Czarne kłamstwa, czerwona krew Kjell Eriksson 5,8

ocenił(a) na 35 lata temu Zupełnie nie wciąga – ani zagadką, ani klimatem, ani bohaterami, ani zakończeniem. W tej książce wszystko jest osobne.
Autor namnożył bohaterów jak w dramacie Shakespeare’a – kilka osób, żadnej nie da się odróżnić od innej. Każda z nich częściowo prowadzi osobne śledztwo i w ten sposób poszerza się grono ludzi zaangażowanych w naszą historię. Fabuła kręci się wokół dwóch morderstw – i to z zasady jest pomysłowym zabiegiem, tylko że tutaj te śledztwa zupełnie się nie łączą. Prowadzą je odrębne grupy śledczych, bez wpływu na wzajemne działania i podejmowane tropy. Głównych bohaterów brak – jako że to część cyklu, który połączony jest postacią Ann Lindell, to ona uznana jest za wiodącą postać, ale dla mnie głównym bohaterem był Anders Brant. Anders to dziennikarz, który ma romans z Ann i któregoś dnia nagle wyjeżdża. I nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że ofiara jednego z morderstw miała w kieszeni numer Branta, co – biorąc pod uwagę fakt, że jego ukochana nie ma z nim kontaktu – wzmaga jakąś niepewność, czy to przypadek, czy ma jakieś drugie dno. Moim zdaniem ten wątek jest najciekawszy, bo tu faktycznie powstaje cieniutka warstwa niedopowiedzenia, zagadki, ale i ta sytuacja staje się czytelna za szybko. Cały tabun policjantów, detektywów, postaci pobocznych dla mnie absolutnie nie do ogarnięcia – jeden worek bez cech charakterystycznych, chociaż może i dobrze, bo gdyby chcieć wnikać w psychologię tych postaci, to książka miałaby z tysiąc stron… Postać Ann Lindell okropna, przykra, w klinicznej depresji, bez szans na podniesienie się z traumy, silnie autodestrukcyjna, szkodliwa dla fabuły.
Tego wszystkiego nie rekompensuje nawet dobra akcja – mam wrażenie, że bohaterowie nie rozwiązują zagadki, a chodzą wokół niej. Nie ma tam żadnego procesu twórczego. Nie ma wyciągania wniosków. Giną kolejne osoby, śledczy przeprowadzają wywiad, organizują przesłuchania i dają się zaszufladkować w oczywistościach. Brakuje w tym intrygi i dobrego motywu. Sprawstwo obu morderstw to efekty pójścia na łatwiznę, bo tak na pewno to nie wiemy nic. Jednak trudno powiedzieć, żeby autor zostawiał otwartą drogę do interpretacji – nie, on po prostu mówi, że jednoznacznie to my się niczego nie dowiemy.
Nie ma w powieści żadnych akcentów skandynawskich, które przyciągnęłyby czytelnika. Mam wrażenie, że autor koncentruje się na mniejszościach narodowych/etnicznych, których w Szwecji jest sporo, i stara się upakować ich jak najwięcej w fabule, ale zamysłu nie rozumiem. My nie widzimy tej Uppsali, nie ma szans, żeby dać się porwać jakiemuś klimatowi miasta, zrozumieć, czy to miasto jest duże, małe, przyjazne, jak ludzie spędzają tam czas… nie czujemy tego serca, które świetnie pokazuje na przykład Camilla Lackberg opowiadając o Fjallbace. Ja tam byłam razem z nią!
Mam wrażenie, że w tej książce wszyscy przegrywają – bohaterowie, czytelnicy i chyba autor wynoszony na piedestał, bo może gdyby nie to, byłaby motywacja do szlifowania takich podstaw.
Czytanie tej książki zajęło mi 6 dni, bo autentycznie miałam awersję do wracania do niej, ale uparłam się, że dowiem się, jak się kończy wątek Andersa i Ann. Wiecie co…? Nie było warto…