Noc zarwiecie niechybnie
Najnowsza książka Anny Brzezińskiej to nie tylko świetna powieść łącząca wysokiej klasy fantasy z wysokiej klasy prozą historyczną, lecz także fenomen niebezpiecznie bliski serialom filmowym w rodzaju „24 godzin”, „Breaking Bad” czy „Fargo”.
Woda na sicie. Apokryf czarownicy to w pewnym sensie powrót do pisarskich korzeni autorki. Zanim Córkami Wawelu zachwyciła publiczność „mainstreamową”, Anna Brzezińska przez lata była niepisaną królową polskiej fantasy. Na literackiej szachownicy stanowiła żeński odpowiednik Andrzeja Sapkowskiego, podobnie jak twórca „Wiedźmina” rozpoczynając swą karierę od jednego zaledwie opowiadania, by z czasem przejść do cykli powieści, których wyróżnik stanowiły pełnokrwiste żeńskie bohaterki, zapadające w pamięć bez względu na to, czy były ladacznicami, wiedźmami, czy królewnami. Prócz niepośledniego talentu narracyjnego Brzezińska posiada także gruntowne wykształcenie historyczne, co sprawia, że „Woda na sicie” wyróżnia się niesamowitym osadzeniem wykreowanego przez nią świata.
No właśnie – wykreowanego. Na pierwszy rzut oka początek powieści wprowadza nas w przestrzeń znajomą i przewidywalną: „W wiosce Cinabro, w parafii Sangreale, w konsekrowanej sali trybunału, w czwartek dnia czternastego maja, w wigilię święta Sante Benedicte, męczenniczki, patronki ubogich, doktor Abandonato di San Celeste, przewodniczący temu trybunałowi, i w obecności inkwizytorów Unghi di Varano i Sarto de Serafiore, jak również świadków…” Czy nie możemy się spodziewać dzieła zbieżnego z „cyklem husyckim”, w którym realia piętnastowiecznej Europy stały się dla Sapkowskiego tłem klasycznej powieści łotrzykowskiej, wzmocnionej odrobiną fantasy? Czarownica, łotrzyki, inkwizycja, obowiązkowy smok w tle – z tym, że u Brzezińskiej rzecz dziać się będzie w Italii…
Nic podobnego. Świat „Wody na sicie” przypomina co prawda północne Włochy u schyłku średniowiecza i początku renesansu, kiedy ambitni bastardzi i pół hrabiowie próbują dochrapać się tytułów, by z małych księstewek stworzyć krwawe królestwa. Dlaczego jednak z protokołu przesłuchania zniknęło stosowne Anno Domini, kim jest zagadkowa Święta Benedykta i dlaczego parafia Sangreale przypomina swoją nazwą legendę o Świętym Graalu i Świętej Krwi?
Nie, nie o Świętego Graala i potomków Jezusa tym razem chodzi. W powieści Brzezińskiej wszystko toczy się wokół vermiglio – cynobru, rtęci rodzimej, pierwiastka, który w języku alchemików kojarzony był z Merkurym, czyli Żywym Srebrem, a którego perska nazwa „zinijfrach”, oznaczała żywicę bądź smoczą krew. Cynober dominuje w wymiarze nie tylko fizykalnym – centrum akcji są cztery wioski: Czerwień, Karmin, Cynober i Szkarłat – lecz również metaforycznym – jego krwawy poblask rozświetla całą powieść i oba światy: realny i nadprzyrodzony. Cynober, czy dokładniej cynober czerwony, ma w sobie dodatkowo jon siarki, która wzmacnia nie tyle diabelskość, co nadprzyrodzoność powieści. Jej nośnikiem jest przede wszystkim główna bohaterka – La Vecchia. To ona stanie przed trybunałem inkwizycji, któremu przewodzi doktor Abandonato di San Celeste. To ją oskarży się o kontakty ze smokiem, zamordowanie inkwizytora Richelma i Bóg wie o co jeszcze. Co ciekawe, jej opowieść poznamy wyłącznie z zapisków doktora Abandonato, gdyż podsądna jest niepiśmienna. Czy jednak jest ona prawdziwa? Czy może, jak w znanym powiedzeniu, „nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy”?
Byłoby to spójne z formą istnienia świata wykreowanego przez Brzezińską. Tak, to może być Italia, ale cokolwiek dalej, przesunięta na podziałce czasu o jedno oczko, Italia mieszcząca się w innej, alternatywnej wersji zdarzeń zwłaszcza, że całą opowieść, którą snuje Starucha – bo tak chyba najtrafniej oddać jej włoski przydomek – traktować można jako różne warianty rzeczywistości. Bo czy ktoś siedzący w wilgotnym lochu nie mówi tego, co chcą usłyszeć jego oskarżyciele?
La Vecchia, poddana śledztwu, przypominającemu konwejer w NKWD, zerwana z barłogu w środku nocy, krąży, kluczy, wyjawia kolejną wersję prawdy, manipuluje swoimi oprawcami niczym Szeherezada opowiadająca co noc inną bajkę po to tylko, by oddalić widmo stosu. W tle widzimy świat podobny do tego, który znamy choćby z „Imienia róży”: nad porządkiem duchowym czuwa inkwizycja, procedura oparta jest na zaleceniach Fra Bernarda Gui, tortury pozostają w gestii biskupa, a miecz trzymany jest przez władzę świecką. Jednak choć epicentrum akcji są cztery wioski zamieszkane przez heretyków, rządzonych przez radę „starszych”, de facto nie wiemy, w co wierzą, dlaczego nazywają się oświeconymi, czym jest Światło, którego znak przywołują, i nie dowiemy się tego od La Vecchi. Jedno jest pewne – żyją wciąż tylko dlatego, iż potrafią dostarczać władcom vermiglio (kruszec służący reszcie świata jako drogocenny barwnik).
Jego posiadanie jest znakiem władzy i prestiżu, ludzie gotowi są dla niego zdradzać i zabijać. Śmierć – od noża, trucizny, motyki, kamienia, ognia i zarazy – dosięga wszystkich: prostych vermigliani, ambitnych panów, wioskowych idiotów, alchemików i handlarzy relikwiami, i jest refrenem całej powieści, która niezmiennie mieni się odcieniami od rubinowego mroku do pienistej purpury.
Biada temu, kto rozpoczął lekturę wieczorem – noc zarwie niechybnie, bo próbując domyślić się dalszego ciągu, będzie się czuł jak przy oglądaniu ulubionego serialu. Kolejny odcinek nie da odpowiedzi, tempo i temperatura wzrosną, obrazy zawirują coraz szybciej, a La Vecchia po raz kolejny zetrze z pergaminu naszej pamięci starą wersję zdarzeń, żeby zapisać na niej nową opowieść. A cała lektura będzie jak archaiczna forma pozyskiwania cynobru, kiedy to łupki zawierające rudę płukano pod bieżącą wodą przez coraz gęstsze sita.
Robert Kasprzycki – poeta, muzyk, śpiewający autor, recenzent literacki i muzyczny. Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pisuje także felietony do magazynu „Twoja Księgarnia”. Mieszka w Krakowie.
(artykuł sponsorowany)
komentarze [21]
Mam wrażenie, że jakoś tak dużo tych "królowych polskiej fantastyki". Brzezińska, Kossakowska, Białołęcka...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam