rozwińzwiń

Emplarium

Okładka książki Emplarium autora Hannibal Smoke, 9788376680187
Okładka książki Emplarium
Hannibal Smoke Wydawnictwo: Foka kryminał, sensacja, thriller
318 str. 5 godz. 18 min.
Kategoria:
kryminał, sensacja, thriller
Format:
papier
Data wydania:
2011-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2011-01-01
Liczba stron:
318
Czas czytania
5 godz. 18 min.
Język:
polski
ISBN:
9788376680187
Średnia ocen

6,5 6,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Emplarium w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Emplarium



książek na półce przeczytane 3050 napisanych opinii 735

Oceny książki Emplarium

Średnia ocen
6,5 / 10
31 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Emplarium

avatar
265
263

Na półkach: ,

Hannibal Smoke to postać znana w światku miłośników zamków, dworów, ogólnie Dolnego Śląska. Ten fakt skłonił mnie to wysłuchania audiobooka - liczyłem na połączenie kryminału z klimatem historii i zabytków w tle. Nic z tego, to bardziej romans z elementami kryminału, bez spodziewanych smaczków.

Całość pisana jest w pierwszej osobie, autor i bohater noszą to samo imię i nazwisko. Sama forma narracji jest specyficzna, a mnogość bardzo krótkich rozdziałów w przypadku audiobooka to fatalne rozwiązanie.

Bohater to zblazowany, nieco bucowaty dziennikarz-rozwodnik z przerośniętym ego. Matka skłania go to przygotowania wspomnień o ojcu - pisarzu romansów - który zmarł kilka lat wcześniej. Korzystając z urlopu zabiera się do pracy i odkrywa nie tylko tajemnice ojca, ale również zbrodnię z przed lat. Hannibal zaczyna dochodzenie przeplatane kolejnymi podbojami i śmiesznymi soft erotycznymi elementami.

Całość jest nieco chaotyczna, chwilami lekko niesmaczna i nielogiczna. Są lepsze momenty, ale te są w mniejszości, za to duży plus za zakończenie. W zasadzie nie wiem do kogo skierowana jest ta książka, ale nie do mnie.

Hannibal Smoke to postać znana w światku miłośników zamków, dworów, ogólnie Dolnego Śląska. Ten fakt skłonił mnie to wysłuchania audiobooka - liczyłem na połączenie kryminału z klimatem historii i zabytków w tle. Nic z tego, to bardziej romans z elementami kryminału, bez spodziewanych smaczków.

Całość pisana jest w pierwszej osobie, autor i bohater noszą to samo imię i...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
87
37

Na półkach:

Biłam się z myślami, co napisać na temat tej książki - bo z jednej strony, inny bohater, niebanalny, potrafiący zaskoczyć. Z drugiej strony - no cóż, wydaje mi się, że jednak romanse kryminalne czytają raczej kobiety, a tu trafiłam raczej na męską literaturę. Nie czytało się źle - ale chyba jednak nie jestem fanką takiej literatury.

Biłam się z myślami, co napisać na temat tej książki - bo z jednej strony, inny bohater, niebanalny, potrafiący zaskoczyć. Z drugiej strony - no cóż, wydaje mi się, że jednak romanse kryminalne czytają raczej kobiety, a tu trafiłam raczej na męską literaturę. Nie czytało się źle - ale chyba jednak nie jestem fanką takiej literatury.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
677
450

Na półkach: , ,

Pomysł z dziennikarzem śledczym, który ma coś z jasnowidza, zapowiadał się ciekawie, a wyszło tak sobie. Główny bohater podejrzewa, że śmierć jego ojca - lubianego autora łzawych romansideł - mogła być morderstwem. Łączy więc dialogi jego dziwnej, ostatniej książki, z pewną kobietą uwikłaną w światek przestępczy. Cała książka to właściwie romans przeznaczony dla mężczyzn: seksowna dojrzała bardzo chętna kobieta, igranie z jej facetem, gorący niezobowiązujący seks itp. I tak pławimy się w perfekcyjności kochanki bohatera, jej pożądaniu, idealnej twarzy, idealnej figurze, talencie muzycznym, znajomości wina, aż mamy ochotę ją zabić. Zakończenie jest z jednej strony dość przewidywalne z drugiej wyskakuje w ostatnim momencie. Trochę się zawiodłam.

Pomysł z dziennikarzem śledczym, który ma coś z jasnowidza, zapowiadał się ciekawie, a wyszło tak sobie. Główny bohater podejrzewa, że śmierć jego ojca - lubianego autora łzawych romansideł - mogła być morderstwem. Łączy więc dialogi jego dziwnej, ostatniej książki, z pewną kobietą uwikłaną w światek przestępczy. Cała książka to właściwie romans przeznaczony dla mężczyzn:...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

99 użytkowników ma tytuł Emplarium na półkach głównych
  • 60
  • 39
19 użytkowników ma tytuł Emplarium na półkach dodatkowych
  • 11
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Hannibal Smoke
Hannibal Smoke
Hannibal Smoke Pisarz, dziennikarz, fotoreporter, grafik (digital art). Autor magicznej trylogii kryminalnej osadzonej w scenerii Dolnego Śląska: Tusculum, Muzeum Prawdy i Emplarium - Książki Roku 2012 w internetowym plebiscycie KzK. Debiutował bestsellerowym zbiorem opowiadań sensacyjno-obyczajowych Kompot ze świeżego nieboszczyka, po latach uzupełnionym i wydanym pod tytułem Apokalipsa czyli sport motorowodny. Publicysta i fotoreporter Onet.pl zaangażowany w ratowanie dolnośląskiego pejzażu kulturowego, co dokumentuje popularna strona na facebooku: HANNIBAL SMOKE: EMPLARIUM oraz autorski kanał na You Tube. W grudniu 2016 roku ukazało się Niewidzialne Miasto, bestsellerowy album historyczny dokumentujący najważniejsze budowle Wrocławia zrównane z ziemią od 1938 do 2000 roku. W listopadzie 2018 roku trafił do księgarń Niewidziany Dolny Śląsk. Utrzymany w podobnej konwencji album przedstawia blisko 450 pałaców unicestwionych w historycznych granicach regionu. Bestseller po kilku tygodniach sprzedaży.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Pułapka Nowego Roku Jolanta Kwiatkowska
Pułapka Nowego Roku
Jolanta Kwiatkowska
Północ. Spojrzałam na zegarek i wyszłam na balkon. Czekałam, aż zaczną strzelać sztuczne ognie, z myślami przepełnionymi czasem. Pojęciem, którego nie można jednoznacznie zdefiniować. Nie istnieje dla przyrody czy zwierząt a jednocześnie jest niezbędną wartością dla funkcjonowania ludzi. To ludzie potrzebują świadomości początku i końca. Pory snu i działania. Pracy i odpoczynku. Podziału na to, co było, żeby wiedzieć, że jest teraz i że będzie jutro ( w zasadzie powinno się mówić: może będzie). Po to wymyślono rok z podziałem na miesiące, tygodnie, dni. Dobę, godziny, minuty i sekundy. I to ludzie, odnotowali z satysfakcją, że „namacalnie” ujarzmili czas: przeliczając, mierząc, określając upływ czasu. Przypomniał mi się wierzyk T. Boy-Żeleńskiego i wyrecytowałam głośno do rozgwieżdżonego nieba: By uniknąć ambarasu, Wzięto rok za miarę czasu. Dzielą go (bardzo wygodnie) Na miesiące i tygodnie. Tydzień znów z grubsza podzielę Na zwykłe dni i Niedzielę. Do pracy są zwykłe dzionki, A Niedziela dla małżonki. Nieujarzmiony czas, nie zwracając uwagi na to, co się o nim myśli, co mu wypada a co nie: biegnie, płynie, cofa się lub stoi w miejscu. Pozwala sobie mieć dobre i złe humory, i wtedy sprawia, że ludzie tracą poczucie czasu i ze szczęścia, i z wielkiej rozpaczy. Zezłoszczony niedocenianiem go – perfidnie mści się. Sam będąc wiecznym – co do sekundy odlicza ludzki czas.
Anna Pruska - awatar Anna Pruska
oceniła na89 lat temu
Wojna domowa Marina Lewycka
Wojna domowa
Marina Lewycka
Tytuł trochę nie pasuje do tej ksiązki, względnie nie tak całkiem odnosi się do jej treści: „Wojna domowa“? W angielskim oryginale jest: „Wszyscy jesteśmy zrobieni z kleju“: "We Are All Made of Glue". Brzmi to trochę dziwnie, niemniej trafia w sedno. W sensie dosłownym i przenośnym chodzi tu bowiem o klej, substancję spajajacą rzeczy różne. A tej różnorodności w powieści nie brakuje! Glówna bohaterka Georgie pisze artykuły dla producenta kleju, ma problemy z mężem i niepełnoletnim synem. Pani Shapiro – starsza dama balansująca na granicy elegancji i kompletnego zaniedbania, uwielbiająca ekstrawaganckie suknie, muzykę klasyczną i koty, ulega wypadkowi i musi iść do szpitala… Zaprzyjaźniają się, Georgie jej pomaga. Ponadto: chciwi handlarze nieruchomościami, nieuczciwi pracownicy socjalni, bardzo ale to bardzo nietypowi robotnicy pracujący przy remoncie… Konfliktów jest sporo i to na każdej płaszczynie: damsko-męskiej, urzędowej i biurokratycznej, politycznej…. Akcja toczy sie burzliwie, jest pełna tempa i niespodziewanych zwrotów. Jest wesoło i wręcz satyrycznie, czasem smutno, ale bez żadnych sentymentalizmów. Powieść jest pełna humoru i sympatii do ludzi. Jej posłanie dotarło do mnie – mimo, że tyle nas dzieli, powinniśmy się trzymać razem. A że trochę nierealistycznie? Zbyt wesoło? Chciałam się odprężyć, a nie zamartwiać i to mi się udało.
mariana - awatar mariana
oceniła na75 lat temu
Gracze Karina Obara
Gracze
Karina Obara
Musisz przeczytać tę książkę! Usłyszałam od koleżanki, która dodała – Zwróć uwagę na sposób napisania, bo reszta taka sobie. Po przeczytaniu mam zupełnie odmienne zdanie. I to jest bardzo dobry przykład, jak można różnorodnie odebrać powieść w zależności od czytelnika i jego preferencji. Koleżanka sięgnęła po nią jako fanka kryminałów. Skusiła się na tytuł z widniejącym na niej logo „Mrocznej Serii”. Fabuła nie spełniła jej oczekiwań, za to dostrzegła inną zaletę – narrację, a dokładniej strumień świadomości. Tylko ze względu na to dałam się namówić. Faktycznie powieść napisana została na jednym wydechu. Uwielbiam ten styl przekazu. Powód jego użycia autorka tak uzasadniła na okładkowym skrzydełku – „”Gracze” to powieść o szaleństwie nastolatków; napisałam ją takim językiem, aby to szaleństwo zobrazować. Pisałam tę książkę jednym tchem, jakbym chciała przeżyć w literaturze coś, co każdemu z nas, ojcu, matce, mogłoby się przytrafić.” I tak, jak czasami bywa po rekomendacji pełnej zachwytów, trochę się rozczarowałam. Spodziewałam się języka bardziej agresywnego, mocnego wulgaryzmami, z inteligentnymi spostrzeżeniami i ripostami, skrzącym się ironią i sarkazmem. Z góry postawiłam poprzeczkę na poziomie pióra Doroty Masłowskiej. I to był mój błąd! Niestety, autorka nie sięgnęła aż tak wysoko. Zabrakło mi żylety ciętych myśli i igły celnych słów. Długie, wielokrotnie złożone zdania to trochę za mało na uzyskanie efektu dynamicznego, wartkiego strumienia myśli. Zabrakło mi też realizmu w odtwarzanych monologach nastolatków. Młodzież generalnie przeklina. To, co my, dorośli, słyszymy, to wierzchołek góry lodowej. Wulgaryzmy i przekleństwa są w powszechnym użyciu. Ich skromność występowania w wypowiedziach nastolatków, dodam – wściekłych, nienawidzących, wprowadzał poczucie wyciszonych emocji, chociaż miały buzować i nakręcać do skrajnego czynu, a przez to sztuczności i rozbieżności z rzeczywistością. W zderzeniu z emocjami, w której nienawiść odgrywała główną rolę, wręcz raził. Mogłoby być wścieklej. Ale jest coś, co mnie zachwyciło - tematyka i jej przesłanie. Głównymi bohaterami są nastolatkowie uzależnieni od gier komputerowych, którym myli się świat wirtualny z realnym. Swoją wściekłość „na słabość świata, w którym rządzi prawo słabych” przenoszą na swoich rodziców i otoczenie. Są przyczyną tragedii, z powodu której cierpią nie tylko oni, ale również wszyscy zaplątani w ostatecznie kryminalną sprawę. Sposób ukazania zjawiska społecznego, jakim jest uzależnienie od Internetu, który jest problemem wychowawczym współczesnych rodziców, to największy atut tej powieści. Autorka dokładnie wypunktowała przyczyny tragedii, pozwoliła prześledzić procesy psychiczne zachodzące w nastolatkach, ukazała absurdalność samego aktu morderstwa, opisała zagubienie chłopców i pozostawienie ich samym sobie z lękami egzystencjalnymi charakterystycznymi dla okresu dojrzewania, przedstawiła środowisko więzienne i wreszcie skutki społeczne i psychiczne obciążające rodziców, rodzeństwo, środowisko rówieśnicze i wreszcie nastoletnich przestępców. To beletrystyczna wersja książki popularnonaukowej Jacka Pyżalskiego „Agresja”, o której niedawno pisałam, a którą polecałam również rodzicom. Alternatywna wersja dla tych, którzy wolą przyswajać dydaktyzm treści nie w formie naukowej, ale na płaszczyźnie emocjonalnej pod przykrywką rozrywki. Trudno jest mi jednoznacznie określić rodzaj tej powieści. Jedni uważają ją za kryminał. Inni za thriller psychologiczny. Ja dostrzegłam w niej silny aspekt społeczny. Wbrew pozorom to ważne. Od tego zależy, kto będzie sięgał po nią i jakie wrażenia pozostawi po sobie. Dla fanów kryminałów będzie taka sobie, jak określiła to moja koleżanka. Miłośnicy warsztatu pisarskiego mogą się zawieść tak, jak ja. Czytelnicy powieści społeczno-obyczajowych po nią nie sięgną, jeśli nie czytają kryminałów. Dlatego nie ośmielę się jednoznacznie określić jej rodzaju, bo wszystkiego ma po trochę. Natomiast na pewno wiem, dla kogo jest ta powieść. Dla rodziców! Dla każdego wychowującego dzieci i młodzież. Bez względu na to, jaki rodzaj literatury preferują. Warto przeczytać profilaktycznie tę dramatyczną historię nastolatków z „dobrych domów”, by nie być zaskoczonym przez własne dotychczas „grzeczne” dziecko. Świat wirtualny to nowe środowisko wychowawcze, jak najbardziej realne, w którym nie może zabraknąć rodziców. Jak napisała autorka na okładkowym skrzydełku – „w wirtualnym świecie, w którym nasze dzieci spędzają coraz więcej czasu, pewne jest tylko to, że ten świat je podnieca”. Dobrze by było, żeby zawsze był przy nich ktoś, kto nad tą podnietą będzie czuwał. Od podniety do morderstwa jest tylko jedno kliknięcie w wirtualu, a potem jeden krok w realu. Autorka świetnie to pokazała! http://naostrzuksiazki.pl/
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na76 lat temu
Wada wymowy Agata Porczyńska
Wada wymowy
Agata Porczyńska
"Różni bohaterowie i sytuacje, ale zawsze ona i on…" – przeczytałam między innymi na tylnej okładce tekstu Dariusza Nowackiego, zachęcającego do sięgnięcia po ten debiut. Trochę mnie to zniechęciło, bo ileż można pisać o relacjach damsko-męskich? Na dodatek wybranie tak banalnego, powszechnego i wyeksploatowanego tematu jest ryzykiem, który może swoją nośność zamienić w pułapkę, klatkę lub kamień u szyi, który pociągnie w bezdenną głębię literackiego niebytu. Na dodatek w 29 odsłonach! Czytaj – klęskach! Ale, ale! Dalsza część promującego tekstu zaciekawiła mnie i zaintrygowała, bo przeczytałam, że "Porczyńska posiada słuch językowy oraz nieprzeciętną biegłość stylistyczną, a do tego nie powtarza się, nie zastyga w schematach". I to już mnie mocno zastanowiło, bo jak można pisać nieschematycznie i niepowtarzalnie 29 razy o tym samym? Ciekawość sięgnęła zenitu, a siła przymusu po tę książkę po kolejnym zdaniu – "Takim potencjałem, nawet jego cząstką, nie dysponują dziś młodzi autorzy stawiający pierwsze kroki na scenie literackiej". Musiałam przekonać się o tym osobiście i jak na sceptyka przystało, przygotowałam sobie nawet kartkę i długopis, żeby wynotowywać krótkie myśli o poszczególnych opowiadaniach, będąc przekonaną, że tylko i wyłącznie na ich podstawie będę w stanie je potem od siebie odróżnić. Spasowałam już po drugim opowiadaniu! Byłam już całkowicie przekonana, że przede mną kilkadziesiąt niepowtarzalnych historii. Wariacji na temat wszystkiego, co może się wydarzyć między kobietą i mężczyzną (ale między rodzicami i dziećmi również) pokazanych z punktu widzenia głównego bohatera lub bohaterki. Kobiety, mężczyzny, ducha, dziewczynki, wdowy, męża, kochanki, prostytutki, nastolatki, matki i uwaga!, uwaga! – penisa (sic!). I jak pomylić takiego bohatera z innymi?! Już taka plejada postaci i organów (he, he) czyniła treść ciekawą, mającą z kolei wpływ na styl i język wypowiedzi narratora od języka staropolskiego do współczesnego, autentycznego, pełnego wulgaryzmów, kolokwializmów i makaronizmów. Od zdań długich, kwiecistych, wykwintnych, wielokrotnie złożonych do krótkich, hasłowych, czasami zredukowanych do onomatopei lub emotikonek w rozmowie internetowej. Zmianom tym podlegała również forma literacka, bo opowiadanie nie było jej jedyną postacią. Podczytywałam e-mail, przysłuchiwałam się monologom, oglądałam występ wróżki telewizyjnej i program konkursowy, podglądałam rozmowę na czacie, śledziłam dialog kochanków, wsłuchiwałam się w zwierzenia i myśli. Miałam przed sobą dowód na prawdziwość słów, że miłość niejedno ma imię, wielu bohaterów i jeszcze więcej twarzy od tej idealnej po tę szpetną. Pierwsza była obecna w marzeniach bohaterów, a druga w ich życiu. Podana przez autorkę wzbudzała we mnie zachwyt turpistki i obrzydzenie estetki moralnej na widok miłości sprzedajnej, zredukowanej do kopulacji, zakazanej czy patologicznej. To jeszcze nie wszystko! Najlepsze zostawiłam na koniec – błyskotliwy, piekielnie inteligentny język narracji. Autorka czyni z nim cuda na kiju, a na tym kiju cały cyrk! To obszar, w którym jest pewną siebie i zdystansowaną konferansjerką (patrz okładka!),śmiesznym klaunem humorystycznej interpretacji, odważną ekwilibrystką słów, elastyczną gimnastyczką na drążku gramatyki, dżokejką ujeżdżającą nieokiełznane wyrazy, magikiem zmieniającym pierwotne pojęcia w zupełnie nowe i wyczarowującym neologizmy, jak króliki z kapelusza oraz gościnnie występującym człowiekiem z innej epoki literackiej, by na końcu zamienić całość w pegaza i unieść mnie na wyżyny żonglerki słownej. Czytałam tekst i czułam to, co mój kolega mówił o swoim odbiorze muzyki jazzowej. Cudowna niemożność określenia, w jakim kierunku się potoczy w wolności interpretacyjnej. Puenta nieraz zmuszała mnie do powtórek, by odczytać przesłanie malowanej miniaturki obrazkowej na nowo lub dla zwykłej przyjemności rapowania. Tak! Dokładnie rapowania! Od początku towarzyszyły mi tu i ówdzie pojedyncze zrymowania, delikatna nuta muzycznej fali słów. Przypadek – myślałam – dopóki nie dotarłam do kawałka, bo w hip-hopie tak się nazywa teksty, "Dolce banana", a potem "Serce i szczała". To dzięki fenomenalnemu słuchowi językowemu i narzędziom intelektualnym takim, jak błyskawiczność kojarzenia, wybitna pamięć słuchowa, adekwatność wybiórczego wyłuskiwania z całości materiału postrzeganego, wysoka zdolność akomodacji i przekształceń słów, analizy i ponownej ich syntezy, potrafiła ze strefy komunikacji międzyludzkiej wyłapać lapsusy językowe, komiczność dialogów, piękno żargonu i absurdalność niedopowiedzeń słów wypowiedzianych, oprawić w ramkę odpowiedniej formuły przekazu, wcielając się w pasującego do historii bohatera pochodzącego z różnych środowisk społecznych, by ukazać grozę życia współczesnego człowieka, o którym Wisława Szymborska mówi – Żyjemy dłużej, ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. Autorka zawęża to życie do miłości i dodaje od siebie jeszcze wadę wymowy, zniekształcającą ostatecznie intencję przekazu i uniemożliwiającą porozumienie. Miłość, ta idealna i wymarzona, staje się ostatecznie przedmiotem tęsknoty prostytutki opowiadającej o niej w trakcie wykonywania usługi, o czym przypomina od czasu do czasu wrzucone, jak przecinek, „ała”. Ała, chciałoby się powiedzieć, po przeczytaniu całości. 29 razy AŁA! naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na104 lata temu
Dajcie mi jednego z was Jacek Getner
Dajcie mi jednego z was
Jacek Getner
Big Brother w nowym wydaniu? Nie, ponieważ tajemniczy Głos nie pojawia się w życiu pozostałych osób jako ten, który ma im umożliwić wypłynięcie na szerokie wody. Jest Prokuratorem i Sędzią dla Kaprala, Szczęściarza, Przystojniaka i Proroka - czterech mężczyzn, których pozornie nic ze sobą nie łączy. A jednak jest wspólny mianownik – Głos i krzywdy doznane przez niego w przeszłości. „Każdy z was wyrządził mi kiedyś krzywdę, która spowodowała, że staczałem się coraz niżej, po równi pochyłej życia. Na pewno mnie nie pamiętacie, bo taką sama krzywdę wyrządziliście dziesiątkom, a może nawet setkom innych, niewinnych ludzi.” Zamyka ich w jednym pomieszczeniu, aby ich ukarać, zemścić się za własne krzywdy oraz krzywdy doznane przez inne osoby. (…) Karą za to, co zrobiliście, będzie śmierć. (…) Jednak być może nie zasługujecie wszyscy na ten wyrok, a jedynie suma waszych win wymaga takiej kary. (…) Dlatego nie zabiję każdego z was, lecz tylko jednego.” Dodajmy: jednego, wskazanego przez pozostałych. Czy uwięzieni mężczyźni poddadzą się bezwolnie jego woli i zdają się na los? Kto będzie ofiarą? Te pytania nurtują czytelnika, ale chyba nawet biegły znawca tego gatunku może czuć się nieco zaskoczony rozwojem akcji. Podsumowaniem mogłyby być słowa: „Tu spotkały się cztery najgroźniejsze żywioły współczesnego świata, których się bał i nienawidził. Bogactwo, które nie liczy się z niczym. Brak moralności, który niszczy uczucia. Fałszywa wiara, która mami zbawieniem. Bezrozumna siła, która używana najpierw nawet w najszlachetniejszych intencjach, z czasem może przekształcić się wyłącznie w destrukcję. To miejsce stało się ich grobem.” Ale czy rzeczywiście tak się stało? Warto przeczytać i samemu sprawdzić. Lektura nie jest obszerna, jednak zachęca do odpowiedzenia sobie na niełatwe pytania. Panie Jacku! Dziękuję za zaproszenie do spotkania z Pana twórczością. Chętnie sięgnę po kolejne Pana powieści.
eduko7 - awatar eduko7
ocenił na88 lat temu
Królowa pszczół Katarzyna Krenz
Królowa pszczół
Katarzyna Krenz
Dziwna dosyć ta książka. Lub raczej: dziwnie mi się ja czytało. Przez około 1/4 szłam z wolna, z umiarkowanym zainteresowaniem, a potem znienacka wciągnęła tak, że nie mogłam się oderwać i pochłonęłam w jeden dzień. A przecież nie ma tu żadnej oszałamiającej akcji czy intrygujących niezwykłości, nawet sama fabuła jest taka trochę o niczym specjalnym. Kilkanaście osób, w większości obcych sobie, organizuje trupę i przygotowuje przedstawienie na przegląd teatrów amatorskich w Pampelunie, my zaś towarzyszymy im w okresie prób i dosyć żmudnej podróży do Hiszpanii. I poznajemy ich stopniowo, jak oni sami poznają się nawzajem, odkrywamy ich przeszłość, ich marzenia i ból, maski, jakie przybrali na początku tej opowieści powoli zsuwają się, ukazując nam ich prawdziwe oblicze. Na początku w grupie nieświadomie przyjęli role, o których w swych zapiskach wspomina jedna z bohaterek: "Pojawiają się Król i Królowa, uległy Sługa i Powiernik. Generał. Buntownik. Stańczyk. Wszyscy kochają się na zabój w zmysłowej Subretce, nawet Błędny Rycerz (...) Jedynie dwa typy bronią się przed tym rozpisanym na głosy zbiorowym "ja" - Samotnik i Odmieniec." W miarę docierania się w zespole, w miarę, jak ewoluują ich wzajemne relacje, okazuje się, że niejedna z tych osób może zaskoczyć siebie i innych, ukazując zupełnie odmienne od pozorów wnętrze. Ta galeria osobowości, nakreślona delikatnie acz wyraziście, oraz to, jak na naszych oczach wiele z postaci przeobraża się - to najsilniejszy atut powieści. Dodatkowo uwiodło mnie, że historia jest dosłownie przepojona muzyką. Tak, jak pierwsza powieść Katarzyny Krenz, "W ogrodzie Mirandy" wydała mi się niezwykle plastyczna, pełna barw i kształtów, tak "Królowa pszczół" to w moim odczuciu opowieść pełna brzmień, dźwięków, arii, chórów i melodii. Choć przecież nie cały czas trwa tam muzyka, czytając jakbym nieustannie ją słyszała. W trakcie lektury wysnułam sobie swoją teorię, przyznaję, nieco chwiejną, czym lub kim miałabym być owa tytułowa królowa, okazuje się jednak, że autorka co innego miała na myśli. Może nie do końca mnie to przekonuje, ale jednak coś w tym jest. Jak i w całej powieści - niby nie porywającej, a przecież jakoś zagadkowo we mnie zapadła i ciągle o niej myślę. Spotkanie z bohaterami Katarzyny Krenz jest jak przypadkowa rozmowa z kimś obcym, kto jednak wzbudza sympatię i ufność - gawędzicie o tym i owym, w gruncie rzeczy o niczym konkretnym, i rozstajecie się, a jednak ów obcy pozostaje w pamięci - nieoczekiwanie ciepło i swojsko. Tak przecież bywa.
Meowth - awatar Meowth
ocenił na68 lat temu
Accabadora. Ta, która pomaga odejść Michela Murgia
Accabadora. Ta, która pomaga odejść
Michela Murgia
"Accabadora.Ta, która pomaga umrzeć" jest jedną z tych książek, które zmuszają nas do refleksji nad życiem i moralnością. Śmierć jest tematem tabu, podobnie jak seks. Wiadomo, że Kościół stoi na straży moralności i wprost potępia aborcję. W włoskiej wiosce, mieszka kobieta, która zajmuje się krawiectwem. Jednak tak naprawdę pomaga ludziom w odchodzeniu z tego świata. Jej podopieczna nie ma pojęcia czym zajmuje się jej ciocia. Pewnego razu, młody człowiek zostaje pozbawiony nogi. Jego życie się zmienia i staje się nieznośny dla otoczenia. Wiedząc czym zajmuje się kobieta prosi ją o pomoc. Kobieta podejmuje decyzję, która zmieni życie wszystkich osób z jej najbliższego otoczenia. Eutanazja jest w Polsce zakazana. Z tym motywem spotkałam się w "Zanim się pojawiłeś"i to jest dopiero druga książka z tym motywem przeze mnie przeczytana. Nie jest to typowa książka o której można łatwo zapomnieć ze względu na temat jaki ona porusza. Książka zmusza nas do refleksji nad sobą i nad życiem. Często mówimy, że nigdy byśmy tak nie postąpili i potępiamy tych co coś takiego zrobią. Jednak czasami bywa tak, że postępujemy dokładnie tak jak te osoby, które potępilismy. Kim my jesteśmy, żeby pouczać innych o moralności? Moralność nie obowiązuje na wojnie, gdzie trzeba zabijać ludzi i czy wtedy powinniśmy krytykować te osoby? Często zapominamy o tym, że życie nie jest ani czarne ani białe. Zapominamy, że są takie sytuacje w których trzeba postąpić inaczej niż byśmy chcieli i o tym przekonuje się Maria, duchowa córka Accabadory. Książka jest krótka można ją spokojnie przeczytać na jednym posiedzeniu. Dla tych co interesują się psychologią bohaterów oraz o tematach o których się głośno nie mówi będzie idealną pozycją.
Klaudia Sowa - awatar Klaudia Sowa
oceniła na71 rok temu
Wbrew naturze Beata Rudzińska
Wbrew naturze
Beata Rudzińska Agnieszka Drotkiewicz Hanna Samson Grażyna Plebanek Włodzimierz Kowalewski Zyta Rudzka Izabela Szolc Anna Janko Izabela Sowa Tomasz Sobieraj Michał Sufin Natalia Bobrowska Marta Mizuro
Oczy zalewa mi zieleń liści pobliskich drzew. Czuję zapach bzu rosnącego z prawej strony. W uszach dzwonki i dzwoneczki godowego śpiewu ptaków. Nadchodzi wiosna. Czas przebudzenia. Chce się żyć! A przede mną, na kolanach wbrew otaczającej mnie naturze, swoiste „memento mori”. Nomen omen Wbrew naturze. Kukułcze jajo pozostawione mi przez zimowy, martwy czas ku pamięci. Zbiór 17 opowiadań. Bardziej i mniej znanych lub w ogóle nieznanych mi pisarzy. Zbiorek, w który bezwiednie wsunęłam palec, by otworzyć go na przypadkowej fotografii z krótkim podpisem na odwrocie. Graficzny posłaniec zwiastujący ponurą tematykę poświęconą zazębiającym się pojęciom, przenikającym się zjawiskom, uzupełniającym się procesom jakimi są przemijanie, starość i w ostateczności śmierć. Trochę obawiałam się chaosu wynikającego z różnorodności stylów, preferowanych form przekazu czy subiektywnych ujęć. Jednym słowem kakofonii, dodatkowo nakładającej się na moją niechęć do opowiadań. Niepotrzebnie. To właśnie te cechy, których obawiałam się najbardziej, stały się atutami zbiorku. Postawiły w środku starość, by ukazać ją w literackim obrazie 3D, w tworzeniu którego każdy z pisarzy stanowił dopasowane elementy jednego zespołu, będących jednocześnie oddzielnymi cząstkami, autonomicznymi aparatami fotograficznymi, subiektywnymi źrenicami oczu utrwalającymi go pod własnymi, indywidualnymi, osobistymi kątami widzenia. I to było fascynujące! Mogłam przyjrzeć się starości oczami osoby młodej, nieświadomej dotyku przemijania, jego obecności nawet kiedy ma się naście lat, a także kobiety dojrzałej, świadomej utraty młodości, więc próbującej ją zatrzymać czy staruszka znającego wartość przemijającego czasu i pogodzonego z czekającą go śmiercią, by ostatecznie poczuć jak starość fizycznie usztywnia stawy, ogranicza zdolność ruchu, osłabia mięśnie, plami skórę, poprzez wniknięcie w świadomość i ciało starej kobiety. Mogłam też poprzyglądać się z bliska śladom, rysom, bliznom, nieodwracalnym zniszczeniom pozostawionym na ludzkim ciele przez upływ czasu, jak obrazom wystawionym w muzeum staroci. Portretom tak plastycznie, namacalnie oddającym detale pomarszczonej skóry, chwiejących się zębów, powykręcanych stawów rak, stróżki śliny ciągnącej się z ust, aż do współczucia, litości i obrzydzenia. Lęku? Mogłam podpatrzeć, podejrzeć jak inni radzą sobie z przemijaniem, z wizją śmierci majaczącej gdzieś tam, na końcu drogi. Jak próbują zachować młodość, oszukać czas, zatuszować rysy zostawione przez proces destrukcji, ignorować przemijanie, oddalać myśli o śmierci i oswajać się z powszechną obecnością rozkładu ciała i przedmiotów. Nie tylko na poważnie, z patosem, przerażeniem lub grozą, ale i z przymrużeniem oka. Nie tylko w sposób piękny i wzniosły, a przez to uległy jej potędze nieuchronności, ale i wulgarny, pełen złości, wykrzyczanego buntu i oskarżeń pod adresem reżysera mojego świata. Mogłam też przeanalizować inny rodzaj śmierci. Tej za życia. Społecznej. Alienującej ludzi starych, a przez to niepotrzebnych, bezużytecznych, nieprzydatnych jak rzecz, zużyty samochód będący odpowiednikiem ludzkiego bohatera. Ale i nie tylko ludzi starych. Dotyczyło to również kobiet, osiągających magiczną granicę wieku, za którą stają się niewidoczne dla mężczyzn, z wyrokiem śmierci za życia, bo już nieatrakcyjnych seksualnie. I gdybym miała z tych wielu spojrzeń wybrać to najbliższe moim odczuciom i myślom, to na pewno nie kierowałabym się warsztatem literackim, który jest bardzo równy, ale moimi subiektywnymi preferencjami jak plastyczność opisów w "Pani Hedwig" i w "Kotce antykwariusza", siła emocji w "Na deskach" (mało mi było tego monologu, zdecydowanie za mało) czy pomysł na radzenie sobie z lękiem w "Wannie i mroku". A całość tych miniaturek została oprawiona w ramy mini-galerii. Niezwykłej. I tutaj muszę, koniecznie muszę, opowiedzieć o stronie graficznej tej książki. O 17 fotografiach Romana Lipczyńskiego. O jego obrazach stanowiących oryginalną wizualizację wprowadzającą mnie w przesłanie każdego opowiadania. Będące zarazem przecinkami odgradzającymi opowiadania, ale i przystankami do pomyślenia nad tekstem już przeczytanym, zastanowienia się nad treścią przede mną, zadumania się nad samą fotografią. Bo każda z nich to swoisty rebus, zagadka, roszada. Bo cóż może oznaczać na przykład ten kadr? Graficzny posłaniec zwiastujący ponurą tematykę poświęconą zazębiającym się pojęciom, przenikającym się zjawiskom, uzupełniającym się procesom jakimi są przemijanie, starość i w ostateczności śmierć. Trochę obawiałam się chaosu wynikającego z różnorodności stylów, preferowanych form przekazu czy subiektywnych ujęć. Jednym słowem kakofonii, dodatkowo nakładającej się na moją niechęć do opowiadań. Niepotrzebnie. To właśnie te cechy, których obawiałam się najbardziej, stały się atutami zbiorku. Postawiły w środku starość, by ukazać ją w literackim obrazie 3D, w tworzeniu którego każdy z pisarzy stanowił dopasowane elementy jednego zespołu, będących jednocześnie oddzielnymi cząstkami, autonomicznymi aparatami fotograficznymi, subiektywnymi źrenicami oczu utrwalającymi go pod własnymi, indywidualnymi, osobistymi kątami widzenia. I to było fascynujące! Mogłam przyjrzeć się starości oczami osoby młodej, nieświadomej dotyku przemijania, jego obecności nawet kiedy ma się naście lat, a także kobiety dojrzałej, świadomej utraty młodości, więc próbującej ją zatrzymać czy staruszka znającego wartość przemijającego czasu i pogodzonego z czekającą go śmiercią, by ostatecznie poczuć jak starość fizycznie usztywnia stawy, ogranicza zdolność ruchu, osłabia mięśnie, plami skórę, poprzez wniknięcie w świadomość i ciało starej kobiety. Mogłam też poprzyglądać się z bliska śladom, rysom, bliznom, nieodwracalnym zniszczeniom pozostawionym na ludzkim ciele przez upływ czasu, jak obrazom wystawionym w muzeum staroci. Portretom tak plastycznie, namacalnie oddającym detale pomarszczonej skóry, chwiejących się zębów, powykręcanych stawów rak, stróżki śliny ciągnącej się z ust, aż do współczucia, litości i obrzydzenia. Lęku? Mogłam podpatrzeć, podejrzeć jak inni radzą sobie z przemijaniem, z wizją śmierci majaczącej gdzieś tam, na końcu drogi. Jak próbują zachować młodość, oszukać czas, zatuszować rysy zostawione przez proces destrukcji, ignorować przemijanie, oddalać myśli o śmierci i oswajać się z powszechną obecnością rozkładu ciała i przedmiotów. Nie tylko na poważnie, z patosem, przerażeniem lub grozą, ale i z przymrużeniem oka. Nie tylko w sposób piękny i wzniosły, a przez to uległy jej potędze nieuchronności, ale i wulgarny, pełen złości, wykrzyczanego buntu i oskarżeń pod adresem reżysera mojego świata. Mogłam też przeanalizować inny rodzaj śmierci. Tej za życia. Społecznej. Alienującej ludzi starych, a przez to niepotrzebnych, bezużytecznych, nieprzydatnych jak rzecz, zużyty samochód będący odpowiednikiem ludzkiego bohatera. Ale i nie tylko ludzi starych. Dotyczyło to również kobiet, osiągających magiczną granicę wieku, za którą stają się niewidoczne dla mężczyzn, z wyrokiem śmierci za życia, bo już nieatrakcyjnych seksualnie. I gdybym miała z tych wielu spojrzeń wybrać to najbliższe moim odczuciom i myślom, to na pewno nie kierowałabym się warsztatem literackim, który jest bardzo równy, ale moimi subiektywnymi preferencjami jak plastyczność opisów w Pani Hedwig i w Kotce antykwariusza, siła emocji w Na deskach (mało mi było tego monologu, zdecydowanie za mało) czy pomysł na radzenie sobie z lękiem w Wannie i mroku. A całość tych miniaturek została oprawiona w ramy mini-galerii. Niezwykłej. I tutaj muszę, koniecznie muszę, opowiedzieć o stronie graficznej tej książki. O 17 fotografiach Romana Lipczyńskiego. O jego obrazach stanowiących oryginalną wizualizację wprowadzającą mnie w przesłanie każdego opowiadania. Będące zarazem przecinkami odgradzającymi opowiadania, ale i przystankami do pomyślenia nad tekstem już przeczytanym, zastanowienia się nad treścią przede mną, zadumania się nad samą fotografią. Bo każda z nich to swoisty rebus, zagadka, roszada. Bo cóż może oznaczać na przykład ten kadr?Graficzny posłaniec zwiastujący ponurą tematykę poświęconą zazębiającym się pojęciom, przenikającym się zjawiskom, uzupełniającym się procesom jakimi są przemijanie, starość i w ostateczności śmierć. Trochę obawiałam się chaosu wynikającego z różnorodności stylów, preferowanych form przekazu czy subiektywnych ujęć. Jednym słowem kakofonii, dodatkowo nakładającej się na moją niechęć do opowiadań. Niepotrzebnie. To właśnie te cechy, których obawiałam się najbardziej, stały się atutami zbiorku. Postawiły w środku starość, by ukazać ją w literackim obrazie 3D, w tworzeniu którego każdy z pisarzy stanowił dopasowane elementy jednego zespołu, będących jednocześnie oddzielnymi cząstkami, autonomicznymi aparatami fotograficznymi, subiektywnymi źrenicami oczu utrwalającymi go pod własnymi, indywidualnymi, osobistymi kątami widzenia. I to było fascynujące! Mogłam przyjrzeć się starości oczami osoby młodej, nieświadomej dotyku przemijania, jego obecności nawet kiedy ma się naście lat, a także kobiety dojrzałej, świadomej utraty młodości, więc próbującej ją zatrzymać czy staruszka znającego wartość przemijającego czasu i pogodzonego z czekającą go śmiercią, by ostatecznie poczuć jak starość fizycznie usztywnia stawy, ogranicza zdolność ruchu, osłabia mięśnie, plami skórę, poprzez wniknięcie w świadomość i ciało starej kobiety. Mogłam też poprzyglądać się z bliska śladom, rysom, bliznom, nieodwracalnym zniszczeniom pozostawionym na ludzkim ciele przez upływ czasu, jak obrazom wystawionym w muzeum staroci. Portretom tak plastycznie, namacalnie oddającym detale pomarszczonej skóry, chwiejących się zębów, powykręcanych stawów rak, stróżki śliny ciągnącej się z ust, aż do współczucia, litości i obrzydzenia. Lęku? Mogłam podpatrzeć, podejrzeć jak inni radzą sobie z przemijaniem, z wizją śmierci majaczącej gdzieś tam, na końcu drogi. Jak próbują zachować młodość, oszukać czas, zatuszować rysy zostawione przez proces destrukcji, ignorować przemijanie, oddalać myśli o śmierci i oswajać się z powszechną obecnością rozkładu ciała i przedmiotów. Nie tylko na poważnie, z patosem, przerażeniem lub grozą, ale i z przymrużeniem oka. Nie tylko w sposób piękny i wzniosły, a przez to uległy jej potędze nieuchronności, ale i wulgarny, pełen złości, wykrzyczanego buntu i oskarżeń pod adresem reżysera mojego świata. Mogłam też przeanalizować inny rodzaj śmierci. Tej za życia. Społecznej. Alienującej ludzi starych, a przez to niepotrzebnych, bezużytecznych, nieprzydatnych jak rzecz, zużyty samochód będący odpowiednikiem ludzkiego bohatera. Ale i nie tylko ludzi starych. Dotyczyło to również kobiet, osiągających magiczną granicę wieku, za którą stają się niewidoczne dla mężczyzn, z wyrokiem śmierci za życia, bo już nieatrakcyjnych seksualnie. I gdybym miała z tych wielu spojrzeń wybrać to najbliższe moim odczuciom i myślom, to na pewno nie kierowałabym się warsztatem literackim, który jest bardzo równy, ale moimi subiektywnymi preferencjami jak plastyczność opisów w Pani Hedwig i w Kotce antykwariusza, siła emocji w Na deskach (mało mi było tego monologu, zdecydowanie za mało) czy pomysł na radzenie sobie z lękiem w Wannie i mroku. A całość tych miniaturek została oprawiona w ramy mini-galerii. Niezwykłej. I tutaj muszę, koniecznie muszę, opowiedzieć o stronie graficznej tej książki. O 17 fotografiach Romana Lipczyńskiego. O jego obrazach stanowiących oryginalną wizualizację wprowadzającą mnie w przesłanie każdego opowiadania. Będące zarazem przecinkami odgradzającymi opowiadania, ale i przystankami do pomyślenia nad tekstem już przeczytanym, zastanowienia się nad treścią przede mną, zadumania się nad samą fotografią. Bo każda z nich to swoisty rebus, zagadka, roszada. Bo cóż może oznaczać na przykład kadr, w którym autor zawarł kosmos w ziarenku cukru, bo to Kosmos cukru. I tak za każdym razem, na każdym przystanku, przed kolejną fotografią. Przyglądałam się, odszukiwałam symbolikę, dopasowywałam słowa, by swoją propozycję, pomysł, syntezę skojarzeń skonfrontować z odpowiedzią-tytułem umieszczonym na odwrocie strony. Genialne obrazy, bo łączące prostotę symboliki z zawiłością filozofii, łatwość kojarzeń z trudnością syntezy w dwóch słowach, abstrakcję myśli z praktyczną wizualizacją. Siedziałam czasami zastygła w pochylonej pozie przez kilka (a może nawet kilkanaście) minut, zatopiona w tych fotografiach, aż do pojawienia się bólu sygnalizującego niewygodę pozycji ciała, walcząc sama ze sobą, by nie zajrzeć z tyłu po gotową odpowiedź. Całość obrazu i treści idealnie współgra ze sobą tworząc książkę do czytania, do oglądania, ale przede wszystkim do przemyśleń, zastanowień, smakowania i oswajania się ze starością graniczącą niemalże z turpizmem. Bo ta budzącą się wiosna wokół mnie nie jest oddzielnym życiem i tylko życiem, a starość, przemijanie i śmierć wbrew tej naturze. Jest jednym z etapów, objawów przemijania, który towarzyszy mi od urodzenia (to ta pierwsza fotografia z trumną),czy tego chcę czy nie. Pozostaje mi się z tym tylko pogodzić. I takie jest ostateczne, trochę pocieszające i wbrew pozorom optymistyczne przesłanie tej książki, tak trafnie ujęte słowami bohatera opowiadania "Punkt zwrotny" – "Starość – jak rozmyślał – pozwala się przyzwyczaić do fizycznego końca, do śmierci, pogodzić się z nią, zrozumieć jej nieuchronność." http://naostrzuksiazki.pl/
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na66 lat temu
Second hand Joanna Fabicka
Second hand
Joanna Fabicka
Zakręty życia trzech sióstr, które dziedziczą niepowodzenia swoich matek, babć, jak również poprzednich pokoleń kobiet, a co sugeruje fabularny schemat powieści Joanny Sawickiej. Mnogość wątków oraz postaci wyklucza ich zwięzłe omówienie w kilku zdaniach, w związku z czym ograniczyć się należy do przedstawienia głównych komponentów „Second Handu”. Wszystkie drogi prowadzą do podupadającego pensjonatu w Podlewie, który nie ma zbyt wiele do zaoferowania, chyba że przyjezdni oczekują smutnych doświadczeń jego właścicielek. Joanna Fabicka mnoży przykre historie z ich życia, aby usprawiedliwić obecne położenie każdej z sióstr. Wykorzystuje realia PRL-u, które nadają się do stygmatyzowania bohaterek, przy czym stosowanie wspomnianego zabiegu nie świadczy o oryginalności powieści. Atutem „Second Handu” jest język. Joanna Fabicka panuje nad potokiem słów, dzięki czemu znane historie doczekały się nieszablonowej oprawy. Niektórych zrazi brak dialogów oraz tempo powieści, aczkolwiek wspomniane elementy pozwoliły mi sprawnie przejść przez całą książkę. Bez względu na potencjalne zastrzeżenia w zakresie przyjętej narracji, czytelnik nie powinien czuć zawodu. W nagrodę za przebrnięcie przez powieść otrzymuje ciekawe zakończenie z gatunkowym twistem, co otwiera drzwi do wielu interpretacji, choć dla mnie była to jedna z książek o przegranym życiu w cholernie przygnębiającym miejscu.
dyrektor_negacja - awatar dyrektor_negacja
oceniła na61 rok temu

Cytaty z książki Emplarium

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Emplarium