Ocalenie Atlantydy

Okładka książki Ocalenie Atlantydy autora Zyta Oryszyn, 9788327300409
Okładka książki Ocalenie Atlantydy
Zyta Oryszyn Wydawnictwo: Świat Książki literatura piękna
272 str. 4 godz. 32 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2012-09-26
Data 1. wyd. pol.:
2012-09-26
Liczba stron:
272
Czas czytania
4 godz. 32 min.
Język:
polski
ISBN:
9788327300409
Inne
Średnia ocen

6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Ocalenie Atlantydy w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Ocalenie Atlantydy i



Przeczytane 436 Opinie 9 Oficjalne recenzje 63

Opinia społeczności książki Ocalenie Atlantydyi



Książki 8235 Opinie 3785

Oceny książki Ocalenie Atlantydy

Średnia ocen
6,8 / 10
111 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Ocalenie Atlantydy

avatar
1098
531

Na półkach:

Uważam, że to świetna lektura. Zawiera trochę błędów rzeczowych ( np. w latach 50-tych nie było w szkole wolnych sobót ),poza tym jest dużo bohaterów i trzeba mocno się skupić, kto jest kim, bo bohaterowie potem wracają, czasem po długim czasie jak np. Greta i jej brat. Już wątek losów tych postaci wydaje się zakończony, a tu nagle pojawiają się w cudzej historii. Mnie się ta książka mimo wszystko podobała. Nie wiem, jak powieść odebrał by ktoś żyjący w tamtych czasach, Rodziców już nie zapytam, ale moja nabyta wiedza o PRL jest spójna z tym, co autorka zawarła w swojej książce. Tragiczne losy jednostki splatają się z tragicznym losem Polski.

Uważam, że to świetna lektura. Zawiera trochę błędów rzeczowych ( np. w latach 50-tych nie było w szkole wolnych sobót ),poza tym jest dużo bohaterów i trzeba mocno się skupić, kto jest kim, bo bohaterowie potem wracają, czasem po długim czasie jak np. Greta i jej brat. Już wątek losów tych postaci wydaje się zakończony, a tu nagle pojawiają się w cudzej historii. Mnie...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
721
500

Na półkach: ,

Od pierwszych stron uderza czytelnika ciężar doświadczeń, które bohaterowie dźwigają niczym nieuleczalne blizny. To opowieść o ludziach, którzy przeszli przez piekło wojny – ale nie znaleźli wytchnienia także po jej zakończeniu. Zamiast upragnionej ulgi czeka ich nowa rzeczywistość: brutalna, chaotyczna, pełna nieufności i przemilczeń. Powojenna Polska ukazana jest tu w sposób wstrząsający, prawdziwy aż do bólu, bez cienia upiększania. Autorka nie ucieka od trudnych tematów, nie łagodzi obrazów – raczej odsłania je takimi, jakimi mogły być naprawdę.
Już na początku czuć, że to książka napisana z wyjątkową uważnością, z ogromnym szacunkiem do ludzkiej pamięci i do historii, której nie da się zamknąć jedną datą czy rokiem. Narracja jest dogłębna, precyzyjna, emocjonalnie wyważona, dzięki czemu wymaga od czytelnika skupienia – ale też hojnie to skupienie wynagradza.
Poszczególne historie splatają się ze sobą i prowadzą dalej, aż w gęstniejące czasy Polski Ludowej: epokę żelaznej kurtyny, strachu, politycznej presji i cichego przetrwania. Ten ciąg dalszy ma w sobie chłód i ciężar innego rodzaju – systemowego, instytucjonalnego, powolnego. Jednak to właśnie dzięki niemu bohaterowie nie zostają zawieszeni w próżni, a ich losy nabierają szerszego, wielopokoleniowego wymiaru.
Mimo to najbardziej zapada w pamięć pierwsza część książki. Jest bardziej dosadna, mocniejsza, wstrząsająca w swoim realizmie. To tam najmocniej wybrzmiewa dramat jednostki skonfrontowanej z wojenną przemocą i moralną dezintegracją świata. Tam emocje uderzają najboleśniej i najprawdziwiej.
„Ocalenie Atlantydy” to książka, którą trudno czytać bez poruszenia. Jest wymagająca, ale też niezwykle potrzebna – przypomina, że wojna nie kończy się w chwili podpisania traktatu, a traumę można nosić w sobie przez kolejne systemy, granice i dekady. To literacka podróż, która zostaje w czytelniku na długo, bo pokazuje człowieka nagiego wobec historii – bezbronnego, a jednak wciąż zdolnego do ocalenia.

Od pierwszych stron uderza czytelnika ciężar doświadczeń, które bohaterowie dźwigają niczym nieuleczalne blizny. To opowieść o ludziach, którzy przeszli przez piekło wojny – ale nie znaleźli wytchnienia także po jej zakończeniu. Zamiast upragnionej ulgi czeka ich nowa rzeczywistość: brutalna, chaotyczna, pełna nieufności i przemilczeń. Powojenna Polska ukazana jest tu w...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
1376
452

Na półkach: , , , , ,

Proza pozornie niepozorna. Najpierw poznajemy kilka niezależnych historii połączonych jedynie faktem i miejscem przesiedlenia. Do każdego rozdziału wchodzimy jak do obcego domu prosto z ulicy, w rytm czyjegoś życia. Są tam zazwyczaj jakieś bezimienne dzieciaki, matki i babki, czasami ojcowie, mniej lub bardziej podejrzani uciekinierzy, a prawie zawsze schowki i schrony. Zaledwie zorientujemy się, kto jest kim i zdołamy powiązać zdarzenia, rodzina wyjeżdża na nowo przyłączone do Polski ziemie. Na poniemieckie. Tam osiedla się, zaczyna poznawać okolicę, nową rzeczywistość i… rozdział się kończy. Zaczyna się kolejny, według poprzedniego wzoru. I tak do czterech razy sztuka. A skonsternowany czytelnik dalej niewiele wie. Próbuje obrać strategię interpretacyjną.
Przesiedleńcy wcześniej się nie znali, ale i po przesiedleniu na pozór ich drogi się nie krzyżują, bohaterowie przywożą podobny bagaż traumatycznych wspomnień i dziwnych przetrwałych powojennych odruchów, powoli wtapiają się w zastany ziemioodzyskańczy galimatias.
Piąty rozdział na dobre wprowadza nas na terytorium, na które zjechali poznani wcześniej osadnicy, losy niektórych bohaterów przecinają się okazjonalnie, za to władza ludowa gromko i swojsko szerzy się i umacnia. „My tu sprawiedliwość dziejową zaprowadzamy. Na polskiej, odzyskanej-poniemieckiej-prasłowiańskiej ziemi mają mieszkać Polacy, wojnę szwaby-hitlerowcy przegrali, to won”.
W kolejnych rozdziałach wątki i bohaterowie przenikają się śmielej, coraz więcej wiemy, ale trudne te prawdy, niełatwe do dźwigania. Wieloma literackimi szparami wyziera cierpienie przesiedleńców, problemy z tożsamością, ten sam przesiedleńczy, wcale niekolorowy los. Dużo smutku snuje się między linijkami, takiego nienapisanego.

Literatura zaproponowana przez Zytę Oryszyn nie polega na otwarciu książki i li tylko przewracaniu kartek w średnio szybkim tempie. Niestety trzeba myśleć, trzeba się skupić i się wysilić.
Urzekł mnie styl, lekki, zdystansowany, na poły ironiczny, na poły groteskowo-czarnohumorowy. Oczarowała mnie swoboda języka pisarki.
Największe wrażenie wywarł ten trochę surrealistyczny rozdział zatytułowany „Żelazna kurtyna”, który kończy się dość zagadkowo i ostatecznie wolałabym to niedopowiedzenie, niż odkrytą pod koniec prawdę.
Polecam.

Proza pozornie niepozorna. Najpierw poznajemy kilka niezależnych historii połączonych jedynie faktem i miejscem przesiedlenia. Do każdego rozdziału wchodzimy jak do obcego domu prosto z ulicy, w rytm czyjegoś życia. Są tam zazwyczaj jakieś bezimienne dzieciaki, matki i babki, czasami ojcowie, mniej lub bardziej podejrzani uciekinierzy, a prawie zawsze schowki i schrony....

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

398 użytkowników ma tytuł Ocalenie Atlantydy na półkach głównych
  • 245
  • 148
  • 5
82 użytkowników ma tytuł Ocalenie Atlantydy na półkach dodatkowych
  • 64
  • 5
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Ocalenie Atlantydy

Inne książki autora

Zyta Oryszyn
Zyta Oryszyn
Zyta Oryszyn (ur. jako Zyta Anna Bartkowska) - polska pisarka, dziennikarka i tłumaczka. Urodziła się na Podkarpaciu. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego (filozofia). Literacko zadebiutowała w wieku 30 lat. Jej pierwsza powieść otrzymała Nagrodę im. Wilhelma Macha. W latach 80. XX w. działała w Komitecie Kultury Niezależnej. Członkini redakcji "Rzeczpospolitej". Tłumaczka literatury francuskiej i amerykańskiej. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wybrane publikacje książkowe: "Najada" (Czytelnik, 1970),"Melodramat" (Czytelnik, 1971),"Madam Frankensztajn" (Wydawnictwo Przedświt, 1984),"Historia choroby, historia żałoby" (Oficyna Wydawnicza Pomost, 1992),"Ocalenie Atlantydy" (Świat Książki, 2012). Dwukrotnie zamężna: 1. Edward Jerzy Stachura (05.04.1962-1972, rozwód); 2. Andrzej Kaczyński (do 11.10.2018, jej śmierć).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Śpiewaj ogrody Paweł Huelle
Śpiewaj ogrody
Paweł Huelle
„Śpiewaj ogrody” Pawła Huellego to wielowątkowa opowieść, w której centrum jest Gdańsk tuż po zakończeniu II wojny światowej. Miasto tonie w powojennym chaosie pod rządami radzieckiej komendantury, a dawni mieszkańcy egzystują obok siebie z nowoprzybyłymi osadnikami, czekającymi na przydział własnego mieszkania. Z ponurej teraźniejszości autor zabiera nas w przeszłość, odkrywaną przez narratora dzięki wspomnieniom Grety. Huelle kreśli portrety ludzi, którzy uciekając przed własnymi traumami, szukają nowego początku daleko od ojczyzny, wierząc, że w nowym miejscu zdołają zostawić przeszłość za sobą. To historia o nieprzewidywalności życia, które rzadko toczy się w oczekiwanym kierunku. Nad wszystkim unosi się zaś mroczny motyw niedokończonego „Szczurołapa” - dzieła, które wypełniło życie Ernesta i ostatecznie stało się symbolem jego tragicznego losu. Paweł Huelle posiada dar pisania o sprawach trudnych w sposób literacko wysmakowany. To powieść o wielu wątkach i dużym rozmachu, w której natchnione, subtelne fragmenty sąsiadują z obrazami przemocy - te kontrasty, choć bolesne, oddają realizm tamtych lat. W końcowych partiach książki z największą siłą wybrzmiewają wyrzuty sumienia jednych i poczucie honoru innych. Cała opowieść znajduje tu swoje wyciszone dopełnienie, w którym wszystkie rozproszone dotąd wątki cichną, tworząc harmonijną całość. To moment, w którym można zatrzymać się nad fundamentami literackiego świata Huellego - nad siłą charakteru i godnością, które niczym stały, czysty ton, pozwalają odnaleźć orientację w zmieniającej się rzeczywistości.
zuszka - awatar zuszka
oceniła na721 dni temu
Ludzka rzecz Paweł Potoroczyn
Ludzka rzecz
Paweł Potoroczyn
Debiut prozatorski Pawła Potorczyna, dyplomaty, dziennikarza i publicysty, „Ludzka rzecz”, powieść wydana w 2013 roku to debiut dość zaskakujący. Niezwykle dojrzały i przemyślany i to zarówno pod względem formy jak i treści. Akcja powieści rozgrywa się w fikcyjnej wsi Piórkowo, w zasadzie w trakcie jednego dnia podczas niemieckiej okupacji, lecz mnogość dygresji powoduje, że autor rozbudowuje ją do niekończącej się wręcz historii, obejmującej okres przedwojenny, okupację niemiecką i okres powojenny. Historia, która opowiada Paweł Potorczyn balansuje na krawędzi obrazy polskich „świętości narodowych” i religijnych, przedstawiając jej ironiczne czy wręcz groteskowe spojrzenie na wojnę i martyrologię, bez zadęcia i hurrapatriotyzmu, co przypomina nieco wojenne dokonania niezapomnianego Szwejka Jarosława Haska i jeśli potrafimy przyznać sami przed sobą, że nie wszystkie postaci z polskiej historii zasługują na spiżowe pomniki otrzymamy obraz polskiego społeczeństwa widziany niczym w krzywym zwierciadle, bo jak pisze autor cyt.: „aby wyrazić siebie, trzeba wiedzieć kto to ….” To wielogłosowa, wielowarstwowa opowieść z licznymi retrospekcjami napisana w oryginalnym, ekspresyjnym stylu, pełnym językowych eksperymentów, w której bohaterowie a w zasadzie cała ich plejada, niezwykłych i jednocześnie zwyczajnych postaci, z krwi i kości, z ludzkimi namiętnościami i pragnieniami opowiadają o swoich losach, przeplatając je filozoficznymi refleksjami na temat życia, śmierci, przemijania, celu i sensu życia tworzy niezwykłą wprost mieszankę. I taka jest właśnie historia, że za wszystkimi ludzkimi działaniami kryją się zwyczajne ludzkie namiętności, historia nie jest czarno – biała a ma wiele odcieni szarości. Zabawna i ironiczna. Znakomita.
Sławek - awatar Sławek
ocenił na810 dni temu
Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu Jacek Dehnel
Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu
Jacek Dehnel
Zabieg to nierzadki, plagiatowany od dawna, kiedy bogatą felietonistykę po selekcji podług ustalonych kryteriów np. tematyki, wydaje się w postaci edycji książkowej, pod wymyślnym tytułem. Robił to Stefan Kisielewski, robi notorycznie z przesadą Rafał Ziemkiewicz, i wielu… wszyscy z pokusą większej popularyzacji pisarstwa. To tak jak celebryta, aktor, podsuwa swój wizerunek pod tandetną reklamę, z przyczyn oczywistych. A jest wielu pisarzy -felietonistów eseistów którzy wystrzegają się tej formy lansu, traktując felietonistykę zgodnie jej definicją i konwencją i umieszczając ja tylko zgodnie z jej przynależnym miejscem. Bo felietonistyka ma swój wymiar czasowy, żyje aktualną reakcją na rzeczywistość, i potem jej przesłanie wygasa, a zadane w niej ostrze tępi się erozją czasu, mody i zmiennych realiów. Tym bardziej, gdy tematyką jest polityka: zmienna, kontrowersyjna, karmiona incydentalnie. Albo wytykane absurdy życia codziennego, które są syndromem stricto danych czasów i obyczaju a dezaktualizują się w miarę szybko, dużo szybciej niż następstwo generacji. W danym przypadku, czy felietonistyka dotycząca pisania, czytania i bibliofilomanii nie podlega podobnej zasadzie - dezaktualizacji. Wydawałoby się, że nie. Jacej Dehnek zabawił się w księgowego, z racji samouznania wiekowego w młodszego, poszperał w swoim splikowanym stosie felietonów pisanych na zlecenie portalu Wirtualnej Polski tudzież Polityki,… ze starannością buchaltera powybierał te wdg subiektywnej samooceny waloru i nośności i powpinał ( kopiuj i wklej ) tematycznie do opatrzonych dość manierycznym tytułem rozdziałów ( ksiąg ) i wyszła książka, hybryda nie podlegająca żadnemu kanonowi. Z minimalizacją wysiłku, z wyświechtanym konceptem, aby dobić swój dorobkowy wolumin. Gdyby nie pióro, które skrzy swoistą satyra, ironią i prześmiewczością, i talent, książkę uznać by można jako z gatunku tych pomijanych, wobec innych o większym kuriozum na rynku literackim. Naszły czasy, literackiego galimatiasu i literackiej bitwy, kiedy walor literacki nie ma siły przebycia pod naporem kiczowatego komercjalizmu literackiego, a quasi - krytyka rozpanoszyła się nad tą rangi profesjonalizmu, i dobrze wirtualnie spozycjonowana przez wydawnictwa ( facebookowe rekomendacje ),zabiega z pazurami o czytelnika-klienta. Nasuwa się konkluzja, czy ten profil edycji niejako nie dezawuuje pisarza, podważa renomę, zarzuca pójście na łatwiznę, bo pisarstwa Dehnela meandruje, unika fabularyzacji z kreacją postaci, co nieraz odsłania autentyczny kunszt pisarstwa. W tych „zaksięgowanych „ felietonach trudno połapać się, kiedy każdy z nich został napisany. Niczym hurmem wrzucony wdg kryterium tematyki, a w przypadku felietonu istotny jest czas publikacji bo jest pisany pod refleksję czytelnika, pod jego interpretację bieżących wydarzeń. W felietonach dostrzega się opcję polityczną autora, podteksty, insynuacje na pewne osoby zaangażowane w politykę, ale chcąc skonkretyzować źródło takiej reakcji, potrzebna jest znowuż data zapisu. Co więcej wizyty autora na międzynarodowych spotkaniach literackich, biennalach, konwentach, festiwalach, stypendiach czy promocjach jego książek wszystko enigmatycznie czasowo. Zaczyna się od definicji terminu - krytyk literacki. I Dehnel sam osobie, jakoby nim nie jest, nie terminuje w tym profilu pisarstwa a ponad wszystko jest czytelnikiem. Trudno zgodzić się z tym samo - osądem, argument brnący w ślepą uliczkę z ukrytą subtelnie hipokryzją, co dalej pokazuj treść zapisu. Wszak ocenia poezje, co więcej w stylu i schematem dawnej Poczty Literackiej, maximum krytykanctwa i negacji minimum aprobaty czy pochlebstwa. Jak sam przyznaje ciężko zdobyć się na aplauz w jego nawyku surowej oceny. A jednakowoż infantylizme literacki, znajduje akceptacje na necie w pewnych sferach odbioru. Nie zmylą go gierki słowne, gierki składniowe, pod publikę internetową, składową której są również subkultury i przeróżnego autoramentu ludzi z wsobnym gustem. Każdy krytyk jest czytelnikiem, z istoty tego zajecia, żeby ocenić trzeba przeczytać wnikliwie. A czy felieton, esej, czy recenzja napisana w aspekcie zapisu wrażenia po przeczytanej książce nie jest „miękką „ krytyką literacką, która Dehnel niby zwodniczo uprawia pełną para i z wzięciem. A czy opowiedzenie się za taką a nie innym dziełem literackim, za takim a nie innym pisarzem, nawet w formie rekomendacji nie jest wyrazem arbitrażu, podlegającego w zakres krytyki.? Czy jego afront wobec mody na „misery books” tak zawłaszczającej, że książki o tym profilu tematycznym- w fabule granych na cierpienie ludzkie ( autor nazywa to „pornografią nieszczęścia ‘’ ) zapełniają szumnie regały biblioteczne. Krytyka z zasady ma coś z sarkazmu, złośliwości (rzadko pochwały ),podparta jadem lub pejoratywnością, czego w dehnelowskim upodobaniu oceny czegokolwiek, nie brakuje. Dziedzinę jakąkolwiek profesjonalnie ocenia ten, która ją uprawia. Trudno odmówić Dehnelowi wyrobionego smaku, wrażliwości na estetykę, sztukę i znawstwa dzieł literackich. Od małego fascynuje go książka a on sam traktuje literaturę i i bibliofilstwo jako pasję życia. Felietonistyka nie jest łatwa w aspekcie wyszukiwania tematów ale w nie w przypadku Jacka Dehnela. Zwykle wydawca sugeruje temat, albo go zamawia pod komentarz społeczny, sprawdzając ciągle angaż czytelnictwa np w necie. Jaki by nie był temat, wyobraźnia pisarska Dehnela upora się z każdym i go rozświetli, i jeszcze w tak finezyjny sposób To magia pisarstwa tego autora, wspartego oczytaniem, erudycją, ogiką i swobodą w doborze metafory, w szastaniu słowotwórstwem aby finalnie sprowadzić rzecz do anegdoty, humoreski i połechtać swoim ciętym językiem. Z błahego tematu, potrafi nie tylko powydobywać kwintesencje, ale spenetrować go na wszystkie możliwe strony, aby wycisnąć z niego resztki merytoryki, to coś niewidoczne, to coś snujące się i nieuchwytne, nie dla każdego zauważalne. Efektem tego zabiegu jest, że to co nikłe, z pozoru lipne urasta do waloru literackiego, jak sam metaforyzuje : jest potrzeba „dooliwienia, doheblowania aby powstała jakość ‘’. Pokazuje jak wielu popada w złe nawyki zaczepiania o tematy nowożytnej historii( np. martyrologia Holocaustu, Powstanie Warszawskie… ),które nie ważne że wzięte i chwytliwe ale rządzą się zasadą nietykalności ( w aspekcie pisania o nich ) dla tych, którzy tego nie doświadczyli lub byli świadkami, bo wychodzą z interpretacją na podstawie drugiego przekazu, co prowadzi do przekłamania historii. I barwią prozę, wiersz na całego i zrozpędu, emocjami, weną, mylną wyobraźnią ( Jerzy Kosiński, Hermann Rosenblat ). „Bo Holocaust to