Wyrok śmierci

Okładka książki Wyrok śmierci
Maurice Blanchot Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Seria: Proza Światowa literatura piękna
141 str. 2 godz. 21 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Proza Światowa
Tytuł oryginału:
L'Arrêt de mort
Data wydania:
2021-05-19
Data 1. wyd. pol.:
2021-05-19
Liczba stron:
141
Czas czytania
2 godz. 21 min.
Język:
polski
ISBN:
9788381962384
Tłumacz:
Anna Wasilewska
Średnia ocen

                6,1 6,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wyrok śmierci w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Wyrok śmierci

Średnia ocen
6,1 / 10
45 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
78
6

Na półkach:

Niby literatura awangardowa, a przeczytałem jednym tchem, jak powieść sensacyjną. Moim zdaniem Blanchota nie trzeba rozumieć z punktu widzenia analiz teorii literatury, on broni się sam. Jest to o śmierci bliskiej osoby, o tym jak zostaje ona z Tobą i jak blednie przy niej codzienność i tylko bliskość pokochanej na nowo osoby może Cię ukoić. Ja czytałem po śmierci mamy.

Czekam na polskie tłumaczenie znakomitego "Ostatniego Człowieka". Musiałem czytać po angielsku, a przez niedoskonałą znajomość języka i częste zerkanie do słownika jednak coś się traci.

Niby literatura awangardowa, a przeczytałem jednym tchem, jak powieść sensacyjną. Moim zdaniem Blanchota nie trzeba rozumieć z punktu widzenia analiz teorii literatury, on broni się sam. Jest to o śmierci bliskiej osoby, o tym jak zostaje ona z Tobą i jak blednie przy niej codzienność i tylko bliskość pokochanej na nowo osoby może Cię ukoić. Ja czytałem po śmierci...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

141 użytkowników ma tytuł Wyrok śmierci na półkach głównych
  • 74
  • 67
28 użytkowników ma tytuł Wyrok śmierci na półkach dodatkowych
  • 15
  • 5
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Wyrok śmierci

Inne książki autora

Maurice Blanchot
Maurice Blanchot
Francuski pisarz, filozof i teoretyk literatury, jeden z prekursorów nowej powieści.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Jakob von Gunten. Dziennik Robert Walser
Jakob von Gunten. Dziennik
Robert Walser
Jakob, dobrowolnie, w półrealnym instytucie nauki posłuszeństwa i podporządkowania, zamiast indywidualności i poczucia wolności, gdzie uczniowie mają stać się idealnymi służącymi - bezmyślnymi, zdyscyplinowanymi, pozbawionymi buntu a edukacja polega na powtarzaniu formułek i tresurze gestów... debiutem Roberta Walsera była powieść „Rodzeństwo Tanner” (Geschwister Tanner, 1907), rok później ukazał się „Pomocnik” (Der Gehülfe, 1908) - „Jakob von Gunten” (1909) domyka tę wczesną trylogię o młodych mężczyznach wchodzących w świat instytucji i pracy. *** Posłowie W połowie 1905 roku dwudziestosiedmioletni Robert Walser, od dawna imający się różnych zajęć i podejmujący coraz to nowe posady (najczęściej urzędnika, kopisty, subiekta, niekiedy służącego), ukończył w Berlinie kurs dla profesjonalnych lokajów. Świeżo nabyte umiejętności miał okazję wkrótce wypróbować podczas kilkumiesięcznej służby w starym i (wnosząc z przedwojennych fotografii) raczej posępnym zamku rodziny von Hochberg w Dąbrowie Niemodlińskiej pod Opolem. Okres ten opisał w niewielkim utworze Tobold II. Ma on, jak to u Walsera, cechy beletryzowanego wspomnienia i jest tym ciekawszy, że da się go potraktować jak epilog (jeden z wielu możliwych) książki, którą czytelnicy trzymają w rękach – Jakoba von Guntena. Nająwszy się na służbę w hrabiowskiej rezydencji, Tobold, młody poeta, zostaje pouczony przez sekretarza pana hrabiego następującymi słowy: Oczekujemy, że okaże się pan pilny, wierny, punktualny, układny, grzeczny, uczciwy, pracowity, obowiązkowy i zawsze posłuszny. Wygląda pan zadowalająco, miejmy nadzieję, że będzie się pan równie zadowalająco sprawował. Musi pan od tej chwili starannie tonować i uszlachetniać wszystkie swoje ruchy. Tu, na zamku, nie tolerujemy i nie będziemy tolerować natur kanciastych i hałaśliwych. Zechce pan to sobie łaskawie raz na zawsze zapamiętać. Musi pan przyjąć do wiadomości, że głosy są tu ściszone, a każdy gest wytworny wyważony. Proszę pozbyć się wszystkiego, co w pańskim obejściu jest jeszcze szorstkie i twarde. Pouczenie pana sekretarza nasz bohater (jak to zwykle bywa w utworach Walsera, gdzie szefowie sztorcują podwładnych, oczekując od nich poprawy, a ci odpłacają im jeszcze większym zuchwalstwem) puści mimo uszu, przyznając: „Stopniowo wyzbywałem się wszelkiej nieśmiałości, a za to stawałem się zuchwały, pewny siebie i arogancki”. W jego wyznaniu jest jednak wiele przesady. Tobold, mimo początkowych niedociągnięć, wynikających tyleż z braku wyrobienia, co z nadmiaru inicjatywy i chęci popisywania się, ostatecznie sprawdził się jako lokaj, zbierał pochwały od przełożonych, a zamek hrabiego K. opuścił z dobrymi referencjami. Można by rzec, odnalazł się w swojej roli, co wśród bohaterów Walsera, wolnych ptaków, których bieda zmusiła do tego, by nagięli się do rygorów rynku pracy i z entuzjazmem wypełniali swe obowiązki, bynajmniej nie stanowi reguły. Czy odnalazłby się tam i nagiął Jakob von Gunten, niesforny absolwent Instytutu Benjamenty? No właśnie, Jakob von Gunten. Książka, w której opisano jego losy, czy raczej dłuższy pobyt w przedziwnej placówce wychowawczej, trochę na wyrost zwanej Instytutem, ukazała się nieco wcześniej niż historia Tobolda, bo w 1909 roku w Berlinie – jako trzecia powieść Walsera po Rodzeństwie Tanner oraz Willi Pod Gwiazdą Wieczorną. Kiedy pisarz ją tworzył, wspomnienia z kursu lokajów musiały być wciąż świeże, co nie przeszkodziło mu zarzekać się w posłowiu, że utwór jest „w przeważającej części poetycką fantazją”. I rzeczywiście, jeżeli sprawozdanie Tobolda rzadko kiedy wychodzi poza realistyczne ramy, to opowieść o szkole dla lokajów jest przede wszystkim fantasmagorią, w której tu i ówdzie pobłyskują być może okruchy biografii Roberta Walsera. Kwestia „ile jest Walsera w von Guntenie” nie jest zresztą aż tak istotna. Wiadomo, że pisarz w swoich utworach chętnie mylił tropy, podmieniał nazwiska, przybierał maski, kazał bohaterom (jak choćby von Guntenowi) pisać listy, fikcyjne życiorysy i pamiętniki, mieszał prawdę ze zmyśleniem, przyznawał, że idzie o opowieści autobiograficzne, by prędko z takich deklaracji się wycofywać. Tak jest też z jego służącymi, a przypomnieć warto, że żywot służącego stanowi jeden z wiodących tematów w prozie Walsera. Jako służący u ekscentrycznej damy z ciężko chorym synkiem przepracował kilka tygodni Simon Tanner, pierwszoplanowy bohater Rodzeństwa, otwierając tym samym poczet Walserowskich sług, pomocników i asystentów. Tamta pierwsza służba (a może nie pierwsza, zważywszy, że wcześniej Walser powołał do życia niemałe grono biurowych wyrobników, pozbawionych inicjatywy i bez reszty zależnych od humorów surowych przełożonych) niewolna była zresztą od napięć natury erotycznej. W oczach Simona, i w jego masochistycznych fantazjach, mieszczańska chlebodawczyni stawała się panią i władczynią, zdolną nie tylko zbesztać, ale i spoliczkować swojego sługę. Ale i on sam mógł stanowić dla niej przelotną atrakcję: zarazem hardy i uniżony, kulturalny i trochę dziki, posłuszny i głodny najwymyślniejszych reprymend. Podobnie uwikłany w emocje swoich państwa jest Józef Marti, asystent (czy pomagier, Gehülfe, jak stanowi niemiecki tytuł książki3) szalonego wynalazcy Toblera z Willi Pod Gwiazdą Wieczorną, a przy okazji powiernik jego żony. Chaotyczny i brutalny charakter pana domu, nie wspominając o jego nieudacznictwie, przysparza cierpień całej rodzinie. Ale i egocentryzm pani Toblerowej ujemnie odbija się na psychice mieszkańców willi. Marti, sługa tyleż zuchwały i wygadany, co chwiejny i tchórzliwy, próbuje ingerować w życie Toblerów i ich dzieci, ostatecznie jednak, niewiele rozumiejąc z dynamiki relacji między tak niepodobnymi do siebie małżonkami (albo rozumiejąc zbyt wiele), zadowala się zręcznym lawirowaniem. Schemat ten Walser powtórzy w Jakobie von Guntenie, tworząc parę postaci zarządzających instytucją – rodzeństwo Benjamentów. To wobec nich będzie orientował się tytułowy bohater, najbardziej fantasmagoryczne wcielenie Roberta Walsera. Jak oddać ducha tej pięknej książki? W jakiejś mierze jest ona – na co niejednokrotnie zwracali uwagę krytycy – parodią klasycznego Bildungsroman, z tradycją sięgającą Wihelma Meistra. Stąd idea kształcenia i wychowania, nauki, tak bliska Goethemu, stąd obecność tematyki teatralnej: Jakob i jego koledzy urządzają na lekcjach przedstawienia, idąc po trosze w ślady Wilhelma zmagającego się z inscenizacją Hamleta, a po trosze Walsera, który próbował swych sił w aktorskim fachu. Zarazem mamy tu parodię, czy wręcz karykaturę solidnej placówki wychowawczej, ponieważ w Instytucie Benjamenty oświeceniowe ideały Bildung ulegają odwróceniu. Dewiza szkoły brzmi: „Mało, ale gruntownie”, i faktycznie, króluje tu regulamin, a nauka (czy też formowanie) polega na powtarzaniu wykutych na blachę formułek i kelnerskich gestów oraz na zaprowadzaniu dyscypliny, tak że każdy uczeń ma w końcu „okrutny wyraz twarzy, jak kapral w czasie musztry”. Wszystko dlatego, że Instytut nie obiecuje uczniom indywidualnego rozwoju, przeciwnie, za cel stawia sobie ukształtowanie doskonałych lokajów, zdatnych do służby u możnych. Sługa nie może być ani trochę fajtłapowaty, powinien być za to bezmyślny i niezdolny do buntu. Stąd zachęty pedagogów, by uczniowie umniejszali siebie, wręcz samoponiżali – ku satysfakcji przyszłych pracodawców, takich jak mieszczka z chorym dzieckiem z Rodzeństwa Tanner. Absolwenci Instytutu mają odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie – najniżej, jak się da. Pewnie z tego powodu metody wychowawcze Benjamenty i towarzyszący im tępy dryl, a nawet bicie, nawiązują do wyobrażeń Kleista o idealnym teatrze marionetek, gdzie tańczące lalki pozbawione są duszy i dlatego nie popełniają błędów. Druga zasada szkoły szlifującej styl przyszłych posługaczy brzmi: „Odzwyczaić od własnej natury”. Tyle że z naturą rozstać się niełatwo. Instytut jest nie tylko szkołą lokajskiego drylu, ale miejscem dojrzewania, budzenia się pragnień i z trudem tłumionych popędów. Jakob von Gunten nie jest w nim zresztą sam. Grupa kilku bądź kilkunastu chłopców, czy raczej młodzieńców wkraczających w życie, stanowi coś w rodzaju rozwichrzonej wspólnoty odmiennych temperamentów i zapatrywań, przypominając bohaterów wydanej ledwie trzy lata przed Jakobem von Guntenem powieści Roberta Musila Niepokoje wychowanka Törlessa. Wprawdzie kadeci z Instytutu dla dorastającej młodzieży w odległej mieścinie ck monarchii wywodzą się z tzw. dobrych domów – inaczej niż uczniowie Instytutu Benjamenty, gdzie tylko Jakob może pochwalić się „zacnymi rodzicami” i przyimkiem von w nazwisku – jednak internatowa codzienność oraz towarzyszące jej mechanizmy rywalizacji, krystalizowania się hierarchii, jawnej i ukrytej przemocy są podobne, choć u Walsera zdecydowanie mniej drastyczne niż u Musila. Zwłaszcza relacja von Guntena z Krausem, niezbyt lotnym, za to zdyscyplinowanym uczniem, który naprawdę marzy o dobrej posadzie służącego, niewolna od dominacji ze strony zdolniejszego i skłonnego kwestionować instytutowe zasady Jakoba, ma w sobie coś niepokojąco asymetrycznego, choć nigdy nie stanie się czymś na podobieństwo związku Törlessa z podległym mu Basinim. Przede wszystkim Jakob musi odnaleźć się między rodzeństwem Benjamentów, tak jak Józef Marti musiał manewrować między Toblerami. Różnica między instytutem a willą nieudanego przemysłowca jest jednak zasadnicza. Zamiast dysfunkcyjnego małżeństwa, które wysługuje się pomagierem, otrzymujemy dwie relacje erotyczne: między panem Benjamentą a Jakobem oraz między Jakobem a panną Benjamenta. To, że opryskliwy i emocjonalnie niestabilny dyrektor placówki zakochuje się w nowo przybyłym uczniu, staje się jasne na długo przed tym, jak sam mu to zakomunikuje, mówiąc: „[...] powziąłem do ciebie dziwną, całkiem szczególną, w obecnej chwili nieprzezwyciężalną skłonność”. Jakob od początku jest faworytem „pana przełożonego” i jego oczkiem w głowie, jednak fascynacja pedagogiczna prędko przeradza się w miłosną, faworyt staje się ukochanym, czego długo zdaje się nie dostrzegać, albo interpretuje, w ramach ekonomii sił między uczniem a podziwianym przezeń nauczycielem, jako okazywanie szacunku prymusowi. Niewykluczone, że we właściwym rozeznaniu uczuć dyrektora przeszkadza Jakobowi druga fascynacja. Jakob otóż prędko zakochuje się w swojej nauczycielce, czyli pannie Benjamenta, przy czym afekt ten i rodzące się pod jego wpływem uczucie (w filmowej interpretacji braci Quay stroną inicjującą jest nauczycielka, która pragnie Jakoba) dalece wykracza poza masochistyczną fantazję czy cichy kult niedostępnej władczyni. Jakob kocha Lisę jak kobietę i jak cierpiącą istotę: „Te oczy! Gdy człowiek na nie patrzy, to jakby spoglądał w jakieś otchłanie lęku i głębi”, doprowadzając do tego, że nauczycielka wprowadzi go na „wewnętrzne apartamenty” szkoły i własnych tęsknot. Trzeci bok trójkąta, relacja pomiędzy rodzeństwem Benjamentów, stanowi tajemnicę. Wiadomo, że oboje zamieszkują „wewnętrzne apartamenty”, zdani na siebie jako para przeciwieństw: on olbrzymi i ekspansywny, mimo że najlepsze lata ma już za sobą, ona delikatna i wycofana, podobna do anioła. Oboje władczy, choć każde na swój sposób, oboje w stanie rozdrażnienia, jakby ostatecznego napięcia nerwów, on wybuchowy i sfrustrowany, ona chorobliwie blada i drążona przez smutek. Życie Instytutu pulsuje zgodnie z rytmem psychicznym tych dwojga, połączonych więzią, która przywodzi na myśl Zagładę domu Usherów Edgara Allana Poego. Czy Walser czytał to opowiadanie? Nie wiadomo. Stylistyka grozy nie była mu całkiem obca, czego świadectwem są dwa drobne utwory prozą – Porzucona i Schwendimann. Ale nawet jeżeli nie czytał, intuicja go nie zawiodła: funkcjonowanie placówki zależy od kruchej równowagi między bratem a siostrą. Wydaje się, że uległa ona zaburzeniu niedługo po pojawieniu się Jakoba von Guntena. Tyle że inaczej niż u Poego, gdzie degradacja bliźniąt przebiega równolegle, u Walsera w miarę gaśnięcia siostry ego brata rośnie, budzą się (także pod wpływem zauroczenia Jakobem) drzemiące w nim moce. Panna Benjamenta umiera, jak sama mówi, bo nie zaznała w życiu miłości. Powiernikiem jej tajemnicy, jakże by inaczej, jest Jakob, zakochany w niej młodzieniec. Ale nie on jeden odczuwa do nauczycielki coś więcej niż przywiązanie. Tak naprawdę jest ona równie droga wszystkim uczniom, co podsumuje Kraus we wzruszającym przemówieniu nad jej ciałem: „Śpij, spoczywaj słodko, uwielbiana nasza pani”. Na właściwe czuwanie przy siostrze, gdy pozostali uczniowie opuszczą mury Instytutu, pan Benjamenta zaprosi tylko Jakoba. W obecności zmarłej (czy aby na pewno? – tak jak u Poego przedwczesna śmierć siostry wcale nie jest oczywista) zawrą swoje przymierze. Pan Benjamenta, kiedyś potężny, następnie zdegradowany biurową mitręgą, odzyskuje siły. Jakob opuści wraz z nim martwą placówkę i uda się w świat, żeby uciec od kultury i roztopić się w kosmosie – przynajmniej takie są plany. Czy się ziszczą? Zakończenie, skądinąd może nadmiernie ekspresjonistyczne, nie pozwala dać jednoznacznej odpowiedzi. Co jest tu snem, co marzeniem, a co koszmarem ostatecznej zatraty? „Jeśli zginę i zmarnieję, co właściwie zginie i zmarnieje?” – pyta sam siebie Jakob von Gunten. Gdy zadaje sobie to pytanie, Instytut Benjamenty, stanowiący przez chwilę cały świat, już nie istnieje. Ale czy istniał w ogóle? Powiedziane jest, że „Instytut Benjamenty cieszył się dawniej większym rozgłosem i uznaniem”. Kto wie, może tak było. Teraz jest wyraźnie podupadły i to bynajmniej nie dlatego, że świat nie potrzebuje wytresowanych służących. Jakaś niemoc zagościła w placówce, a zjawienie się von Guntena co najwyżej przyśpieszyło rozkład. Dyrektor szkoły przeważnie czyta gazety, pogrążony w zgnuśnieniu. Jego siostra coraz częściej płacze, nieobecna duchem. Absolwenci odchodzą, w ich miejsce nie przyjmuje się nowych. W gruncie rzeczy wcale nie jest jasne, czy Instytut, ów „przedsionek pokojów mieszkalnych i paradnych sal życia”, wciąż żyje. Wszystko jest tu przejściowe, nietrwałe, zawieszone w powietrzu: czuwanie, jedzenie, spanie i nauka. Wszystko pogrążone we śnie: „[...] panowie wychowawcy i nauczyciele śpią albo pomarli, albo są w letargu, albo zamienili się w kamienie”. Nic dziwnego, że pewnego dnia szkoła skojarzy się Jakobowi z domem umarłych. A polskim czytelnikom zmierzch i upadek Instytutu Benjamenty, a wcześniej ów osobliwy stan zawieszenia między jawą a snem oraz życiem i nieżyciem, tudzież sekrety wychowawców, starannie poukrywane w niedostępnych dla uczniów pomieszczeniach budynku, może przypominać dwie książki, których Walser znać nie mógł, ale mógł je wyśnić: Sanatorium pod Klepsydrą i Akademię pana Kleksa. Ich wielbiciele na pewno na Walserze się nie zawiodą. A może odnajdą u Benjamentów swoje miejsce, choćby na krótką chwilę?
MrOrinow - awatar MrOrinow
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Nowele i opowiadania Herman Melville
Nowele i opowiadania
Herman Melville
Ach Hermanie, jakim cennym stałeś się dla mnie odkryciem, Ty dla mnie piszesz, tak w sercu, duszy czuję; ukazały się palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego pałacu. Twój styl doskonały jest taki, jak rześki wietrzyk w upale na rowerze przez Mierzeję, do ukochanej piosenki z ukochaną taniec, jak nocne pływanie pod gwiazdami, spacery po lesie z małymi bratankami, skrzydeł ptasich muskanie. Kim jest Bartleby? Pewnego ranka stanął nieruchomo w progu biura. Kopista - figura Chrystusowa? Brat najmniejszy? A może nie. Blady jak popiersie Cycerona, pracuje z początku niczym maszyna i nagle się zacina. I tylko wolałby nie, co powoduje tąpnięcia w rzeczywistości, świat jego szefa się przemienia, ten zaczyna odczuwać melancholię jak nigdy wcześniej, rozważa drugiego człowieka - kapitalista dostrzega brata; „Krążyły wokół mnie przeczucia dziwnych odkryć” Nawiedził go kopista jak duch jakiś. Nie zdecyduje, żeby nie, zdecydował, żeby tak, ale wolałby nie. Nie może ani powiedzieć, ani zrobić nic więcej, jeśli Bóg, jeśli Inny, będzie nadal prowadził go ku...Ech! On śpi, prawda? Bartleby! Poznaję pana - rzekł - i nie mam panu nic do powiedzenia. Wiem gdzie jestem. Pracował wcześniej w Biurze Martwych (niedoręczonych) listów i w listach świat mógł przejrzeć. Doskonałe...A potem Kukuryku czyli pianie szlachetnego koguta zwanego Beneventano i wychodzi chłop wczesnym rankiem we wsi i nic mu się świat nie podoba, snuje jakieś smętne gadki jak to teraz źle, wypadki kolejowe itp. I nagle rozlega się taaakie pianie koguta gdzieś w dolinie, że spojrzenie subito diametralnie mu się odmienia, świat lśni piękna blaskiem i potem szuka tego koguta, bo chce go mieć, a nie jest to sprawa prosta, bo wzgórza niosą ten ożywczy dźwięk, trzeba duży obszar obejść:)...dalej przepiękne opisy Wysp Zaklętych, czyli Galapagos, co tam sobie żyje w tym popiele, kto bowiem stopę raz już tam postawił, zdjąć jej nie zdoła, a pozostanie skazany na wieczne w oślep wędrowanie, a skała Rodondo, co z dala wygląda jak czarowna fregata, z bliższa, jak olbrzymi żagiel, bo cała w guanie, tam wiele półek i na każdej siedzi inny gatun; pingwiny, pelikany, goony, sieweczki, nurzyki, kurki Maryi Panny, demoniczny hałas, jedyne miejsce wytchnienia na bezkresnym oceanie; na wyspie Norfolk okrutna historia się wydarzyła, a bohaterką Hunilla, Indianka z Paity w Peru, umocniona przez swą niedolę, gdy wokół tylko niegasnące fale...Dwie świątynie i mistyczne chwile na wieży w kościele, gotyckie witraże bogato barwione wschodami zachodami słońca, solarnymi tęczami, księżycowymi, spadającymi gwiazdami...Tartar panien, fabryka papieru leżąca w Ciemnicy Diabła, opisy przyrody jak jakaś potężna symfonia i lodowate piekło wszędzie, a przy rzędach pustych stołów siedziały rzędami dziewczęta o pustych twarzach; w pustych dłoniach trzymały puste białe teczki i z pustym wzrokiem składały puste białe kartki (...) a przed oczami - zdało mi się, że widzę na tych wirujących walcach papierni przesuwające się w powolnym pochodzie, przyklejone do bladej napływającej masy, jeszcze bledsze oblicza wszystkich bladych dziewcząt, które ujrzałem tego ciężkiego dnia...i fantastyczna, magiczna, cudowna Dzwonnica, którą zbudował Wielki Bannadonna, jak wieża Babel; ambicja wprawia świat w stan iście apoplektycznego napięcia, a gdzie apopleksja, tam atak i upadek...genialne Benito Cereno wreszcie; co tam się dzieje na "Świętego Dominika" pokładzie, obrazy żywe, jakie napięcie, gra pozorów czy faktyczne nieszczęście? Kosmiczne pisanie Hermanie. Wszędzie niemo, cicho; wszędzie szaro. Ocean, choć ufałdowany w długie pasma fal, jakby znieruchomiał, a powierzchnia lśniła niczym ołów, ostygły i stężały w kowalskiej formie. Niebo zdało się obleczone w szarą opończę. Stadka niespokojnych szarych ptaków, rozproszone wśród stadek mgieł równie niespokojnych i szarych, jakby im pokrewnych, w nerwowym locie muskały niemal wodę niby jaskółki nad łąką przed nadejściem burzy: cienie już obecne, co zwiastują nadejście cieni znacznie głębszych... I Weranda, a z niej widok na istny raj, krainę baśni, gdzie na wzgórzu wśród pradawnych lasów pod dziewiczym sierpem księżyca tańczą wróżki, a tęcza opierając się swym dalszym końcem na srebrzystej poziomkowej polanie sprawia, iż rozkwitają kwiaty. Nie powiem więcej, musicie to cudo przeczytać nim otworzą się przed wami posępne Szeolu bramy. A, i Skrzypek niezwykły tam też się schował, uważajcie, bo kupicie skrzypki i zaczniecie pobierać gry nauki, życie zaczniecie od nowa. I wiele innych znakomitych. Ja i mój komin na koniec jeszcze wspomnę, wyborne czytanie, kto humor posiada i Słowo kocha - ileż stałego lądu zaanektowano tu pod komin, i jakiż ciężar dla ziemi! W istocie, ów tęgi handlarz, sędziwy Atlas, dlatego tylko mógł mężnie prostować się pod swym pradawnym brzemieniem, że ja i mój komin nie stanowiliśmy części tego ostatniego - niech owego Henryka VIII wśród kominów koniecznie zapozna. Jak pisał Wielki Herman niech się przekona. Kukuryku i papa.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 10 1 rok temu
Opowieści i przypowieści Franz Kafka
Opowieści i przypowieści
Franz Kafka
Obsesja rodząca lęki, lęki rodzące obsesje oraz fobia spoleczna, bodaj najbardziej obrazowo zaprezentowana po dzis dzień w literaturze, to rdzeń najpopularniejszych utworów autora. W tym zbiorze możemy zapoznać się zarówno z doskonałym Wyrokiem, Przemianą, Budową Muru Chińskiego czy Listem do Ojca jak i z mniej znanymi utworami jak Sprawozdanie dla akademii, jednostronowymi utworami jak Odprawiony Zalotnik, zbiorem aforyzmów (różnej jakości), dramatem Strażnik Grobowca i wieloma innymi. Warto nadmienić, że sporo z nich to dzieła nieukończone, gdzie czasem to pasuje (Grota z urwanym zakończeniem ładnie domyka sens historii) innym razem rozczarowuje i marnuje potencjał (Przygotowania do ślubu na wsi). Jest to niezwykle bogaty zbiór, gdzie raczej każdy znajdzie coś dla siebie i odkryje jak różnorodnym wbrew obiegowej opinii twórcą był Kafka, nie ograniczający się jedynie do realizmu magicznego. Niestety jest to też zarazem spora wada zbioru. Jest zebrany chronologicznie, nie jest podzielony na utwory wydane za życia i po, przez co nietrudno natknąć się na coś co czyta się jak zarys fabuły, albo ledwie opis pomysłu, niż skończony twór. Stąd też nie polecam czytać po kolei, jeśli to twoje pierwsze starcie z twórczością autora - zacznij od Przemiany, Wiejskiego Doktora czy Kolonii Karnej, żeby nie odbić się szybko. Kompletny zbiór, który mieści zarówno utwory 10/10 jak i warte pominięcia czy rozczarowania. Niemniej jednak polecam, mimo tej kłopotliwej dychotomii. Kafka czasem jest trudny, czasem brakuje mu redaktora i leje wodę, ale skłania do przemyśleń i stworzył jedyne w swoim rodzaju dzieła.
Skibidi_czytacz - awatar Skibidi_czytacz
ocenił na 7 6 miesięcy temu
Pełnia nieszczęścia Peter Handke
Pełnia nieszczęścia
Peter Handke
To nie bezosobowy "ktoś" jest bohaterem tej krótkiej powieści ale kobieta, która zawsze musiała być silną a chciałaby zostać słabą. Odwagi! Można by zakrzyknąć w imię szeroko pojętego zagrzewania do utrzymania statusu w konformistycznym społeczeństwie. Jednak w chorobie duszy to nie jest takie proste. Trzeba pamiętać, że na umieranie dla świata nie ma lekarstwa i nawet zakładanie tysięcy masek wcale nie musi pomóc. Jednak właśnie dzięki takiemu ujęciu tematu Peter Handke dokonał tego, że w jego matce zobaczyłem człowieka a nie osobowość. Tym bardziej, że pomimo jej ogólnie znanego losu, cała powieść sprawiała wrażenie nieprzewidywalnej i zarazem niepokojącej. Taką ją uczynił Handke a jednocześnie na ten jeden raz zrezygnował ze swojej typowej i posiadającej bardzo abstrakcyjny charakter narracji. Do "Pełni nieszczęścia" należy nabrać dystansu i pomimo przemożnej potrzeby mówienia przez Handkego o doznanym wstrząsie, nie dać się wpędzić w jej nieuleczalny smutek. Chciałbym, żeby zakończenie tej historii było inne ale gdyby austriacki noblista nie przedstawił ludzi jako odczłowieczone rekwizyty, to zapewne ta książka nie byłaby pełna tak osobistych odczuć. Powstał nowy rodzaj rozpaczy. W pełni otwartości i szczerości ukazał się los, jaki mógł czekać też inne kobiety. Ponieważ Handke nie napisał biografii swojej matki ale opisał spragnione miłości ciało, pokazane przez pryzmat konfliktu aspiracji. Przedstawił nam konsekwencje tego, kiedy się nie ma odwagi do sprzeciwu wobec otaczającego świata. Czeka nas wtedy okropna samotność. Ciekawym doświadczeniem podczas lektury "Pełni nieszczęścia" może być poszukiwanie śladów ludzkiej indywidualności. Znajdziecie je zakamuflowane bo indywidualista jest wyzwiskiem. Towarzysząca temu zabawa w raj na ziemi zakończy się klęską. Łatwo można przewidzieć skutki szerokiej ingerencji społecznej w różnorodność ludzkich charakterów. Dlatego też Peter Handke porusza temat odwiecznych przegranych lub ludzi ograbionych z własnych uczuć. To właśnie tytułowa pełnia nieszczęścia domaga się ujawnienia. Bo wcale nie musimy traktować biedy jako uszlachetniającej życie. Ponieważ w topieniu w tym, co dla społeczeństwa jest typowe, tracimy swoje osobiste sprawy. Być może dopiero na koniec swojego życia matka Handkego powiedziała wszystkim "to właśnie ja". Zerwała z tradycją, wszechobecnym wtedy strachem przed seksualnością oraz udawanym poczuciem bezpieczeństwa. Po raz pierwszy z dużą dozą wolności sprowadziła ostatni akt życia do powszedniości a Handke nie kazał nam współczuć. Dzięki temu opisywanie przez niego jego stanu ducha jest formą terapii, budzeniem się dla świata, tak jak ostateczny akt życia matki stał się dla niego umieraniem. To wyjątkowe studium przypadku, który może się przydarzyć każdej rodzinie a w napominaniu o nim czujemy wstyd. Peter Handke do tego wrócił i skutecznie interpretując towarzyszące temu zachowania pokazał, że może nie warto stać z boku, kiedy proza przymierzania wielu życiowych masek staje się zabójczym nawykiem.
czytający - awatar czytający
ocenił na 10 5 miesięcy temu
Przestrzenie Georges Perec
Przestrzenie
Georges Perec
Dziennik użytkownika przestrzeni (…) z usuniętą częścią fasady, co pozwala zobaczyć wnętrze około dwudziestu trzech pokoi (piszę około, gdyż znajdują się tam także przedłużenia pokoi, w tyle budynku: inwentarz tylko części przedstawionych mebli i czynności, daleko ich wszystkich nie wyczerpujący, ma w sobie coś, co przyprawia o zawrót głowy: 3 łazienki; ta z 3.piętra jest pusta; w tej z 2. piętra jakaś kobieta się kąpie; w tej na parterze jakiś mężczyzna bierze prysznic. (…) 6 żyrandoli i 1 mobil w stylu Caldera 5 telefonów 1 pianino i należący do niego taboret 10 osób dorosłych płci męskiej, z których 1 pije alkohol z kieliszka 1 pisze na maszynie 2 czyta gazetę, z czego jeden siedzi w fotelu drugi leży na kanapie 3 śpi 1bierze prysznic 1 je tosty 1 przekracza próg pokoju, w którym znajduje się pies(...) (G. Perec Przestrzenie) G. Perec (1936-1982), jeden z najwybitniejszych pisarzy francuskich XX w., w Przestrzeniach obsesyjnie opisuje miejsca, od kartki papieru, przez łóżko, mieszkanie, budynek, ulicę, dzielnicę, miasto, wieś, kraj, świat, do przestrzeni, by ją zdefiniować tak: „Chciałbym, żeby istniały miejsca stałe, nieruchome, nienaruszalne, nietknięte i niemal nietykalne, niezmienne, zakorzenione; miejsca, które by były odniesieniami, punktami wyjścia, źródłami: Mój kraj ojczysty, kolebka mojej rodziny, dom, w którym bym się urodził, drzewo, które bym widział, jak rośnie (które mój ojciec by posadził w dniu moich narodzin), strych mojego dzieciństwa wypełniony nietkniętymi wspomnieniami…”. W fragmencie Przestrzeni Perec dzieli się pomysłem na przyszłą powieść Życie instrukcja obsługi, w której chciałby zajrzeć (po odsłonięciu fasady domu) do dwudziestu trzech mieszkań paryskiej kamienicy i zobaczyć życie ich mieszkańców (natychmiast i jednocześnie). Pomysł nie jest oryginalny, sam autor powołuje się na Opowieść o Genji (XI w.), klasyczne dzieło literatury japońskiej, autorstwa Murasaki Shikibu, (nazywaną pierwszą nowoczesną powieścią psychologiczną), bowiem technika symultanizmu w prozie narracyjnej XX w., polegająca na przedstawieniu zdarzeń od siebie niezależnych rozgrywających się w tym samym czasie, ale w odległych miejscach, tak by ich jednoczesność rzucała się w oczy odbiorcy, znana była dawnej epice. Wracając do Przestrzeni, Pereca interesują miejsca, które można czymś zapełnić, małą kartkę papieru znakami liter, mieszkanie – łóżkiem, krzesłem, stołem; budynek- mieszkańcami i rzeczami; ulicę – domami, przechodniami, samochodami, kawiarniami; dzielnice - sąsiadami, sklepami; miasto (megalopolis) - kamieniami, betonem i asfaltem, nieznanymi ludźmi, instytucjami; kraj- granicami (Hej, koledzy, zostaliśmy odkryci! Miał powiedzieć pewien Indianin, spostrzegając Krzysztofa Kolumba). A świat- przelatującymi samolotami, podróżnymi; natomiast przestrzeń-spojrzeniem i adresem: „Georges Perec rue de l`Assomption nr 18 klatka schodowa A 3 piętro Drzwi po prawej stronie 16 dzielnica Paryża Sekwana Francja Europa
zoe - awatar zoe
ocenił na 10 1 rok temu
Alef Jorge Luis Borges
Alef
Jorge Luis Borges
Łacińskie "multum in parvo" ("wiele w niewielu" w znaczeniu dużo treści w niewielu słowach) obrazuje "Alefa" idealnie. Ta antologia kilkunastu opowiadań, gdzie niektóre mają objętość zaledwie kilku stron to literatura piękna, która aż onieśmiela- zarówno formą, wycyzelowaniem każdego zdania, pojedynczego słowa, jak i bogactwem treści. Borges żongluje pojęciami takimi jak nieśmiertelność, tożsamość, nieskończoność, powtarzalność. Bohaterowie jego opowiadań pojawiają się w różnych czasach, kontekstach, miejscach, mając swoich duchowych sobowtórów, swoje labirynty snów i okoliczności, przyczyn i skutków. Jednostka to tutaj tylko jedno z włókien wszechrzeczy i nieskończoności w ciągłym procesie powtarzalności człowieczej egzystencji i dziejów świata. Całość spowija egzotyczny klimat i egzotyczny smak popijanej w zadumie nad jednostkowym ludzkim losem yerba mate. . "Alef" wrzuca nas w świat intertekstualności. Ilość nawiązań - do miejsc, postaci historycznych, starożytnych i średniowiecznych woluminów świadczy o niezwykłej wprost erudycyjności Borgesa, gdzie obok wiedzy filozoficznej, historycznej, ogólnie- humanistycznej jest ta łatwość i lekkość poruszania się między historią, a wyobraźnią, między różnymi doktrynami, koncepcjami, poglądami, pojęciami, przyswajanie ich na potrzeby własnej pisarskiej fantazji. Ciekawe są też wątki, gdzie pojawia się autotematyzm, a Borges czyni siebie samego jednym z bohaterów swoich opowiadań. Filozofia, religie, mitologia, historiozofia, refleksja nad pamięcią, pojęciem czasu, determinizmem, językiem-  zespolone są w taki sposób oraz podane nam w takiej literackiej formie, by mimo tej głębokiej refleksyjności nie raniło to naszej duszy w jej "najbardziej intymnej głębi" "nieuleczalną i czarną melancholią". Stąd także humor, który równoważy te intelektualne wędrówki przez labirynt wszechrzeczy, gdzie na każdym kroku potykamy się o kolejne filozoficzne zagadnienia oraz poszukujemy prawdy na temat tego, gdzie jest ta granica między światem rzeczywistym, a jego lustrzanym odbiciem. . Szaleństwo, rozpacz, chęć zemsty, działanie ukrytych niewytłumaczalnych sił- to napędza fabułę poszczególnych opowiadań i sprawia, że stają się one nie tylko literacką ucztą, ale też ogólnie  angażującymi opowieściami, gdzie miesza się okrucieństwo, chaos, realność, iluzja, symbolizm oraz boskość. Bardzo polecam.
Ananke144 - awatar Ananke144
ocenił na 9 4 miesiące temu
Owoce wiśni Osamu Dazai
Owoce wiśni
Osamu Dazai
To moja druga styczność z twórczością Dazai'a. Po "Zatraceniu", które wyrzuciło mnie z butów mieszaniną frustracji, złości i żalu jednocześnie, muszę przyznać, że Osamu Dazai miał wyjątkowy talent do zarówno solidnego wpieniania czytelnika, ale także budowania w nim wzruszenia, poczucia melancholii, choć przede wszystkim też znużenia. Być może nawet w niektórych z jego opowiadań dotarłam do granic swojej wrażliwości. A może to kwestia tego, że w życiu też nie miałam łatwo i obserwowanie kajania się narratora, którym bądź co bądź jest jakimś mniej lub bardziej podkręconym lutrem dla postaci autora, w którymś momencie przekroczyło znaną mi definicje wyrozumiałości. Nie mniej, szczerze uwielbiam za to Dazaia. Uwielbiam jego twórczość za kalejdoskop emocji, jakie jego utwory wywołują. I tak, są monotonne, traktują większości o tym samym, ale dzięki temu; dzięki tej intymności emocjonalnej, pozwalają dostrzec nas, ludzi, jako między innymi bardzo krnąbrne jednostki z zapędami do wpadania wciąż w te same bolączki, pomimo świadomości działań, jakich się podejmujemy. Osamu Dazai miał po prostu niebywały talent do obrazowania tego, co wszystkich nas w sobie denerwuje, załamuje i doprowadza nieraz do łez. Nie powiem jednak, że wszystkie opowiadania z tego zbioru przypadły mi do gustu. Moimi faworytem na pewni jest: "Sto widoków Fuji", które w moim odczuciu kreuje obraz narratora, jako człowieka innego niż wszyscy, bo analizującego krajobraz sławnej góry z kątów niekorzystnych. Trawionego poczuciem wyższości względem tych, który dostrzegają w niej piękno widziane tylko z tych kilku szczególnych miejsc. Hipokryzja płynąca z tego tytułu rozczula mnie do głębi. Chociaż nie wiem czy będzie dostrzegana w pełni przy jednorazowym zanurzeniu się tylko w to opowiadanie. Ostatni utwór natomiast, który z przyczyn zdecydowanie tragicznych nie został ukończony jest tym szczególnie ciekawy, że w zasadzie wyłamywał się już z ram poprzednich koncepcji. I chyba właśnie dlatego tak bardzo zapadł mi w pamięć. Nie tyle, że był ostatni, ale że przekazywał wizję zmiany nastawienia narratora. Cóż, fakt, że nie został nigdy ukończony w jeszcze bardziej dojmujący sposób przedstawia nieprostoliniową i niepłaską emocjonalność każdego z nas. Pewnie wrócę do tego zbioru, a wtedy też ta opinia wzbogaci się w kolejne, może trochę zbyt pompatyczne linijki tekstu. :)
Lonia - awatar Lonia
oceniła na 7 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Wyrok śmierci

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Wyrok śmierci