-
Artykuły
Czytamy w weekend. Książki Roku 2025. 20 marca 2026
LubimyCzytać251 -
Artykuły
Za nami Gala Książka Roku 2025 – rekordowe głosy i zwycięzcy 11. edycji Plebiscytu Lubimyczytać
LubimyCzytać1 -
Artykuły
Od królewskich dworów do Hollywood
LubimyCzytać2 -
Artykuły
Crime Story: pierwsze takie wydarzenie autorskie w Polsce
LubimyCzytać4
forum Oficjalne Akcje i konkursy
[Zakończenie] Z życia biurowego - wygraj książkę "Król biurowej klasy średniej"
Każde biuro ma swoich bohaterów, o których można by snuć długie opowieści. W każdym też znajduje się jakieś miejsce (przy automacie z kawą albo w pokoju socjalnym), w którym historie te nabierają kształtu. Napisz opowiadanie osadzone w biurowym środowisku. Warunek: ma być dowcipnie! Czekamy na teksty o objętości do 2000 znaków ze spacjami.
Nagrody
Autorzy pięciu najciekawszych tekstów otrzymają po egzemplarzu książki.
Król biurowej klasy średniej
Autor : Maciej Mazurek
Regulamin
- Konkurs trwa od 13 do 19 lutego włącznie. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
- Odpowiedzi muszą być napisane samodzielnie. Kopiowanie części lub fragmentów tekstów, recenzji innych osób jest zabronione. Teksty nie mogą przekraczać 2000 znaków ze spacjami.
- Każdy użytkownik może zgłosić tylko jedną pracę.
- Zwycięzców wybiera administracja serwisu lubimyczytać.pl. Decyzja jest nieodwołalna.
- Dane adresowe zostaną wykorzystane przez serwis lubimyczytać.pl i Wydawnictwo Helion.
- Adres zwycięzcy powinien zostać nadesłany do dwóch tygodniu od daty ogłoszenia wyników konkursu. Po tym terminie administracja lubimyczytać.pl dopuszcza wybór kolejnego laureata lub nieprzyznanie nagrody.
odpowiedzi [43]
Dziękuję bardzo i gratuluję wszystkim uczestnikom bez wyjątku - w czasie tego konkursu powstały naprawdę świetne opowiadania:)
Dziękuję bardzo i gratuluję wszystkim uczestnikom bez wyjątku - w czasie tego konkursu powstały naprawdę świetne opowiadania:)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamWow, bardzo dziękuję i wielkie gratulacje dla pozostałych zwycięzców :)
Wow, bardzo dziękuję i wielkie gratulacje dla pozostałych zwycięzców :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamRównież dziękuję za wyróżnienie i oczywiście gratulacje dla biurowych mistrzów :)
Również dziękuję za wyróżnienie i oczywiście gratulacje dla biurowych mistrzów :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamDziękuję bardzo i gratuluję pozostałym :)
Dziękuję bardzo i gratuluję pozostałym :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Bully
yousaa
ReaderX
murronia
anek123
Gratulujemy. Z laureatami skontaktujemy się osobiście.
Bully
yousaa
ReaderX
murronia
anek123
Gratulujemy. Z laureatami skontaktujemy się osobiście.
Dziękuję! To mój pierwszy konkurs w LC i wielka frajda, bo ten tytuł czekał na półeczce planowanych lektur :)
Dziękuję! To mój pierwszy konkurs w LC i wielka frajda, bo ten tytuł czekał na półeczce planowanych lektur :)
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamKonkurs zakończony. Laureatów ogłosimy w poniedziałek.
Konkurs zakończony. Laureatów ogłosimy w poniedziałek.
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spamPracownia architektoniczna. Przy każdym komputerze w cichym szumie kliknięć myszek powstają ciągli linii: równoległych, prostopadłych i krzyżujących się pod innym różnymi kątami, tworząc dla przeciętnego Kowalskiego plątaninę, którą w skrócie można określić jako „kaszana” i dopiero późniejsza wizualizacja projektu ujawnia przeznaczenie owych linii, kreujących wygląd budynku. Przy jednym z komputerów siedziałem ja. Po 18 godzinach wpatrywania się w ekran i nieprzespanej nocy, za to wygranej kampanii w ulubionej grze sieciowej, moje oczy odmówiły posłuszeństwa i aby nie straszyć kolegów swoim wyglądem grzecznie siedziałem w dużych okularach przeciwsłonecznych ala John Lenon. Obok, w tym samym pomieszczeniu przy stole kreślarskim, który był największym meblem, nad rozłożonym projektem dyskutowali inwestor, główny architekt oraz główny konstruktor. Sytuacja była napięta. Architekt oraz konstruktor nie zgadzali się na pomysły inwestora, gdyż były one wbrew prawu budowlanemu, które za każdym razem obracało się przeciwko inwestorowi. Budynek nie może być za wysoki, bo zacienia. Nie za blisko drugiego budynku, bo też zacienia. Nie za duży, bo na działce musi pozostać odpowiednia powierzchnia wolna od zabudowy. Tej napiętej sytuacji nie wytrzymał mój pęcherz napełniony hektolitrami kawy. Postanowiłem udać się do toalety w znanym wszystkim celu. Obok mnie siedział kolega Wojtas, który dwa dni temu miał wypadek i grając z kolegami w piłkę skręcił kostkę, dlatego pomiędzy nim, a mną o blat biurka stała oparta zgrabna i elegancka laseczka. Niewiele myśląc poprawiłem okulary na nosie, pewnym ruchem sięgnąłem po laseczkę i obstukując drogę przed sobą wyszedłem z pracowni na korytarz. W pracowni nastała cisza. Po chwili usłyszałem parsknięcie Wojtasa, a potem potężny śmiech inwestora, który nagle przestał się spierać i odtąd z rozwagą słuchał naszych rad.
Pracownia architektoniczna. Przy każdym komputerze w cichym szumie kliknięć myszek powstają ciągli linii: równoległych, prostopadłych i krzyżujących się pod innym różnymi kątami, tworząc dla przeciętnego Kowalskiego plątaninę, którą w skrócie można określić jako „kaszana” i dopiero późniejsza wizualizacja projektu ujawnia przeznaczenie owych linii, kreujących wygląd...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
John nienawidził swojej pracy. O ile ludzie muszą coś robić, a czasem nawet pracować, poświęcać swój czas, energie, czasem zdrowie, o tyle tego nie odbierze im nikt. Czystej nienawiści.
Z tego prawa John bardzo lubił korzystać.
- Przepraszam, mógłbym cię prosić o przysługę? - spytał swojego kolegi. - Zająłbyś się tymi aktami? Żona chora, mam dużo spraw, wiesz jak to jest.
Z niesmakiem, ale się zgodził.
Niedługo później przyszedł do niego ten sam kolega. Poprosił o przysługę.
- Dobra - odparł John i poleciał do drugiego kolegi.
- Przepraszam, mógłbym cię prosić o przysługę? Zająłbyś się tymi aktami? Żona chora, mam dużo spraw, wiesz jak to jest.
I zgodził się, acz niechętnie.
Gdy drugi kolega wrócił do niego, John wiedział co robić.
- Przepraszam, mógłbym cię prosić o przysługę? - spytał trzeciego kolegi. - Zająłbyś się tymi aktami? Żona chora, mam dużo spraw, wiesz jak to jest.
Odpowiedź była taka sama. Skutek - identyczny.
- Przepraszam, mógłbym cię prosić o przysługę? - pytał w rozmowie z czwartym kolegom. - Zająłbyś się tymi aktami? Żona chora, mam dużo spraw, wiesz jak to jest.
Czwarty kolega przyszedł z prośbą, w końcu nic nadzwyczajnego. John już miał się kierować do piątego kolegi, ale spojrzał uważnie. To była jego praca!
Krótkie badanie pokazało, że praca Johna przeszła od pierwszego kolegi do trzeciego. Ten zlecił ją drugiemu. Drugi dał ją czwartemu. A czwarty - Johnowi. Ach, tak to działa! - pomyślał John.
- Czy mogę cię prosić o przysługę? - spytał piątego.
John uznał, że tak nie może być. To przecież jego pomysł.
Gdy wrócił do niego piąty, zlecił jego pracę wszystkim kolegom od numeru 1 do 4. Jak tylko do niego wróciła, zrobił jeden, mały, ale istotny błąd.
Praca wróciła do piątego. Z błędem. Szef był bardzo niezadowolony.
- Jak mogłeś napisać w raporcie, że szef to pała?
- Nie wiem... - rozkładał ręce piąty. - To musiało być z przepracowania.
Gdy kolejny raz ktoś przyszedł po pomoc John był bardzo miły:
- Jasne, chętnie ci pomogę - mówił z uśmiechem.
John nienawidził swojej pracy. O ile ludzie muszą coś robić, a czasem nawet pracować, poświęcać swój czas, energie, czasem zdrowie, o tyle tego nie odbierze im nikt. Czystej nienawiści.
Z tego prawa John bardzo lubił korzystać.
- Przepraszam, mógłbym cię prosić o przysługę? - spytał swojego kolegi. - Zająłbyś się tymi aktami? Żona chora, mam dużo spraw, wiesz jak to jest.
...
FACET NA WALENTYNKI I NIE TYLKO
Jak co poniedziałek obudziłam się równo z budzikiem. Od zawsze mnie to denerwowało. Ubrałam się więc spokojnie i zrobiłam sobie kawę. Zjadłam szybkie śniadanie przypominając sobie o umówionym wczoraj spotkaniu. -Kurczę.. Zerwałam się i pognałam do pracy. Wchodząc przez wielkie szklane drzwi dostrzegłam Adama opartego o blat recepcjonistki. Jak zawsze bajerował ją swoimi tandetnymi tekstami. Skąd to wiem? Byliśmy parą przez jakiś czas i zdążyłam się na nim poznać. -Witaj Moniko, jak zawsze piękna. -Dzień dobry Adamie. Powiedziałam to starając się zachować na twarzy sztuczny uśmiech. Weszłam czym prędzej po schodach uciekając od tego natręta. Nie patrzyłam przed siebie, gdybym to robiła z łatwością wyminęłabym przystojnego bruneta, na kktórego wpadłam. -Auu. - Nic Pani nie jest? - Nie..spokojnie..ahh! - Coś jednak Pani jest. -Tak, chyba skręciłam kostkę. -Niech Pani pozwoli. Wziął mnie na ręce i zaniósł do najbliższego biura. Rozejrzałam się i dostrzegłam tabliczkę na biurku 'dyr Michał Czwarek'..więc to nasz nowy dyrektor, no proszę proszę. - Ta kostka chyba naprawdę jest skręcona. -Cudownie. Właśnie zostałam uziemiona. Ciekawe kto wyręczy mnie w pracy. - Ale o to proszę się nie martwić. Ma Pani zwolnienie i niewykorzystany płatny urlop. W sam raz na dziś. - Cudownie. W takim razie zabiorę się jakoś do domu. -Ja Panią odwiozę. - Dziękuję, ale nie musi Pan. - Odwiozę i tyle. Nie pozwolę, aby była Pani sama w Walentynki. - Ach no tak, dziś Walentynki. - Tak, zostanę z Panią dziś, a może jeszcze dłużej. .
FACET NA WALENTYNKI I NIE TYLKO
Jak co poniedziałek obudziłam się równo z budzikiem. Od zawsze mnie to denerwowało. Ubrałam się więc spokojnie i zrobiłam sobie kawę. Zjadłam szybkie śniadanie przypominając sobie o umówionym wczoraj spotkaniu. -Kurczę.. Zerwałam się i pognałam do pracy. Wchodząc przez wielkie szklane drzwi dostrzegłam Adama opartego o blat recepcjonistki....
Dzień jak co dzień, wchodzę do biura i od razu kieruję się w stronę pokoju socjalnego, gdzie stoi ukochany przez wszystkich pracowników ekspres do kawy. Muszę zaopatrzyć się w kawusię. Następnie lecę do swojego pokoju, gdyż słyszę dzwoniący z samego rana telefon. Po przekroczeniu progu pokoju zaniemówiłem, ktoś przyniósł kolejne dokumenty i papiery do wypełnienia, trudno przeżyję. W końcu to nie pierwszy raz, bywało gorzej. Jakąś godzinkę później, sekretarka dyrektora wpadła do pokoju i oznajmiła, że szef zarządził zebranie wszystkich pracowników, bo ma coś ważnego do ogłoszenia i każdy musi się stawić o dwunastej. Nie mogłem skupić się na pracy, gdyż cały czas myślałem co jest takie ważne. Jakoś przeczekałem do tego południa, w końcu to tylko kilka godzin. Nim nadeszła wyznaczona godzina,wypiłem kilka kaw i zrobiłem sporo papierkowej roboty. Gdy na zegarku wybiła dwunasta poszedłem do sali konferencyjnej, gdyż wszystko tam właśnie miało się odbyć. Większość pracowników już czekała, nie było tylko mojej koleżanki z pokoju obok i szefa, ale jemu zawsze trzeba wybaczać nawet jak nie ma racji. Po paru minutach przyszła koleżanka, szef natomiast dopiero po dziesięciu minutach. Wszyscy usiedli na krzesłach i zaczęli słuchać co dyrektor ma do powiedzenia. Zaczął mówić, iż wszyscy pracownicy wykonują swoje obowiązki i zadania sumiennie i dokładnie i, że bardzo mu się to podoba oby tylko tak dalej, więc postanowił wszystkim dać premię. Jednak po wszystkim dodał, żeby się tak szybko nie cieszyli, gdyż w banku mają problem z komputerami i pensja z premią przyjdzie dopiero w następnym miesiącu. Gdy to usłyszałem, mało co z krzesła nie spadłem.
Dzień jak co dzień, wchodzę do biura i od razu kieruję się w stronę pokoju socjalnego, gdzie stoi ukochany przez wszystkich pracowników ekspres do kawy. Muszę zaopatrzyć się w kawusię. Następnie lecę do swojego pokoju, gdyż słyszę dzwoniący z samego rana telefon. Po przekroczeniu progu pokoju zaniemówiłem, ktoś przyniósł kolejne dokumenty i papiery do wypełnienia, trudno...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Właśnie zaczęłam swoją pierwszą pracę w wydawnictwie, świeżo po studiach. Albo jestem ogromną szczęściarą, albo niedługo stanie się coś złego. Pierwszy dzień jak na razie przebiegał spokojnie. W tracie pracy postanowiłam się napić wody, która stała na końcu biura. Dziwnie się czułam przechodząc. Większość ludzi się na mnie gapiła. Kurczę przecież założyłam ołówkową, dłuższą spódnicę, przybyło mi w ciągu 3 lat aż 10 kilo, więc raczej nie ma się na co gapić.
- Faceci odwalcie się ode mnie - myślałam wtedy. Wiem, że każda kobieta w tej chwili czułaby, że to jej 5 minut i trzeba je wykorzystać. Natomiast ja, taki nieśmieluch w takiej sytuacji gdy musi przebyć odległość z jednego końca biura do drugiego, dodatkowo z brakiem pewności siebie żałuje, że w ogóle pomyślał o tej głupiej wodzie. Gdy w końcu doszłam mogłam odsapnąć, choć nie do końca bo przy najbliższym biurze siedział facet, który z łobuzerskim uśmieszkiem uśmiechał się do siebie.
-Co jest kurcze?! - pomyślałam - Czemu on się ze mnie śmieje, poszło mi oczko w rajstopach czy jak? A może mam brudne buty?
Jednak nic z tych rzeczy, wszystko było w porządku. No dobra no to nalewamy, ustawiam kubeczek, wciskam przycisk, i nic... Kurna, oczywiście nie umiem tego diabelstwa uruchomić. Tak, zwykły dozownik z wodą, a może być tak skomplikowany. Stwierdziłam, że nie odejdę tak bez tego durnego, napełnionego kubka. Bo w sumie głupio tak wracać z pustymi rękami, pewnie wtedy wszyscy w biurze mieliby głupi uśmiech pod nosem i nową ofiarę w pracy, dla której dozownik z wodą okazał się zbyt skomplikowaną maszyną. Ale kurcze naciskam, naciskam i nic. Męczę się tak już chyba z 5 minut, a to dość długo jak na nalanie wody do kubka... Nagle mój wzrok pada na tego mężczyznę śmiejącego się ze mnie. No nie! Teraz to ma dopiero polewkę, włożył sobie pięść do buzi byle tylko nie parsknąć śmiechem! Co za cham! Pokazałabym mu środkowego palca, ale kurczę to w końcu pierwszy dzień.. Nie wypada, nie wiadomo kim może okazać się ten facet. Może to kuzyn szefowej? Bądź jej pupilek.. Jest dość przystojny. Kurdę właśnie do mnie wstaje, jest.. rany, Christian Grey przy nim to Quasimodo. Serio.. Nie, no dobra może trochę przesadzam, ale gdy na niego patrzę w całości, z pełni widząc jego twarz mimowolnie przygryzam wargę.
-Hej, zaraz, zaraz. Moja Panno, co to ma znaczyć?! - przywołuje mnie mój rozsądek. Więc aby nie myślał, że jest takim bóstwem (choć jest), przywołuję swoją wściekłą minę. Niech też nie myśli, że nie widziałam jak się ze mnie naśmiewa. Podchodzi do mnie, ja unoszę jedną brew.
- Cześć, jestem Marcin, a ten dozownik jest całkiem pusty.
No pięknie, ależ ja jestem głupia, jak można nie zauważyć, że nie ma wody. Ręce opadają. Jednak czemu ten palant nie powiedział mi o tym od razu?!
- Cześć Marcin, jestem Klaudia. Dziękuję za tę informację. Miło mi, że mogłam dostarczyć Ci odrobiny rozrywki. Ach no i dziękuję za ten pośpiech.
Och losie, dziękuję Ci, że mogłam chociaż w tej chwili być z siebie dumna i z dumą udzielić odpowiedzi temu idiocie. Kurczę niestety on znowu musiał się odezwać swoim hipnotyzującym głosem, pozwolić mi poczuć swoje perfumy, poczuć jego dotyk - łapiąc mnie za końcówki palców i powiedzieć:
-Hej Klaudia, nie gniewaj się na mnie. Myślałem, że zauważysz. Nie chciałem się odrywać od pracy.
-Hmm, czy Ty właśnie próbujesz mi powiedzieć, że jestem głupia nie zauważając pustego dozownika? A poza tym nie wyglądałaś na pochłoniętego pracą.
-Kochanie spokojnie, rozumiem, że mogłaś nie zauważyć. Jesteś zestresowana, taka młodziutka praktykanta wśród dorosłych ludzi. Pewnie jesteś z liceum i bierzesz udział w "Dniu Przedsiębiorczości"?
-Słucham? Ja tu pracuje..
-Och, jesteś na stażu, tak ?
-Nie, skończyłam studia, i mam tu normalną pracę.
-Żartujesz prawda? Wyglądasz na liceum. Ile Ty masz lat?
-Oj kochanie, pomyliłeś się co do mnie, nie jest głupią licealistką, z której można się ponabijać. Zauważyłam, na Twoim biurku indeks. Złociutki, chyba jestem nawet starsza od Ciebie.
Posyłając mu dorosły uśmiech oraz pozostawiając go zdezorientowanego odwróciłam się i odeszłam krok od niego, gdy nagle znów coś ode mnie chciał.
-Klaudio, nie jest Ci przykro, że nie napijesz się wody?
Nie zrozumiałam o co mu chodzi, więc wyraziłam to mimiką twarzy. Wtedy Marcin podszedł i powiedział namiętnym głosem:
-Złociutka, za Twoim biurkiem jest pełny dozownik z wodą...
Pięknie, właśnie uświadomił mi apogeum mojej spostrzegawczości, a na dodatek spaliłam buraka..
I czuję, że to nie koniec przygód z Panem Marcinem...
Właśnie zaczęłam swoją pierwszą pracę w wydawnictwie, świeżo po studiach. Albo jestem ogromną szczęściarą, albo niedługo stanie się coś złego. Pierwszy dzień jak na razie przebiegał spokojnie. W tracie pracy postanowiłam się napić wody, która stała na końcu biura. Dziwnie się czułam przechodząc. Większość ludzi się na mnie gapiła. Kurczę przecież założyłam ołówkową, dłuższą...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
-Darecki! Do mnie!-słyszę swojego szefa. Nowak jest wcieleniem wszystkich najgorszych ludzkich cech. Choć pracuję u niego już 5 lat, nadal nawet nie otarłem się o awans.
-Za 15 minut chcę mieć na biurku wykaz wszystkich wydatków firmy z zeszłego miesiąca, rozumiesz Darecki?-pyta już w biurze. Robi to specjalnie czy naprawdę nie pamięta mojego imienia?
-Tak jest, szefie.-odpowiadam i czym prędzej lecę do swojego biurka.-Co za menda, nienawidzę go.-zaczynam mruczeć pod nosem. Z gniewu aż trzęsą mi się ręce. Chwytam za długopis i na pierwszej lepszej kartce wypisuję wszystkie najgorsze epitety, jakie przychodzą mi do głowy. Na samym dole podpisuję "Z poważaniem Piotr Darecki". Gdy odkładam kartkę i przyglądam się swojemu dziełu, słyszę wołającą mnie Martę.
-Masz te wykresy przychodów z tego tygodnia?-pyta.
-Są już gotowe, za godzinę Adam wydrukuje 100 kopii tak, jak chciał Nowak.
-Piotr? Gdzie masz te wykazy, o które prosił szef?-pyta mijająca nas Agata.
-Cała sterta jest na moim biurku.-odpowiadam i kontynuuję rozmowę.
Następnie idę do automatu po kawę, jednak maszyna zżarłszy mojego piątaka, nie wydaje mi napoju.
-Szajs!-krzyczę i kopię w wadliwy sprzęt. Podminowany, w drodze powrotnej do biurka zahaczam jeszcze o toaletę, w której, jak się okazuje już za późno, nie działa spłuczka.
-Cholera! Nienawidzę swojej roboty!-krzyczę sfrustrowany.
Siadając przy biurku dostrzegam brak mojego dzisiejszego, wypełnionego elokwentnymi wyrażeniami listu. Zaczynam przeglądać swoje papiery i wtedy dociera do mnie, że pewnie Agata zaniosła go do Nowaka wraz z wykazem.
-Błagam, nie.-szepczę przez łzy. W tym momencie słyszę, jak mój przełożony potężnym barytonem wykrzykuje moje nazwisko tak, że aż ciarki przechodzą mi po plecach. "Stary, wpadłeś." mówi mi wewnętrzny głos.
Mijając kolejne biurka w drodze do pokoju zagłady słyszę szepty kolegów. "Biedak zaraz spakuje swoje rzeczy" mówią. Chwilę wcześniej przeklinając tę cholerną robotę, teraz modlę się, by Nowak okazał litość.
-Darecki! Do mnie!-słyszę swojego szefa. Nowak jest wcieleniem wszystkich najgorszych ludzkich cech. Choć pracuję u niego już 5 lat, nadal nawet nie otarłem się o awans.
-Za 15 minut chcę mieć na biurku wykaz wszystkich wydatków firmy z zeszłego miesiąca, rozumiesz Darecki?-pyta już w biurze. Robi to specjalnie czy naprawdę nie pamięta mojego imienia?
-Tak jest,...
Tak krótki podobny żart, a to jest opowiadanie
Tak krótki podobny żart, a to jest opowiadanie
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam
Z pamiętnika pracownika boksu nr 17
Poniedziałek
Dziś w biurze niezwykłe poruszenie. Wszyscy chodzą jacyś podejrzanie pogodni i rozluźnieni. Nawet Godfryda – 50-letnia sekretarka o fizjonomii agenta Smitha – uśmiechnęła się. Aż dziw, że jej kości policzkowe nie pękły. Wszystko nabrało sensu gdy ujrzałem email: Szefowa wyjechała na niespodziewaną delegację. I pod spodem dopisek: Nie będzie wiedźmy do końca tygodnia :) Jakże życie potrafi być piękne!
Wtorek
Ze skupieniem godnym sapera rozbrajającego 5-kilowy ładunek C-4 wpatruję się w ekran monitora, rozważając w głowie wszystkie możliwe opcje. To bardzo ważne i nie mogę tego schrzanić. W końcu stawką jest nie byle co, bo tytuł Biurowego Mistrza Pasjansa, a co za tym idzie chwała i sława po wsze czasy.
Środa
Te hieny z księgowości coraz bardziej się panoszą. Nie dość, że bezczelnie u nas kserują (że niby u nich jest nieczynne – akurat), to jeszcze bezczeszczą nasz święty Ekspres swoimi brudnymi łapskami i notorycznie podkradają mleko z lodówki! Tego już za wiele… Musimy działać. Uderzyć tam, gdzie zaboli najbardziej.
Czwartek
Mietek robi za przynętę – kupił jakieś chaszcze z przeceny powalentynkowej i wielkie pudło eklerków po czym ogłosił, że to wczesny prezent na Dzień Kobiet. Wszystkie harpie zleciały się do niego jak student, który zobaczył domowy obiad. Tymczasem ja wykradłem ich największą świętość – segregator zawierający wszystkie najważniejsze rozliczenia za poprzednie 3 kwartały – bez niego będą jak dzieci we mgle.
Piątek
Zemsta przyszła nagle i boleśnie. Szczwane bestie szybko się zorientowały. Uzbrojone po zęby w zszywacze, nożyczki i zatemperowane ołówki, z chęcią mordu w oczach przypuściły frontalny atak. W popłochu próbowaliśmy stawiać opór zaimprowizowaną wyrzutnią spinaczy, ale nie mieliśmy szans. Musieliśmy przeprowadzić taktyczny odwrót i zabarykadować się w socjalnym.
Rozwścieczone harpie zdobyły wsparcie sprzątaczek i pana Władka – ochroniarza. Chcą wyważyć drzwi. Nie wiem, jak długo wytrzymamy. Nadchodzą…
Z pamiętnika pracownika boksu nr 17
Poniedziałek
Dziś w biurze niezwykłe poruszenie. Wszyscy chodzą jacyś podejrzanie pogodni i rozluźnieni. Nawet Godfryda – 50-letnia sekretarka o fizjonomii agenta Smitha – uśmiechnęła się. Aż dziw, że jej kości policzkowe nie pękły. Wszystko nabrało sensu gdy ujrzałem email: Szefowa wyjechała na niespodziewaną delegację. I pod spodem...
Siedziałem w biurze jak co poniedziałek. Połowa osób w pomieszczeniu przysypiała na fotelach. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się zobaczyć w drzwiach małej dziewczynki ubranej w piżamę w żyrafy. A oto stała tam. Miała na sobie czapkę, piżamę i kalosze. Byłem naprawdę zdezorientowany. Wyglądała w sumie dość zabawnie, póki nie podeszła do mnie i nie powiedziała:
- Czy weźmiesz mnie na bal? - ogłupiałem jeszcze bardziej. Co się mówi w takiej sytuacji? A jeśli zacznie płakać? Co ona tu w ogóle robi?
- Eee... kim jesteś dziewczynko?
- Nie ważne kim ja jestem, ważne kim ty jesteś – wygadana jak na swój wiek – bo jesteś moją wróżką. - Że co!? Czy ja wyglądam jak wróżka? Przecież się nawet nie ogoliłem! No i jestem facetem!
- Słuchaj mała. Nie jestem wróżką i nie mogę cię zabrać na bal. Poza tym masz na sobie piżamę.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- Ta... Co ja robię? Nie. Co ty tu robisz?
- Przyszłam żeby moja wróżka zabrała mnie na bal. A gdzie twoje skrzydełka wróżko?
- Moje co? - robi się coraz dziwniej. Czemu nikt nic nie mówi? Rozejrzałem się po pokoju. Siedzieli, wpatrywali się w nas i próbowali powstrzymać śmiech odbierając telefony. Wielkie dzięki za wsparcie.
- Gdzie twoi rodzice dziewczynko?
- Gdzie twoje skrzydełka? - bądź opanowany, bądź opanowany...
- Posłuchaj dziewczynko...
- Zosia.
- Co?
- Jestem Zosia.
- No więc Zosiu. Gdzie są twoi rodzice?
- Ty nie wiesz?
- Nie? - dlaczego niby miałem to wiedzieć?
- No to dlaczego ja mam wiedzieć? - słucham? Ta dziewczynka przyprawiała mnie o zawroty głowy.
- Bo to twoi rodzice.
- Och – zmarszczyła nosek- są w pomieszczeniu obok.
- To może pójdziesz do nich?
- Dobra. - i poszła. Tak po prostu. Spodziewałem się czegoś więcej a ona bez szemrania poszła.
- I co? Dlaczego nie zabrałeś jej na bal?
- Nie znałam cię od tej strony.
- Dlaczego nigdy nie pokazałeś nam swoich skrzydełek?
- Weź mnie na bal!
- Bardzo śmieszne – podsumowałem żarty moich kolegów. Wkrótce sam się śmiałem. Dręczyło mnie tylko jedno pytanie. „Dlaczego u diabła ona miała na sobie piżamę?”.
Siedziałem w biurze jak co poniedziałek. Połowa osób w pomieszczeniu przysypiała na fotelach. Podejrzewam, że nikt nie spodziewał się zobaczyć w drzwiach małej dziewczynki ubranej w piżamę w żyrafy. A oto stała tam. Miała na sobie czapkę, piżamę i kalosze. Byłem naprawdę zdezorientowany. Wyglądała w sumie dość zabawnie, póki nie podeszła do mnie i nie powiedziała:
- Czy...
7.50 Planowany czas wyjazdu do pracy.
7.58 Faktyczny czas odpalenia auta.
8.31 Odbijam kartę, minuta spóźnienia, drajw srebrną fieściną na „przedmieściach” jednego z polskich miast wojewódzkich skuteczny.
Zaczynam swoje najn-tu-fajf, z tym że w wydaniu Naszejkorpo jest to 8.30 do 16.45. Półgodzinny brejk na lancz obowiązkowy. Ale najpierw...
8.35 już telefon od handlowca. Że się klient zbiesił, bo zamówienie spóźnione. Niech się planiście produkcji żali. Następna rozmowa to jakaś cholerna oferta, znowu ten leniwy paszczur z recepcji układa pasjansa.
8.50 Miting przy łajtbordzie za 10 minut a ja nie mam raportu dla timlidera.
9.30 Po mitingu szczury pędzą do wodopoju. Tu spotykają się grupy:
biegaczy, obowiązkowa wymiana ostatnich rekordów i podjarka półmaratonem który już za tydzień. Długie wybieganie w weekend obowiązkowe;
wrogów cukru, ciasto urodzinowe księgowej zbojkotowane, strach przed tłustym czwartkiem nadchodzi;
zachwyconych swoimi dziećmi, wymiana narzekań na brak czasu, niewyspanie i epidemię w przedszkolu.
12.00 Lunch!
12.30-15.00 pracujemy. Para z uszu, dedlajny coraz bliżej. Jak żyć.
15.00 pierwsze filmiki z jutuba na korpo-komunikatorze. Tyle stresu, trzeba się zrelaksować żeby wydajność nie spadła.
16.00 Kuchnia, spotykam marketing asistenta. W Naszejkorpo pracuje wyłącznie wykwalifikowana kadra, powiada. Właściwe osoby na właściwych stanowiskach, przewraca oczami. Księgowa przyszła do niego przed chwilą. Z fakturą. Nie wiedziała, którego działu to koszty, ale zgadła, że marketingu, jako że zakupionym artykułem była FOLIA TRANSPARTENT. Każdemu przeciętnemu człowiekowi skojarzy się przecież z transparentem. A transparent z materiałem marketingowym. Dzień jak co dzień…
16.10 Jak przetrwać ostatnie pół godziny? Gdzie się schować, żeby nikt mi już niczego nie wrzucił? Co zrobić, żeby o 16.45 odbić kartę i ruszyć ku wolności?
17.00 Jak zwykle. Telefon od szefa o 16.44 zniszczył marzenia o punktualnym uwolnieniu się z korpo-kajdanów. Ale to już! Przeżyłem kolejny dzień.
7.50 Planowany czas wyjazdu do pracy.
7.58 Faktyczny czas odpalenia auta.
8.31 Odbijam kartę, minuta spóźnienia, drajw srebrną fieściną na „przedmieściach” jednego z polskich miast wojewódzkich skuteczny.
Zaczynam swoje najn-tu-fajf, z tym że w wydaniu Naszejkorpo jest to 8.30 do 16.45. Półgodzinny brejk na lancz obowiązkowy. Ale najpierw...
8.35 już telefon od handlowca....
Świat z perspektywy D A M Y jest cholernie szybki. Samochody pędzą i warczą na ciebie - S U N Ą C Ą P O W O L I na przejściu dla pieszych. A sami piesi wyprzedzają cię, nieładnie tratując chodniki. Ty tymczasem dziś byłaś pierwszy dzień w pracy. Dziś rozstałaś się z dwudziestoczteroletnim trampkowym życiem i stałaś się panią z korporacji. D A M Ą. I mimo, że machasz swoimi bezradnymi łydkami uwięzionymi w damiastym bucie (starając się nadać sobie takie tempo, jakie obierałaś zazwyczaj), tułów pozostawiasz w jakieś dziwnie skrępowanej pozycji bystro pionowej. Od czasu do czasu czujesz jak łuk stopy wygina się tak, jakby miał to być jego już ostatni ruch... ale twarz masz kamienną i spokojną. Jesteś DAMĄ NA WYSOKICH OBCASACH. Łydki pracują, całe ciało chce gnać do przodu w naturalnym swym pędzie i bezwzględnie szybkim pędzie wskazówek zegara… a tymczasem TUŁÓW JEST DAMĄ. Pachy nie, pachy już dawno damą nie są, ośmieszając skuteczność antyperspirantu "invisible 48h" w 20 min.
Wracając do domu, ledwo stąpając na opuchniętych palcach, podziwiasz nowo poznane koleżanki z pracy, które umieją chodzić na obcasach i na pewno dotrzymują kroku tym, którzy tratują chodniki. Pierwszy dzień w pracy można uznać za zakończony. Zdejmujesz buty, masujesz drżące stopy, przecierasz mokry kark i … klniesz siarczyście.
DAMO.
Świat z perspektywy D A M Y jest cholernie szybki. Samochody pędzą i warczą na ciebie - S U N Ą C Ą P O W O L I na przejściu dla pieszych. A sami piesi wyprzedzają cię, nieładnie tratując chodniki. Ty tymczasem dziś byłaś pierwszy dzień w pracy. Dziś rozstałaś się z dwudziestoczteroletnim trampkowym życiem i stałaś się panią z korporacji. D A M Ą. I mimo, że machasz...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
PRZEPOWIEDNIA
Eustachy usiadł za biurkiem. Zapowiadał się kolejny pełen wyzwań dzień. Choć pracował tu zaledwie od dwóch dni, zdążył zepsuć już 4 komputery i jeden ekspres do kawy. Wszyscy pracownicy przerzucili się więc na pisanie ręczne i herbatę. Ale to wcale nie były jedyne przykre wydarzenia, jakie ostatnimi czasy nękały Biuro. Z firmowej lodówki coraz częściej ginęły sandwiche, a firmowe kosze na śmieci regularnie zmieniały miejsce swojej lokalizacji, skutecznie utrudniając utrzymanie porządku. Niepokojących sygnałów było coraz więcej. Wczoraj, tuż przed końcem zmiany wszystkie windy nagle odmówiły posłuszeństwa, a ponieważ w Biurze przyjął się zwyczaj niechodzenia po schodach, większość ludzi musiała wziąć nadgodziny.
Eustachy zastanawiał się czy Biuro to odpowiednie miejsce dla niego. Czy on, mały, nic nieznaczący trybik, jest w stanie dokonać czegoś znaczącego w tej potężnej pięcioosobowej biurowej maszynie? Czy jeśli przestanie przychodzić do pracy i psuć komputery, ktoś zauważy jego nieobecność? I w końcu, kiedy rozpatrzone zostanie jego podanie o podwyżkę. Czy "Czcigodna Wszechpotężna Góra" mogłaby się pospieszyć? A może podanie wcale nie dotarło do miejsca przeznaczenia? Pani Krysia z kadr miała bardzo niesympatyczna minę, kiedy wręczał jej dokument. Kto wie czy nie wylądowało ono w jednym z przemieszczających się po firmie koszy. A może podanie odrzucono, nawet go o tym nie informując. Myśląc o tym przypomniał sobie ostatnie firmowe plotki o bankructwie Biura. Nie to niemożliwe, według prastarej przepowiedni, zasłyszanej tydzień temu w wesołym miasteczku, firma, w której on pracuje nie może zbankrutować. Z wielkim trudem odpędził czarne myśli spoglądając na blat biurka. Dopiero teraz spostrzegł leżący tam dokument: "Szanowny Panie Eustachy! Z niekłamaną radością wypowiadamy zawartą z Panem dwa dni temu umowę. Życzymy wszystkiego dobrego, byleby jak najdalej od naszej firmy. Podpisano: Czcigodna Wszechpotężna Góra”.
