-
Artykuły
"Przejścia. Którędy do miłości" Natalii de Barbaro. Mamy dla Was 40 egzemplarzy książki!
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Czytamy w weekend. 10 kwietnia 2026
LubimyCzytać441 -
Artykuły
Nadciąga Gwiazdozbiór Kryminalny!
LubimyCzytać8 -
Artykuły
Wiosna z książką – kwietniowe premiery, które warto poznać
LubimyCzytać16
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończony] Całe szczęście, że miałem pecha - wygraj książkę "Fartowny pech"
Czasem los bywa przewrotny. Pechowy zbieg okoliczności może sprawić, że zawiśnie nad nami widmo niemalże apokaliptycznej katastrofy. Zdarza się jednak, że pech spotyka nas we właściwym momencie, co w konsekwencji bywa... niezwykle fartowne. Napisz opowiadanie zatytułowane „Całe szczęście, że miałem/ miałam pecha” Czekamy na teksty do 3000 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorzy pięciu najciekawszych tekstów otrzymają po egzemplarzu książki.
Fartowny pech
Autor : Olga Rudnicka
Regulamin
- Konkurs trwa od 1 do 7 sierpnia włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 3000 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Prószyński i S-ka.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [56]
Dziękuję i również gratulacje ;);)
Dziękuję i również gratulacje ;);)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamGratulacje dla wyróżnionych :)
Gratulacje dla wyróżnionych :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamGratuluję wyróżnionej 5:)
Gratuluję wyróżnionej 5:)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDziękuję serdecznie i gratuluję pozostałym. :)
Dziękuję serdecznie i gratuluję pozostałym. :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
LubimyCzytać: Nagrody otrzymują:
Michał
Krysia
ZaczytanyTU
Lola
Casey-Jones
Gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami osobiście.
ZaczytanyTu był moim największym faworytem. Gratulacje!:)
LubimyCzytać: Nagrody otrzymują:
Michał
Krysia
ZaczytanyTU
Lola
Casey-Jones
Gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami osobiście.
ZaczytanyTu był moim największym faworytem. Gratulacje!:)
Nagrody otrzymują:
Michał
Krysia
ZaczytanyTU
Lola
Casey-Jones
Gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami osobiście.
Nagrody otrzymują:
Michał
Krysia
ZaczytanyTU
Lola
Casey-Jones
Gratulujemy. Skontaktujemy się z Wami osobiście.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy jeszcze dzisiaj.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy jeszcze dzisiaj.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
„Całe szczęście, że miałam pecha”
Jak zwykle spóźniona, włączyłam telewizor, którego dźwięk zawsze towarzyszył mi przy śniadaniu. Tym razem moim oczom nie ukazał się przystojny dziennikarz w garniaku za tysiąc dolarów, ale znajomy obraz. Nie wyglądał on jednak jak zwykle.
(20 minut wcześniej)
Cholera! Pomyślałam, gdy zobaczyłam godzinę, którą wskazuje mój budzik, który miał mnie obudzić dokładnie 45 minut temu. Czego nie zrobił! No dobra, pewnie próbował, ale ja śpiąca królewna na pewno go wyłączyłam i znów wróciłam do snu. Przyjemnego snu. Snu, w którym sam John Mayers z ósmej klasy zaprasza mnie na bal.
Pewnie myślicie sobie, że to nic specjalnego. Przecież to normalne. On zaprasza ją czy ona jego. Ale jesteście w błędzie! Otóż John jest najprzystojniejszym, najbardziej wysportowanym i najmilszym chłopakiem jakiegokolwiek, ktokolwiek kiedyś widział. W dodatku jest kapitanem szkolnej drużyny amerykańskiego futbolu. Prawda, że cool? Każda marzy, by iść z nim na ten wiosenny bal.
No dobra, koniec o Johnie. Tak więc, gdy już wreszcie zobaczyłam, że jestem spóźniona i już na pewno nie zdążę na historie (Kto by się w ogóle nią przejmował? Co było już nie ucieknie, no nie?) ruszyłam powolnym krokiem do łazienki. Gdy już zrobiłam to co trzeba, udałam się do kuchni. Jak co dzień przyrządziłam owsiankę i wreszcie mogłam zjeść śniadanie. Włączyłam TV, a moim oczom ukazał się znajomy obraz. Makabryczny obraz.
Przedstawiał moją szkołę, w której właśnie miałam się znajdować. Pasek u dołu ekranu informował widzów, że to właśnie tu, pięć minut temu doszło do strzelaniny. Jakiś szaleniec wpadł do klasy i zaczął strzelać do każdego, kto nie spełnił jego poleceń. Po chwili dodano, że do zdarzenia doszło podczas lekcji historii.
Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że gdyby nie to, że zaspałam najprawdopodobniej już bym nie żyła. Jak na ironię, całe szczęście, że miałam pecha – pomyślałam.
„Całe szczęście, że miałam pecha”
Jak zwykle spóźniona, włączyłam telewizor, którego dźwięk zawsze towarzyszył mi przy śniadaniu. Tym razem moim oczom nie ukazał się przystojny dziennikarz w garniaku za tysiąc dolarów, ale znajomy obraz. Nie wyglądał on jednak jak zwykle.
(20 minut wcześniej)
Cholera! Pomyślałam, gdy zobaczyłam godzinę, którą wskazuje mój budzik, który...
-Cholera!
Pochyliłem się by lekko rozmasować mały palec, którym właśnie uderzyłem w drewniane krzesło. Zapewne wielu naukowców zastanawia się do czego przydatny jest ten najmniejszy paluszek, a to właśnie ja odkryłem odpowiedz ma owo nurtujące pytanie "żeby ustalać położenie mebli w mieszkaniu" i na dodatek boleśnie o tym powiadamiać o czym przekonałem się na własnej skórze.
Obudziłem się zaledwie pięć minut temu by ze strachem stwierdzić, że znów zaspałem. Piekielny budzik po raz kolejny nie zadzwonił, więc rzuciłem go w kont sypialni i suma summarum dziś zapewne stracę pracę.
Wychodzę z mieszkania szybciej niż tego oczekiwałem, a to oznacza iż czegoś zapomniałem, lecz jak na złość nie wiem czego. Postanowiłem, że nie może to być nic ważnego dlatego ruszyłem przed siebie.
Na klatce schodowej mijam seksowną sąsiadkę wracającą z pobliskiej piekarni ze świerzym pieczywem, która przygląda się moim stopom z uśmiechem. Patrzę w dół.
-Ale ze mnie palant.- Uderzam się dłonią w czoło.
-Każdemu się zdarza wyjść na miasto w samych skarpetkach. -Piękna blondynka chichocze i otwiera drzwi swojego mieszkania.- Jak można być takim debilem.
Wzdycham zrezygnowany i wracam do mieszkania z prędkością światła by po chwili, ale już w trampkach, wybiec na ulicę. Jednym machnięciem dłoni zatrzymuję taksówkę by patrzyć jak obcy mężczyzna odpycha mnie, wsiada i odjeżdża. Klnę pod nosem i jadę następną.
Stoimy w korku od godziny, niby to nic dziwnego w wielkim mieście i od dawna się do tego przyzwyczaiłem, ale denerwuje mnie taksówkarz, który opowiada o swojej rodzinie, a nawet pokazuje mi ich zdjęcia. Nie zapowiada się by w najbliższej przyszłości miał zakończyć swój monolog. Mam już tego serdecznie dość, więc wysiadając dziękuję serdecznie i wkładam w ręce kierowcy gotówkę. Patrzę na zegarek i stwierdzam z zadowoleniem, że dotrę do pracy spóźniony, ale tylko o pół godziny, więc może nikt nie zauważy mojego małego występku. I tym razem ujdzie mi to na sucho.
Moje szczęście nie trwał jednak zbyt długo. Ujrzałem kontem oka jadącego w moją stronę rowerzystę i odsunąłem się w ostatniej chwili. Niestety tego felernego dnia pech mnie nie opuszczał. Wdepnąłem w psie odchody, a na dodatek gdyby tego było mało wycierając obuwie chusteczką straciłem równowagę i wpadłem tyłkiem w ogromną kałużę.
Nie miałem nawet siły wstać. Byłem cały mokry, a ludzie śmiali się i pokazywali na mnie palcami, kilku nawet zrobiło mi zdjęcie. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy? Zapytałem Boga i spojrzałem w niebo, a w oddali dostrzegłem wieżowiec, w którym pracuję, ale już nie długo. Usłyszałem silniki samolotu, by po chwili go ujrzeć, gdy wleciał wprost w budynek, który w ciągu kilku sekund zawalił się.
Dopiero po kilku chwilach i siedmiu głębszych oddechach uświadomiłem sobie jakie mam szczęście, ponieważ o tej porze powinienem siedzieć za biurkiem i umrzeć. Dobrze, że miałem pecha.
-Cholera!
Pochyliłem się by lekko rozmasować mały palec, którym właśnie uderzyłem w drewniane krzesło. Zapewne wielu naukowców zastanawia się do czego przydatny jest ten najmniejszy paluszek, a to właśnie ja odkryłem odpowiedz ma owo nurtujące pytanie "żeby ustalać położenie mebli w mieszkaniu" i na dodatek boleśnie o tym powiadamiać o czym przekonałem się na własnej...
Godzina 23:03
-Ty głupia dzi*ko! Wracaj! - krzyczał gwałciciel, mężczyzna około czterdziestki. Z lewego łuku brwiowego sączyła się krew od uderzenia szklaną pustą butelką po piwie. Ręką opierał się o ścianę dla utrzymania równowagi -Wy zawsze tego chcecie, a potem...-urwał nagle - ... a potem nagle wam coś odpierdziela i bronicie się nogami i rękami... -ciągnął.
Catherine, młoda dziewczyna siedziała z podciągniętymi do siebie nogami, które obejmowała rękoma. Starała się unormować swój oddech. Znajdowała się w jednej z tych nie kończących się ślepych uliczek, ukryta za kontenerem na śmieci.
Godzina 19:05
-Można się dosiąść? -czterdziestoletni mężczyzna widząc samotną dziewczynę siedzącą przy barze postanowić podejść i rozpocząć rozmowę.
Catherine spojrzała na niego kątem oka. Ubrany przyzwoicie, złoty zegarek na ręce i ten zniewalający uśmiech.
-Nie sądzę, aby pan... -zaczęła.
-Mów mi Steve. -uśmiechnął się uwodzicielsko.
-Catherine, ale mów mi po prostu Cate. -odparła również z uśmiechem jednocześnie zaskoczona swoją otwartością. Założyła kosmyk włosów za ucho.
-Strasznie tu tłoczno, nie uważasz?
-To normalne o tej porze. -odparła.
-Tak się składa, że jestem współwłaścicielem tego klubu. Pomogłabyś mi w spisać kilka drobiazgów do kart? Zapomniałem okularów, a koniecznie dziś muszę odesłać rozeznanie...- dobry bajer to połowa sukcesu, jak mawiają.
-Dlaczego ktoś z personelu tego nie zrobi...? -zawahała się spoglądając kątem oka na swojego towarzysza.
-Wolałbym to sam zrobić. Poza tym nie chcę zawracać im głowy. Już i tak mają sporo do roboty...
Dziewczyna złapała haczyk. Wchodząc do rzekomego magazynu nie było w nim nic co świadczyłoby o tym, iż jest to miejsce do którego mieli dojść. Wchodząc tam Cate poczuła, że coś jest nie w porządku.
Nieopodal małego okienka stał mały stoliczek. Na nim wazon z dwoma sztucznymi kwiatami. Obok pusta butelka po piwie i składzik wielu różnych rzeczy. Steve nie czekając ani chwili zaczął dobierać się się Cate. Mężczyzna zaczął rozpinać rozporek kiedy dziewczynie cudem udało się dosięgnąć butelkę i zadać cios. Wykorzystując ten moment puściła się pędem na ulicę. Steve osunął się na podłogę wymawiając serię niekończących się przekleństw.
Chwilę później wybiegł za dziewczyną.
Godzina 23:04
-Znajdę cię i zabiję! -zagroził uderzając prętem o rurę.
Dziewczyna modliła się w duchu: „Panie, proszę! Ratuj!”
W momencie ktoś otworzył drzwi prowadzące wprost do kuchni chińskiej restauracji. Wyszedł młody chłopak.
-Catherine? Co tutaj robisz? Myślałem, że to znowu szczury... -chłopak był bardzo zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Dziewczyna szeptem rzuciła przez łzy.
-T...ten f...f...facet... policje... zadzw...woń... -załkała.
-Chodź do środka. -rzucił podając dziewczynie rękę.
Godzina 23:23
- Dziewczyno, miałaś ogromne szczęście i jesteśmy ci bardzo wdzięczni. Dzięki tobie udało nam się schwytać groźnego przestępcę. Thomson Raydler od jakiegoś czasu czai się w klubach. Szuka niewinnych dziewcząt, zapędza je w kozi róg i dokonuje gwałtu, niejednokrotnie kończąc morderstwem ofiary. -ciągnął mundurowy.
- „Całe szczęście, że miałam pecha” - odrzekła tylko. Mike, chłopak, który pojawił się tak nagle niczym anioł uratował życie dziewczyny, objął ją ramieniem i odprowadził do domu.
Godzina 23:03
-Ty głupia dzi*ko! Wracaj! - krzyczał gwałciciel, mężczyzna około czterdziestki. Z lewego łuku brwiowego sączyła się krew od uderzenia szklaną pustą butelką po piwie. Ręką opierał się o ścianę dla utrzymania równowagi -Wy zawsze tego chcecie, a potem...-urwał nagle - ... a potem nagle wam coś odpierdziela i bronicie się nogami i rękami... -ciągnął.
...
- Stary, zardzewiały gruchot. Świetnie, po prostu świetnie.
Koścista blondynka spojrzała na swoje rozdarte rajstopy i przeklęła w duchu. Ten stary dureń nie umiał nawet normalnie zahamować. To cud, że nie nabiła sobie guza.
Wstała i podążyła za puszystą, czarnoskórą kobietą, która powoli toczyła się w kierunku wyjścia.
- Czy długo to potrwa?
Siwy kierowca stał akurat przed dymiącą maską i zaglądał do cuchnącego dymem wnętrza autobusu.
- Niektórzy spieszą się do pracy – wtrącił jakiś łysiejący mężczyzna – może przyślecie coś na zastępstwo? Od Barclay Street dzieli nas dobre kilka przecznic.
- Proszę państwa, proszę o cierpliwość, może za chwilę uda mi się to naprawić.
- Za chwilę! – prychnęła blondynka - Za chwilę przemknie mi koło nosa oferta pracy, na którą czekałam całe życie!
- O której jest pani umówiona?
- Mam tam być na 9:00, jest już po wpół do. I te rajstopy…
- Poszukam w torebce, może mam zapasowe. – Za plecami murzynki pojawiła się blada jak ściana gotka.
- Byłabym wdzięczna. Chyba nie zostaje mi nic innego, jak pójść piechotą na kolejny przystanek.
- Przykro mi, ale ten na skrzyżowaniu Worth Street jest zamknięty. Zrobili objazd. Proszę chwilkę poczekać, naprawdę robię, co mogę…
Spod czupryny blond włosów wydobyło się westchnięcie.
- Może ktoś panią podwiezie? – odezwał się znów łysiejący grubasek.
- Dobre sobie, mam łapać stopa? Już wolę iść na piechotę…
- Poczekam. Chyba nie mam innego wyjścia.
Spojrzała w przejrzyste niebo. Tego rankanie było ani jednej chmurki. Cudowny dzień na sukces. 11 września 2001 roku. Dzień, o którym marzyła całe życie, a zatrzymał ją jeden, głupi autobus.
Poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.
Przeszklone biuro, świetne warunki, zarobki, o których nawet nie śniła. I porażka. Jedno, nieprzewidziane spóźnienie.
Żegnaj Word Trade Center.
- Stary, zardzewiały gruchot. Świetnie, po prostu świetnie.
Koścista blondynka spojrzała na swoje rozdarte rajstopy i przeklęła w duchu. Ten stary dureń nie umiał nawet normalnie zahamować. To cud, że nie nabiła sobie guza.
Wstała i podążyła za puszystą, czarnoskórą kobietą, która powoli toczyła się w kierunku wyjścia.
- Czy długo to potrwa?
Siwy kierowca stał akurat przed...
Nigdy nie pomyślałabym, że to powiem, ale w sumie cieszę się, że miałam pecha. Pech był moim największym przyjacielem i wrogiem - nie opuszczał mnie na krok. Kiedy przyszłam na świat już ze mną był, przyczajony i milczący sprawił, że już w szpitalu zaraziłam się gronkowcem. Ledwo mnie uratowali, co było szczęśliwe, ale pech się nie poddawał. Później zdarzało się wiele rzeczy, które nie zdarzają się zwyczajnym nastolatkom... W wieku 9 lat mieszkałam sama z tatą i było mi dobrze, ale pech chciał, że on znów się zakochał w najokropniejszej kobiecie jaką mógł wybrać. Jeżeli znacie bajkę o Kopciuszku to właśnie ja nim byłam, tylko trochę bardziej współcześnie. Nienawidziłam wtedy zarówno macochy (ach, jak to słowo do niej pasuje!) jak i swojego smutnego, pechowego dzieciństwa. Takich sytuacji było bardzo wiele i nieszczęść również było mnóstwo, ale wiecie co wam powiem? Dzięki temu, że tak długo miałam pecha teraz jestem szczęśliwsza niż ci, którzy przez to nie przeszli! Bo doceniam takie proste fakty jak własny dom i swoboda, cieszy mnie posiadanie własnej szafy (tak, tak - w domu macochy mieszałam prawie w schowku na miotły i nie mieściło się nic poza łóżkiem, więc szafę zastępował mi parapet, ale to oddzielna historia), jestem szczęśliwa, że w końcu mam całą rodzinę przy sobie (po rozwodzie wróciliśmy z tatą do rodzinnego miasta). I tylko dzięki temu, że tak wiele w życiu przeszłam doceniam to co mam. I cieszę się jak dziecko, że wcześniej miałam pecha, bo teraz już może być tylko coraz lepiej i lepiej :)
Nigdy nie pomyślałabym, że to powiem, ale w sumie cieszę się, że miałam pecha. Pech był moim największym przyjacielem i wrogiem - nie opuszczał mnie na krok. Kiedy przyszłam na świat już ze mną był, przyczajony i milczący sprawił, że już w szpitalu zaraziłam się gronkowcem. Ledwo mnie uratowali, co było szczęśliwe, ale pech się nie poddawał. Później zdarzało się wiele...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Kiedyś od kogoś usłyszałam "W życiu każdego człowieka nadchodzi moment, kiedy jest załamany obrotem sprawy, a jakiś czas potem dochodzi do wniosku, że dobrze się stało". Nie uwierzyłam, dopóki sama czegoś takiego nie przeżyłam.
***
Razem z moją koleżanką złożyłyśmy papiery do najlepszego liceum w naszym mieście. Nie dostałam się. Kasię przyjęli. A na egzaminach gimnazjalnych zdobyła tylko o 1 punkt więcej ode mnie. Miałam pecha.
***
Wakacje dobiegały końca. Nie byłam zachwycona perspektywą rozpoczęcia edukacji w szkole o niezbyt wysokim poziomie. "Przecież muszę dobrze zdać maturę, dostać się na studia, zmienić świat... Naiwne marzenia. Teraz na pewno mi się nie uda." Za to Kasia wprost promieniała i nie mogła doczekać się nowego etapu w swoim życiu. Jak ja jej zazdrościłam...
***
Nasz kontakt na kilka miesięcy się urwał. Postanowiłam zadzwonić do koleżanki, by opowiedzieć, że moja szkoła okazała się całkiem w porządku i poznałam fajnych ludzi. Telefon odebrała mama Kasi.
-Dzień dobry, mogę rozmawiać z...-kobieta nie dała mi dokończyć.
-Luiza, w tej chwili jest to niemożliwe.
Na kilka sekund zapadła cisza.
-Moja córka próbowała odebrać sobie życie - dodała drżącym głosem.
Prawie upuściłam słuchawkę.
***
Podążałam za pielęgniarką szpitalnym korytarzem do sali Kasi, przemycając w torebce mały bukiecik stokrotek.
***
Usiadłam przy jej łóżku. Była taka blada. Unikała mojego wzroku.
-Dlaczego...?-byłam w stanie wydusić z siebie tylko to jedno słowo.
-Głupia byłam, co? Ale miałam ich wszystkich dość. Tych ciągłych docinek, głupich żartów. Bycia pośmiewiskiem. Nauczyciele mieli to gdzieś. A to podobno renomowana szkoła. Dobrze, że miałaś pecha.
-Kasia, obawiam się, że przestaję nadążać. Jakiego pecha?
-No, że się nie dostałaś...
-Tak, dobrze, że miałam pecha- powiedziałam i wręczyłam jej, już nieco pogniecione, stokrotki.
-Dzięki. Za kwiatki. I za to, że jesteś. Wiesz, przenoszę się do twojej szkoły.
Kiedyś od kogoś usłyszałam "W życiu każdego człowieka nadchodzi moment, kiedy jest załamany obrotem sprawy, a jakiś czas potem dochodzi do wniosku, że dobrze się stało". Nie uwierzyłam, dopóki sama czegoś takiego nie przeżyłam.
***
Razem z moją koleżanką złożyłyśmy papiery do najlepszego liceum w naszym mieście. Nie dostałam się. Kasię przyjęli. A na egzaminach...
Panika! Jedna wielka panika! W jednej minucie gdy usłyszałam dźwięk nadchodzących wiadomości w radiu i prezentera zwiastującego godzinę 7:00 rano. Dłonie zaczęły mi się trząść, dlatego szybko odłożyłam kubek z melisą która miała mnie uspokoić. No właśnie miała… Teraz to już chyba nic mnie nie uspokoi. Jak ja mogłam zapomnieć? Przecież pamiętałam o zmianie czasu! Pamiętałam… do momentu aż położyłam się spać i zgasiłam lampkę.
Szybko poleciałam prosto do łazienki, umyć twarz, zęby i pociągnąć rzęsy tuszem. Postanowiłam, że się nie poddam, choć marne szanse, żeby ktoś chciał zamienić choć jedno słowo z osobą która spóźnia się całą godzinę.
Szybko włożyłam specjalne przygotowane na tę okazję ubranie. Przeczesałam szczotką włosy nie przeglądając się w lustrze. Chwyciłam torebkę, założyłam buty i wybiegłam. Spojrzałam na zegarek, według niego mam jeszcze masę czasu. Nastawiłam na prawidłową godzinę. Równo 7:20. Rozmowę mam umówioną na 8:00. Jest szansa że zdążę.
Zdyszana nerwowo przyciskałam guzik, mając nadzieję że przyspieszę zmianę świateł. Nic z tego, zapaliło się zielone dopiero wtedy kiedy autobus przejechał. Naszła mnie myśl żeby wezwać taxi - powinnam wcześniej na to wpaść – zganiłam się w myślach.
- Dzień dobry chciałabym zamówić taxi – powiedziałam na jaką ulicę i czekałam na werdykt.
- Niestety jest strasznie duże obłożenie taksówka może być za 20minut –przeklęłam w duchu i zobaczyłam nadjeżdżający autobus. Aby tylko dostać się do metra dalej będzie z górki.
- W takim razie dziękuję – rozłączyłam się.
Ledwo co wepchałam się do autobusu, jestem ściśnięta jak sardynka w puszce. Od kogoś dostaje łokciem w plecy, ktoś inny mi depcze buty.
Dwa przystanki przed końcem, autobus stanął na dobre. Kierowca wyprosił wszystkich ogłaszając krótkie – dalej nie pojedziemy. Nie widząc większego sensu, postanowiłam przemierzyć tę drogę pieszo, a raczej biegiem. Jakby tego było mało rozpadał się deszcz – wiedziałam że mam pecha, ale żeby aż takiego – jęknęłam. Przyspieszyłam tempa i wpadłam do metra – Oby tylko tu nic mnie nie zatrzymało. Poza drobnymi przestojami na stacjach, obyło się większych niespodzianek.
Wynurzyłam się na powierzchnie, zdyszana, z dosychającymi napuszonym włosami i nie daj Boże z rozmazanym tuszem wokół oczu.Na szczęście budynek był pod samym nosem.
- Dzień dobry – odezwałam się do pani siedzącej za wielką ladą – byłam umówiona na spotkanie w sprawie pracy.
- Chwileczkę – podniosła słuchawkę i wybrała numer – przykro mi - wiedziałam,nie trzeba było w ogóle próbować, zegar wskazywał 8:30 – ale będzie musiała pani poczekać. Prezes jeszcze nie dojechał do firmy.
Czekając w salce ze szklanką wody popatrzyłam na siebie z politowaniem, gdy drzwi się otworzyły.
- Dzień dobry – wstałam i odpowiedziałam – widzę, że miała pani ciężką drogę.
- Mały pech – odpowiedziałam
- Mnie również dziś dopadł, nie uwierzy pani, ale zupełnie zapomniałem o zmianie czasu i nie przestawiłem zegarka…
Mam nadzieję że to będzie dla nas obojga fartowny pech – pomyślałam.
Panika! Jedna wielka panika! W jednej minucie gdy usłyszałam dźwięk nadchodzących wiadomości w radiu i prezentera zwiastującego godzinę 7:00 rano. Dłonie zaczęły mi się trząść, dlatego szybko odłożyłam kubek z melisą która miała mnie uspokoić. No właśnie miała… Teraz to już chyba nic mnie nie uspokoi. Jak ja mogłam zapomnieć? Przecież pamiętałam o zmianie czasu! Pamiętałam…...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Nie jest to opowieść dramatyczna. Pech nie uratował mi życia. Nie wyzwolił od choroby. Nie spowodował zdobycia wielkiej miłości. Ale….Mój tata zawsze był osobą bardzo oryginalną. Mama, gdy mnie nosiła pod sercem, oczywiście zaczęła się zastanawiać wspólnie z tatą, jak ma mieć na imię ich dziecko. No i mój tata, nieco despotyczny i autorytatywny gość, bez dyskusji zakomunikował swoje decyzje.
I tak dziewczynka – Wolimira, Świętomira. Chłopczyk – Józef (po Piłsudskim), Jędrzej (po tacie)
I się urodziłam! Dziewczynka. Mama błagała, płakała, groziła. Dyskusji nie było. Tata zadecydował i już się do urzędu wybierał na rejestrację swojej Wolimiry, Świętomiry.
Z pełną dumą podjechał swoim trabantem, zwanym potocznie „mydelniczką” pod urząd stanu cywilnego. Dumny wchodził po drewnianych schodach. I nagle się schody pod nim zarwały ;-) Zwyczajnie – dziura się zrobiła i złamał nogę. Nie wiem czy może świętował tak poprzedniego wieczoru narodziny Wolimiry, Świętomiry? Czy leciał do rejestracji za szybko? Czy stepował tanecznie ze szczęścia? Nie dowiem się, gdyż w przekazie mojego taty, to winne wszystkiemu były oczywiście starzywo zaniedbane – czyli schody. Ponoć spróchniałe, śliskie, wypaczone, z sękami i jeszcze jakieś tam. No nie sprawne w każdy razie.
Pogotowie przyjechało. Tata na chirurgii. Mama upoważniła babcię do mojej rejestracji. Noga taty się naprawiła, a ja zostałam Agnieszką, Alicją ;-) Chwała tym schodom i Bożej opatrzności. Gdyż nastolatki edukuję zawodowo i dopiero by dzieci miały ubaw, a ja z pewnością autorytet belferski na starcie.
PS. Tak oficjalnie jestem Agnieszką, bo tata wołał do mnie całe życie po swojemu „Wolcia, Mircia, Siunia, Isiapisia(?), Kunegunda(?) i jeszcze wiele innych. Tata powetował sobie zaś, na imionach piesków i suczek, co się całe życie po naszych tapczanach wylegiwały (Kundelek 1 – „Zimny nos” +; Kundelek 2 – „Ząb” +; Sunia 1 „Panieneczka”+; żyjąca Sunia 2 – „Żoneczka”)
Nie jest to opowieść dramatyczna. Pech nie uratował mi życia. Nie wyzwolił od choroby. Nie spowodował zdobycia wielkiej miłości. Ale….Mój tata zawsze był osobą bardzo oryginalną. Mama, gdy mnie nosiła pod sercem, oczywiście zaczęła się zastanawiać wspólnie z tatą, jak ma mieć na imię ich dziecko. No i mój tata, nieco despotyczny i autorytatywny gość, bez dyskusji...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Moja starsza siostra zawsze miała lepiej ode mnie. Była ładniejsza, szczuplejsza, mądrzejsza, no i rodzice bardziej ją kochali. Zawsze w szkole miała wspaniałe oceny, więc po maturze poszła studiować i została aktorką. Mnie już zabrakło pieniędzy na wykształcenie. Strasznie jej zazdrościłam, bo była taka bogata i przebojowa, pisali o niej w gazetach. Lansowała się po imprezach i żałowałam, że nie jestem taka piękna i nie noszę takich drogich ubrań od najlepszych projektantów.
-Ja to mam pecha - myślałam - taka brzydka, gruba i uboga. Chciałabym wzbudzać taki zachwyt jak moja siostra.
Pewnego dnia dowiedziałam się, że moja siostra nie żyje. Znaleźli ją zabitą przez jej psychofana. Okazało się, że nękał ją miesiącami, aż w końcu bestialsko zadźgał nożem.
Zrobiło mi się głupio, że tak zazdrościłam jej sławy i życia w blasku fleszy. Teraz wiem, że to ja miałam szczęście.
Moja starsza siostra zawsze miała lepiej ode mnie. Była ładniejsza, szczuplejsza, mądrzejsza, no i rodzice bardziej ją kochali. Zawsze w szkole miała wspaniałe oceny, więc po maturze poszła studiować i została aktorką. Mnie już zabrakło pieniędzy na wykształcenie. Strasznie jej zazdrościłam, bo była taka bogata i przebojowa, pisali o niej w gazetach. Lansowała się po...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Nic nie zapowiadało, że ten dzień zakończy się w taki sposób. Kiedy moja równie zostrzepana siostra co ja zapomniała ważnych dokumentów do odtworzenia swojej prezentacji, byłam jedyną osobą, która mogła temu zaradzić. Jechałam do jej biura na złamanie karku. Kiedy byłam już na miejscu, gotowa wsiąść do windy, drogę zatorował mi jakże przeuroczy pan ochroniarz.
- A dokąd to panienka? - wykrzyczał. Opowiedziałam mu całą historię, patrząc w jego oczy, choć przychodziło mi to z trudem, ponieważ każde jego oko patrzyło w inną stronę. Stróż wydawał się niezłamany. Zauważywszy, że nie posiadam telefonu, szukałam innego rozwiązania. Nagle ku moim oczom ukazało się, co było dosyć zadziwiające, kilka pań w strojach ludowych. Przyszło mi do głowy, że to doskonała okazja, żeby dostać się na dwunaste piętro. Po kilku chwilach, przebrana w kolorową suknię, centralnie między tancerkami próbowałam czmychnąć niezauważona do windy. Gdy już znalazłyśmy się w środku,a drzwi zamykały się, usłyszałam głos pana ochroniarza:
- Ej, stać, nie wolno.
Wszystkie wybuchnęłyśmy śmiechem. Nie trwało to długo, ponieważ nagle między piętrami winda zacięła się. Nie trzeba było długo czekać na pomoc.
W międzyczasie poznałam tancerki ludowe i nauczyłam się kilku kroków.
Gdy winda zabierała mnie już na dwunaste piętro, uświadomiłam sobie, że moja torba z dokumentami została na dole, w składziku, które udostępniły mi tancerki. Nagle moim oczom ukazał się ochroniarz, pan Włodek. Wiedziałam, że nie mam szans wrócić windą, dlatego uciekłam schodami. Gdy z powrotem znalazłam się na parterze, w składziku, z dokumentami w ręku, okazało się, że nie mogę otworzyć drzwi. Zastanawiałam się czy wszystko w tym biurze jest popsute. Próbowałam walić i krzyczeć, ale to na nic. Jednak po kilku minutach, ku mojemu zdumieniu, ktoś przekręcił klucz w drzwiach. Przede mną stał zadowolony z siebie pan Włodek, a za nim spory tłum. Jak przypuszczałam była tu też dyrekcja.
- To ona - przerwał ciszę ochroniarz - próbowała dostać się do środka.
- Ja tylko chciałam dostarczyć dokumenty - wyjaśniłam.
Nagle z tłumu wyłoniła się moja siostra. Spojrzała na mnie i powiedziała:
- Masz szczęście. Zostały trzy minuty do spotkania.
Wszyscy, orientując się, że nie ma na co patrzeć, rozeszli się. Popatrzyłyśmy na siebie z siostrą i roześmiałyśmy się w głosy. Amelia, nie mając czasu, pognała na górę z akatami, a ja wreszcie mogłam odetchnąć z ulgą, ale wcześniej musiałam oddać suknię.
Taka to zwariowana historia, ale nie żałuję, że miałam pecha.
Nic nie zapowiadało, że ten dzień zakończy się w taki sposób. Kiedy moja równie zostrzepana siostra co ja zapomniała ważnych dokumentów do odtworzenia swojej prezentacji, byłam jedyną osobą, która mogła temu zaradzić. Jechałam do jej biura na złamanie karku. Kiedy byłam już na miejscu, gotowa wsiąść do windy, drogę zatorował mi jakże przeuroczy pan ochroniarz.
- A dokąd to...
Patrząc na kalendarz przypominam sobie ten dzień. 15 maja-dzień tragedii, a jednocześnie dzień, który uratował mi życie.
Pamiętam niewiele. Wspomnienia trochę wyblakły i czasami mam wątpliwości, co wydarzyło się naprawdę, a co było snem, a może wyobrażeniem? Chyba się śpieszyłam. Tak, tak na pewno, już wiem. Tego dnia zaspałam, a na ten egzamin nie mogłam się spóźnić. Już nie pamiętam z czego on był, ale to przecież nie ważne. Miałam kilka metrów do pasów, kiedy zaświeciło się zielone światło. Przyśpieszyłam i zaczęłam biec. Zdążyłam, weszłam w grupkę ludzi. Czyjś krzyk, piski nagłego hamowania i odgłos, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Kilka osób naparło na mnie i nie wytrzymując przewróciłam się. Razem ze mną upadli inni. Wszystko tak szybko. Ale nie czułam bólu. Przynajmniej do czasu, gdy uderzyłam głową o asfalt.
W dłoniach trzymam gazetę, a przed oczami mam nagłówek "Tragiczny wypadek. Pijany kierowca wjechał w grupę ludzi na pasach". Czytam artykuł i dowiaduję się, że na szczęście nie ma ofiar śmiertelnych. Jednak kilkanaście osób, jak ja, trafiło do szpitala. Dwie są w stanie krytycznym, reszta ma lekkie obrażenia. W myślach dziękuję Bogu. Pewnie myślicie, że za to, iż byłam w środku grupy. Za to też, ale przede wszystkim za ten wypadek. Wypadek, który doprowadził mnie do tego szpitala, do badań. Nie, nie majaczę. Pół godziny temu był u mnie lekarz. Jestem chora. Tylko dokładne badania mogły to wykazać. Już rozumiecie? Sama z siebie nigdy bym ich nie zrobiła. Gdy pojawiłyby się objawy, byłoby za późno. A teraz? Teraz mam szansę, by pokonać chorobę, by żyć...
Patrząc na kalendarz przypominam sobie ten dzień. 15 maja-dzień tragedii, a jednocześnie dzień, który uratował mi życie.
Pamiętam niewiele. Wspomnienia trochę wyblakły i czasami mam wątpliwości, co wydarzyło się naprawdę, a co było snem, a może wyobrażeniem? Chyba się śpieszyłam. Tak, tak na pewno, już wiem. Tego dnia zaspałam, a na ten egzamin nie mogłam się spóźnić....
- Jasna cholera – krzyk mężczyzny zginął w szumie panującym na lotnisku. Kilka osób obejrzało się, reszta szła przed siebie zbyt zajęta, śpiesząca się na własne loty masa.
Doleciał do Londynu i choć telefonem mógł potwierdzić swoje zameldowanie w hotelu Savoy jego bagaż wraz z notatkami przygotowanymi na jutrzejszy wykład zaginął.
- Proszę sprawdzić jeszcze raz. Nazwisko: Kozłowski – powiedział ze złością i dla pewności przeliterował nazwisko po angielsku. Za białym kontuarem siedziała młoda i ładna kobieta o indyjskiej urodzie. Miała na sobie oficjalny mundurek z logo linii lotniczych.
- Proszę o spokój, panie Kozłowski – odpowiedziała po polsku choć brzmiało to jak „Proszi o spoki, panie Kossłoski”. Kobieta uśmiechnęła się widząc jego zaskoczoną minę i schowała się za monitorem wklepując niezidentyfikowane komendy w klawiaturę – Jestem pewna, że bagaż na pewno się znajdzie.
- Mówi pani po polsku – odparł w końcu opierając nonszalancko łokieć o kontuar – pewnie spotyka tu pani sporo polaków.
Kobieta uniosła wzrok znad komputera. Ciemne oczy wpatrywały się w niego z zaciekawieniem, białe zęby lśniły jasno przy śniadej karnacji. Zaczął żałować, że z początku był dla niej niemiły.
- Sporo polaków – przytaknęła – ale moja babcia też w Polsce żyła. Nazywam się Raahi.
- Daniel. Daniel Kozłowski – przedstawił się ściskając drobną dłoń kobiety wyciągnięta nad kontuarem.
Kobieta zaśmiała się dźwięcznie.
- Wiem, panie Kozłowski – oznajmiła i pokazała palcem na ekran przed sobą.
Daniel klepnął się teatralnie w czoło i uniósł dłoń ku górze. Raahi zareagowała śmiechem. I nagle lotnisko przestało istnieć, zaginiony bagaż, zepsute nerwy a nawet jutrzejsza Konferencja Naukowców nie miały kompletnie znaczenia. Liczyła się tylko ona i jej uśmiech.
- Słuchaj Raahi, nie miałabyś nic przeciwko, gdybym zaprosił cię na kolację? – powiedział po angielsku, żeby dziewczyna nie musiała rozszyfrowywać zbyt wielu nowych polskich słów.
Dziewczyna wyglądała jakby się zastanawiała ale już po chwili entuzjastycznie pokiwała głową powtarzając po polsku „Tak!” „Oczywiście” Grube, ciemne włosy związane w ciasny kucyk zafalowały, a Daniel zapatrzył się na dziewczynę tak długo, że Raahi zaczęła się zastanawiać czy czegoś nie przekręciła.
- Kończę o ósmej – dodała.
- Świetnie!
- A co do bagażu – zaczęła nieśmiało – najprawdopodobniej jest w Moskwie.
- Och.. To.. to nie ważne – odpowiedział natychmiast. I taka była prawda. To było nie ważne. Chociaż, gdyby nie bagaż, nigdy nie podszedłby do tego kontuaru.
- Jasna cholera – krzyk mężczyzny zginął w szumie panującym na lotnisku. Kilka osób obejrzało się, reszta szła przed siebie zbyt zajęta, śpiesząca się na własne loty masa.
Doleciał do Londynu i choć telefonem mógł potwierdzić swoje zameldowanie w hotelu Savoy jego bagaż wraz z notatkami przygotowanymi na jutrzejszy wykład zaginął.
- Proszę sprawdzić jeszcze raz. Nazwisko:...
Mój samochód spłonął. Z teściową w środku.
Mój samochód spłonął. Z teściową w środku.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Całe szczęście, że miałam pecha...
- Bzzzzzzz... Mamo, mamo! Dlaczego ja zawsze muszę mieć pecha?
- A co to za pech, córeczko?
- No bo latałyśmy sobie razem z Czarnuszką i nagle zobaczyłyśmy drzwi do cukierni. A tam same ciasta, drożdżóweczki, jagodzianki i inne przysmaki. No to próbowałyśmy bzyknąć obydwie do środka. Ktoś właśnie wchodził i Czarnuszka tuż za nim, a mnie trafiła szyba. Zamiast bzyknąć do sklepu, obiłam sobie głowę i tylko mogłam zerkać, jak Czarnuszka siada na słodkiej kruszonce...
- To jest ten twój pech?
- Nie tylko. Potem dalej sobie bzykałam i zobaczyłam Śmierdziuszkę. No to sobie bzykałyśmy razem nad trawką w poszukiwaniu psiej... no wiesz czego... I jak sobie wybzykałyśmy, to usłyszałyśmy rodzinkę szykującą się na wakacje. Jadą na wieś. No i mama ostrzegała dzieci, że muszą uważać, żeby nie wdepnąć w krowie placki. Toż to prawdziwy raj na ziemi. Śmierdziuszka stwierdziła, że koniecznie musimy się bzyknąć razem z nimi. Bzyk, bzyk, jak tylko się otworzyły drzwi samochodu, to Śmierdziuszka już była w środku. A ja znowu nie zdążyłam. Bzyknęłam po raz kolejny głową o szybę i tyle. Potem coś zaczęło warczeć, buczeć i po chwili po samochodzie i Śmierdziuszce ani śladu...
- Oj, córeczko...
- Ale mamo, to jeszcze nie wszystko! Zaczął padać deszcz. No to chciałam się schować w jakimś ciepłym, przytulnym mieszkanku. Bzykałam od okna do okna i wszystkie zamknięte. Spotkałam Brudaska i razem szukaliśmy miejsca dla siebie. Byliśmy już cali mokrzy, kiedy zobaczyliśmy uchylone drzwi balkonowe. Brudasek bzyknął do środka, a ja tuż za nim. Niestety, znów nie zdążyłam... Bęc! Trzasnęłam w zamykane drzwi balkonowe... Mamooooo! Dlaczego ja mam dzisiaj takiego pecha?
- Córeczko, córeczko... To nie pech... Czarnuszka skończyła przyklejona do lepu, Śmierdziuszkę spotkała żaba, a Brudasek dostał z packi. Pamiętaj, że miejsce porządnej muchy jest na śmietniku...
- Hmmmm...
- Całe szczęście, że miałaś pecha! A teraz zobacz, jaki świetny ogryzek ktoś wyrzucił...
Całe szczęście, że miałam pecha...
- Bzzzzzzz... Mamo, mamo! Dlaczego ja zawsze muszę mieć pecha?
- A co to za pech, córeczko?
- No bo latałyśmy sobie razem z Czarnuszką i nagle zobaczyłyśmy drzwi do cukierni. A tam same ciasta, drożdżóweczki, jagodzianki i inne przysmaki. No to próbowałyśmy bzyknąć obydwie do środka. Ktoś właśnie wchodził i Czarnuszka tuż za nim, a mnie...
Fajne, bo oryginalne :).
Fajne, bo oryginalne :).
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
- Czy ten pech nigdy nie przestanie mnie prześladować? - wykrzyknęła Weronika.
- Tyle planów, przygotowań i wszystko na marne- dodała.
- Chodź tu do mnie dziecko – powiedział straszy pan, dziadek 18-latki.
- Opowiem Ci pewną historię usłyszaną od mojego ojca, dzięki niej wiem, że nie wszystko jest takim jakim się wydaje w danej chwili - dodał.
- W wiosce niedaleko nas, żył starzec, który miał jednego syna. Jego żona zmarła przy porodzie, wychowywał go więc samotnie. Ojciec i syn ciężko pracowali na roli, całe dnie spędzali na polach. Dopiero po kilku latach za odłożone oszczędności kupili konia - pięknego szlezwicka w maści kasztanowej ze złotymi włosami grzywy i ogona. Miał dużą siłę uciągu. Teraz praca szła dużo szybciej i sprawniej. Niestety, pewnego dnia podczas burzy koń wyrwał się z zagrody i uciekł w okoliczne lasy.
- Uciekł im koń? A to pech! – powiedziała Weronika.
Po kilku dniach koń wrócił, jednak nie sam a z klaczą. Co to była za klacz - piękna mlecznosiwa, inteligentna i niespotykanie spokojna, niedługo potem oźrebiła się. Teraz mieli trzy konie zamiast jednego.
- Trzy konie! Ale mieli szczęście! – wykrzyknęła Weronika.
Parę miesięcy później, młodzieniec próbował ujeżdżać młodego ogiera, koń miał jednak bardzo żywy temperament, był uparty, kapryśny i porywczy. Kawaler spadł i załamał obie nogi.
- Młodzieniec złamał nogę. A to pech! – na twarzy Weroniki pojawił się smutek.
Niedługo potem w okolicy ogłoszono pobór do wojska, wszystkich młodych i sprawnych mężczyzn kierowano do armii i na front. Syn gospodarza, jako jeden z niewielu ocalał, tylko dlatego, że miał niesprawne nogi. Dlatego właśnie drogie dziecko nie należy przyjmować wszystkiego do siebie. Często zdarza się, że zupełnie niepotrzebny był smutek i załamanie. Często wystarczy cierpliwość. Należy poczekać, a sytuacja, za sprawą odrobiny optymizmu, sama się rozwiąże, bądź pokaże nam odpowiednie rozwiązanie. Szczęście okaże się pechem, a pech szczęściem.
-Wiesz co dziadku, myślę, że mogę powiedzieć-całe szczęście, że miałam pecha i, że dzięki mojej reakcji opowiedziałeś mi tę historię, teraz wiem, że człowiek jest szczęśliwy nie ze względu na to co go spotyka ale ze względu na to jak na to co go spotyka reaguje.
(Opisaną przeze mnie przypowieść usłyszałam kiedyś od mojego dziadka, została przeze mnie nieco zmieniona, nie znam jej oryginalnego autora.)
- Czy ten pech nigdy nie przestanie mnie prześladować? - wykrzyknęła Weronika.
- Tyle planów, przygotowań i wszystko na marne- dodała.
- Chodź tu do mnie dziecko – powiedział straszy pan, dziadek 18-latki. ...
Był ranek, promienie słońca wdzierały się do sypialni.
-ymmm Kotku, przytuliła się do niego.
-Zawsze musisz się tak rozpychać. On mruknął.
Otworzyła oko, potem drugie, spojrzała na zegarek i zerwała się jak poparzona.
- o nie 7:30 na 9:00 miała umówiona rozmowę kwalifikacyjną ważne dla niej stanowisko, miała zostać szefem wiadomości w Znanej Gazecie.
- Cholera jasna dlaczego ten durny budzik nie zadzwonił. Popatrzyła na łóżko on znów mruknął
- No tak wiem żeby budzik zadzwonił pierw trzeba go ustawić, ale odkąd mam ten nowy telefon nic nie umiem na nim robić nawet odbieranie połączeń stało się trudniejsze, chyba przeproszę się ze "zwykłą" komórką. znów mruknął
- No dzięki Kotku że mnie wspierasz.
W Pospiechu założyła czarną spódnicę, białą bluzkę z żabotem, stwierdziła ze wygląda okropnie, ale nie było już czasu na przebieranki, potraktowała rzęsy tuszem, wklepała trochę różu.
- w sumie to nie potrzebuję tego różu jak dobiegnę tam i tak będę czerwona jak burak. Włosy miała kręcone rozczochrane więc związała je w koka, z którego dwa uparte pasemka ciągle wychodziły
-ehh no ok, podeszła do łóżka i co? życz mi powodzenia. Znów zamruczał.
- eh nie leż długo, w kuchni w miseczce masz śniadanko Twoje ulubione. Podeszła jeszcze bliżej pogłaskała go po szarym futerku za uchem, tam gdzie lubi najbardziej po raz piąty tego ranka zamruczał.
-Pa Bazyl- Kociaku. Wyszła
Wsiadła do samochodu włożyła kluczyk w stacyjkę, przekręciła i nic, samochód nie chciał odpalić.
- no nie proszę czy to naprawdę zmowa rzeczy martwych.
Próbowała jeszcze kilka razy, w końcu stwierdziła że nic z tego, wysiadła kopnęła auto, po drugiej stronie ulicy zobaczyła autobus, który akurat jedzie w kierunku centrum. Pobiegła, gdy już miała wsiadać uświadomiła sobie że w aucie zostawiła torebkę.
- Gdzie ja mam głowę.
Niewiele myśląc weszła na jezdnię na czerwonym, ocknęła się gdy usłyszała klakson i pisk opon. Stała w szoku, z samochody wyszedł Wysoki przystojny mężczyzna.
-Nic się Pani nie stało?
-Co? aaa przepraszam, proszę co Pan powiedział?
-Pytałem czy wszystko w porządku, tak nagle Pani wkroczyła na jezdnię co mogło się skończyć tragicznie.
-Przepraszam od rana mam jakiegoś pecha, zaspałam, potem auto nie chciało odpalić, zapomniałam torebki...i w tym momencie się rozpłakała.
-Może Panią gdzieś podwieźć?
- Naprawdę mógłby Pan? jadę w kierunku centrum
- Jasne, tak się składa ze tez akurat tam jadę.
Wsiadła do auta w radio nadawali właśnie wiadomości że redakcji Znanej Gazety nastąpił wybuch gazu, jest dużo rannych, Otworzyła szeroko oczy i zachłysnęła się wodą, która właśnie piła z butelki. Mężczyzna również miał przerażoną minę.
- Miałem tam dziś umówioną rozmowie...
- Ty też, przepraszam Pan...
- Marcin Wilgucki specjalista HR...
Zachłysnęła się wodą drugi raz.
- Zuzanna Sokołowska...yyy miałam mieć rozmowę, zdaję się teraz że między innymi z...yyy Tobą
w tym samym momencie powiedzieli:
-Na Szefa działu wiadomości
oboje się uśmiechnęli.
Spoglądali na siebie. Zuzka w duchu powiedziała: "Całe szczęście że miałam pecha" nie wiem co teraz z tą pracą, ale wiem że poznałam kogoś wyjątkowego.
Był ranek, promienie słońca wdzierały się do sypialni.
-ymmm Kotku, przytuliła się do niego.
-Zawsze musisz się tak rozpychać. On mruknął.
Otworzyła oko, potem drugie, spojrzała na zegarek i zerwała się jak poparzona.
- o nie 7:30 na 9:00 miała umówiona rozmowę kwalifikacyjną ważne dla niej stanowisko, miała zostać szefem wiadomości w Znanej Gazecie.
- Cholera jasna...
Rok 1994 przyniósł ze sobą ludobójstwo w Rwandzie,wojnę w RPA, „czarny poniedziałek” na polskiej Giełdzie.Oberwało się nawet bogu winnemu Jowiszowi trafionemu przez fragment przelatującej nieopodal komety Shoemaker–Levy9.Ale wiecie co? Nie robi to na mnie większego wrażenia.Może jestem egocentrycznym dupkiem,ale ja ten rok wspominam przez pryzmat tylko jednego zdarzenia.2 września 1994roku,brudna ściera pozostawiona na korytarzu przez nieroztropną sprzątaczkę,wycelowana i rzucona przeze mnie w kumpla,wylądowała na obfitym biuście naszej zrzędliwej dyrektorki. Że też akurat w tym momencie cholera musiała wychylić się ze swojego gabinetu..Byłem w 6 klasie podstawówki.Wtedy wszystko się zaczęło..Spóźnienia i wpadki niewynikające z mojej winy skutecznie rujnowały moje życie miłosne,mniejsze lub większe złośliwości rzeczy martwych powodowały, że w przeciągu trzech lat trzy razy wylatywałem z pracy,aha..no i były jeszcze studia dziennikarskie…a właściwie miały być…Z hukiem opuściłem moją Alma Mater już po pierwszym semestrze,gdy okazało się,że jeden z moich reportaży zaliczeniowych nosi znamiona…plagiatu.Wierzcie mi lub nie,to była całkowicie samodzielna praca.W życiu nie podejrzewałbym,że jeden z czołowych polskich magazynów postanowi poruszyć temat konfliktu na linii: rzekotka drzewna-mieszkańcy zapomnianej przez Boga i ludzi osady na wschodzie Polski…Gdybym się tego spodziewał,ominąłbym tą jakże intrygującą sprawę szerokim łukiem…Pech-to moje drugie imię.
Patrząc wstecz na moje życie,nie wiem nawet dlaczego byłem aż tak bardzo zdziwiony przyglądając się wydarzeniom pamiętnego 13sierpnia2013 roku.Tego słonecznego dnia, siedziałem na walizce,wystawionej przez niezwykle uprzejmego boya hotelowego,na parkingu jednego z marokańskich resortów,który miał być opłacony przez nasze biuro podróży,ale jakoś tak…zbrakło pieniędzy. W niezwykle pięknych okolicznościach przyrody,wsłuchiwałem się w rzucane wokół mnie przekleństwa towarzyszy niedoli.Miałem tego dość. Z irracjonalnym uśmiechem na twarzy podszedłem do naszego opiekuna,który próbował uspokoić rozhisteryzowaną matkę dwójki dzieci.
-Wrócę do Polski sam-rzuciłem w jego stronę bez zbędnego wstępu.
-Słucham? Dlaczego? Ale jak?
-Jeszcze nie wiem.Autobusem,pociągiem,stopem..Polska to na północ,prawda?-rzuciłem na odchodne w stronę zszokowanych rodaków.Wiedziałem,że zachowuję się idiotycznie.Postanowiłem jednak,że tym razem nie pozwolę wygrać temu cholernemu pechowi.
Słowa,które właśnie czytacie piszę na zapleczu podrzędnej paryskiej knajpy.Muszę jakoś zarobić na kolejny bilet,przybliżający mnie do Polski.Jest sierpień 2014roku.Wracam do kraju od 352dni.Towarzyszy mi niezawodny kompan-Pech.I wiecie co?Całe szczęście,że miałem pecha-tam w Maroku. To dzięki niemu przeżywam przygodę życia.Jeśli to czytacie,oznacza to też,że wbrew wszystkiemu udało mi się wydać książkę,w której opisałem całą podróż.Moje życie to szczęśliwy zbieg nieszczęśliwych wypadków.Od zawsze tak było. I niech tak pozostanie. Miłej lektury-Adam.
Rok 1994 przyniósł ze sobą ludobójstwo w Rwandzie,wojnę w RPA, „czarny poniedziałek” na polskiej Giełdzie.Oberwało się nawet bogu winnemu Jowiszowi trafionemu przez fragment przelatującej nieopodal komety Shoemaker–Levy9.Ale wiecie co? Nie robi to na mnie większego wrażenia.Może jestem egocentrycznym dupkiem,ale ja ten rok wspominam przez pryzmat tylko jednego zdarzenia.2...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Jeszcze rok temu myślałam tylko o sobie. Nikomu nie pomagałam, no chyba, że otrzymywałam coś zamian. Miałam kolegów i koleżanki, jednak nigdy z nikim się nie przyjaźniłam. Nauczyciele i rodzice zawsze prosili mnie o pomoc, im albo moim znajomym, ale zawsze odmawiałam.
Pewnego dnia wracałam ze szkoły do domu. Od dłuższego czasu ktoś za mną podążał. Postanowiłam go zgubić i wybrałam inną drogę z wieloma zakrętami. Z przerażeniem zobaczyłam, że wokół mnie nie ma żadnego człowieka oprócz tego, który za mną szedł. Po chwili zbliżył się, złapał mnie za rękę i zaciągnął w ślepy zaułek. Oczywiście cały czas krzyczałam. Mężczyzna uderzył mnie i zabronił wydawać jakiegokolwiek dźwięku. Następnie rozkazał oddać wszystkie pieniądze. Dałam wszystko co miałam, ale to było mu mało. Płakałam i przyrzekałam, że nie mam więcej, a on bił coraz mocniej. Po chwili usłyszałam syrenę policyjną. Mężczyzna gwałtownie zbladł, a ja krzyczałam. W końcu nas znaleźli, kazali mu zwrócić całe pieniądze i zabrali go do więzienia. Rozejrzałam się w poszukiwaniu osoby, która mogła wezwać policję. Zobaczyłam jedynie bezdomną staruszkę, uśmiechającą się do mnie.
-Co chcesz w zamian? - spytałam.
-A muszę czegoś chcieć? - odpowiedziała pytaniem. - Po prostu chcę być dobrym człowiekiem i mieć świadomość, że zrobiłam coś dobrego.
Odwróciła się i zaczęła odchodzić.
-Zaczekaj! - zawołałam. - Dziękuję, za uświadomienie mi, że warto pomagać. Proszę, przyjmij ode mnie pieniądze, w ramach wdzięczności.
Od tamtego czasu chętnie pomagam ludziom, zdobyłam dzięki temu wielu przyjaciół. Często też przychodzę z jedzeniem lub innymi rzeczami do staruszki, która bezinteresownie pospieszyła mi z pomocą. Teraz wiem, że całe szczęście, że miałam pecha, bo dzięki temu jestem lepszą osobą.
Jeszcze rok temu myślałam tylko o sobie. Nikomu nie pomagałam, no chyba, że otrzymywałam coś zamian. Miałam kolegów i koleżanki, jednak nigdy z nikim się nie przyjaźniłam. Nauczyciele i rodzice zawsze prosili mnie o pomoc, im albo moim znajomym, ale zawsze odmawiałam.
Pewnego dnia wracałam ze szkoły do domu. Od dłuższego czasu ktoś za mną podążał. Postanowiłam go zgubić i...
Nigdy nie byłem przesądny. Uśmiechałem się zwykle z pobłażaniem, gdy któryś z moich znajomych bał się przejść pod drabiną albo nie wychodził z domu w piątek trzynastego. I pewnie pozostałbym wierny swoim zasadom gdyby tego pamiętnego listopadowego dnia nie przyplątał się do mnie Pech. Wyglądał wyjątkowo żałośnie, był czarny, potargany i spoglądał na mnie z pogardą. Początkowo postanowiłem go zignorować i jak gdyby nigdy nic poszedłem do pracy. W tamtym czasie dorabiałem jako edytor tekstów w jednej z lokalnych gazet, ale tak naprawdę chciałem zostać pisarzem. „Wielkim pisarzem, pisarzem na miarę naszych czasów, każdych czasów...” z zamyślenia wyrwał mnie klakson samochodu, ale nim zdążyłem odskoczyć zostałem obryzgany zimną wodą z kałuży. Nie bez satysfakcji zobaczyłem, że Pech też oberwał. Postanowiłem wykorzystać moment jego nieuwagi i rzuciłem się do ucieczki. Jak szalony dopadłem do biura, pchnąłem drzwi z całej siły i rąbnąłem nimi moja szefową. Bilans strat? Rozbity nos, caffè latte wsiąkająca mokrą plamą w kremową garsonkę i jeden aspirujący pisarz wyrzucony na bruk. Kiedy opuszczałem budynek nie miałem wątpliwości kto będzie na mnie czekał na dole, jeden i ten sam Pech. Usiadłem na pobliskiej ławce i włączyłem laptopa. W akcie największej rozpaczy postanowiłem skończyć z bezsensowymi marzeniami o pisarstwie, pozbyć się wszystkich moich tekstów i znaleźć w końcu przyzwoitą pracę. Kiedy już miałem wcisnąć przycisk "usuń" Pech skoczył na moją klawiaturę i z przerażeniem zobaczyłem, że kliknąłem "wyślij". Wszystkie moje prace pomknęły prosto do skrzynki Wydawnictwa. Wracając do domu Pech nie opuszczał mnie ani o krok. Nie zdziwiło mnie więc zupełnie kiedy w kolejce do autobusu jakaś korpulentna pani nadepnęła mnie obcasem, ani nawet wtedy kiedy zdałem sobie sprawę, że w tej całej gonitwie zgubiłem klucze do mieszkania. Westchnąłem. Znałem tylko jedno miejsce, gdzie mogłem się schować, bezpieczną przystań, raj na ziemi! A były to ramiona mojej ukochanej. Kiedy dowlokłem się w końcu do jej apartamentowca było już całkiem ciemno, otworzyłem drzwi i wiedziony dziwnymi hałasami skierowałem się do sypialni. Była tam, piękna jak anioł, tyle że nie sama.
- To nie tak jak myślisz kotku! - krzyknęła za mną
Ale ja byłem już za drzwiami. Wtedy zadzwonił mój telefon. Przyznam, że byłem przygotowany na najgorsze. Pożar, powódź, plagi egipskie, inwazja Marsjan? Ku mojemu zaskoczeniu miły głos w słuchawce oznajmił mi, że Wydawnictwo otrzymało próbkę moich tekstów i zdecydowało się je wydać, ponadto zapytali mnie czy nie zechciałbym prowadzić kolumny w jednym z najpoczytniejszych dzienników. Byłem nieprzytomny ze szczęścia. „Jak to dobrze mieć czasem Pecha!” mruknąłem do siebie i natychmiast się roześmiałem. No tak, to idealne imię dla tego starego przybłędy!
- Idziemy do domu, Pech! - rzuciłem wychodząc na ulicę
Ale kota już tam nie było, jego cień zamajaczył mi po drugiej stronie ulicy. Podążał niespiesznie za przygarbioną blondynką.
Nigdy nie byłem przesądny. Uśmiechałem się zwykle z pobłażaniem, gdy któryś z moich znajomych bał się przejść pod drabiną albo nie wychodził z domu w piątek trzynastego. I pewnie pozostałbym wierny swoim zasadom gdyby tego pamiętnego listopadowego dnia nie przyplątał się do mnie Pech. Wyglądał wyjątkowo żałośnie, był czarny, potargany i spoglądał na mnie z pogardą....
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
- Jejku! W końcu! Już tylko minuty dzielą nas od poznania wyników! Kamil boję się trochę… – Dorota mocniej ścisnęła rękę chłopaka i poczuła falę napływającego stresu.
- Przestań już panikować. Oboje wiemy, że dobrze Ci poszło i na pewno dostaniesz się tam gdzie zechcesz! – Kamil objął dziewczynę, po czym weszli oboje do budynku.
5 minut później.
- Nie martw się Dori… Niezdana matura z matmy to nie koniec świata. Napiszesz drugi raz, poprawisz i nadal masz szanse na studia! – O kurcze, ale lipa… Jedna z lepszych uczennic naszego LO, a zawaliła maturę. Jak ja się teraz z nią pokażę. Moi rodzice też nie będą zadowoleni…
- Chyba żartujesz! To właśnie jest koniec mojego świata! Jaka uczelnia mnie teraz przyjmie?! Co powiedzą moi rodzice, nasi znajomi?! To tylko 1 punkt… 1 przeklęty punkt! – przejęta dziewczyna zaczęła szlochać.
Rok później.
- Aśka dostałam się! Aaa! Jestem taka szczęśliwa! W życiu bym nie sądziła, że mi się uda! – Dorota podskakiwała w miejscu z radości, stojąc przed listą zakwalifikowanych kandydatów.
- Widzisz! Od początku w Ciebie wierzyłam.
- Dzięki siostra… Nikt mnie tak nie wspierał jak Ty. W ogóle to wszystko dzięki Tobie!
- Przestań Dorota, to tylko Twoja zasługa. Tak naprawdę, to zasługa Twojej niezdanej za pierwszym razem matury. Pomyśl. Gdybyś wtedy zdała, nie miałabyś tyle czasu na rozbudzenie w sobie pasji, na poznanie tego co lubisz, no i na roczne intensywne przygotowanie się do konkursu. Poszłabyś na tą swoją socjologię i studiowała jak reszta. A tak, proszę! Będziesz panią Policjantką!
- Wiesz, chyba masz rację. Wtedy myślałam, że cały świat zawalił mi się na głowę. Tak bardzo chciałam studiować. Niezdana matura kojarzyła mi się tylko z wielkim wstydem. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu… – dziewczyna popadła w zadumę.
- Halo, Dorotka, jesteś tam jeszcze?
- Tak, tak. Wiesz Asiu, ja chyba miałam farta wtedy. Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, ale mój początkowy pech przerodził się w farta! Teraz będę robić coś co mnie pasjonuje! A to wszystko dzięki niezdanej maturze. Kto by pomyślał!
- Można by rzec, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! – roześmiała się do telefonu Joanna. – Skoro robisz już takie szybkie podsumowanie to pomyśl też o Kamilu. Dzięki zaistniałej wtedy sytuacji, wyszło jaki naprawdę jest z niego chłopak…
- Weź siostra… O nim to bym akurat wolała zapomnieć. Ale masz rację. Gdybym zdała, pewnie nadal bym z nim była, a on nadal traktował by mnie jak wzorową pannę na pokaz!
- Mądra z Ciebie dziewczynka! – Asia poczuła jak rozpiera ją duma z powodu siostry.
- Cieszy mnie to wszystko – Dori uśmiechnęła się do telefonu. – Teraz już wiem, jak nieprzewidywalne może być życie. Jak to co wydaje się nam pechem i nieszczęściem, może przerodzić się w sukces i wielką radość…
- Jejku! W końcu! Już tylko minuty dzielą nas od poznania wyników! Kamil boję się trochę… – Dorota mocniej ścisnęła rękę chłopaka i poczuła falę napływającego stresu.
- Przestań już panikować. Oboje wiemy, że dobrze Ci poszło i na pewno dostaniesz się tam gdzie zechcesz! – Kamil objął dziewczynę, po czym weszli oboje do budynku.
5 minut później.
- Nie martw się Dori…...
Siedziała dumnie rozpostarta w fotelu i podziwiała postać leżącą na łóżku. Był to młody mężczyzna o jasnej karnacji i blond włosach. Jego ciało było umięśnione, a pod lewą łopatką widniała długa blizna. Dziewczyna podeszła do stolika i zwinnym ruchem pochwyciła puchar, następnie uniosła nóżkę do góry starając się wypić zawartość. Przedmiot jednak okazał się pusty– Cóż za pech!- oznajmiła.-Jestem głodna- Evelin odrzuciła puchar, który z hukiem uderzył o posadzkę. Popatrzyła jeszcze raz na nieznajomego. Nie pamiętała nawet jego imienia. Poznała go zeszłej nocy, podczas jednej z wielu imprez. Również był wampirem, więc wiedział, czego potrzebuje kobieta jej pokroju. Teraz spełnił jej potrzeby i kiedy wróci z polowania pewnie go już nie będzie. Uśmiechnęła się na tą myśl i pełnym gracji ruchem opuściła pokój.
Noc była jeszcze młoda, więc Evelin miała dużo czasu, aby zaspokoić głód. Kiedy skręciła w boczną ulicę poczuła intensywny zapach krwi. Wiedziała już, że nie jest jedyną wampirzycą szukającą pokarmu w tych stronach. Chwilę później zobaczyła żebraka leżącego w kałuży czerwonej posoki– Tak nisko nie upadłam, żeby za kimś dojadać –stwierdziła, po czym kocim ruchem przeskoczyła nad ciałem i pobiegła dalej. Kiedy zaczęło jej burczeć w brzuchu było już dobrze po północy. Do tej pory nie udało się jej odszukać jakiejkolwiek samotnej osoby, która mogłaby być jej pożywieniem– Co się dzisiaj dzieje? Od kiedy wstałam prześladuje mnie jakiś niefart. Nawet nie mogę spokojnie pojeść.- zastanawiała się poirytowana Evelin. Przechodząc obok klubu nocnego zauważyła grupkę młodych i przystojnych mężczyzn. Wiedziała już co musi zrobić. Podeszła do najlepiej prezentującego się chłopaka i chwyciła go za rękę, ciągnąc w stronę wejścia do lokalu. Była sexowna, nieziemsko sexowna i doskonale wiedziała jak to wykorzystać.
Bawili się razem całą noc, a on pozwalał jej pić swoją krew. Kiedy zaczęło świtać wyszli z klubu i udali się w przestronną uliczkę kilkanaście metrów od lokalu. Chłopak zaczął ją dotykać, ale jej plany były inne. Chwyciła go za szyję, po czym energicznie wbiła kły. Chciała to zakończyć, lecz chłopak doznał natychmiastowego olśnienia i wyrywając sobie kawałek mięsa uciekł. Wampirzyca stała jak wryta –Co to miało być? Czy on mi właśnie zwiał?- powiedziała sama do siebie –Ta noc musi być pechowa, bo od 125 lat jeszcze ani razu nie uciekł mi obiad – stwierdziła, po czym udała się z powrotem do swojej willi –Muszę odpocząć i porządnie się wyspać.
Kiedy otworzyła drzwi do sypialni nieznajomy nadal leżał w łóżku, lecz brakowało mu głowy, a jego klatka piersiowa była rozdarta. Serce przybite zostało kołkiem do ściany z namalowanym krwią znakiem łowcy wampirów. Evelin dotknęła zimnego ciała, podkładając pod kapiącą z łózka posokę kielich. Kiedy był w połowie pełny, podniosła go do ust i wyszeptała-Ten cały pech dziś wyszedł mi na dobre. Całe szczęście, że mnie tu nie było, skończyłabym jak on –wypiła zawartość do dna i sprężystym krokiem opuściła posiadłość.
Siedziała dumnie rozpostarta w fotelu i podziwiała postać leżącą na łóżku. Był to młody mężczyzna o jasnej karnacji i blond włosach. Jego ciało było umięśnione, a pod lewą łopatką widniała długa blizna. Dziewczyna podeszła do stolika i zwinnym ruchem pochwyciła puchar, następnie uniosła nóżkę do góry starając się wypić zawartość. Przedmiot jednak okazał się pusty– Cóż za...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Po studiach zaproponowano mi pozostanie w uczelni, gdzie studiowałem. Oznaczało to nerwową walkę o każdy punkt, który pozwalał na kolejny awans i oddalał perspektywę upadku. To mnie jednak nakręca. Wymyślać nowe teorie, przygotowywać nowe zajęcia, a przede wszystkim dużo czytać by być na bieżąco.
W rozwoju bardzo pomaga udział w konferencjach, ale to że się uda tam umieścić publikację nie gwarantuje, że dostanę fundusze na wyjazd. Dużo tu zależy od dobrej woli szefa i jego wiary w nas.
Pewnego dnia prezentowałem swoją pracę, która w dwóch częściach została przyjęta na dwie różne konferencje w Los Angeles i w San Francisco w krótkim odstępie czasu. Liczyłem więc, że uda mi się wyjechać na obydwie. Już nawet zarezerwowałem loty i hotele mieszcząc się w kosztach jednej konferencji.