samograj, poruszy twarde serca”. W rozdziale „kopniętej muzy’’ ujmująco profanuje literacki kicz. Bywa, że z ocena jego waloru, książkowym blurb, recenzja są zmistyfikowane. Podaje przykład klanu rodzinnego literackiego ze swoich rodzinnych rewirów: matka , ojciec , syn którzy działają w zwartej produktywnej grupie: jeden pisze, drugi recenzuje ( czytaj :gloryfikuje ),trzeci wydaje. A przy tym rzucane ładnie utkanym werbalizmem hasła niczym aforyzmy, że dziedzictwo to bełkot, dezaktualizacja, czas na novum literackie, niejako w imię sensacji ściągają czytelników. Taki proceder, wywraca rynek literacki do góry nogami. Dehnel z zuchwalstwem i tupetem gani tych z płomienną aspiracją do pisania: ich pozorowany artyzm ( Wiena-Mond- Kozłowska ),albo cel agitacyjny ( Witold Gadowski z neosocjalistyczną propagandą ) nie poparte żadną słuszną krytyką, okazują się tylko groteskową miernotą w swojej wymowie. W rozdziale „Ksiega szpargałów” jest sugestywnie o rzeczach których znaczenie poszło do lamusa, prócz antykwarycznej wartości. A jednakowoż nie do końca wdg autora jest to prawda, ot chociażby zachowane sztambuszki, dawne pamiętniki wpisów, na prowadzenie których była dziewczęca moda ( może gdzieniegdzie jeszcze praktykowana ). I z tych niby trywialnych wpisów, wychodzi dawny obyczaj, maniera, i ten styl pisania zdezaktualizowany grany wtedy na patriotyzm i tożsamość polską. Autora fascynuje każdy dokument minionej epoki : czy to gazety, czasopisma przedwojnia lub świeżo po wojnie, czy nawet retrospekcja o bajkach z personifikacjami zwierząt (przypisem każdemu zwierzęciu cech charakteru człowieka ),czy nawet przedwojenne katalogi sklepowe i o dziwo z rekomendacją zakupu gadżetów erotycznych co w tych czasach wydawałoby się tematem tabu, czy nawet katalogi renomowanych domów wysyłkowych edytowane sto lat wstecz ( np.: katalog firmy Sears-Rembuch ) po których można rozpoznać jak narastały potrzeby w miarę upływu lat, jak zmieniała się moda, preferencje i hierarchia punktów widzenia. Rzec by można, że ten zbiór felietonów to wypisz wymaluj epizodyczny materiał autobiograficzny autora. Poznajemy jego inklinacje do poezji wdg jego uznania mistrzowskiej. Exemplum: Miłosz, który jak zauważył oprócz geniuszu, posiadał jeszcze coś w swoim charakterze:. był propagatorem każdego rodzaju poezji ( nie dość wspomnieć o jego antologii poezji światowej ) w kontekście oceny debiutów poświęcał szczodrze czas każdemu bez wyjątku, który porywał się na poezję. Miłosz nigdy nie był rywalem dla nikogo, aczkolwiek epigonem Iwaszkiewicza, którego de facto przerósł dorobkiem i talentem. Pomijając klasyków z uznaną estymą: Rilke (Austriak ),Brodski (poeta rosyjsko-amerykański),Herbert, Kawafis (Grek ),Osip Mandelsztan (poeta rosyjski, którego tłumaczył ),wystarczy wdg Dehnela wspomnieć XX-stowieczny chociażby panteon polskiej poezji zmuzykowanej i wyśpiewywanej a więc znanej ogółowi : Osiecka spopularyzowana w muzyce pop, Jeremi Przybora w swoich sentymentalnych mówiono-śpiewanych frazach, czy Karczmarski jako bard rewolucyjny ( solidarnościowy ). Dehnel opowiada o swoim czytelnictwie, jego pierwsze oglądanie zbioru obrazków w domowych albumach jakby oswajanie i przymierzanie się do kontaktu z książka, potem wczesna nauka czytania, i stopniowe przeskakiwanie poziomów, do coraz do bardziej wyrafinowanych pozycji , usystematyzowanych na regałach - aż po sufit - w pracowni matki-malarki. Jako dziecko chrome pozbawione tymczasowej mobilności, czytał. Każdemu, jak zapewnia wszak okres choroby z dzieciństwa kojarzy się z książką w tamtych czasach, którą pochłaniało się w łóżku, przy odchorowywaniu. W jego rodzinie pasja czytania przechodziła z pokolenia na pokolenie: dziadkowie, rodzice i on jako ostatnia sukcesja. Obok czytania było zbieranie i gromadzenie książek, tych z których łączyła się osobliwa historia: książka jako prezent, jako spadek po kimś ważnym, to znowuż zakup po wytrwałym szperactwie na dany temat. A także z potrzeby posiadania jako tej spod mistrzowskiego pióra, albo tej ulubionej i wzorcowej w przesłaniu w pewnym etapie życia, bo wystawiona książka na regale zdradza osobowość jest „ jej rebusem i aluzją”. Wspomina nauczycielki -polonistki na przestrzeni lat szkolnych, szczególnie tej jednej , która podsycała miłość do literatury i sztuki ( aczkolwiek to z rodziny wyszły pierwsze zaszczepy i motywacje i nawyki ),poprzez zachęty, wypady do muzeów, na wernisaże.. Ale były i takie, które prezentowały bylejakość nauczania, zbyt rygorystyczny i formalistyczny według programu. Gdańsk miasto Grassa, Huella, Chwina jest miastem jego dzieciństwa i wczesnej młodości, i jakby dobijał do szeregu jego literackich luminarzy. Raz zaglądnąwszy do mieszkania babci i zastawszy je w jakimś chaosie, poustawiał na powrót wszystko tak jak byo dawniej za czasów jego dzieciństwa w imie dochowania reliktu pamięci, aby chociaż przez chwile wrócił sentyment i niezwykłość tamtych lat. Warszawska kawalerka 22 metrów kwadratowych, była miejscem bibliofilskich dylematów: każdy zakup książki, wiązał się z pożegnaniem tej wysiedzianej na półce. Podczas licznych przeprowadzek , jego pedantyzm pakowania wynikał z respektu do książki, o którą zabiegał aby nie była niszczona podczas każdej zawieruchy. Dla pisarza, który uznaje pisarstwo za uprawiany zawód, materiałem, który „przerabia” jest język. Dehnel przyznaje ile trzeba czujności, reaktywności aby sprostać mutacji ( nie tej fizjologicznej ) języka idącym z naturalnej zmienności kultury, postępującej cyfryzacji, rozpychającej się łokciami inteligencji sztucznej. Ale jako tłumacz wie najlepiej, że każdy język ojczysty zachowuje swój rodowód, ma duszę, ciągnie za sobą balast mody, lokalnego obyczaju, swoistej rdzennie kultury (obcej dla tłumacza ). Nie można dokonać wiernej transformacji jeden w drugi- ojczysty w obcy- wychodzą przekłamania, samoistne dezintensyfikacje jego aury i nośności, a rolą tłumacza jest odnaleźć balans : miedzy minimum zdzierania swoistości języka tłumaczonego a maksimum w wykreowaniu obrazów czytelnych i swoistych na język tłumaczony. Podaje recepturalnie pewne zasady pisania. W poezji bardziej niebezpieczna nie jest nawet arogancja słowa ( bluzgi, nietakty, wulgaryzmy…) ale wytarte, zużyte poetycko „despekty” słowne, np.: miłość, noc, samotność, dusza, Bóg, serce, kwiat … Regułą jest że wielkie słowa rezonują przy otoczeniu małych, efekty językowe wymagają przerywników, wyrzut wytrawnego słowa, neologizm nabiera wydźwięku przy tonacji stylistycznej zrównoważonej stabilnej, bo w literaturze ekscytuje to co robi wrażenie : słowo, fraza, koncept, fabuła. Jako przykład podaje powieść „Pnin” Nabokowa, w której jedno zdarzenie w życiu profesora pełne groteskowej niefrasobliwości smutku, że coś się udało i radość idąca z tego faktu – ocalenie wazy- triumfuje wobec całościowego jego nieudacznictwa życiowego. Dehnel wychodzi z przestrogą, że wygasa poprawność pisania, Internet stawia wymogi: zwięźle, lapidarnie, krzykliwie dla atencji. Recenzje sprowadzają się do konkluzji bez uzasadnienia : że czyta się łatwo albo nudno, z pseudoautorytatywnym orzeczeniem czy warto przeczytać, czy nie.. Pojawił się nowy wariant recepcji: siecioholizm, facebookolizm. Wiara w słowo pisane to „obumierający kult dawnego Bożka”. Literatura jest postrzegana jako „zafiksowane hobby” zestawiane z manieryczna pasją. Ale jakże inne jest jego credo i lojalność wobec książki. Książka służy „do pracy na samym sobą”, język jest nieograniczonym kreatorem myśli, poglądów…a literatura i tak zapuszcza się dalej w niezbadane rewiry. I nic nie zastąpi radości z przewracania stron.
benek - awatar benek
ocenił na711 dni temu
Żona tygrysa Téa Obreht
Żona tygrysa
Téa Obreht
Są powieści, które zawierają w sobie wszystko, czego możemy oczekiwać od dobrej literatury, czyli fascynującą i pięknie opowiedzianą historię, dużą porcję wiedzy o świecie przedstawionym, wnikliwie sporządzone portrety psychologiczne bohaterów oraz uniwersalizację opisanych wydarzeń. Dzięki temu zabiegowi czytelnik odnosi wrażenie, że autor, opowiadając o konkretnych sytuacjach i ludziach w nich uczestniczących, mówi jednocześnie o prawach rządzących życiem każdego z nas niezależnie od czasów czy miejsca. Bowiem albo to historia jest kiepską nauczycielką życia, albo ma uczniów wyjątkowo niepojętnych skoro wciąż od nowa powtarzają się okoliczności wywołujące straszliwe skutki. Powieść Tei Obreht „Żona Tygrysa” spełnia wszystkie wymienione powyżej kryteria. Nic więc dziwnego, że jej autorkę, wówczas 25-letnią dziewczynę, okrzyknięto objawieniem literackim i porównano do Singera i Marqueza. Ponadto została najmłodszą laureatką nagrody Orange Prize for Fiction (jedna z ważniejszych nagród literackich w USA). W powieści Obreht realizm przepleciony jest magią, dzięki której nie tylko można lepiej objaśnić powody ludzkich zachowań, względem zjawisk nieznanych, których nie umiemy objąć rozumem. Autorka pokazuje jak działa autorytaryzm i nawyk oceniania innych (zwłaszcza obcych kulturowo),a także, jakie straszliwe niebezpieczeństwa niesie ze sobą nieracjonalny sposób myślenia, wynikający z braku odpowiedniej edukacji i światłości umysłowej. Najgorszy jednak wydaje się być fakt, że owym automatyzmom bardzo łatwo ulec. Akcja powieści rozgrywa się podczas wojny na Bałkanach w latach 90. XX wieku i bezpośrednio po jej zakończeniu. Narratorka to młoda lekarka, pochodząca z wielokulturowej rodziny, która właśnie straciła ukochanego dziadka. Próbuje ona odtworzyć historię jego życia i dowiedzieć się, jakie doświadczenia z dzieciństwa miały największe znaczenie w kształtowaniu jego osobowości. Zatem opowieść toczy się paralelnie. Jeden tor stanowią wydarzenia współczesne, drugi – odległa przeszłość, której dziadek nigdy nie chciał wspominać. Jednakże z tej dalekiej i odciętej od świata wiosce, której mieszkańcy żyją tak, jakby cywilizacja jeszcze nie istniała, znajdujemy wyjaśnienie nie tylko tytułu powieści, ale także odwiecznych przyczyn wszystkich wojen. Na ich czele stoją ciemnota wynikająca z braku edukacji oraz mityczny sposób pojmowania rzeczywistości – tyleż piękny, wręcz uwodzicielski, co niebezpieczny, gdyż pozbawiony racjonalnej analizy. Tea Obreht w swoim przepięknym utworze pokazuje wartości i zagrożenia wynikające z życia w wielokulturowym społeczeństwie. Mówi jasno, że owe wartości są cenne i niosą prawdziwie twórczy potencjał, ale niestety ich materia jest bardzo krucha. Wystarczy bowiem uruchomić czynnik polityczno – propagandowy, aby to, co miało scalać i tworzyć dobro, ukazało swoją najgorszą odsłonę i niszczycielską potęgę. Mimo iż powieść bardzo młodej wówczas autorki nie napawa optymizmem, to jednak nie pozbawia nas wiary w dobro i piękno świata. Wręcz przeciwnie, z tej na poły realistycznej, na poły baśniowej historii, wypływa głęboko egzystencjalne przesłanie, że w największej mierze to my sami odpowiadamy za własne myśli i sposób postępowania. I od osobistej decyzji każdego z nas zależy, czy ten świat będzie odrobinę lepszy. Trochę tak jak w niezapomnianej piosence „Róbmy swoje, może to coś da, kto wie?”. Tego nauczył narratorkę Dziadek (przez duże D). I z pewnością są to kwestie warte głębokiej refleksji… Więcej recenzji ciekawych książek znajdziecie na moim blogu https://przewlekly-pedagog.pl/ Serdecznie zapraszam :)
Przewlekly_pedagog - awatar Przewlekly_pedagog
ocenił na101 rok temu

Cytaty z książki Ocalenie Atlantydy

Więcej
Zyta Oryszyn Ocalenie Atlantydy Zobacz więcej
Zyta Oryszyn Ocalenie Atlantydy Zobacz więcej
Zyta Oryszyn Ocalenie Atlantydy Zobacz więcej
Więcej