PRZEPOWIEDNIA
Eustachy usiadł za biurkiem. Zapowiadał się kolejny pełen wyzwań dzień. Choć pracował tu zaledwie od dwóch dni, zdążył zepsuć już 4 komputery i jeden ekspres do kawy. Wszyscy pracownicy przerzucili się więc na pisanie ręczne i herbatę. Ale to wcale nie były jedyne przykre wydarzenia, jakie ostatnimi czasy nękały Biuro. Z firmowej lodówki coraz częściej ginęły...
W pewnym mieście, w pewnym biurze, o pewnej godzinie:
- Felek, rzucisz mi te dokumenty? – zwróciła się z prośbą Ania do współpracownika.
Felek biorąc szeroki zamach, z nonszalancją przymierza się do rzutu, gdy Ania pospiesznie dodaje:
- Nie rzucaj! Podaj mi!
- Powiedziałaś, żeby rzucić, a nie podać. Mi tu nie płacą za myślenie, ale za wykonywanie poleceń.
Felek nie należał do najbardziej rozgarniętych pracowników. Nie należał też do najbystrzejszych. Felek w ogóle mało gdzie należał. Jako jedyny w firmie pełnił funkcję asystenta. Gdy ktoś czegoś potrzebował, zwracał się do Felka. I wówczas Felek to robił. Robił, gdy miał akurat na to ochotę. Rezultaty jego starań były różne i zawsze należało się spodziewać niespodziewanego. Tak też było tego dnia, gdy ktoś odważył się poprosić Felka o przysługę:
- Felek wydrukowałbyś mi te dokumenty? – spytał Adam.
- Nie mam jak, zostało mi zaledwie kilka czystych kartek A4... – odparł Felek, po czym dodał po chwili z głupkowatym uśmiechem na twarzy - Ale to nic, skseruję je sobie. Będę miał więcej!
Adam jak zwykle nie był przygotowany na przejaw mądrości ze strony Felka. Felek miał niespotykany talent do wprawiania w osłupienie największych wyjadaczy w firmie.
I choć roboty było zawsze dwa razy tyle co powinno, gdy pomagał Felek, to nikt nie potrafił sobie wyobrazić pracy bez niego. Jego obecność w firmie poprawiała nastrój i podnosiła morale. W obliczu kogoś takiego, jak Felek, wszyscy wyglądali w oczach szefa na wzorowych pracowników. To znaczy wszyscy prócz Felka rzecz jasna. Ale szef doceniał jego wkład w atmosferę firmy i wiedział, że dobrze mieć kogoś takiego pod ręką, gdy nachodzą człowieka smutki. Postać tak barwna i ekscentryczna jak Felek, absurdalnością swoich poczynań, rozbawiłaby każdego ponuraka.
W pewnym mieście, w pewnym biurze, o pewnej godzinie:
- Felek, rzucisz mi te dokumenty? – zwróciła się z prośbą Ania do współpracownika.
Felek biorąc szeroki zamach, z nonszalancją przymierza się do rzutu, gdy Ania pospiesznie dodaje:
- Nie rzucaj! Podaj mi!
- Powiedziałaś, żeby rzucić, a nie podać. Mi tu nie płacą za myślenie, ale za wykonywanie poleceń.
Felek nie należał...
Dzień zapowiadał się ciekawie, ponieważ odstępstwem od codzienności miało być dzisiejsze zebranie z kontrahentami zaplanowane na popołudnie. Od rana przygotowywałam raporty, które mieliśmy podczas niego przedstawić. Niestety, drukarka podłączona do komputera przestała z nim współpracować. Z reguły pomaga na to lekki klaps. Dzisiaj jednak było inaczej – przez zupełny przypadek odpadła mi klapa przykrywająca zbiornik z nabojami. „Mam tę moc, mam tę moc” – zaczęłam nucić pod nosem refren piosenki z bajki, którą moje dzieci oglądają niemal każdego dnia. Przechodząca obok księgowa spojrzała na mnie z politowaniem. Stara panna nie ma dzieci, więc pewnie nie zna powiedzenia „kto z kim przystaje takim się staje”. Chociaż podobno ma koty. Może dlatego tak jak on chodzi własnymi ścieżkami i jest mrukliwa. Druk posłałam do drukarni obok – trzeba sobie radzić. Niestety, okazało się, że jest ona dzisiaj zamknięta. Kurier miał co robić. Koło południa postanowiłam złożyć zamówienie na rzeczy potrzebne nam do konferencji: kawa, herbata, woda mineralna, projektor, bimer – standard. Wszystko wpisałam w wiadomość tekstową i posłałam w świat. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie pomyliła adresów e-mail. Na szczęście wszystko udało się sprostować. Prawie. Tuż przed konferencja zaczęłam robić kawę do termosów, do cukiernicy wsypałam zaś sól zamiast cukru. Tak też można. Dowiedziałam się o tym dopiero po fakcie. Jednak prawdziwą wpadkę zaliczyłam na samym zebraniu. Zamiast zamówionego bimera na stole stał… tokaj, co oburzyło zebranych. Szybko zadzwoniłam do sklepu zapytać, skąd wziął się na naszych stołach trunek. Usłyszałam, że w zamówieniu był wpisany bimber, ale że jest on nielegalny, dali nam tokaj. Niech żyje autokorekta w Wordzie! I Ci co nie sprawdzają efektu końcowego! Na szczęście udało się go usunąć ze stołu. Tokaj oczywiście, a nie edytor tekstu. Ale i tak obawiam się, że to był mój ostatni dzień w tej pracy. A tak marzyłam, że zabawię w niej więcej, niż tylko tydzień.
Dzień zapowiadał się ciekawie, ponieważ odstępstwem od codzienności miało być dzisiejsze zebranie z kontrahentami zaplanowane na popołudnie. Od rana przygotowywałam raporty, które mieliśmy podczas niego przedstawić. Niestety, drukarka podłączona do komputera przestała z nim współpracować. Z reguły pomaga na to lekki klaps. Dzisiaj jednak było inaczej – przez zupełny...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Mój zwykły dzień w biurze wygląda jak "pornogrey".
Moja wewnętrzna bogini czyha, aż szef pojawi się w pracy. Potem następuję "prywatna" rozmowa, przy której rozpadam się na milion kawałków. Mimochodem przygryzam wargę kiedy na mnie krzyczy -Zrób mi kawę!.
Pozwalam mu na to. Lubię jak dostaje furii i mówi: -Licz Aleksandro! Odpowiadam: -Oh, nie, juz nie mogę, Krystianie proszę.
Patrzy na mnie lodowatym spojrzeniem i mówi, że mam błagać, -KLĘCZ! jeśli chcesz urlop. Muszę być uległa. Robię co każe. Zahaczam o stół i kawa się rozlewa. Ał, Krystianie to boli.. Jestem mokra i gorąca. Nie, nie rozpłaczę się. Desperacko szukam w mojej psychice wewnętrznej siły. On stoi w miejscu i nie pomaga mi. Jego wzrok jest lodowaty. Daje mi klapsa i mówi, że mam bardziej uważać. -Ojj, nie grzeczna dziewczynka. Mam wrażenie jakby podpalił mój tyłek.
O 16 gdy kończy się mój dzień pracy, ON zawsze przytrzymuje mnie dłużej. Jest dominujący i nie mam wyjścia. Przypina mnie pasami do krzesła i każe buzią pisać sprawozdanie. Zaciskam zęby, a mój głos jest zdławiony -Zzz..zrobię to.
O 17 zazwyczaj wychodzę z pracy, ale przez cały wieczór czuję jeszcze podniecające pieczenie na moim pośladku...
Mój zwykły dzień w biurze wygląda jak "pornogrey".
Moja wewnętrzna bogini czyha, aż szef pojawi się w pracy. Potem następuję "prywatna" rozmowa, przy której rozpadam się na milion kawałków. Mimochodem przygryzam wargę kiedy na mnie krzyczy -Zrób mi kawę!.
Pozwalam mu na to. Lubię jak dostaje furii i mówi: -Licz Aleksandro! Odpowiadam: -Oh, nie, juz nie mogę, Krystianie...
Pracowałam w tym biurze od dłuższego czasu. Zdążyłam zauważyć, że gdy na horyzoncie pojawiał się szef, wszyscy panicznie się go bali. Siedzieli cicho jak myszki pod miotłami. Nie mogłam uwierzyć, że tak panicznie można bać się swojego przełożonego. Fakt, że on wściekał się o byle głupotę, nie powinien mu pozwalać na tak okropne traktowanie swoich pracowników. Nie mogłam dłużej patrzeć na tę ponurą atmosferę panującą w biurze. Postanowiłam coś z tym zrobić. Poszperałam trochę w "swoich źródłach", by dowiedzieć się czegoś więcej o swoim szefie. I czego o dziwo się dowiedziałam? Otóż nasz "wspaniały" boss od wielu lat traktował w haniebny sposób swoich podwładnych. W poprzedniej pracy robił to samo. Zaplanowałam zebranie dla swoich kolegów i koleżanek z pracy. Powiedziałam, że tak dalej być nie może, by szef traktował nas jak swoje popychadła. Pomyślałam więc, że zrobimy szefowi "mały" kawał. Nakłoniłam wszystkich pracowników, by napisali wypowiedzenie z pracy i następnego dnia jeden po drugim zanosili je do gabinetu szefa. Doskonale wiedziałam, że szef jednym czy dwoma wypowiedzeniami się nie przejmie, ale wszystkimi 11 na pewno. Nie byłby w stanie sam ogarnąć całej pracy biurowej. Rozeszliśmy się wszyscy do swoich domów, by napisać wypowiedzenia, a na następny dzień działać.
Następnego dnia, kiedy wybiła godzina 8:00 rano pierwszy pracownik poszedł do gabinetu szefa wręczyć mu wypowiedzenie. Przełożony wcale się tym nie przejął.Punkt 8:05 poszedł drugi pracownik z wypowiedzeniem. Uśmiech z ust szefa nie zniknął. 8:10 - trzecie wypowiedzenie, 8:15 - czwarte, 8:20 - piąte. Uśmiech szefa powoli znikał z twarzy. 8:25 - szóste wypowiedzenie, 8:30 - siódme. Na twarzy szefa zaczęło pojawiać się zdziwienie. 8:35 - ósme, 8:40 - dziewiąte, 8:45 - dziesiąte, no i wreszcie 8:50 - jedenaste. U szefa wybuchnęła panika. Nie mógł uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. W ciągu niecałej godziny stracił wszystkich pracowników. Pomyślał, że musi ratować swoje biuro.
Wybiegł do "utraconych" pracowników i zaczął błagać na kolanach, by nie odchodzili. Obiecał nawet dla wszystkich podwyżkę. Wtedy ja powiedziałam: Jeśli mamy wrócić, to muszą zostać spełnione 3 nasze warunki:
1.Ma zmienić się podejście szefa do pracowników.
2.Na ustach szefa ma codziennie widnieć uśmiech.
3.Na drzwiach gabinetu ma zawisnąć napis: Pamiętaj! Jak szef traktuje swoich pracowników, tak pracownicy traktują szefa!
Szef nie zastanawiając się zgodził się na wszystko, by tylko nie utracić swoich pracowników. A i jeszcze jedno - powiedziałam - dziś chcemy wszyscy mieć wolne. I na to przystał szef.
Kiedy opuściliśmy budynek biura nie mogliśmy opanować naszego śmiechu. Postanowiliśmy uczcić nasz "mały" dowcip wypadem na bilard i piwko. Gdy przypominał nam się widok klęczącego szefa błagającego byśmy nie odchodzili- aż płakaliśmy ze śmiechu. Świętowaliśmy nie tylko udany dowcip, ale i zyski (podwyżka) jakie nam przyniósł. Nie wiedzieliśmy tylko czy 3 punkt naszego warunku zostanie spełniony - szczerze mówiąc nawet na to nie liczyliśmy. Ale kiedy następnego dnia wchodząc do biura zobaczyliśmy duży napis na drzwiach Pamiętaj! Jak szef traktuje swoich pracowników, tak pracownicy traktują szefa! znowu wybuchneliśmy śmiechem.
Odtąd szef każdego dnia chodził z uśmiechem na twarzy. Z początku był to sztuczny uśmiech, ale z czasem zmienił się w prawdziwy i szczery. A i zachowanie wobec nas zmieniło się o 360 stopni. Szef przemyślał swoje dotychczasowe postępowanie i zrozumiał jak bardzo źle traktował swoich pracowników.
Po miesiącu powiedzieliśmy szefowi, że to był nasz "mały" dowcip względem jego osoby - a wtedy i on się uśmiechnął mówiąc: gdyby nie Wasz mały dowcip pewnie do dziś byłbym bezdusznym człowiekiem.
Pracowałam w tym biurze od dłuższego czasu. Zdążyłam zauważyć, że gdy na horyzoncie pojawiał się szef, wszyscy panicznie się go bali. Siedzieli cicho jak myszki pod miotłami. Nie mogłam uwierzyć, że tak panicznie można bać się swojego przełożonego. Fakt, że on wściekał się o byle głupotę, nie powinien mu pozwalać na tak okropne traktowanie swoich pracowników. Nie mogłam...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Smok złożony z klipsów do papieru runął do czeluści szuflady powalony jednym trafnym ciosem nadgarstka. Oto ONA - szefowa. Co nieokreślony okres czasu lezie po biurze i gapi sięa nam na ręce. Co 24,5 min, potem 17,35. Czasem niby od niechcenia, żeby być miłą – zapyta jak się pracuje. „Dobrze”, ale ona nie odchodzi. Ciągle patrzy, co jest włączone, co piszemy i całkuje ilość fusów, by obliczyć która to już firmowa kawa. Odchodzi. Teraz pora na zszywkowy kolaż. A w miedzy czasie myślę, jak poderwać tą blondynkę z boksu obok. Może przyniosę jej zszywki? Nawet mam nadmiar od Halinki. Hmm, nie zszywki to takie cliche. Wiem – odstąpię jej trochę klipsów. Nie widziałem, żeby budowała z nich cokolwiek – znaczy ma ich za mało. A może zaparzę jej świeżej kawy! Tak, nikt nie mył ekspresu od dwóch miesięcy.
- O! Dziękuję Halinko. – Po co przyniosła mi kolejną? Przecież nie wypiłem dwóch poprzednich. Nawet kubek mi umyła. Halince chyba nudzi się bardziej niż mi.
- Panie Marku!
- Tak szefowo?
- Mówię do pana od kilku min.!
- Przepraszam. Myślę jak usprawnić formularze, tak byśmy tylko my, oczywiście odpłatnie, umieli je wypełnić.
- I to jest postawa godna pochwały!
Poszła. Skąd ONA się nade mną wzięła? Jakby znikąd. Dobrze, że nie widziała skorpiona – króla klipsowych zwierzaków. No nie, znowu ktoś zakosił mi zszywacz i wampirka! Jak ja mam pracować?! Halinka dziwnie się uśmiecha. Ah tak, na jej biurku leży mój zszywacz! Trzyma go w łapskach jakby chciała by wchłonął jej duszę.
- Proszę. Gdyby pan potrzebował czegoś jeszcze... – Zatrzebiotała.
Dziwna kobieta.
Może faktycznie przemyślę te formularze. Dołożę szczyptę podatkowego bełkotu, zmienię kolejność rubryk i dołożę kilka gwiazdek. Ale to za mało! Dołożę szatańską część B! To jest myśl! Wezmą druk pomsty A i nie popatrzą, że potrzebny jest też szatańskiej zemsty B. Ukryję kratki ze zbawiennymi odliczeniami od podatku i dołożę dwie autoryzacje u wyższego szamana ZUS-u.
Smok złożony z klipsów do papieru runął do czeluści szuflady powalony jednym trafnym ciosem nadgarstka. Oto ONA - szefowa. Co nieokreślony okres czasu lezie po biurze i gapi sięa nam na ręce. Co 24,5 min, potem 17,35. Czasem niby od niechcenia, żeby być miłą – zapyta jak się pracuje. „Dobrze”, ale ona nie odchodzi. Ciągle patrzy, co jest włączone, co piszemy i całkuje ilość...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Pracuję tu od niedawna. Właściwie dopiero zaczęłam. I w sumie to nie prawdziwa praca, a tylko staż. Zresztą nieważne, pracuję tu od niedawna, ale sporo już o niej słyszałam. Chociaż jeszcze nie miałam okazji jej zobaczyć. Ale może to i lepiej? Nikt jej tu nie lubi, podobno lepiej na nią uważać. Z zebranych informacji wiem, że jest nieprzewidywalna i nigdy nie wiadomo kiedy zechce wprowadzić trochę zamieszania (a u niektórych nawet lęku). Ostatnio Szefowa opowiadała mi, jak się denerwowała podczas pewnego zebrania - ważne osoby, podniosły nastrój i ... "wyobrażasz sobie, co by było gdyby tak zechciała akurat wtedy przejść przez salę?!" Hmmm, wyobrażam sobie, że byłoby raczej niewesoło. A przedwczoraj wpadł do naszego biura kolega i zaraz po przywitaniu rzucił: "Kasiu, nie boisz się?" Popatrzyłam na niego ze zdziwieniem. "No wiesz, podobno znów tu jest..." Kolega zabrał dokumenty, po które przyszedł i zostawił mnie w biurze zupełnie samą. Chociaż...może niezupełnie. Przecież ona też gdzieś tu była. Straszna. Groźna. Podstępna. Złośliwa.
Mysz.
ps. Parę dni temu Szefowa zamontowała we wszystkich gniazdkach specjalne piszczące urządzonka, które podobno mają odstraszać gryzonie. Wątpię, że to naprawdę działa, ale przecież szef ma zawsze rację :-)
Pracuję tu od niedawna. Właściwie dopiero zaczęłam. I w sumie to nie prawdziwa praca, a tylko staż. Zresztą nieważne, pracuję tu od niedawna, ale sporo już o niej słyszałam. Chociaż jeszcze nie miałam okazji jej zobaczyć. Ale może to i lepiej? Nikt jej tu nie lubi, podobno lepiej na nią uważać. Z zebranych informacji wiem, że jest nieprzewidywalna i nigdy nie wiadomo kiedy...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej
Pracowałam w wielu biurach, ale w żadnym z nich nie panował taki dowcipny nastrój. Nie było dnia, aby ktoś komuś nie wywinął jakiegoś żartu. Co lepsze, w tym biurze panował chyba jakiś harmonogram dowcipów.
W poniedziałki Antek spiskował przeciw Darii. Jako, że nie należała do najpiękniejszych dziewczyn na świecie, a do tego miała sporą nadwagę- no i te jej ciągłe narzekanie na brak wielbicieli. Antek każdego poniedziałkowego poranka podrzucał jej a to kwiaty, a to czekoladki przy których zawsze widniał bilecik z napisem : PAMIĘTAJ! BRZYDKIE KACZĄTKO TEŻ BYŁO KIEDYŚ BRZYDKIE, A POTEM WYROSŁO NA PIĘKNEGO ŁABĘDZIA ;) . Darie zawsze ten tekst doprowadzał do ataku śmiechu. Doskonale wiedziała, że sprawcą tych dowcipów był Antek, choć ani razu mu się do tego nie przyznała. Nigdy też nie obrażała się o napis z bileciku.
We wtorki Aleks zostawiał kartkę na biurku Kamili z dowcipem o blondynkach. Chociaż dowcipy miały podtekst co do jej osoby, ona zawsze czytała dowcip na głos, przy czym wszyscy obecni wybuchali śmiechem. Ostatni kawał jaki otrzymała:
Blondynka spóźnia się do pracy.
Zdenerwowany szef dzwoni do niej i mówi:
- Gdzie Ty jesteś?
- Jadę do pracy, korek jest
- A jak długi?
- Nie wiem, bo jadę pierwsza.
Środy należą do Beatki. Zawsze wymyśla jakąś grę przy której wszyscy zrywają boki. Ostatnio wymyśliła grę słowną w skojarzenia, przy czym wszystkie skojarzenia musiały być na literę W. Ileż przy tym było kombinowania, a ile śmiechu jak powstały słowa o których istnieniu nikt wcześniej nie słyszał.
W czwartki Tomek wspólnymi siłami z Błażejem próbowali zrobić wszystko by Zofia - wiecznie ponura kobieta - się uśmiechnęła. Ostatnim razem przebrali się za Ostelixa i Abelixa, ale Zofia ani drgnęła, za to reszta dosłownie płakała ze śmiechu.
Nie uwierzycie, ale w piątki to sam nasz szef sprawiał jakiemuś pracownikowi psikusa. Tym razem padło na mnie. Jakoś piętnaście minut przed przerwą na lunch, podszedł do mnie ze zmartwioną miną i powiedział, że bardzo mu przykro, ale musi zwolnić jedną osobę, ponieważ nie stać go opłacać tylu pracowników. Było mu ciężko wytypować osobę do zwolnienia, ponieważ bardzo lubił wszystkich , więc postanowił, że trafi na osobę o najkrótszym stażu - czyli mnie. Wręczył mi kopertkę, w którym rzekomo miało znajdować się wypowiedzenie z pracy. Z powagą powiedział, że dziś mój ostatni dzień pracy, po czym poszedł do siebie. Rozejrzałam się dookoła, żadna z min pracowników nie wskazywała na to, że szef żartuje. Usiadłam na krześle, wyciągnęłam kartkę i zaczęłam czytać:
Pani Krystyno z przykrością muszę stwierdzić, że nie wypowiedziała się Pani jeszcze na temat atmosfery panującej w naszym biurze. Wśród naszego grona pracowników nie jest to dopuszczalne. Proszę więc, aby czym prędzej powędrowała Pani teraz do mojego biura i wypowiedziała się na ten temat. I jeszcze jedno: pracownicy z całą pewnością wybuchną za moment śmiechem.Proszę nie mieć im tego za złe.
Dowcipny szef ;)
Kiedy odłożyłam kartkę na biurko, reszta pękała już ze śmiechu. Na moich ustach również pojawił się szeroki uśmiech. Wstałam i powędrowałam do szefa. Usiadłam przy jego biurku i powiedziałam : No to szef zrobił mnie w konia. Nigdy wcześniej nie pracowałam w biurze, w którym wszyscy tak świetnie się dogadują łącznie z szefem. Pomimo pracy znajduje się też chwila czasu na rozluźnienie. Uwielbiam tę pracę i Was wszystkich.
Pracowałam w wielu biurach, ale w żadnym z nich nie panował taki dowcipny nastrój. Nie było dnia, aby ktoś komuś nie wywinął jakiegoś żartu. Co lepsze, w tym biurze panował chyba jakiś harmonogram dowcipów.
W poniedziałki Antek spiskował przeciw Darii. Jako, że nie należała do najpiękniejszych dziewczyn na świecie, a do tego miała sporą nadwagę- no i te jej ciągłe...
3 czerwca
Jestem korpoludkiem, zarabiającym na chleb w masowej księgarni. Nie, nie jestem nieszczęśnikiem tłumaczącym klientowi dlaczego ta, a nie inna książka znalazła się na pierwszym miejscu "bestsellerów" (nie każdy wie, iż wystarczy sypnąć trochę grosza- 20 000 zł i takie miejsce ma się zapewnione). Odpowiadam za sprowadzanie nowych tytułów, orientowanie się na rynku i prowadzeniu rachunkowości. Błagam, nie pytajcie mnie o rabaty, nie znam Joanny Bator i nie grywam w brydża z Pilchem. Nigdy też nie widziałem Miłosza, więc nie załatwię wam jego autografu, nawet gdyby jeszcze żył.
5 czerwca
Obama w Warszawie. Całe miasto zakorkowane. Przez chwilę obawiałem się, że pod sejmem postawili kolejny krzyż i z tej okazji na ulicach znów robi się nieco bardziej tłocznie niż zazwyczaj. Niech sobie przyjeżdżają i królowie, ale na Boga, nie kosztem obywateli! Spóźniłem się do pracy, Mirek na mnie wsiadł (moja wina, że przyjechał Obama, a ja o tym zapomniałem. Mogłem wyjechać wcześniej z domu). Zostałem po godzinach. Żona zadzwoniła z pretensjami. Miałem odebrać jej płaszczyk z pralni (i tak bym o tym zapomniał). Jedyny pozytywny aspekt całego zamieszania to rozmowa, którą przypadkowo usłyszałem, biegnąc do biura. Nieopodal stał mundurowy, przyciskający telefon do ucha. Dało się słyszeć słowa: "Ode mnie zależy życie prezydenta USA, a ty mi kobieto mówisz, że zostawiłem nieposłane łóżko?!"
8 czerwca
Widziałem się z kumplem należącym do Kółka Łowieckiego. Nie wiem jakim cudem nasza konwersacja zeszła na temat śmierci. Może rozmawialiśmy o ostatnich polowaniach Rafała, już nie pamiętam. Niemniej naszła nas refleksja, jak mogłaby wyglądać nasza śmierć i w jakich okolicznościach by nastąpiła. Ja zapewne zginąłbym w biurze, przyciśnięty toną papierów, które nagle zwaliłyby mi się na głowę. Rafała mogłyby zagryźć psy myśliwskie, grizzly.
Ech, wracam do pracy, inaczej nim się obejrzę, szef mnie wyleje, ale najpierw zabiłby mnie waląc słabo sprzedającym się bestsellerem w łeb.
3 czerwca
Jestem korpoludkiem, zarabiającym na chleb w masowej księgarni. Nie, nie jestem nieszczęśnikiem tłumaczącym klientowi dlaczego ta, a nie inna książka znalazła się na pierwszym miejscu "bestsellerów" (nie każdy wie, iż wystarczy sypnąć trochę grosza- 20 000 zł i takie miejsce ma się zapewnione). Odpowiadam za sprowadzanie nowych tytułów, orientowanie się na rynku i...
- Dobra, teraz musimy jeszcze sprawdzić tę umowę, prawda? – pytam, ale zanim nasz prawnik Franek, zdąża odpowiedzieć słyszymy inny głos dochodzący zza biurka obok.
- Czy ktoś widział mój kubek? – załamuję ręce i odwracam się w stronę Aleksa, mojego najlepszego przyjaciela, który oprócz swojego komputera nie widzi świata wokół siebie
- Nie. Nikt nie widział Twojego kubka. – odpowiadam lekko rozdrażniony i wracam do rozmowy.
- Jesteś pewny, że go nie widziałeś? – słyszę pięć minut później.
- Tak do cholery! – wybucham, po czym słyszę jak mój przyjaciel wychodzi.
- Przepraszam – mówię do Franka. – to na czym skończyliśmy?
Po skończeniu rozmów, idę do automatu do kawy, po drodze mijam biuro działu kadr i przeżywam zaskoczenie widząc Aleksa, pytającego jedną z pracownic o kubek! Co mu do cholery jest? Powiedziałbym mu, żeby lepiej wracał do tych swoich komputerów, gdyby nie to, że musi on ze mną pojechać na inne ważne spotkanie z naszymi przełożonymi – obecność obowiązkowa!
- Aleks! – wołam do niego. – Musimy się zbierać. – Przytakuje ale zanim podchodzi do mnie pyta jeszcze innej kobiety czy nie widziała jego kubka?!Chyba zwariował, myślę i kieruję się do wyjścia z budynku aby złapać taksówkę.
- Proszę jechać na Piastowską 6\8. – mówię do taksówkarza, kiedy razem z Aleksem wsiadamy do auta, ale ten nawet nie zdąża ruszyć kiedy słyszę głos przyjaciela.
- Nie! Nie!– mówi.
– Jak to, do cholery NIE?! – pytam z wściekłością.
- No bo dzisiaj rano, zanim przyszedłeś do firmy dzwoniła sekretarka szefa i no, ona mówiła że przeniesiono spotkanie.
- I teraz mi to mówisz? – krzyczę. – To dokąd?
- No tego właśnie nie wiem. – twierdzi Aleks.- Bo widzisz ja wtedy byłem zajęty. No i jak zadzwoniła ta kobieta to miałem pod ręką tylko flamaster do pisania po płytach i kubek, no i ten, no – jąka się.