Przedstawiłem swoje wyniki, które przy okazji druzgotały cały szereg dotychczasowych prac opartych jak dowodziłem na błędnych założeniach. Pozwoliłem sobie na drobną jak mi się wydawało złośliwość:
- Wyniki mojej pracy dowodzą, że ci którzy dotychczas pracowali w tej dziedzinie powinni się zająć raczej pisaniem bajek dla niegrzecznych dzieci niż pracą naukową na odpowiednim poziomie.
Aplauz audytorium dla mojego wystąpienia był ogromny. Byłem więc przekonany, że szef nie będzie miał nic przeciwko mojemu wyjazdowi na obydwie konferencje. Jednak kiedy mu napisałem swoją prośbę, ten zamiast zwyczajowo odpisać "zgoda" z podaniem źródła finansowania, wezwał mnie na rozmowę.
Zastanawiałem się o co może chodzić, lecz kiedy zaczął mówić o nagłym obcięciu funduszy dla instytutu zrozumiałem, że chce mi okroić wyjazd na jedną z tych konferencji. Ku mojemu zdumieniu szef jednak nie zgodził się na żadną konferencję. Myślałem, że rzeczywiście nadszedł kryzys. Jednak kolega pomagający przy finansach też był tym zdumiony, bowiem nic nie wskazywało na jakiekolwiek trudności finansowe instytutu.
Dopiero kilka miesięcy później doznałem nagłego olśnienia kiedy odkryłem, że jedną z prac, na które się powoływałem napisał były doktorant mojego szefa. Zajrzałem do tego doktoratu i tam również znalazłem wyniki, które krytykowałem. Musiałem się zastanowić, jak teraz udobruchać mojego szefa. Niebawem przekonałem się, że ta jedna złośliwość z jego strony wystarczyła i dalej było normalnie.
Tymczasem jednak musiałem zająć się swoimi kolegami po fachu, bo nie przyznałem się im, że nie pojadę na te konferencje i musiałem szybko odnowić kontakty. Było już po konferencjach i musieli się zorientować, że mnie nie było. Nawet się dziwiłem, że nie piszą z zapytaniami.
Odpowiedź jednak mnie zszokowała. Okazało się, ze wszyscy ci znajomi byli przekonani, że nie żyję, gdyż lot, który im podałem jako ten, którym przylecę uległ katastrofie, gdzie zginęli wszyscy pasażerowie. Nawet uczczono mą pamięć minutą ciszy, gdyż omyłkowo linie lotnicze potwierdziły moją tożsamość jako osoby lecącej tym lotem.
Wtedy zrozumiałem, że mój pech gdy straciłem dwie konferencje to jednocześnie szczęście, gdyż uratowałem życie.
Po studiach zaproponowano mi pozostanie w uczelni, gdzie studiowałem. Oznaczało to nerwową walkę o każdy punkt, który pozwalał na kolejny awans i oddalał perspektywę upadku. To mnie jednak nakręca. Wymyślać nowe teorie, przygotowywać nowe zajęcia, a przede wszystkim dużo czytać by być na bieżąco.
W rozwoju bardzo pomaga udział w konferencjach, ale to że się uda tam...
Jesień. Koniec wakacji. I to najdłuższych i najfajniejszych wakacji w życiu. Oczywiście tak o tych wakacjach mówiły moje koleżanki, nie ja. Dla mnie to były zdecydowanie zbyt długie i średnio fajne wakacje, które całe przepracowałam w sklepie mięsnym mojego dziadka. Nie muszę chyba dodawać, że moi znajomi od razu podłapali temat i chyba już na zawsze nadali mi ksywę "rzeźniczka". Pech chciał, że najbardziej moja nowa ksywa spodobała się Bartkowi, w którym kochałam się przez całe liceum. No, ale co się dziwić - jak pech to pech. MÓJ PECH.
Mój pech nie ograniczał się jednak tylko do pracy w mięsnym i całkowitym braku szans u chłopaka moich marzeń, który najczulej określał mnie mianem "rzeźniczki". Pech dopadł mnie też w maju na maturze z historii. Myślałam, że jestem dobrze przygotowana, dwa lata chodziłam na dodatkowe zajęcia na których wałkowaliśmy wszystkie daty, wydarzenia, no wszystko i co? W przeddzień egzaminu z historii, wertując notatki, na sekundę zatrzymałam wzrok na temacie dotyczącym stosunków polsko-węgierskich. Nie podeszłam do tego zagadnienia zbyt ambitnie, no bo na Boga, jest tyle ważniejszych wydarzeń w historii Polski, że szanse na pojawienie się tego tematu są absolutnie znikome. No i? No i co widzę następnego dnia na arkuszu maturalnym?! Stosunki polsko-węgierskie! Jak pech to pech. Dziwię się, że jeszcze mnie to zaskakuje...
Jakimś cudem udało mi się zdać tą nieszczęsną maturę z historii, ale wynik nie był niestety powalający... Nie udało mi się dostać na moje wymarzone stosunki międzynarodowe (kara za zignorowanie relacji polsko-węgierskich! A przecież tak podoba mi się Hajduszoboszlo!), musiałam się zadowolić wyjściem awaryjnym, czyli politologią.
Pech chciał (HA, HA, HA), że już na pierwszych ćwiczeniach okazało się, że jestem w grupie z Aśką, dziewczyną z mojego ogólniaka, która doskonale znała się z Bartkiem, moją licealną miłością i znała moją okropną ksywę! Nie znałam jej aż tak dobrze by ocenić czy wygada wszystkim to co ja zamierzałam skrzętnie ukryć, ale na wszelki wypadek nastawiłam się do niej wrogo.
Po dwóch tygodniach "studiowania" samorząd studencki zorganizował otrzęsiny dla pierwszoroczniaków. Razem z Anką (zaprzyjaźniłyśmy się od razu) uznałyśmy, że to świetna okazja do założenia szpilek, no i oczywiście poderwania jakiegoś faceta. A na roku było kilku takich, na których można było zawiesić oko...
Impreza była przednia. Poznałam na niej Krzyśka. Jak tylko weszłam do klubu zauważyłam na sobie jego spojrzenie. Wiedziałam, że dobrze wyglądam, tak też się czułam. Przetańczyliśmy całą noc. O czwartej byliśmy u niego. Pech chciał, że w moich pończochach zrobiła się wielka dziura na dużym palcu. Krzysiek udał, że tego nie widzi. Wiedziałam, że jesteśmy sobie przeznaczeni.
Zostaliśmy parą. Pierwsza para na naszym roku. Wszyscy o nas mówili. Ja chodziłam z głową w chmurach, nic do mnie nie docierało, na geografii politycznej z rozkojarzenia zapomniałam gdzie leżą Bałkany, a na historii myśli politycznej powiedziałam, że John Lock był konserwatystą. Pech chciał, że prowadzący nie rozumieli mojego stanu uniesienia i kazali zaliczyć tematy na konsultacjach.
Imprezowaliśmy co weekend, czasami też w tygodniu. Widziałam jak inne dziewczyny patrzą na Krzyśka, ale nie byłam zazdrosna, schlebiało mi to. Tamtego wieczoru źle się czułam. Mieliśmy iść na imprezę go Grześka. Krzysiek strasznie nalegał, ale mnie ewidentnie złapało jakieś chorubsko. Łamało w kościach, głowa pękała, z nosa lało się jak z kranu. Jak pech to pech. Nie chciałam być zaborczą dziewczyną, więc powiedziałam żeby poszedł sam, dobrze się bawił i mną się nie przejmował. Nie protestował, wyszedł, poszedł.
W poniedziałek na uczelni było jakoś dziwnie. Gdy weszłam do sali zrobiło się dziwnie cicho. Dziewczyny patrzyły na mnie ze zdziwieniem, a może rozbawieniem? Anka objęła mnie ramieniem i zapytała jak się czuję, czy już mi przeszło. Powiedziała, że po zajęciach musimy pogadać. Krzysiek też jakoś dziwnie się zachowywał. Cały dzień się do mnie nie odzywał, niby przywitał się ze mną tak jak zawsze, niby był miły, ale jakiś taki zdystansowany.
Po zajęciach Anka zaciągnęła mnie do siebie. Krzysiek szybko się zmył, bełkocąc, że ma dużo roboty z prezentacją. U Anki nie wytrzymałam i zapytałam o co chodzi. Przyjaciółka ze łzami w oczach powiedziała, że na tej imprezie u Grześka Krzysiek całował się z Aśką. I że wyszli razem nad ranem. I że jest jej strasznie przykro i że jej zdaniem on na mnie nie zasługuje i coś jeszcze, ale nie pamiętam już co bo byłam w szoku. Wstałam bez słowa, wyszłam. Byłam kompletnie załamana. Jak pech to pech! Łzy spływały mi po twarzy. Wpadłam na kogoś. Na jakiegoś chłopaka. Chyba od nas z uczelni. Nie wiem, nie patrzyłam na niego. Podał mi chusteczkę. Zapytał co się stało. Zaprosił mnie na kawę. Było mi wszystko jedno komu się wyżalę, więc poszliśmy. Opowiedziałam mu o wszystkim, zaznaczając przy tym, że ja to zawsze mam w życiu pecha i nic nie idzie po mojej myśli. Pogadaliśmy jeszcze chwilę i każde poszło w swoją stronę.
Od tamtej pory często spotykałam się z Piotrkiem. Gadaliśmy, chodziliśmy na spacery i na ciacho. W sumie to całe szczęście, że miałam pecha z tym Krzyśkiem, bo inaczej to pewnie bym na niego nie zwróciła uwagi. A teraz mam go na co dzień.
Jesień. Koniec wakacji. I to najdłuższych i najfajniejszych wakacji w życiu. Oczywiście tak o tych wakacjach mówiły moje koleżanki, nie ja. Dla mnie to były zdecydowanie zbyt długie i średnio fajne wakacje, które całe przepracowałam w sklepie mięsnym mojego dziadka. Nie muszę chyba dodawać, że moi znajomi od razu podłapali temat i chyba już na zawsze nadali mi ksywę...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej