrwałych powojennych odruchów, powoli wtapiają się w zastany ziemioodzyskańczy galimatias.
Piąty rozdział na dobre wprowadza nas na terytorium, na które zjechali poznani wcześniej osadnicy, losy niektórych bohaterów przecinają się okazjonalnie, za to władza ludowa gromko i swojsko szerzy się i umacnia. „My tu sprawiedliwość dziejową zaprowadzamy. Na polskiej, odzyskanej-poniemieckiej-prasłowiańskiej ziemi mają mieszkać Polacy, wojnę szwaby-hitlerowcy przegrali, to won”.
W kolejnych rozdziałach wątki i bohaterowie przenikają się śmielej, coraz więcej wiemy, ale trudne te prawdy, niełatwe do dźwigania. Wieloma literackimi szparami wyziera cierpienie przesiedleńców, problemy z tożsamością, ten sam przesiedleńczy, wcale niekolorowy los. Dużo smutku snuje się między linijkami, takiego nienapisanego.
Literatura zaproponowana przez Zytę Oryszyn nie polega na otwarciu książki i li tylko przewracaniu kartek w średnio szybkim tempie. Niestety trzeba myśleć, trzeba się skupić i się wysilić.
Urzekł mnie styl, lekki, zdystansowany, na poły ironiczny, na poły groteskowo-czarnohumorowy. Oczarowała mnie swoboda języka pisarki.
Największe wrażenie wywarł ten trochę surrealistyczny rozdział zatytułowany „Żelazna kurtyna”, który kończy się dość zagadkowo i ostatecznie wolałabym to niedopowiedzenie, niż odkrytą pod koniec prawdę.
Polecam.
Proza pozornie niepozorna. Najpierw poznajemy kilka niezależnych historii połączonych jedynie faktem i miejscem przesiedlenia. Do każdego rozdziału wchodzimy jak do obcego domu prosto z ulicy, w rytm czyjegoś życia. Są tam zazwyczaj jakieś bezimienne dzieciaki, matki i babki, czasami ojcowie, mniej lub bardziej podejrzani uciekinierzy, a prawie zawsze schowki i schrony....
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietnie przetworzone, nielinearne opowieści o polskich uchodźcach po 1945 - bo tak wszak należy nazywać ekspatriantów z Kresów (a nie żadnych tam „repatriantów” – są nimi ci, którzy ojczyznę opuścili – tu było odwrotnie).
Ich losy Autorka opisała do lat 80. Skoro cały ten czas był chaosem i niepewnością, to i narracja rwana, z przeplatającymi się planami czasowymi. Uwaga: "Nie czyta się łatwo!"
Największą wartością tej książki jest pozorna naiwność narracji. Jest ona prowadzona najczęściej z perspektywy dzieci, które po swojemu postrzegają najpierw przesiedlenie, a potem cały ten potworny fenomen Peerelią zwany – niczego nie rozumiejąc, a zarazem zdając sobie sprawę z nieokreślonego zagrożenia….
Świetna definicja tamtego systemu: „Labirynt strachu, upodlenia, upokorzenia, beznadziei, dławiącej nędzy. Labirynt śmierci. Ale też i labirynt nadziei. W nim też można zaginąć”.
Nie był to piękny świat – jego ohydę sam świetnie pamiętam – to i nie mógł być opisany tak, by było miło i estetycznie. Piszę to, bo z niektórych opinii wyziera coś jakby pretensja do Autorki z tego powodu – jakby to ona była winna….
Zarazem nie ma tu cierpiętniczo-romantycznego podejścia do tematu, mimo że wiele rzeczy strasznych. Dominują wątki ironiczno- tragikomiczno-prześmiewcze, takie do Hrabala mocno zbliżone, choć mam też skojarzenia z arcydziełem, jakim jest słynny „Cholonek” (zwłaszcza w wątku odwiedzanej przez mężczyzn panny Władzi, nazywanej przez sąsiadki „panną Bladzią”). To obraz prób zwykłego życia zwykłych ludzi w tamtym niezwykłym , bo wrogim człowiekowi systemie….
I jeszcze ta empatia Autorki wobec całego rodzaju ludzkiego, a nie tylko swoich (BTW: co to za sztuka akurat ich wielbić?). Dlatego stać ją na zestawianie sowieckich wywózek z Kresów po 1939 z wyrzucaniem Niemców z „Ziem Odzyskanych” (z których przecież część, np. Kotlina Kłodzka, nigdy nie była polska, a reszta – raptem kilkaset lat wcześniej i to też przecież nie w sensie etnograficznym).
„Od pierwszych dni wojny, a tym bardziej po wojnie miejscowość, do której co roku jeżdżono na całe lato, mówiło się: na wilegiaturę, stała się świętą praruską ziemią. Polacy nie mieli do niej prawa ni wjazdu. W odróżnieniu od szwabskiej ziemi, do której mieli prawa i wjazd, bo się im to od prawieków należało”.
„Lew ściga wołu, tygrys owcę, a człowiek nie powinien ścigać człowieka”.
„Jezdem autochtonka. Nist Dojcze. Jezdem Ślązaczka – chrypiała. (…) W końcu ją wywleczono”.
„Jak jeszcze raz mi powiesz hitlerówa czy szwabka, to popamiętasz sobie, to jest wypędzany człowiek, biedna kobieta. (…) Za ciężarówką gnał skomlący szwabski pies. Z pyska kapała mu szwabska, hitlerowska ślina”.
A i widmo polskiego (wcześniej niemieckiego) obozu koncentracyjnego w Łambinowicach też się tu wyłania….
Ekspatrianci nie przyjmują nowej rzeczywistości do wiadomości, a niektórzy przyjmują nową tożsamość. Ojciec chłopca-głównego bohatera ukrywa swą przeszłość oficera NSZ i mozolnie instruuje teściową: „– Mamo, dwa miesiące już uczę, że mama jest niepiśmienna chłopka. Mama nie zna żadnego francuskiego. Mama powinna mówić do Wacia Waciu, a nie wnusiu ani Bobo. Mama powinna mówić na przykład tak: idź se Waciu, polatać po polu. Albo: chodźże Waciu, żwawiej, bo wieje przeciąg”.
A nowa władza daleka jest bardzo od bycia litościwą:
„Ludowe wojsko polskie zwęgliło rodzinę Brylaków za to, że rodzina Brylaków nie uważała ludowego wojska polskiego za swoje ludowe wojsko polskie, wręcz odwrotnie”.
„Ma im powiedzieć natychmiast, czy jest aż trzy razy tak za tym, by granica między Polska a Niemcami była na Odrze i Nysie Łużyckiej, by został zniesiony po wieki wieków senat oraz by wszystko, co się rusza i co się nie rusza, zostało natychmiast upaństwowione”.
„W tych urzędach to całe rzeki donosów są, całe oceany, czasem myślę, że historia świata to tak naprawdę historia donosów i że jak one kiedyś ujrzą światło dzienne, to ludzkość zbaranieje, jak barany, że tylu ludzi na innych ludzi nic, tylko donosiło i donosiło”.
Najlepszy możliwy sposób obrony – zejść władzy z oczu:
„Jak komunizm na co popatrzy, to zaraz nie istnieje, jak czego nie widzi: istnieje. Jak się popatrzył na rodziców ojca, to przestali istnieć, wywiezieni gdzieś do Kazachstanu. A ojca wtedy nie dojrzał, bo ojciec był dobrze schowany w drewutni”.
„Postanowił jednak założyć dom i mieć dzieci, choć przyrzekł sobie, że nie zrobi tego nigdy, domy się traci a dzieci się gubią”.
Innym sposobem jest - pamiętać.
„Pamięć pokoleń to najlepszy schron przed unicestwieniem. Niedługo umrę i zostanie ze mnie i mojego świata tylko tyle, ile zapamiętasz”.
Zupełnie to inna rzecz Zyty Oryszyn niż jej poprzednio czytana „Najada” z lat 70. – na pewno zaś nie gorsza.
Inne cytaty:
„Nastąpił taki jeden straszny dzień, kiedy Hitler i Stalin podali sobie ręce, a Wszechmogący zamknął oczy i udał, że tego nie widzi”.
„Cuchnęły zgliszcza i dusze popalonych. Trupy rozkładały się smrodliwie. Wszędzie walały się szczątki, szmaty, papiery, podgniłe kości, połamane meble – trzeba było zatykać sobie nos. Śmierdziało stęchlizną, zepsutymi ziemniakami, zjełczałym tłuszczem, kocim mięsem, niepranymi łachami, niemytymi nogami, czarną, skawaloną krwią, łzami – łzy śmierdziały specjalnie: moczem i rybią łuską”.
„Ciągnęli losy, który z nich nie będzie spał całą noc, żeby dopaść wystawionego na korytarz kubła na śmieci, zanim uprzątnie go sprzątaczka. Z kubła wyjmowało się skórki po salcesonie, śledzie, niedojedzone plastry kaszanki, wyciśnięte cytryny, z których skapywał jeszcze sok”.
„Czasami tylko żałowała, że innym to dzieci umierają trochę później. Gdyby jej dzieci umierały na przykład dopiero dwudziestoletnie, to można by im chociaż Międzynarodówkę zagrać”.
„Gdyby natura stworzyła nas po to, byśmy sie doskonalili, nie sprawiałaby tego, że człowiek, miast pięknieć i mądrzeć, i młodnieć, staje się coraz starszy, brzydszy, i głupszy”.
Świetnie przetworzone, nielinearne opowieści o polskich uchodźcach po 1945 - bo tak wszak należy nazywać ekspatriantów z Kresów (a nie żadnych tam „repatriantów” – są nimi ci, którzy ojczyznę opuścili – tu było odwrotnie).
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toIch losy Autorka opisała do lat 80. Skoro cały ten czas był chaosem i niepewnością, to i narracja rwana, z przeplatającymi się planami czasowymi. ...
Bardzo dobra literatura. Może nie do końca "mój" styl narracji, ale głęboko, wrażliwie i wielowymiarowo, blisko życia, napisana książka o tych, którzy się jako przesiedleńcy powojenni uwłaszczyli na ziemiach poniemieckiego Śląska. Zbyt rzadko podejmowany temat. Wydaje mi się, że nie jest to pisarka zaliczana do czołówki polskiej literatury. Nie rozumiem dlaczego.
Bardzo dobra literatura. Może nie do końca "mój" styl narracji, ale głęboko, wrażliwie i wielowymiarowo, blisko życia, napisana książka o tych, którzy się jako przesiedleńcy powojenni uwłaszczyli na ziemiach poniemieckiego Śląska. Zbyt rzadko podejmowany temat. Wydaje mi się, że nie jest to pisarka zaliczana do czołówki polskiej literatury. Nie rozumiem dlaczego.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZyta Oryszyn należała w PRL-u do twórców drugiego obiegu. W 1972 roku napisała ostatnią
“Legalną” powieść. Po dziewięciu latach wydała w Niezależnej Oficynie Wydawniczej NOWA zbiór opowiadań. Ocalenie Atlantydy ukazało się już w wolnej Polsce w 2012 roku. Według słów autorki pisanie jej trwało szmat czasu – rozpoczęło się w drugim tysiącleciu, ukończone zostało w trzecim.
Paradoksalnie wiele treści tam zawartych dziś mogłoby obrazić obrońców polskości, tzw. “patriotów” i wszystkich tych, którzy uzurpują sobie prawo do określania tego, kto jest prawdziwym Polakiem. Dużo tam gorzkich słów o zachowaniach Polaków wobec innych.
[...]
całość:
https://www.speculatio.pl/ocalenie-atlantydy/
Zyta Oryszyn należała w PRL-u do twórców drugiego obiegu. W 1972 roku napisała ostatnią
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to“Legalną” powieść. Po dziewięciu latach wydała w Niezależnej Oficynie Wydawniczej NOWA zbiór opowiadań. Ocalenie Atlantydy ukazało się już w wolnej Polsce w 2012 roku. Według słów autorki pisanie jej trwało szmat czasu – rozpoczęło się w drugim tysiącleciu, ukończone zostało w...
Irytująca, męcząca, chaotyczna proza. Nie byłem w stanie się zaangażować w te historie.
Irytująca, męcząca, chaotyczna proza. Nie byłem w stanie się zaangażować w te historie.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzez mikropowieśc przewija się wiele sławnych nazwisk,ato Brandys,a to Stachura, alenajważniejszymwątkiem są losy pewnej przeciętnej ślaśkiej rodziny.Poznajemy ich w przededniu II wojny swiatowej, poznajemy wojenne perypetie, póżniejsze szczeniece lata Polski Ludowej. Uciekli pod Sanok, dostali się do poniemieckiego domu.
W wojnę Misiakowa za pieniądze ocaliła najmłodszą córkę żydowskich sąsiadów Tereskę. Leśny Brzeg- nowe życie/ I ten brat,co nie przeżył,i baciaco nie dożyła wywolenia. Reminiscencje z eksterminacji Polaków i żydow ,dantejskie sceny rzutują na psychikę ocaleńców. portrety ludzi wykorzenionych. Żelazna kurtyna- próby ucieczki na Zachód, dywersja i walka dostępnymi środkami z włądzą ludowa- zbeszczeszczenie sztandaru przez nieznanych sprawców co przeprawiają WŁĄDZĘ na włądzię.
Niektórzy mieli niemeickie korzenie, przez co byli prześladowani. Kalejdoskop losów nakreślony z humorem, ironią i dużym talentem. Mistrzowsko dobrane bardzo znaczące epizody, sceny zapadające w pamięć.
Przez mikropowieśc przewija się wiele sławnych nazwisk,ato Brandys,a to Stachura, alenajważniejszymwątkiem są losy pewnej przeciętnej ślaśkiej rodziny.Poznajemy ich w przededniu II wojny swiatowej, poznajemy wojenne perypetie, póżniejsze szczeniece lata Polski Ludowej. Uciekli pod Sanok, dostali się do poniemieckiego domu.
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toW wojnę Misiakowa za pieniądze ocaliła najmłodszą...
Miałam ogromne oczekiwania wobec tej książki. Oto Zyta Oryszyn, żona Edwarda Stachury, pisarka, która w czasach komuny publikowała w czasopismach drugiego obiegu postanowiła opowiedzieć o powojennych przesiedleńcach z ziem wschodnich na Dolny Śląsk. Liczyłam na ciekawą opowieść o pogmatwanych losach, trudach życia i odnajdywaniu się w nowej rzeczywistości. A tymczasem książka mnie nużyła, mylili mi się bohaterowie, forma niby na wysokim poziomie, ale w ogólnym rozrachunku męcząca. Nie związałam się z bohaterami, ich losy mnie nie chwyciły za serce. Szkoda, bardzo szkoda.
Miałam ogromne oczekiwania wobec tej książki. Oto Zyta Oryszyn, żona Edwarda Stachury, pisarka, która w czasach komuny publikowała w czasopismach drugiego obiegu postanowiła opowiedzieć o powojennych przesiedleńcach z ziem wschodnich na Dolny Śląsk. Liczyłam na ciekawą opowieść o pogmatwanych losach, trudach życia i odnajdywaniu się w nowej rzeczywistości. A tymczasem...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPolską literaturę powojenną kojarzymy zwykle z tą współczesną: znanymi kryminałami i romansami, czasem z fantastyką, a także z poruszaniem tematyki II wojny światowej. Ważnym wątkiem poruszanym przez autorów jest jednak także kwestia migracji - tych bardziej współczesnych za chlebem, ale i dawniejszych - bo trzeba wrócić do kraju po przesunięciu granic. O tym drugim przypadku jest własnie Ocalenie Atlantydy.
Ocalenie Atlantydy to pozornie zbiór opowiadań, tak zresztą początkowo były publikowane poszczególne rozdziały, który zgrabienie łączy wątki wszystkich postaci pod koniec książki. W powieści obserwujemy losy kilku rodzin repatrianckich, które przybywają na ziemie odzyskane tuż po wojnie, by tam zacząć nowe życie.
Powieść pisana jest bardzo lekko i z humorem, co zaskakuje przy poruszanej tematyce - poważnej, czasem budzącej grozę. Bardzo często przedstawiana jest z perspektywy dzieci obserwujących świat, który nie jest dla nich w pełni zrozumiały, w którym dopiero uczą się żyć. W ich zachowaniu rzadko widać empatię czy przejawy współczesnych norm moralnych - te często są im obce i nic dziwnego: od dziecka obserwując zło świat, nie będąc uczonymi co dobre i złe, nie potrafią samodzielnie tego ocenić i bawią się na przykład w rozstrzeliwanie jeńców. Dorośli zresztą też z moralnością są na bakier i raczej nie można tego oceniać - to ludzie, którzy stracili wszystko, czasem nawet własną tożsamość, którzy nagle musieli odnaleźć się w nowym środowisku pozornej wolności i wszechobecnej biedy.
Ocalenie Atlantydy jest przede wszystkim powieścią o pamięci - o tym, co pozostaje, co odchodzi i w jaki sposób można to ocalić. Nie ukazuje kluczowych wydarzeń historycznych, jak robi to wiele innych powieści, a proste życie zwykłych ludzi, normalne wydarzenia, jakich było wiele i jakie niejedna rodzina przesiedleńcza mogłaby opowiedzieć. To właśnie im dodaje znaczenia Oryszyn, bo to one tworzą tożsamość.
Ocalenie Atlantydy jest powieścią ważną, ciekawą i wartą uwagi nie tylko osób, które interesuje problematyka migracji i stosunków między ludźmi na ziemiach odzyskanych. To historia doskonale ukazująca poszukiwanie własnej tożsamości, dorastanie w trudnych warunkach, ale także rozlicza nas z historią i ukazuje, że nie zawsze byliśmy (my jako naród) tak dobrzy i sprawiedliwi, jak myślimy.
---
Opinia także na coffee-kafes.blogspot.com
Polską literaturę powojenną kojarzymy zwykle z tą współczesną: znanymi kryminałami i romansami, czasem z fantastyką, a także z poruszaniem tematyki II wojny światowej. Ważnym wątkiem poruszanym przez autorów jest jednak także kwestia migracji - tych bardziej współczesnych za chlebem, ale i dawniejszych - bo trzeba wrócić do kraju po przesunięciu granic. O tym drugim...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to