- Tylko mi nie mów, że zapisałeś to na tym kubku?- Pytam, choć znam odpowiedź. – No to, co my teraz zrobimy?- Aleks wzrusza ramionami.
- Chyba jednak musimy poszukać tego kubka, nie?
- Dobra, teraz musimy jeszcze sprawdzić tę umowę, prawda? – pytam, ale zanim nasz prawnik Franek, zdąża odpowiedzieć słyszymy inny głos dochodzący zza biurka obok.
- Czy ktoś widział mój kubek? – załamuję ręce i odwracam się w stronę Aleksa, mojego najlepszego przyjaciela, który oprócz swojego komputera nie widzi świata wokół siebie
- Nie. Nikt nie widział Twojego kubka. –...
Palarnia.
Grupka pracowników, punktualnie o godz. 8.01 zjawiła się na stanowisku pracy. W palarni. To nie było ich miejsce pracy. Ale nazwa się zgadzała. Stwierdzili więc, że spełniają warunki regulaminu swojej instytucji.
- Ale dzisiaj korki były. - Zenek nie mógł odetchnąć.
- To biegłeś czy jak? - Agata przyglądał mu się podejrzliwie - Przecież ty masz arytmie serca.
- Po wypłatę każdy biegnie, z arytmią czy nie. Mi się ona ujawnia dopiero jak zobaczę pasek. Z potrąceniami. Za telefon, za herbatę, za papier w toalecie - Odpowiedział.
- To Wam też potrącają? - Zbyszek odpalał już drugiego papierosa - Myślałem, że tylko w naszym dziale. Kurcze, trzeba będzie kupić papier do drukarki. Taniej wyjdzie.
- No fakt. - przytaknęli mu pozostali.
- Słuchajcie, a wiecie że Dori znów jest w ciąży z Andrzejem? - Iwonka klasnęła w dłonie.
- Naprawdę? Jak miło - ucieszyła się Agata.
- Ciekawe tylko czy im ktoś wodę zmieni zanim ich się tam więcej zalęgnie. - Zbyszka ta wiadomość jakoś nie uradowała.
- Przecież nie ty będziesz to robił. Tylko sekretariat.
- Złotych rybek im się zachciało.
- Zenek to nie są złote rybki.
- Nie ważne. Ważne, że będzie co jeść na wigilii.
- Ja nie tknę niczego co ma imię! - zaprotestowała stojąca do tej pory cicho Marta.
- Akurat! - zawołał Piotr. - Miłość nie jedno ma imię. Widziałam jak pożerasz wzrokiem Dżarosława.
- Jarosława mój drogi, a tak w ogóle Jarka.
- Już na TY jesteście. Ten nasz pan kierownik. - Piotrek nie przestawał być kąśliwy.
- Skończyłam, wychodzę. I wracając do biurka znów włączę prąd. Kapną się kiedyś, że z tymi porannymi awariami to coś nie tak. - Marta poczuła się urażona.
- Marta, on żartował - pocieszała ją Iwona.
- I tak lecę. Muszę jeszcze manicure zrobić. Pa.
- Paaa. - krzyknęli pozostali chórem.
- To chyba i na nas czas. - Piotr patrzył na oddalające się nogi Marty.
I rozeszli się wszyscy do swoich biurek, by przestudiować kolejne punkty regulaminu pracy, których jeszcze nie złamali. W końcu do odważnych świat należy.
Palarnia.
Grupka pracowników, punktualnie o godz. 8.01 zjawiła się na stanowisku pracy. W palarni. To nie było ich miejsce pracy. Ale nazwa się zgadzała. Stwierdzili więc, że spełniają warunki regulaminu swojej instytucji.
- Ale dzisiaj korki były. - Zenek nie mógł odetchnąć.
- To biegłeś czy jak? - Agata przyglądał mu się podejrzliwie - Przecież ty masz arytmie serca.
- Po...
Wpadłam do firmy lekko spóźniona i starałam się chyłkiem przedostać do swojego biura, ale zrezygnowałam na widok rozchichotanej grupki w socjalnym. Postanowiłam przejść jak gdyby nigdy nic i zamachałam do kolegów.
- Paszczą Monia, daj odgłos paszczą, a nie kopytkiem! – kiepskiemu żartowi Mietka towarzyszyła przesadnie głośna salwa śmiechu.
Skąd to skojarzenie z koniem na mój widok? – pomyślałam z przerażeniem i dyskretnie powąchałam sobie pachy. Było w porządku.
Aaaa! Przecież nie pojechałam na weekend integracyjny, pewnie kontynuacja jakiegoś dowcipu sytuacyjnego. Spoko – zaraz się dowiem.
Weszłam do pokoju i powitało mnie gromkie: Icha-cha!
- Anka, o co chodzi z tym koniem? – zapytałam konspiracyjnym szeptem, wrzucając torebkę pod biurko.
- Prrrrr tam! – powiedziała Ania, a za plecami usłyszałam tłumiony śmiech Beaty.
Ok, u siebie się niczego nie dowiem, idę do kadr. Węszyłam już grubszą aferę. Wchodząc do pokoju zobaczyłam jak Maciej symulował jazdę konną na szeroko rozstawionych nogach, kląskając głośno.
- Czyście się już wszyscy z końmi na łby pozamieniali? – wykrzyknęłam w szoku. Ewidentnie udzieliło mi się to końskie szaleństwo.
Machnęłam ręką i wyszłam na korytarz. Przechodził nim Tomek, nucąc: „Now I run thru the desert on a horse with no name” i mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Tomuś! Zlituj się, co z tym koniem? – zagaiłam desperacko.
- Aaa! Bo ciebie nie było! – wyglądało na to, ze wreszcie się dowiem.
- Na zakrapianym wieczorku Maciej wyszedł na papierosa. Mówi, że spacerował sobie między brzózkami, patrzy, a tam Szef na czworakach… zębami rwie trawę i… rży głośno, podrzucając przy tym łbem i rozszerzając chrapy…
Ostatnie zdanie Tomek ledwie dał radę wykrztusić między salwami śmiechu. Dokładnie w tej samej chwili drzwi firmy zamknęły się za plecami Szefa. Czerwony po cebulki włosów szedł zamaszyście korytarzem, otwierając wszystkie pokoje i krzycząc:
- Do konferencyjnej!
A z biur, jak na zawołanie, jeden za drugim wybiegali kląskający jeźdźcy.
Wpadłam do firmy lekko spóźniona i starałam się chyłkiem przedostać do swojego biura, ale zrezygnowałam na widok rozchichotanej grupki w socjalnym. Postanowiłam przejść jak gdyby nigdy nic i zamachałam do kolegów.
- Paszczą Monia, daj odgłos paszczą, a nie kopytkiem! – kiepskiemu żartowi Mietka towarzyszyła przesadnie głośna salwa śmiechu.
Skąd to skojarzenie z koniem na...
Zamiast rozpocząć pracę i zająć się analizowaniem bilansów, sprawozdań, czy przepływów pieniężnych, Ksenia, Jola i Agnieszka jak zwykle o 8:00 spotkały się w kuchni, w celu zaparzenia kawy i codziennej wymianie plotek. Ostatnio na językach wszystkich pracownic firmy był nowy pracownik działu księgowego – Mateusz. Nic dziwnego, wysoki blondyn o atletycznej sylwetce, pełnych ustach i głębokich niebieskich oczach nie pozwalał skupić się koleżankom na żadnej pracy związanej z liczbami, sumami bilansowymi, czy jakimikolwiek finansami. Może to poranna dawka kofeiny tak podziałała na panie, że w ich głowach zaczął tworzyć się pewien niecny plan...
* * *
Mateusz przyszedł do pracy jak zwykle za pięć ósma. Wjechał windą na czwarte piętro i skierował się w stronę swojego biurka. Zdjął płaszcz, włączył komputer i zaczął segregować dokumenty, nad którymi miał dzisiaj pracować. Było kilka minut po ósmej, gdy na jego wewnętrzny numer firmowy zaczął dzwonić telefon.
- Mateusz! Jesteś potrzebny w kuchni do udzielenia pierwszej pomocy! – zaalarmował głos Joli.
Mateusz jako jeden z niewielu pracowników odbył dokładny kurs pierwszej pomocy, ale na szczęście jeszcze nigdy nie musiał korzystać z tej wiedzy. Aż do teraz. Zerwał się z krzesła i nie czekając na windę zbiegł co sił na parter, do kuchni. Stanął jak wryty widząc trzy rozchichotane panie, których śmiech wzmógł się na jego widok. Widząc brak zrozumienia na twarzy Mateusza, Jola powiedziała:
- Sytuacja alarmowa! Agnieszce trzeba zrobić usta-usta! – po czym rzekoma poszkodowana cmoknęła do niego, puszczając jednocześnie oko.
Mateusz rozluźnił się. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a panie w ramach zadośćuczynienia postanowiły zaparzyć mu kawę na dobry początek dnia.
Zamiast rozpocząć pracę i zająć się analizowaniem bilansów, sprawozdań, czy przepływów pieniężnych, Ksenia, Jola i Agnieszka jak zwykle o 8:00 spotkały się w kuchni, w celu zaparzenia kawy i codziennej wymianie plotek. Ostatnio na językach wszystkich pracownic firmy był nowy pracownik działu księgowego – Mateusz. Nic dziwnego, wysoki blondyn o atletycznej sylwetce, pełnych...
Czytelnicy oznaczyli ten post jako spam więcej mniej