Klasyków trzeba uśmiercić, a potem ożywić. Refleksje (nie tylko) o kanonie lektur
Nekromancja jest sztuką niezwykle niebezpieczną, dlatego też prościej byłoby chyba – zamiast uprawiania magii śmierci – po prostu odbrązowić pomnikowych bohaterów. Kanon jest nimi przepełniony. A może… tylko nam się tak wydaje?
Bo przecież sposób, w jaki odbieramy literaturę, zależny jest od bardzo wielu naprawdę różnych i w dodatku zmiennych czynników. Zdrowia, nastroju, takiego czy innego nastawienia względem twórcy, znajomości kontekstu powstania dzieła, wreszcie, całkiem zwyczajnie, chęci bądź niechęci do tego, aby wczytać się w zadaną na następny miesiąc historię. Środowisko szkolne generuje zresztą bardzo określone warunki do czytelniczych doświadczeń i poszukiwań. Precyzując nieco – chodzi o przymus i obowiązek. Oto słowa, w których zapisano paraliżującą moc – dla większości uczniów, a pewnie też niemałej części nauczycieli. I choć śmiałków nie brakuje, to warto wiedzieć, gdzie szukać ratunku przed wrześniową apokalipsą.

Między piekłem a niebem, czyli podróż przez epoki
Zmieńmy nieco ton. Zmodyfikujmy też język. Żadna zatem apokalipsa, najwyżej kampania, w której – owszem – będą chwile trudniejsze, wykańczające, ale również piękne i satysfakcjonujące. Chyba zwłaszcza na etapie liceum, gdy młody człowiek zaczyna prawdziwie dojrzewać. A literatura jest w tym procesie nie tyle potrzebna, co po prostu niezbędna. Trudno o bardziej wartościową pożywkę dla umysłu. Tyle tylko, że najpierw trzeba ustalić jadłospis. I tutaj pojawia się klops. To znaczy – kanon.
Już ze słownikowej definicji wyczuwalny jest gatunkowy ciężar zagadnienia. Bo kanon to „wzór, zasada, reguła”, a także „zespół cech artystycznych charakterystycznych dla danej epoki”. I nie ma żadnych wątpliwości, że określony kanon powinien w przestrzeni edukacyjnej funkcjonować. Stanowić swoistą mapę, wskazówkę z konkretnymi lekturami, dzięki którym podróż przez epoki byłaby bezpieczna, przyjemna, a przede wszystkim satysfakcjonująca. Ukazująca możliwie najpełniejszy obraz zmieniających się czasów. Periodyzacja – podział na historyczne okresy, artystyczne fazy – to przecież podstawa.
Na czym polega zatem trudność? Ano na niezbyt dużej elastyczności w doborze lektur. A przede wszystkim na tym, że na omówienie wszystkich kanonicznych dzieł trudno znaleźć czas. W programowej rozpisce z ministerstwa, dedykowanej dla zreformowanego liceum – tylko na poziomie podstawowym – znajduje się lista z pięćdziesięcioma punktami. Do każdego z nich najczęściej przypisane przynajmniej dwa, a zdarza się, że i kilkanaście tytułów, którym z powodzeniem można byłoby się oddać na kilkuletnim seminarium. W liceum – na wszystko – przeznaczyć można cztery lata.
Zatem jeśli zabieramy się za przepracowywanie motywów biblijnych, to na przykładzie z Księgi Rodzaju, Księgi Hioba, a także… Koheleta, Pieśni nad Pieśniami, Psalmów i Apokalipsy według św. Jana. Pracując, naturalnie, na fragmentach, czyli siłą rzeczy wyrywkowo, niepełnie. We fragmentach musimy poznać też „Iliadę” i „Odyseję”, „Boską komedię”, wybrane wiersze Norwida, Słowackiego, Mickiewicza i poezję współczesnych, żeby przywołać tylko Szymborską, Herberta, Różewicza i Barańczaka. Wszystko, oczywiście, równie ważne, bo wszystko punktowane jest przecież na maturze.
Pretekst – Tekst – Metatekst
Aby opanować nadmiar, wprowadzić porządek do szkolnego chaosu – pamiętając przy tym, że nauczanie to zawód, jakby nie patrzeć, podwyższonego ryzyka, wszak pracuje się na żywym organizmie, który nazywamy klasą – trzeba wypracować odpowiednią metodę. Bo w czym innym, niż w przekazywaniu gotowej wiedzy zapisanej w encyklopedycznych formułkach, zawiera się dziś sens słów „nieść kaganek oświaty”? Nauczyciel – jako przewodnik w literackiej podróży – powinien wyposażyć ucznia w niezbędne narzędzia, dzięki którym wyprawa w (nie)znane epoki literackie będzie czymś interesującym. Warto wskazać powód. Cel – słowo-klucz z podstawy programowej. A bardziej po ludzku… pretekst.
Ale nie żadną wymówkę, lecz konkretny powód do rozmowy. Na przykład o tym, w jaki sposób Antygona – ryzykując życiem – definiowała nie tylko miłość do brata (braci?), ale również przywiązanie wobec ojczyzny. Skupiamy się już zatem konkretnie na tekście. Danym fragmencie, wyszczególnionej wypowiedzi. Czytamy, badamy – analizujemy, a potem rozstrzygamy – interpretujemy. Zdolność do krytycznego myślenia to jedna z najważniejszych zdolności, jaką w procesie edukacji zyskać może młodzież. Naprawdę. Zwłaszcza w czasach, gdy internetowe polemiki potrafimy prowadzić, znając tylko nagłówki artykułów. Wróćmy jednak do tematu naszej lekcji!
