Najada

Okładka książki Najada autora Zyta Oryszyn, 9788395958106
Okładka książki Najada
Zyta Oryszyn Wydawnictwo: Wydawnictwo Drzazgi literatura piękna
180 str. 3 godz. 0 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2021-02-22
Data 1. wyd. pol.:
1970-01-01
Liczba stron:
180
Czas czytania
3 godz. 0 min.
Język:
polski
ISBN:
9788395958106
Średnia ocen

7,4 7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Najada w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Najada



książek na półce przeczytane 3007 napisanych opinii 1262

Oceny książki Najada

Średnia ocen
7,4 / 10
198 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Najada

avatar
1104
475

Na półkach:

Jestem podogromnym wrażeniem tej historii. Autorka przepięknie maluje swoim słowem ludzi, przyrodę, czasy. Nie jest to jednak opowieść łatwa, daje do myślenia, skłania do refleksji. Polecam.

Jestem podogromnym wrażeniem tej historii. Autorka przepięknie maluje swoim słowem ludzi, przyrodę, czasy. Nie jest to jednak opowieść łatwa, daje do myślenia, skłania do refleksji. Polecam.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
87
74

Na półkach:

Pozytywne zaskoczenie. Podobała mi się ta niepozorna książeczka, a tak tętniąca emocjami, zapachami, życiem. Warto było. Ale to zakończenie... nie!

Pozytywne zaskoczenie. Podobała mi się ta niepozorna książeczka, a tak tętniąca emocjami, zapachami, życiem. Warto było. Ale to zakończenie... nie!

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
491
336

Na półkach: ,

Cóż, nie porwała mnie ta książka. Możliwe, że nie był to odpowiedni wybór lektury do czytania w drodze do pracy. Możliwe, że straciłam przez to jakieś magiczne konteksty i nie dotknął mnie czar tego pisarstwa...

Cóż, nie porwała mnie ta książka. Możliwe, że nie był to odpowiedni wybór lektury do czytania w drodze do pracy. Możliwe, że straciłam przez to jakieś magiczne konteksty i nie dotknął mnie czar tego pisarstwa...

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

711 użytkowników ma tytuł Najada na półkach głównych
  • 468
  • 234
  • 9
98 użytkowników ma tytuł Najada na półkach dodatkowych
  • 47
  • 18
  • 8
  • 8
  • 6
  • 6
  • 5

Inne książki autora

Zyta Oryszyn
Zyta Oryszyn
Zyta Oryszyn (ur. jako Zyta Anna Bartkowska) - polska pisarka, dziennikarka i tłumaczka. Urodziła się na Podkarpaciu. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego (filozofia). Literacko zadebiutowała w wieku 30 lat. Jej pierwsza powieść otrzymała Nagrodę im. Wilhelma Macha. W latach 80. XX w. działała w Komitecie Kultury Niezależnej. Członkini redakcji "Rzeczpospolitej". Tłumaczka literatury francuskiej i amerykańskiej. Odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wybrane publikacje książkowe: "Najada" (Czytelnik, 1970),"Melodramat" (Czytelnik, 1971),"Madam Frankensztajn" (Wydawnictwo Przedświt, 1984),"Historia choroby, historia żałoby" (Oficyna Wydawnicza Pomost, 1992),"Ocalenie Atlantydy" (Świat Książki, 2012). Dwukrotnie zamężna: 1. Edward Jerzy Stachura (05.04.1962-1972, rozwód); 2. Andrzej Kaczyński (do 11.10.2018, jej śmierć).
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Przywiązania Vivian Gornick
Przywiązania
Vivian Gornick
Zaskakująco osobista książka, choć bynajmniej nie ekshibicjonistyczna, poświęcona głównie niełatwym relacjom z matką. No i z mężczyznami - w takiej kolejności, nie tylko chronologicznej… Zapewne będę w mniejszości, gdy napiszę, że mimo całej błyskotliwej narracji, mojej ulubionej przewrotnej ironii pełnej, bardziej jednak do mnie trafiła poprzednia rzecz Gornick, czyli “Kobieta osobna i miasto” - i to nie tylko dlatego że tam było więcej Nowego Jorku. Tu największą wartością są gorzkie-słodkie dyskusje narratorki z matką (niestety, dość toksyczną osobą),które niekiedy przekształcają się w całkiem niezłe awantury i wzajemne obrażania się. To bardzo dynamiczna relacja. “Nieraz przez kilka lat panuje między nami coś w rodzaju zmęczonego odprężenia. Potem wraca gniew jasny i gorący”. Inna rzecz, że obie strony mają nieco racji w tej odwiecznej sztafecie pokoleń kobiecych. “– Dlaczego nie znajdziesz sobie sympatycznego mężczyzny, z którym byłabyś szczęśliwa? - pyta mnie mama. – Prostego i dobrego, nie intelektualistę ani filozofa”. Matka to dla niej “wytrawny miejski piechur, (ale i łowczyni miejsc siedzących w metrze)”. Dla mnie nad wszystkim dominuje tu jednak pięknie plastyczny obraz żydowskiego życia w Bronxie sprzed kilkudziesięciu lat, z niezwykłymi typami ludzkimi, ekscentrykami, dziwakami, przemocowcami. Tę część uważam za najlepszą, ukazującą niełatwe bogactwo ówczesnej mieszanki rasowo-narodowościowo -kulturowej. “Bronx był mozaiką etnicznych księstewek najechanych przez obcy element: pięć kwartałów, gdzie dominowali a to Włosi, a to Irlandczycy, a to Żydzi, ale każdy rewir żydowski miał swoją mniejszość irlandzką, a włoski żydowską”. “W naszej kamienicy mieszkali sami Żydzi, nie licząc irlandzkiej rodziny na parterze, rosyjskiej na drugim piętrze i polskiego dozorcy. Rosjanie byli wysocy i milkliwi, wchodzili i wychodzili w aurze tajemnicy. Wszyscy Irlandczycy byli chudzi, mieli jasne włosy niebieskie oczy, wąskie usta i zamknięte twarze. Oni też przemykali wśród nas jak cienie. Podobnie dozorca i jego żona trzymali się na uboczu. Nigdy do nikogo nie odzywali się pierwsi. Oto główny, jak mi się zdaje, efekt bycia w mniejszości: człowiek cichnie”. A to jeszcze te czasy, i środowiska, gdy kobieta jest funkcją swojego mężczyzny i głównie pod tym kątem oceniana. “Matka jest prawdziwym więźniem swojego środowiska, swoich czasów, które zakazywały kobietom samorealizacji”. Córka jest już zupełnie innego pokolenia, dla którego najważniejsza jest samorealizacja. I to zarzewie nieusuwalnego konfliktu towarzyszy nam w zasadzie przez wszystkie lata, które razem z nimi przeżywamy. “Nie mam dobrej relacji z mamą, a niekiedy, w miarę jak powiększa się nasz życiowy bagaż, zdaje się ona jeszcze pogarszać. Tkwimy uwięzione w ciasnym tunelu bliskiej, intensywnej znajomości”. Fascynujący jest portret sąsiadki Nettie, która sama kształtuje swoje życie, co u kołtuńskich mieszkańców kamienicy wywołuje przewidywalne reakcje. “Jej krok był niespieszny i rozmyślny. Ruszała raz jednym, raz drugim udem, kołysząc biodrami. Dla każdego było jasne, że ta kobieta donikąd nie idzie, że chodzi dla chodzenia, by poczuć efekt, jaki wywiera na przechodniach. Jej chód stale przypominał o ciele ukrytym pod ubraniem. Mówił: +To ciało ma moc budzenia apetytów+. Nie było drugiej takiej jak ona”. “Zarówno mężczyźni, jak i kobiety patrzyli na nią chciwie. To było straszne. Emocje, jakie wzbudzała, stanowiły raczej karę niż nagrodę. Przerażało mnie to, jak ludzie na nią patrzą – mężczyźni okrutnie, kobiety gniewnie. Wydawało mi się, że grozi jej niebezpieczeństwo”. “Ona sama, rzecz jasna, nie znała strachu. Erotyczna perfidia tkwiła w niej głęboko nierozerwalnie. (..) Budzenie pożądania było jedynym znanym jej sposobem na poprawę własnego samopoczucia. Wiedziała, że kiedy kołysze biodrami, unosi leniwie powieki albo przeciąga zmysłowo dłonią po rudych włosach, w męskich lędźwiach budzi się nadzieja. Wiedziała tylko tyle i aż tyle”. Po latach Nettie pada ofiarą raka… – Ona gniła od środka – oznajmiła mama. – Przeżarło ją. Ci mężczyźni ją przeżarli. – Mamo, na litość boską! Naprawdę w to wierzysz? Uważasz że, można dostać raka od seksu? – A n a c o u m a r ł a, j a k n i e n a r a k a?”. Albo taka piękna rozmowa matki z córką: “– Co robią homoseksualiści? – To samo co ty, mamo. – To znaczy? – Bzykają się tak jak ty. – Ale jak oni to robią? Gdzie? – W tyłek. – To musi boleć. – Czasami tak. Zazwyczaj nie. – Czy oni się żenią? – pyta ze śmiechem. – Niektórzy. Większość nie. – Czy są samotni? – Tak samo jak my mamo”. “Pamiętasz Druckerową? Mówiła że gdyby nie papieros w trakcie stosunku z mężem, wyskoczyłaby z okna. A Zimmermanową, tą po drugiej stronie? Wydali ją za mąż, jak miała 16 lat, szczerze faceta nie znosiła(...) Mężczyźni z Europy. To były zwierzęta. Po prostu zwierzęta”. “Przez 25 lat nie mogłam się pozbyć wrażenia, że mama nic nie robi, tylko leży w półmroku na kanapie, trzyma rękę na czole i mamrocze: +Nie wytrzymam+. Co zresztą okazało się nieprawdą”. “Miało się wrażenie, że pracuje wyłącznie po to, by móc się pod wieczór oddać rozpaczy, wiernie jej oczekującej na końcu obowiązkowej przeprawy przez trudy dnia codziennego. W weekendy, rzecz jasna, depresja trwała nieprzerwanie”. Wiele zmienia nagła śmierć ojca Autorki. “Wdowieństwo otworzyło mamie drogę do wyższej formy istnienia.(...) Opłakiwanie taty stało się jej zawodem, jej tożsamością, jej maską społeczną”. “To mama była centralną postacią tego dramatu, reszta kręciła się na obrzeżach. Można powiedzieć że jej spektakularna strata pochłonęła nas wszystkich; z pełnoprawnych żałobników zmieniliśmy się w świadków cudzej żałoby (...) Śmierć taty stała się religią, źródłem obrządku i doktryny. Figura kobiety, która utraciła miłość swojego życia, stała się dla mamy nową ortodoksją, której przestrzegała z talmudyczną dokładnością”. BTW: Tym bardziej było to nienormalne, że po śmierci ojca musiała spać z matką przez rok w jednym łóżku…. “Wołała wtedy moje imię i krzyczała: +Sierota! Mój Boże, jesteś sierotą!+ Nikt nie miał odwagi jej przypomnieć że według tradycji żydowskiej sierotą zostawało się po śmierci matki; dziecko bez ojca było tylko półsierotą”. Niestety, matka miała poważne kompleksy wobec wykształconej córki. “Ilekroć zaczynałam zdanie, którego nie dało się skończyć bez trzykrotnego złożenia, w jej oczach pojawiały się iskry zwierzęcej chytrości. Te iskry wzniecały w niej gniew, który rozpalał się w szał.(..) +Mów do mnie po ludzku!+”. “Zawsze po cichu liczyła, że tym razem będzie inaczej że wreszcie usłyszy ode mnie historię przypominającą jej własną, taką, które ją pokrzepi, a nie wprawi w zdumienie i zakłopotanie”. Pokornie upraszam o wybaczenie, ale część o nieudanym małżeństwie Autorki to chyba najnudniejszy fragment książki. “Teoretycznie zgadzaliśmy się co do wszystkiego, lecz w codziennym życiu jakoś nigdy się nie zdarzało, abyśmy równocześnie pragnęli tej samej rzeczy”. Reszta narracji to opisywanie, czy raczej: analizowanie, relacji z kolejnymi facetami, co także nie wydało mi się porywające. Wyciszający koniec nieco elegijny, gdy “Mama nie wygląda ani młodo, ani staro; wydaje się co najwyżej pochłonięta grozą widoku. (...) - Całe życie przeleciało – mówi cicho. Mój ból jest tak wielki, że nie mam odwagi go poczuć.(...) Potem siedzimy w milczeniu, dwie kobiety niezaplątane w supeł rozmowy, lecz jedynie patrzące w półmrok bezpowrotnie mi utraconego życia”. “Bez końca włóczymy się razem po ulicach Nowego Jorku. (...) Nie przepadamy za sobą podczas tych spacerów, czasem się na siebie gniewamy, ale nasze włóczęgostwo trwa w najlepsze. (...) Nie znosi jedynie teraźniejszości; gdy tylko teraźniejsze staje się przeszłością, mama z miejsca się w niej zakochuje. Opowieść za każdym razem jest taka sama i jednocześnie inna, bo jestem coraz starsza i zawsze przychodzi mi do głowy pytanie, którego nigdy wcześniej nie zadałam”. “Nie zależy nam już tak bardzo jak dawniej na sprawiedliwości. Nasza animozja stała się mniej zajadła”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na71 miesiąc temu
Drżę o ciebie matadorze Pedro Lemebel
Drżę o ciebie matadorze
Pedro Lemebel
Urocza, choć przecież opowiadająca o krwawym reżimie Pinocheta, jest powieść Pedra Lamebela "Drżę o ciebie matadorze". Jest rok 1986. Ciotuchna z Naprzeciwka żyje w Santiago, stolicy Chile w swoim małym świecie. Ma niewielki, sypiący się domek, wynajmowany, ale samodzielne urządzony i ozdobiony. Ma grupę zaprzyjaźnionych ciotek. I ulubioną piosenkę - tytułowe "Drżę o ciebie matadorze". Utrzymuje się z robótek ręcznych, które wykonuje dla wysoko postawionych osób. Nie interesuje się polityką, ale odrobinę niepokoju wprowadzają w jej życie opozycyjne Radio Cooperativa oraz uliczne protesty. Pewnego dnia pojawia się w jej życiu Carlos (choć może wcale nie ma tak na imię). Twierdzi, że jest studentem i prosi o przechowanie kilku dużych skrzynek z "książkami". Zauroczona nim Ciotuchna zgadza się, a potem pozwala też spotykać się na stryszku swego domu grupie kolegów Carlosa, którzy "nie mają się gdzie uczyć". W ten sposób zostaje wplątana w działania Frontu Patriotycznego Manuela Rodrígueza. Tyle wprowadzenia, nie będę więcej zdradzał. Dodam jeszcze tylko, że opowieść o Ciotuchnie i Carlosie przeplata się z historią dyktatora i jego żony, na których wspomniana organizacja przygotowuje zamach. Pomimo politycznego tła, "Drżę o ciebie matadorze" to przede wszystkim subtelna historia miłosna. Opisana z dystansem, poczuciem humoru i wdziękiem. Świadomie też kiczowata, jak kiczowaty jest świat Ciotuchny. I nawet jej język jest ciut delikatniejszy od tego, jakim posługują się bohaterowie/bohaterki książek Michała Witkowskiego. Zapraszam na profil Sczytalim na Instagramie!
Ryszard Kozik - awatar Ryszard Kozik
ocenił na86 miesięcy temu
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag Sigrid Nunez
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag
Sigrid Nunez
“W 1982 roku, po spotkaniu w manhattańskim ratuszu poświęconym wsparciu dla polskiego związku zawodowego +Solidarność+, podczas którego Susan nazwała komunizm odmianą faszyzmu, zaskoczyła ją gwałtowność, z jaką została zaatakowana” - ten cytat najlepiej charakteryzuje bezkompromisowość Susan Sontag, nieortodoksyjnej feministki, pisarki, eseistki, aktywistki. To moja druga książka Autorki po “Przyjacielu” i muszę przyznać, że tamta była jednak bardziej interesująca i mocniej do mnie trafiła. Sam jestem nieco zaskoczony taką konkluzją, ale tak to odebrałem. Dodatkowo mam wrażenie, że zaglądamy tu głęboko w prywatność Susan. Wprawdzie nie ma tu jakichś jaskrawych naruszeń w tym względzie, niemniej jednak czasami czułem się trochę jak nie mimowolny podglądacz. Rozumiem, że takie nastały czasy, iż mówi się (trzeba powiedzieć?) niemal wszystko, ale jednak mam wątpliwości. A portret Sontag co najmniej uproszczony, by nie powiedzieć pobieżny. Cóż, może oczekiwałem po prostu, a może właśnie nie po prostu, czegoś więcej o niej samej, niż opinie, które mogą świadczyć, że Autorce zależało głównie na pokazaniu tzw. zwykłego dnia z niełatwym geniuszem spędzanym (z ekspozycją samej siebie w tle). A chodzi o codzienność z matką jej chłopaka, bo cała trójka razem mieszkała przez jakiś czas w nowojorskim penthousie Sontag. Na szczęście zerwanie z jej synem i z nią samą opisane dosyć powściągliwie (dziś pewnie nie wypadałoby przemilczeć mocnych szczegółów). “– David mówi, że chcesz się wyprowadzić, i to z mojego powodu. (...) Nie przemyślałaś tego porządnie. Nie można nagle z pary mieszkającej razem stać się parą mieszkającą osobno. “I tak byśmy zerwali. Ale na pewno zostalibyśmy z sobą dłużej. Ale ostatecznie i tak by nam nie wyszło. Susan mogłaby mieszkać na Księżycu, a mnie i Davidowi by się nie układało”. Na szczęście jest nieco cytatów do przytoczenia. “Wspominała swoje dzieciństwo jako czas absolutnej nudy i dodawała, że nie mogła się doczekać się jego końca”. “Jej matka stała się postacią wręcz legendarną: zimną, samolubną, narcystyczną, okrutną kobietą, która nigdy nie okazywała czułości, nigdy nie wspierała utalentowanej córki i chyba w ogóle nie zauważyła, że ma tak zdolne dziecko”. “Była feministką, ale często krytycznie podchodziła do innych feministek, tak również traktowała większość feministycznej retoryki, uważając ją za naiwną, sentymentalną i antyintelektualną”. “Z irytacją stwierdzała, że towarzystwo nawet bardzo inteligentnych kobiet nie jest zwykle równie interesujące, jak towarzystwo inteligentnych mężczyzn”. “Potrafiła być wroga wobec tych, którzy narzekali, że kobiety są niedoreprezentowane w świecie sztuki czy wyganiane z kanonu, niedelikatnie przypominając wówczas, że kanon (podobnie jak sztuka, geniusz, talent czy literatura) nie jest pracodawcą zachowującym parytety”. “Ekscytowała ją za to twórczość Europejczyków, takich jak Italo Calvino, Bohumil Hrabal, Peter Handke czy Stanisław Lem”. “Nie wolno traktować samego siebie zbyt poważnie, bez względu na to, kim jesteś, w tych, który tak robią, jest coś komicznego a nawet żenującego.(...) Ale traktowała siebie bardzo poważnie”. “Jedna książka dziennie to wcale nie za wysokie wymagania”. “Bardzo niechętnie przechodziła od płyt winylowych do kompaktowych. Była sceptyczna wobec nowoczesnych gadżetów i urządzeń elektronicznych. Odczuwała dumę, że nie testuje nowych technologii”. “Twierdziła, że pisarza nie powinny obchodzić recenzje – ani pozytywne, ani negatywne”. “Jej zdaniem, sen, podobnie jak dzieciństwo, to strata czasu”. “Często narzekała też na pary: bez względu na to, jak interesujące były dwie osoby oddzielnie, to gdy spotykało się je wspólnie, zawsze okazywały się nudne”. “Jeśli rozpłaczesz się raz, ludzie będą ci współczuć. Ale jeśli będziesz płakać codziennie, ludzie uznają cię za histeryczkę”. “Często wspominała, jak bardzo uwielbia przepraszać. – Zawsze później czuję się wspaniale. Ale nigdy nie słyszałam, by przepraszała albo wyrażała żal z powodu swoich wybuchów złości”. “Ludzi należało karcić. Ale ona karciła ich w niemiły sposób i również w obecności innych. Była masochistką i sadystką. Jej zachowanie w restauracjach uważałam za bardzo lekkomyślne. Nie słyszała nigdy o zemście kelnera?”. “Chyba myślała, że ma prawo ganić ludzi. Mężczyzna, który zachowywałby się tak jak Susan, nauczyłby się już dawno temu, zapewne z pomocą pięści innego mężczyzny, co nieco na temat szacunku dla ludzi”. “Nazywała siebie melancholiczką, ale to zbyt blade i mizerne słowo, by opisać, co jej doskwierało”. “Susan była koszmarną malkontentką”. “Była rozgoryczona. Była pełna gniewu. Była wściekła na świat. Była Joem Louisem, który chciał zrobić komuś krzywdę. (...) “Była gotowa zrobić cokolwiek. Chciała robić wszystko”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na62 miesiące temu
Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna Filip Zawada
Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna
Filip Zawada
Powieść Filipa Zawady to literackie wyzwanie, które wymyka się tradycyjnym ramom fabularnym, serwując nam historię poszarpaną, trudną i gęstą od emocji. „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna” nie oferuje klasycznego początku, środka i końca, lecz jest raczej wiwisekcją toksycznej relacji i wielopokoleniowego traumatyzmu. Fabuła: W kleszczach dziadka i wnuka Głównym bohaterem i narratorem jest Szczepan – mężczyzna, który tkwi w destrukcyjnym klinczu ze swoim dziadkiem. Relacja ta przypomina psychologiczną walkę bokserską, w której ciosy padają niemal w każdym zdaniu. Dziadek to postać despotyczna, wręcz potworna, która swoją obecnością zatruwa powietrze w całym domu. Z kolei Szczepan, choć pozornie jest ofiarą, staje się lustrzanym odbiciem swojego oprawcy. Fabuła koncentruje się na codziennym trwaniu, na drobnych złośliwościach i wielkich upokorzeniach. Przez życie bohatera przewijają się kobiety – każda kolejna próba zbudowania normalnej relacji kończy się jednak fiaskiem, bo Szczepan nie potrafi kochać nikogo, skoro nie potrafi znieść samego siebie. To opowieść o tym, jak nienawiść do przodka staje się paliwem napędowym egzystencji i jak trudno jest wyrwać się z kręgu przemocy, która wrosła w DNA rodziny. Recenzja: Brutalny taniec słów Filip Zawada stworzył książkę, która jest jak uderzenie w splot słoneczny. Nie jest to lektura przyjemna – autor celowo wprowadza czytelnika w stan dyskomfortu. Język powieści jest surowy, pełen dosadności, a momentami wręcz turpistyczny. Krótkie, urywane zdania budują duszny, klaustrofobiczny klimat, w którym brakuje tlenu i wspomnianej w tytule „wiosny”. Największą siłą (a dla niektórych słabością) tej prozy jest jej bezkompromisowość. Zawada nie bierze jeńców; obnaża męskie słabości, kompleksy i prymitywne instynkty. Narracja Szczepana jest przepełniona autoironią, ale jest to humor czarny, gorzki i ostatecznie smutny. To portret człowieka, który został „przemielony” przez wychowanie i historię, a teraz sam nie potrafi zaoferować światu nic poza cynizmem. Mimo tego mroku, powieść fascynuje warsztatem. Zawada potrafi w jednym akapicie przejść od fizjologicznego obrzydzenia do niemal metafizycznej refleksji nad losem. Czytelnik ma wrażenie, że uczestniczy w sesji terapeutycznej, która wymknęła się spod kontroli. Podsumowanie „Zbyt wiele zim minęło, żeby była wiosna” to literatura dla odważnych. To książka o niemożności wybaczenia i o ciężarze dziedzictwa, którego nie da się po prostu odrzucić. Jeśli szukasz pocieszenia, omijaj ten tytuł szerokim łukiem. Jeśli jednak chcesz zobaczyć, jak wygląda literacka autopsja męskiej psychiki, Zawada dostarczy Ci wrażeń, których długo nie zapomnisz.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na72 miesiące temu
Człowiek, który znał mowę węży Andrus Kivirähk
Człowiek, który znał mowę węży
Andrus Kivirähk
Moje zetknięcie z tym tytułem było pierwszym zetknięciem z literaturą estońską, które na dodatek okazało się dobrą jej reprezentacją. Jest to niesamowita opowieść o przemijaniu i walce nowego ze starym, słodko gorzka (może nawet z naciskiem na gorzka),ale naprawdę wyjątkowa i poruszająca, która już od pierwszych kartek po prostu mnie oczarowała. Bo w końcu jak lepiej można zacząć opisywanie świata niż oczami dziecka? Dziecka, które jeszcze dopiero go odkrywa, jest wszystkiego ciekawe, woli widzieć wszystko w jasnych barwach? Jest to bardzo dobry sposób, szczególnie jeśli chcesz później to dziecięce wyobrażenie zdeptać i pokazać jakim świat jest naprawdę. Autor wykazał się nie lada kunsztem planując całą linię fabularną. Wszystko jest tutaj przemyślane, kontrasty przyjemnie podkreślają to co powinny podkreślić, a przemiana która zachodzi w bohaterze pokazuje brutalność świata, który dla osób nie tępiących wszystkiego co inne jest wyjątkowo szorstki. Nie da się przechodzić przez tą książkę i nie być targanym przez emocje takie jak bezsilność, frustracja, poczucie niesprawiedliwości. Nie da się tego zrobić, bo towarzyszy się w nich również głównemu bohaterowi - człowiekowi, który przeciwstawia się otaczającego go głupocie, przemocy, który jest inny do tego stopnia, że nie pasuje do żadnego świata i z tą innością musi sobie poradzić. Znaleźć cel swojego życia, które jest wyrwane z kontekstu. Książka pokazuje również ważność powrotu do korzeni, przekazywanych pokoleniami mądrości i głupotę wchodzenia w role, które nie są zgodne z naszym ja. Udawania kogoś kim się nie jest związane z przemijającymi trendami. Jak łatwo zgubić w tym coś naprawdę ważnego. Jeden z ważnych przekazów to również to że głupocie przetrwać jest bardzo prosto. To zazwyczaj ona pozostaje na polu bitwy kiedy wszystko inne jest już w zgliszczach. Jednak książka ta jest manifestem walki z nią do końca. Jest manifestem gnicia z dumą. Z wiedzą że to kim jestem jest czymś z czego warto być dumnym. Nawet jeśli jestem ostatni i kiedyś to przeminie
Aleksander Wójcik - awatar Aleksander Wójcik
ocenił na93 miesiące temu
Bratnia dusza David Diop
Bratnia dusza
David Diop
Zastanawiam się czy to nie masochizm? W krótkim czasie czytałam trzy książki o wojnie, każda o innej, każda straszna. A ta jest chyba najbardziej makabryczna. Tak to muszę nazwać. Skusiła mnie nagroda Bookera i niewielka objętość. W trakcie czytania zastanawiałam się, czy w ogóle powinno się pisać takie książki? Pierwszy rozdział już daje po głowie, tym bardziej, że Senegalczyk, Alfa Ndiaje – żołnierz francuski wielokrotnie wraca do swojej traumy związanej z umieraniem przyjaciela, bratniej duszy, Mademby Diopa. Potem jest jeszcze gorzej, bohater zachowuje się jakby oszalał. Staje się bezwzględnym mścicielem, okrutnym zabójcą wrogów, którego boją się jego towarzysze broni. „Żołnierze czekolady zaczęli szeptać, że jestem żołnierzem czarownikiem, dëmmem, pożeraczem dusz, a białasy w mundurach zaczęły im wierzyć” – s. 64. Brutalne obrazy z czasów I wojny światowej, z okopów zwanych tu „brzuchem ziemi” oraz terenów ziemi niczyjej nie mieszczą się w głowie. Żołnierze francuscy to mieszanka białych i czarnych z Afryki Zachodniej – „białasy i czarnuchy, jak mówi kapitan”. Giną jak zwierzęta wysyłane na rzeź, a sposoby dyscyplinowania żołnierzy przez oficera to następny horror. Książka jest napisana w pierwszej osobie, pięknym, klarownym, bogatym językiem, z elementami magii i wierzeń ludowych. Bohater rozmyśla nieustannie nad tym co się dzieje wokół, obserwuje i zgłębia istotę wojny. Wspomina swoją wioskę i życie rodzinne, tak różne od tego w czym tkwi. Jaki sens ma pokazywanie okrucieństwa? To istotny, kolejny manifest antywojenny. Obawiam się tylko, że nie trafi do tych, którzy powinni go przyswoić. Nie żałuję, że przeczytałam, chociaż koszmar wojny w pierwszej części książki jest bardzo trudny do zniesienia. Koniec, baśniowo-fantastyczny odbieram jako rodzaj powrotu do rodzimych korzeni, spokojnej rzeczywistości w porównaniu z tą europejską krwawą łaźnią. To wyjątkowo poruszająca lektura, nie do zapomnienia. Polecam. Cytaty: „Francja kapitana chce, żebyśmy byli dzikusami, kiedy ją to urządza.” – s. 18 „Kiedy wychodzę z brzucha ziemi, jestem z wyboru nieludzki, staję się odrobinę nieludzki.” – s. 20 „Tak, Bogiem a prawdą, zrozumiałem, że na polu bitwy potrzebują tylko tymczasowego szaleństwa. Oszalałych z wściekłości, oszalałych z bólu, furiatów, ale doraźnych. Nie szaleńców na stałe. Kiedy atak się kończy, trzeba schować swą wściekłość, swój ból i swoją furię.” – s. 47 „Tak właśnie wygląda wojna: kiedy Bóg nie nadąża za muzyką ludzi, gdy nie jest w stanie rozsupłać zbyt wielu splątanych nici. Bogiem a prawdą, nie można mieć Mu tego za złe. Kto wie, czy nie chciał ukarać rodziców małego nieprzyjacielskiego żołnierza każąc mu umrzeć na wojnie z mojej czarnej ręki? Kto wie, czy nie chciał ukarać jego dziadków, bo nie miał czasu ich skarcić poprzez ich własne dzieci? Kto wie? Bogiem a prawdą, może Bóg się spóźnił, wymierzając karę rodzinie małego nieprzyjacielskiego żołnierza. Ale możecie mi wierzyć, że ich surowo ukarał za pośrednictwem ich wnuczka czy syna.” – s. 62 „Dla kapitana życie to wojna. Kapitan kocha wojnę, jak można kochać kapryśną kobietę. Kapitan zaspokaja wszystkie kaprysy wojny. Obsypuje ją prezentami, spełnia jej zachcianki, nie licząc się z życiem żołnierzy. Kapitan jest pożeraczem dusz.” – s. 70 Po odesłaniu do ośrodka wypoczynkowego na tyłach: „…doktor François coraz skuteczniej oczyszczał wnętrze mojej głowy z brudów wojny.” – s. 117
Mikila - awatar Mikila
oceniła na73 miesiące temu
Małe rączki Andrés Barba
Małe rączki
Andrés Barba
Ta niewielka pozycja hipnotyzuje i wciąga od pierwszej strony. To niezwykle udana próba opisu traumy głównej bohaterki, z nadzwyczajnym wyczuciem ukazująca, jak zupełnie inne od dorosłego jest przeżywanie traumy przez dziecko. Nagła pustka, samotność i wstyd zupełnie alienują dziewczynkę, aby pokonać bezsilność i lęk, musi stwarzać sobie własne metody na przeżycie w obcym i zimnym świecie. Zabawa oscylująca na krawędzi iluzji i rzeczywistości, która na początku miała służyć odzyskaniu własnej tożsamości i powinna kojarzyć się z poczuciem bezpieczeństwa, tutaj staje się czymś wynaturzonym, prowadzącym do tragedii. Niezmiernie podoba mi się styl i zabieg, aby o rzeczach bardzo emocjonalnych pisać zupełnie bezemocjonalnie. Stwarza to poczucie dystansu, nawet odrealnienia. Jest duszno i mrocznie. Błahostki przeobrażają się w sytuacje ledwo dźwigające swój własny ciężar, rzeczy pozornie niewinne stają się brzemienne winą, sumienie z czystego przeobraża się w splamione, niewinność w przewrotność, przemoc i ostateczność. Nie spodziewałam się takiej historii, pisanej tak dobrym stylem. Barba obdarza nieświadomość językiem, wydobywa z głębi umysłu to, co najgłębiej ukryte, niszczące siły, ciemne instynkty, mroczne fragmenty osobowości. Zabieg z narracją doskonały! Koniecznie muszę przeczytać kolejne książki tego autora! Wspaniałe jest również posłowie pani Ewy Modzelewskiej-Kossowskiej. Koniecznie doczytajcie do końca!
Edyta - awatar Edyta
oceniła na86 miesięcy temu
Między światem a mną Ta-Nehisi Coates
Między światem a mną
Ta-Nehisi Coates
„W Ameryce niszczenie czarnego ciała jest tradycją — dziedzictwem”. Książka Ta-Nehisi Coatesa „Między światem a mną” to nie tylko literatura faktu; to krzyk, modlitwa i brutalnie szczery list ojca do syna, który stał się jednym z najważniejszych tekstów o rasizmie w XXI wieku. Coates, okrzyknięty następcą Jamesa Baldwina, nie bawi się w eufemizmy. Nie pisze o „problemach społecznych” w sposób akademicki. Pisze o ciele — o fizycznym zagrożeniu, o lęku, który przenika kości, i o systemie, który został zbudowany na fundamencie wyzysku czarnoskórych Amerykanów. To lektura gęsta, bolesna i absolutnie niezbędna, by zrozumieć pęknięcia współczesnego świata. Struktura książki, oparta na formie listu do nastoletniego syna, Samori’ego, nadaje jej niezwykłą, niemal bolesną intymność. Coates nie próbuje pocieszać swojego dziecka fałszywymi obietnicami o „postrasowym społeczeństwie”. Zamiast tego przygotowuje go na rzeczywistość, w której jego ciało może zostać mu odebrane w każdej chwili — przez policję, przez system sprawiedliwości czy przez ślepy gniew ulicy. Autor wspomina śmierć swojego kolegi ze studiów, Prince’a Jonesa, zabitego przez policjanta, jako moment ostatecznego przebudzenia. To wydarzenie staje się w książce dowodem na to, że nawet wykształcenie i status materialny nie chronią „czarnego ciała” przed niszczycielską siłą amerykańskiego mitu. Jednym z najbardziej wstrząsających pojęć wprowadzonych przez Coatesa jest koncepcja „Snu” (The Dream). Dla autora „Sen” to iluzja białej klasy średniej — domy z białym płotkiem, grille w ogródku i poczucie bezpieczeństwa — która jest możliwa tylko dzięki ignorowaniu faktu, że została zbudowana na niewolnictwie i segregacji. Coates bezlitośnie obnaża ten mechanizm, pokazując, że ci, którzy „wierzą, że są biali”, żyją w stanie moralnego uśpienia, podczas gdy inni płacą za ten sen najwyższą cenę. Styl Coatesa jest hipnotyzujący. To proza poetycka, a jednocześnie precyzyjna jak cięcie skalpela. Autor nie prosi o empatię; on domaga się uznania faktów. Jego diagnozy są pesymistyczne, co dla wielu czytelników może być trudne do zaakceptowania. Nie znajdziemy tu taniego optymizmu Martina Luthera Kinga o „ziemi obiecanej”. Coates sugeruje raczej, że walka jest celem samym w sobie, a zachowanie godności i świadomości w niesprawiedliwym świecie jest najwyższym aktem oporu. Warsztatowo „Między światem a mną” to majstersztyk eseistyki. Autor sprawnie łączy osobiste wspomnienia z dorastania w Baltimore z głęboką analizą historyczną i socjologiczną. Pokazuje, jak architektura amerykańskich miast, system szkolnictwa i rynek pracy zostały zaprojektowane tak, by więzić czarne ciała w gettach strachu. To lekcja historii, której nie uczy się w szkołach, podana w formie, która nie pozwala czytelnikowi na odwrócenie wzroku. Podsumowując, książka Ta-Nehisi Coatesa to lektura obowiązkowa, która wykracza daleko poza granice Stanów Zjednoczonych. To uniwersalne studium władzy, wykluczenia i miłości rodzicielskiej w czasach pogardy. Choć traktuje o Ameryce, zmusza nas do refleksji nad każdym systemem opartym na hierarchii i dehumanizacji „innego”. Po przeczytaniu tej książki świat wydaje się miejscem trudniejszym, ale nasza świadomość staje się ostrzejsza. To literacki monument, który będzie rezonował w debacie publicznej przez dekady.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na82 miesiące temu

Cytaty z książki Najada

Więcej
Zyta Oryszyn Najada Zobacz więcej
Zyta Oryszyn Najada Zobacz więcej
Zyta Oryszyn Najada Zobacz więcej
Więcej