Książka jest ostra. Dosłownie. Ostre są słowa i myśli bohatera, ostre są jego czyny, ostre jest życie prowadzone przez Mitcha.
Każda kartka przepełniona jest ostrzem wbijającym się w czytelnika. Życie przedstawione w niej jest pełne prochów i niesmacznej seksualności wedle, której kobiety służą tylko do seksu, pozbawionego godności. Nie lubię głównego bohatera, nie lubię jego przyjaciół, nie lubię jego postępowania i toku myślenia. Nie rozumiem przekazu autora w tej książce, o ile taki istnieje. Wydaje mi się, że ta malutka książeczka, która przypomina notesik o cenie 32,90 zł służy tylko i wyłącznie do zaspokojenia fantazji niektórych ludzi, lubiących takie sfery życia. Książki nie polecam, zwłaszcza osobą o wrażliwej duszy.
"Mam wrażenie, że straciłam na nią tyle czasu... no cóż, sama jestem sobie winna". To właśnie kotłowało mi się w głowie podczas lektury i non stop tylko wzdychałam i kręciłam głową. A tu pod koniec powieści zrobiło się dużo ciekawiej. Ale okej, zacznijmy od początku.
Andrea to taka typowa szesnastolatka z amerykańskiej wersji życia pokazywanej niegdyś w mtv. Wyzwolona. Poszukująca wrażeń. Zbyt płytka. Myląca miłość z pożądaniem. Odłożyłabym tę książkę niemal od razu, gdyby nie ogromna rola muzyki w fabule. Szkolna przyjaciółka Andrei – Cybil – niespodziewanie goli sobie głowę i zaczyna grać w zespole. Więc oprócz romantycznych (lub antyromantycznych) podbojów głównej bohaterki, mamy tutaj przekrój lokalnej rockowej sceny muzycznej (oczywiście z wymyślonymi nazwami kapel) i spektrum różnorakich zachowań ludzi z różnych środowisk.
Jednak ta muzyka była wciąż za bardzo w tle, a Andrea i jej podejście do życia (a zwłaszcza do relacji z chłopakami) przyprawiała mnie o ból głowy. Z biegiem fabuły miałam wrażenie, że główna bohaterka przechodzi jakąś przemianę, że w końcu historia bardziej jest o muzyce, o głębszych uczuciach i rozkminach, niż tylko o przygodnym seksie. No i na pierwszy plan chyba wybija się w końcu Cybil (i dobrze, bo jest niesamowicie intrygującą postacią).
Powieść jest specyficzna, czyta się ją jak trochę nieudolny pamiętnik – z lupą szukać poetyckich określeń – wszystko jest opisane bardzo dosłownie. Nie bez powodu z tyłu książki pojawia się słowo "kronika".
Nie mam pojęcia, czy polecić, czy odradzić. Może po prostu nie szukajcie jej jakoś specjalnie. Są dużo lepsze rzeczy o muzyce do czytania, chociaż... może ta wyróżnia się tym, że pokazuje też tę ciemną stronę muzycznego przemysłu.