Zajmując się już „Antygoną”, pracując na literackim tekście, możemy odnieść się do tego, o czym ten tekst traktuje, a także – niemniej ważne zadanie – odnieść go do naszych doświadczeń. Bohaterowie Sofoklesa – żeby daleko nie szukać – są więźniami nie tylko własnych uczuć, wrażliwości, ale również systemu, w którym przyszło im żyć. Nawet Kreon, o którym najczęściej myślimy jako o bezdusznym tyranie, musiał być targany wątpliwościami. Jak definiujemy dziś nasze przywiązanie czy też, używając górnolotnych sformułowań (a co tam, niech będzie), miłość do ojczyzny? Takie pytania i odpowiedzi są już metatekstowe, wychodzą poza sztywne ramy edukacji programowej. Mogą jednak oferować nowe, inne spojrzenie. Na kanon. I na rzeczywistość, która nas otacza.
Względnie prosta w stosowaniu metoda jest też dosyć elastyczna. Bo takie rozważania można przeprowadzić w różnych epokach. Czy imigranckie doświadczenia, które Mickiewicz utrwalił w „Sonetach krymskich”, stanowiły naprawdę aż tak traumatyczne doświadczenie i rozpaczliwą tęsknotę za ojczyzną? A może było w tym nieco więcej – jakkolwiek wywrotowo to nie zabrzmi – rock and rolla, co zdaje się interpretować Andrzej Stasiuk na folkowej płycie z ukraińskim zespołem Haydamaky? Czy szekspirowski Makbet odnalazłby się w zbrodniczym kryminale spisanym piórem Jo Nesbø? Czy wirtualna rzeczywistość, w której uczestniczymy za sprawą Facebooka, to już rzeczywistość Orwellowska, ujęta w powieści „Rok 1984”? Konteksty otwierają się same. Trzeba po prostu szukać. Ale na to, niestety, potrzebny jest czas.

W poszukiwaniu złotego środka
A na jedne zajęcia przeznaczonych jest zaledwie czterdzieści pięć minut. Efektywnego czasu zostaje, rzecz jasna, jeszcze mniej. I to wcale nie ze względu na potencjalne problemy ze zdyscyplinowaniem gromady, lecz różnymi nieprzewidzianymi z góry wydarzeniami – dajmy na to niesprawnym projektorem, brakiem papieru w kserokopiarce czy próbnym alarmem przeciwpożarowym. Ale zaplecze techniczne i pomoce edukacyjne to nieco inna – choć wierzcie na słowo, bardzo istotna – para kaloszy. Bo my przecież dzisiaj o kanonie.
Kanonie, który jest pojemny – gigantyczny i doprawdy tłuściutki, jeśli chodzi o rozmiary. Trudno coś zrobić z takimi gabarytami. Dlatego można próbować czytać go przez konteksty. Najlepiej nie we fragmentach, nie wyrywkowo, ale w pełni kompleksowo, przyglądając się z różnych perspektyw. Tak właśnie rysuje się kwadraturę koła. Próbować jednak warto. Właśnie trzeba. I należy. Szkoda tylko, że w nowym kanonie tak mało jest współczesności. Że nie mówi się na temat, dajmy na to, kryminałów retro Marka Krajewskiego, który przy pomocy literatury rozrywkowej obrazuje wojenne demony i radzenie sobie z własnymi lękami i słabościami. Że tak rzadko w szkolny dyskurs włącza się przedstawicieli literatury fantastycznej, którego jedynym reprezentantem na poziomie licealnym jest Jacek Dukaj. Że zapomina się o sztuce komiksu. Kanon nie jest jednak ustanawiany z dnia na dzień, nie jest też wynikiem kilku lat rządów, lecz kilkunastu… właściwie kilkudziesięciu lat historii. Ale to już – no właśnie – nieco inna historia.
Czytajmy, szukajmy, prowokujmy się nawzajem. Może faktycznie nie niszczmy klasyków, ale starajmy się patrzeć z różnych perspektyw. To wzbogacające doświadczenie. O tym staram się mówić swoim uczniom. O tym też warto pamiętać. Bo przecież całe nasze społeczeństwo to taka spora klasa. Obowiązek nauki jest nie tylko po stronie ucznia i nauczyciela, ale również… nie, nie będzie wskazywania palcem i wywoływania do tablicy. Wszyscy powinniśmy się zastanowić, aby razem szukać odpowiedzi. Dobrego kanonu! Znaczy – września.
komentarze [29]
Zapewne jestem jedną z nielicznych osób w kraju, ale będąc w szkole średniej ponad dekadę temu, mnie się ówczesny kanon lektur podobał i nawet mi nie przyszło do głowy, że jeśli książka jest „lekturą” to jest jakaś gorsza, nudna etc. Być może to kwestia pokolenia, kiedy internet jeszcze nie hulał w Polsce tak jak dzisiaj. Wydaje mi się też, że wiele osób myli tu dwa różne...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej