Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945

Okładka książki Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Wydawnictwo: Agora biografia, autobiografia, pamiętnik
184 str. 3 godz. 4 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2012-10-01
Data 1. wyd. pol.:
2012-10-01
Liczba stron:
184
Czas czytania
3 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788326807787
Średnia ocen

                7,0 7,0 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945 w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945 i

Jak więdnący kwiat…



4464 121 154

Oceny książki Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945

Średnia ocen
7,0 / 10
87 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
605
82

Na półkach:

Szatan wojnę spłodził...nie jest kolorowo, nie jest wesoło, nie jest nawet ładnie... Wojna szatanowi się udała odkrywając całe pokłady ludzkich niedoskonałości, brudu i „szataństwa”. Niczym jeździec apokalipsy przyniósł całe zło i cierpienie na ziemie. Istoty szczególnie wrażliwe artyście ale i zwykli ludzie u kresu wytrzymałości. Zapiski z 6 ostatnich lat życia przedstawiają ostatnie lata poetki. Odmalowują też klimat polityczno - społeczny lat wojennych, szczególnie na emigracji. Miejscami bardzo intymna i poruszająca.
Książka wydana zostały w ramach „Biblioteki Gazety Wyborczej” przez wydawnictwo Agora, każdy 1% ze sprzedaży książki przekazany zostanie organizacji Walki z Rakiem Szyjki Macicy -Kwiat Kobiecości.
Swoistego rodzaju przestroga dla nas wszystkich by nie stronić od lekarzy....i wybrać długie życie.

Szatan wojnę spłodził...nie jest kolorowo, nie jest wesoło, nie jest nawet ładnie... Wojna szatanowi się udała odkrywając całe pokłady ludzkich niedoskonałości, brudu i „szataństwa”. Niczym jeździec apokalipsy przyniósł całe zło i cierpienie na ziemie. Istoty szczególnie wrażliwe artyście ale i zwykli ludzie u kresu wytrzymałości. Zapiski z 6 ostatnich lat życia...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

299 użytkowników ma tytuł Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945 na półkach głównych
  • 176
  • 118
  • 5
44 użytkowników ma tytuł Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945 na półkach dodatkowych
  • 28
  • 4
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945

Inne książki autora

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, de domo Kossak, primo voto Bzowska, secundo voto Pawlikowska, tertio voto Jasnorzewska (ur. 24 listopada 1891 w Krakowie, zm. 9 lipca 1945 w Manchesterze) – polska poetka i dramatopisarka dwudziestolecia międzywojennego. Laureatka Złotego Wawrzynu Polskiej Akademii Literatury. Luźno związana ze Skamandrem.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Wspomnienia z niepamięci Gustaw Holoubek
Wspomnienia z niepamięci
Gustaw Holoubek
To jest właśnie ta książka, którą warto przeczytać, jeśli naprawdę interesuje nas osoba Gustawa Holoubka. „Wspomnienia z niepamięci”, będące zbiorem luźnych reminiscencji i rozlicznych przemyśliwań na bliskie aktorowi tematy, czyta się szybko, z niesłabnącym zainteresowaniem i – w moim przypadku – z rosnącym zadziwieniem. Że Holoubek to wielki artysta, że na zawsze wpisał się w historię polskiego kina i teatru, że to legenda naszej kultury – to wszystko jest oczywiste. Ale wcale nie było dla mnie oczywistym to, jak bardzo zajmującym, dobrym i inteligentnym był on człowiekiem. Owszem, nie sposób było nie widzieć i nie cenić jego kindersztuby; szacunku, z jakim zwracał się do ludzi, jego dbałości o język ojczysty, wybitnej erudycji, pełnego profesjonalizmu oraz ogólnej życzliwości i widocznej pokory w stosunku do życia, ale w jego „oficjalnym” wizerunku zawsze brakowało mi nutki jakiejś takiej … bo ja wiem… normalności? naturalności? Czegoś, co czyniłoby go mniej księżycowym, a bardziej przyziemnym. Ciągle wydawał mi się bowiem nieco … oddzielny, nieprzystępny, irytująco emfatyczny. A tu szok! „Wspomnienia z niepamięci” pozwoliły mi odkryć Gustawa Holoubka. Tak… dla siebie. Na użytek własny. Książka zaczyna się od pięknego wstępu napisanego przez Jana Holoubka, syna aktora, a dalej czeka na nas siedem wypełnionych po brzegi treścią i okraszonych licznymi zdjęciami rozdziałów, opowiadających o najważniejszych dla Gustawa Holoubka osobach, o przełomowych momentach w jego życiu, o dzieciństwie, o Krakowie, o początkach w teatrze, o religii, kościele, także o wojnie i polityce (ot, choćby rozdział OKUPACJA: traktuje ogólnie o władzy, ale i bardziej szczegółowo, np. o Rosji; o tej nieuzasadnionej, nie dającej się wytłumaczyć tęsknocie Rosjan za ZSRR, nawet – w skrajnych przypadkach – za łagrami [syndrom sztokholmski się kłania]; również o naszej, polskiej, niezrozumiałej, a nawet niezauważanej przez nas państwowości, o jedynych słusznych drogach rozwoju kraju, o odpowiedzialności za kraj… wspaniały wywód). Z autentyczną radością i rosnącą z każdą przeczytaną stroną ekscytacją zaczęłam pojmować, jakim ciekawym człowiekiem był Holoubek, jak nieprzeciętne miał poczucie humoru, jak wiele w życiu przeszedł, na jak wiele tematów miał do powiedzenia nie coś, ale coś autentycznie głębokiego i przemyślanego. Jego gra nie rusza mnie może tak, jak rusza mnie gra moich ulubionych aktorów, czyli Świderskiego, Łapickiego czy Zapasiewicza, ale jego człowieczeństwo, sposób bycia i podejście do życia otworzyło we mnie wiele ukrytych do tej pory „szufladek” i skierowało moje myślenie na wiele nowych ścieżek. I za to jestem cholernie wdzięczna. I także dlatego polecam tę książkę z całego serducha.
Mignatka - awatar Mignatka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Nasierowska. Fotobiografia Zofia Turowska
Nasierowska. Fotobiografia
Zofia Turowska
Nazwiska „Nasierowska” i „Turowska” nierozerwalnie łączą mi się z postacią Agnieszki Osieckiej. To właśnie Turowska napisała pierwszą tak pełną i szczegółową biografię poetki; Nasierowska zaś wydała z Osiecką album „Fotonostalgia”, dzięki któremu odkryłem lata, lata temu jej przepiękne zdjęcia. Poza tym wiedziałem jedynie, że Nasierowska była żoną Janusza Majewskiego. I tyle. Turowska po raz kolejny stanęła na wysokości zadania, i biografia pełna jest szczegółów. Autorka skorzystała ze wspomnień swej bohaterki, jej męża, dzieci, przyjaciół, koleżanek i kolegów. Uważam to za ogromną zaletę tej książki – wielogłos. Turowska wpuściła do barwnej opowieści o Nasierowskiej innych, by sami coś powiedzieli, napisali. Jest to wszystko też uporządkowane, narracja ma swój ciąg i chronologiczny bieg. Wielka szkoda, że Turowska nie odczekała dwóch lat i nie napisała pełnej biografii Nasierowskiej, zawierającej fakt śmierci bohaterki. Chyba, że miał to być prezent dla niej, aby Nasierowska mogła nacieszyć się książką o sobie w ostatnich chwilach życia. Świetnie jest też ta książka opracowana graficznie. Mnóstwo, mnóstwo zdjęć – Nasierowskiej lub jej autorstwa. Do tego okładki czasopism, skany gazet z fotoreportażami Nasierowskiej. Bez tych wszystkich fotografii nie wyobrażam sobie książki o najzdolniejszej, najsłynniejszej, największej polskiej fotografce! Rozdział o budowie domu w Laśmiadach najbardziej mnie wynudził. A potem te przesłodzone laurki i peany na cześć Nasierowskiej, Majewskiego, Laśmiadów, ich domu, gościnności, kuchni… Turowska mogła wyciąć 3/4 z tego lukru, a i tak byłoby słodko i ujutnie. Ale może do strawienia. Wiele historii niestety też się powtarza. Może wynika to z tego, że raz przytacza to we wspomnieniach sama Nasierowska, raz ktoś z rodziny lub bliskich, potem zaś sama Turowska tworzy swoją narrację. I troszkę jakby jej się pewne sprawy wymknęły spod kontroli. Świetnie, że opisała życie Nasierowskiej, nakreślając całe tło historyczne, kulturowe, społeczne i geograficzne, ale czasami brakuje w tym samej Nasierowskiej. Ginie w tej otoczce. Mimo wszystko czas przeznaczony na lekturę biografii Nasierowskiej uważam za dobrze spożytkowany.
Mister Oizo - awatar Mister Oizo
ocenił na 6 8 miesięcy temu
Czytadła. Gawędy o lekturach Agnieszka Osiecka
Czytadła. Gawędy o lekturach
Agnieszka Osiecka
Nie jest żadną tajemnicą, że uwielbiam książki o książkach. Wciąż mi mało ciekawych felietonów, esejów, komentarzy na temat przeczytanych lektur, bibliofilskich pragnień i czasu, którego i tak zabraknie na poznanie wszystkich książek z osobistych list każdego czytelnika. Agnieszkę Osiecką lubię bardzo za jej pisanie na tematy różne, za fotografie. Nie jestem fanką tekstów piosenek, nie wrócę pewnie do opowiadań jej autorstwa, ale felietony i luźne przemyślenia, i rozmowy są ciekawe, skrzą się humorem, pokazują Agnieszkę otwartą, ciekawą ludzi, spostrzegawczą. We wstępie książki, napisanym przez Agatę Passent, czytam, że teksty zebrane w Czytadłach... trudno zaszufladkować. Nie są to bowiem typowe, profesjonalne recenzje z książek, nie są to również literackie eseje. Mam wrażenie, że słowa Osieckiej to, podobnie jak wypowiedzi Szymborskiej, komentarze na temat przeczytanych lektur, w których odnaleźć można mnóstwo osobistych przemyśleń czy wspomnień. Teksty obu autorek były wcześniej publikowane: Wisława Szymborska pisała m.in dla Gazety Wyborczej, Agnieszka Osiecka dla Życia Warszawy. To, co łączy obie panie, to lekkie pióro, interesujący dobór lektur (choć przyznać trzeba, że nasza noblistka była w tym temacie bardziej nieprzewidywalna) i luźne bardzo podejście do opisywania książek - mnóstwo dygresji, raczej pozytywny stosunek do każdej przeczytanej pozycji, nieustawianie się w pozycji wielce krytykującego krytyka. To nie tak, że im się wszystkie czytane książki podobają, ale autorki unikają ostrych i kategorycznych opinii w myśl zasady, że gusta są różne i po co kogoś negatywnie nastawiać do książki, która może stać się ulubioną nawet, choć mnie się wydaje co najwyżej przeciętnym czytadłem. Jak słusznie zauważa autorka Czytadeł "oczywiście każdy pisze, jak chce. Ale każdy też czyta, jak chce". Bez zbędnych słów, bez przydługich opisów, bez nadęcia. Lektura tekstów Osieckiej to czysta przyjemność i obowiązkowa pozycja na liście każdego bibliofila (i miłośnika książek o książkach).
Justyna - awatar Justyna
oceniła na 7 2 lata temu
Uczta bogiń Maria Poprzęcka
Uczta bogiń
Maria Poprzęcka
„W wieku 90 lat zdawała się w apogeum sił twórczych. Z roku na rok jej kalendarium staje się obszerniejsze, jej twórczość bogatsza w dzieła. Jej coraz pokaźniejsze prace- monumentalne, wykonane z użyciem wielu materiałów i technik – w niczym nie przypominają twórców starczych rąk. Co więcej, są żywotną manifestacją erotyzmu, pożądań i kobiecości”. (s. 178) Maria Poprzędzka, Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie. Wyd. Agora, Warszawa 2012. Dwie dodatkowe podpowiedzi: • W 1980 artystka kupiła w Brooklynie dawną fabrykę odzieży wraz z wyposażeniem- maszynami, meblami … • W 2000 roku w Tate Modern – powstała galeria z przebudowanej elektrowni (Londyn), a przed dawną halą maszyn witał zwiedzających… M. Poprzęcka zaprasza Czytelnika na „Ucztę bogiń”, w której oprócz gości zwraca uwagę trójkątny stół. Na każdym z boków 13 nakryć, są talerze, kielichy, sztućce. Na nakryciach widnieją imiona (tylko kobiet) takich, jak: Safona, Wirginia Woolf czy Ethel Smyth. Ów stół to: dzieło Judy Chicago „Dinner Party” (1974-79), które znalazło miejsce w Brooklyn Museum w Nowy Yorku. Przesłanie jest proste: przywrócić kobietom miejsce w historii. Maria Poprzęcka nawiązuje do pomysłu z ucztą, by przedstawić artystki awangardowe (nie zabrakło artystek rosyjskich). Z indywidualności wymienić należy, m.in. Elizabeth Siddal czy Gorgię O` Keeffę. Każdy esej z wizerunkiem artystki, są i obrazy. Wybierzmy jeden (Rozdz. „Amazonka awangardy”) Bohaterką jest artystka: • paradująca o ulicach Moskwy z twarzą pomalowaną w abstrakcyjne wzory; • prowokatorka, dyskutantka, traktująca swa sztukę z powagą; • niezależna, energiczna, otwarta na nowe idee; • pochodziła z inteligenckiej rodziny, stara szlachta (majątek w tulskiej guberni) • jak stwierdzi po poznaniu malarstwa van Goga, Gauyguina, Cezanne`a: „Nie jestem Europejką, Eureka”. • odmówiła spotkania z F. T. Marinettim (twórcą włoskiego futuryzmu): „Ten jegomość mnie nie interesuje”. Wystawa w 1913 r. (800 prac) wzbudziła skrajne emocje („Sensacja jednego wieczoru”, „Antyartysta”). Warto zwrócić uwagę na jedno dzieło (inne do odkrycia): „Ewangeliści” (dla jednych arcydzieło, dla innych zgorszenie). Przedstawia, jak napisze krytyka: „oberwanych dziadów nazwanych w katalogu Ewangelistami”. Tu ciekawostka: obraz zdjęto z wystawy (ale na krótko). W obronie artystki wystąpiły autorytety. Obraz ma swój własny format i niezwykle indywidualny rys. Zatrzyma Każdego (mierzącego się ze Sztuką). Jak stwierdzi Cwietajewa: „Jej życie dzieli się na to, co „W Rosji i poza Rosją”. NATALIA GONCZAROWA Niezwykle interesująca i inspirująca artystka rosyjska znalazła miejsce w znakomitej „Uczcie bogiń” Marii Poprzęckiej. Nikt JEJ I INNYM należytego miejsca w sztuce nie odbierze. ŻADEN CZAS I ŻADNA HISTORIA. Duch czasu da o sobie znać w 1957 roku, (został wystrzelony pierwszy radziecki sputnik), powstał wtedy cykl obrazów na podobieństwo Kosmosu. 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na 10 4 miesiące temu
Wyznania gorszycielki Irena Krzywicka
Wyznania gorszycielki
Irena Krzywicka
Irena Krzywicka (1899-1994) przyszła na świat w Jenisiejsku w rodzinie polskich Żydów, zesłanych na Syberię za działalność socjalistyczną. Ojciec zmarł na gruźlicę niedługo po powrocie do Polski, matka, zwana przez nią Maminkiem, była aż do swej śmierci jej najwierniejszą przyjaciółką. Oczytana i jak na kobietę świetnie wykształcona oraz ambitna z przytupem dołączyła Irena do międzywojennego środowiska literackiego. Jej najbardziej znane publikacje ukazywały się w Wiadomościach Literackich Mieczysława Grydzewskiego, jest też autorką kilku książek. Swą autobiografię zaczęła pisać we Francji w latach 1970-ych, po niemal całkowitej utracie wzroku nagrywała wspomnienia, a książkę do druku przygotowała Agata Tuszyńska. Pierwsze wydanie „Wyznań gorszycielki” ukazało się dwa lata przed śmiercią Krzywickiej, a jego pomysł Marian Hemar miał skomentować z typowym dla siebie sarkazmem: „Droga Irenka, nasze stare chodzące poboyowisko”*. Według dość zgodnych opinii gorszycielką została Krzywicka nie tyle z powodu rozwiązłości w życiu prywatnym - wierność małżeńska nie była w tym środowisku powszechnie obowiązującą normą - lecz z racji głoszonych publicznie przez nią i Boya poglądów oraz konkretnych inicjatyw. Inaczej jednak niż biografkę Boya**, czworokąt małżeński, Irena-Jerzy Krzywicki-Zofia Żeleńska-Boy, dość mocno Krzywicką uwierał. Przynajmniej tak wygląda to w jej wspomnieniach. Mimo fatalnej technicznej jakości wydania „Wyznań…”, na jakie trafiłam, nie mogłam się od lektury oderwać. Początkowa część książki, jakieś 40% tekstu, to ciekawy opis relacji rodzinnych, przymiarek do różnych dróg kariery oraz pierwszych prób zaistnienia w środowisku literatów. Jako atrakcyjna kobieta na brak zalotników nie narzekała. Spośród trzech zaprzyjaźnionych na męża wybrała początkującego prawnika, syna Ludwika Krzywickiego, uznanego twórcy polskiej socjologii. Boya spotkała, kiedy wydawało się, że po urodzeniu pierwszego syna, Piotrusia, jej małżeństwo z Jerzym już okrzepło. Ale atrakcyjności, także fizycznej, sławie i wspólnocie przekonań z dwadzieścia pięć lat starszym facetem nie potrafiła się oprzeć. Mimo że wówczas, w roku 1928, nie pod każdym względem pasował do definicji Boya, jaką wygłosił dziesięć lat wcześniej przypadkowo spotkany Jan Lechoń, a mianowicie że jest to „…melancholik, erotoman, pijak, karciarz … najbardziej czarujący, najinteligentniejszy człowiek na świecie”. Miłości do Ireny pozostał Boy wierny do śmierci, od alkoholu też już wtedy stronił. Owszem, była świadkiem jego stanów depresyjnych, załamania pod wpływem krytyki i ataków, z obu stron sceny polityczno-obyczajowej, za wprowadzenie w dyskurs publiczny i nieśmiałe próby instytucjonalnego usankcjonowania pewnych tematów tabu. Ich ostrze w pewnym sensie bardziej było bolesne dla niego niż dla niej. Jan Skiwski, na przykład, atakował go za propagowanie „życia ułatwionego”. Czy chodziło mu także o zdjęcie odium, a w każdym razie o zrezygnowanie z karalności za homoseksualizm? Krzywicka przyznaje, że ich próby wprowadzania antykoncepcji i bezpiecznych zabiegów aborcji nastąpiły w Polsce „… o trzydzieści lat za wcześnie”. Pierwsze ośrodki Świadomego Macierzyństwa nie cieszyły się popularnością i dość szybko zostały zlikwidowane. Tymczasem, gdy ona zaczęła być krytykowana także za swoje relacje sądowe, głównie za obronę Rity Gorgonowej, Boya atakowano już za wszystko. „A że tyle piszę? - żalił się Irenie - U nas nie lubią ludzi, którzy za dużo pracują”. Lata 1930-te to nowe fale antysemityzmu i faszyzacji Polski. O tym oczywiście wyznania Krzywickiej też wspominają. Ich największa wartość polega, moim zdaniem, na obleczeniu tych i innych zjawisk w konkrety, co wiąże się naturalnie z jej ocenami ludzi, na ogół trafnymi, a przy tym zawsze bardzo ciekawymi. Na przykład o dwóch byłych skamandrytach, Jarosławie Iwaszkiewiczu i Antonim Słonimskim pisze: Iwaszkiewicz „jako homo publicus był godny niechęci, jako człowiek prywatny był serdeczny i miły, odwrotnie niż Antoni - jako homo publicus - godny najwyższego szacunku, ale prywatnie egocentryk zupełnie niezdolny do wyjścia poza samego siebie”. A że Irenkę - jak mówi znane porzekadło - znała cała Warszawa, ze wzajemnością, tj. ona znała wszystkich, lektura jej wspomnień stanowi prawdziwą frajdę. Nawet jeśli nie do końca wiadomo, czy są one osadzone - jak w przytoczonym cytacie - jedynie w jej wrażeniach ze znajomości podczas pobytu w Warszawie i Podkowie Leśnej, czy sięgają również okresu powojennego. „Wyznania gorszycielki” kończą się po wojnie, kiedy to - nie ma co ukrywać, dzięki swej przedwojennej popularności - uzyskała Irena Krzywicka szanse na nowy początek. Co w ogóle miałby on znaczyć po stracie najważniejszych osób w jej życiu? No i czy lektura książki Agaty Tuszyńskiej pt. „Krzywicka. Długie życie gorszycielki” jest, mimo nie najlepszych ocen książki, wskazana? Ale przed natychmiastowym zabraniem się do niej powstrzymać się oczywiście nie potrafię. *Wszystkie cytaty pochodzą z wydania książki, do którego miałam dostęp. **Monika Śliwińska: Książę. Biografia Tadeusza Boya-Żeleńskiego.
Nina - awatar Nina
oceniła na 8 1 rok temu
Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej Joanna Szczęsna
Pamiątkowe rupiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej
Joanna Szczęsna Anna Bikont
W październiku 1996 roku wyjechałam na studia do Niemiec i zamieszkałam u niemieckiej pisarki. Regularnie dopytywała mnie o naszą świeżutką noblistkę, Wisławę Szymborską. I dziś trochę wstyd się przyznać, ale wtedy nie wiedziałam właściwie nic. Nie znałam jej wierszy, nie umiałam o niej opowiedzieć ani jednego sensownego zdania. Trzydzieści lat później postanowiłam nadrobić to niedopatrzenie. „Pamiątkowe rupiecie” okazały się czymś znacznie więcej niż klasyczną biografią. To opowieść utkane ze wspomnień, listów, zdjęć, prasowych doniesień, uważnego researchu i oczywiście poezji. Portret kobiety niezwykłej, a przy tym zaskakująco zwyczajnej. Skromnej, potrzebującej samotności i smutku, zawstydzonej nagłą sławą. Czytelniczki nawet najgorszych książek. Miłośniczki szuflad, które uważała za jeden z najważniejszych wynalazków ludzkości. Zbieraczki kiczowatych bibelotów, kuriozalnych gadżetów, chińskiego termosu. Autorki kartek, kolaży wyklejanek, wielbicielki loteryjek i drobnych absurdów codzienności. Autorki stworzyły niezwykle ciekawą opowieść o poetce, która nie chciała mówić o sobie wprost. Zamiast tego pisała zbereźne limeryki, wyklejała własne pocztówki i podrzucała do ogrodów przyjaciół figurki owiec. Jej marzeniem było mieć sobowtóra, który pozowałby do zdjęć, jeździł, udzielał wywiadów, a ona by sobie pisała. To biografia pełna humoru, anegdot i czułej ironii, nasycona poezją, a przy tym podszyta przekorą i delikatną nadzieją. Przyznam, że początkowe lata i fascynacja młodej Szymborskiej komunizmem momentami mnie nużyły. Dopiero po Noblu narracja nabrała dla mnie wyraźniejszego rytmu i lekkości. Szczególnie poruszająca jest opowieść o jej relacji z Kornelem Filipowiczem. Wspólne biwaki, ryby, grzyby i oglądanie „Niewolnicy Isaury” składają się na cichą, nieoczywistą historię miłości, bez wielkich deklaracji, za to z ogromną bliskością. Czytajcie wiersze i felietony Szymborskiej. I czytajcie jej biografię. Zostawiła nam naprawdę wiele do czytania i jeszcze więcej do myślenia.
WybornaCzytelniczka - awatar WybornaCzytelniczka
oceniła na 7 2 miesiące temu
Wszystko, co najważniejsze Ola Watowa
Wszystko, co najważniejsze
Ola Watowa
To bardzo dobre uzupełnienie “Mojego wieku” Aleksandra Wata, nie sięgające jednak wyżyn tamtego arcydzieła, najlepszej książki o tym, jak się zostawało komunistą przed II wojną, i jak przechodziło się na przeciwstawne pozycje po poznaniu Sowiecji. Niesłabnącą wartością pozostaje opis dramatycznych losów na zesłaniu w Kazachstanie. Z oczywistych powodów Wat nie mógł ich opisać, siedząc wtedy na Zamarstynowie, a potem na samej Łubiance. Ale to również hymn na cześć piękna przyrody i urody świata, także tam, na gorących stepach - latem, a mroźnych - zimą Bardzo mi się to kojarzyło z dopiero co czytanymi wspomnieniami Nadieżdy Mandelasztam z tego samego czasu… To także kawał historii, takiej niekoniecznie znanej i uznawanej. Np. Andrzej, dziecko Watów, styka się z antysemityzmem już od maleńkości, na razie nieświadomie. “Bony, które przeważnie pracowały u Żydów, zbierały się w Parku Ujazdowskim, w pięknej alei bzowej, siadały na ławkach i rozprawiały na tematy żydowskie, a te dozorowane przez nie dzieci różnych adwokatów, inżynierów, lekarzy słuchały i nasiąkały tym wszystkim. I tak oto mój Andrzejek przyszedł zachwycony, że to świetnie, że wybijają szyby”. “+Czy kochasz mamusię?+. Odpowiedział: +Tak, bardzo+. +No to wiedz, że twoja mamusia jest Żydówką. No i co, kochasz Mamę?+. Na co mój Andrzejek zastanowił się, zawahał się chwilę i odpowiedział: +Tobym ją kochał jeszcze bardziej, gdyby nie była Żydówką+”. W 1931 r. Wat trafił jako - wówczas - komunista do więzienia, ale wyszedł z niego dzięki pomocy przyjaciół. “Całe to więzienie polskie ja przynajmniej wspominam teraz jako wielką sielankę. Widzenia, wałówki, umowy, że o określonej godzinie będę chodziła Daniłowiczowską pod więzieniem, a on wtedy będzie wypatrywał mnie przed zakratowane okno. Nie to co Lwów, co więzienia sowieckie. To przepaść”. Bo z Sowietami Watowie spotykają się we wrześniu 1939 r., gdy zajmują oni Lwów. “Chleb zaraz następnego dnia po wkroczeniu Rosjan zawijano w gazetę. Następnego dnia nie było już papieru”. Wat zaczyna we Lwowie pracować w sowieckiej gadzinówce „Czerwony Sztandar”, gdzie robiąc nocną korektę, zawsze miał obsesję, żeby w druku zamiast Stalin nie wyszedł Sralin. „Bo za to rozstrzeliwano” . W 1940 r. Wat wraz m. in. z Broniewskim zostaje aresztowany przez NKWD. Jego żona z synem jako rodzina “wroga ludu” zostaje wywieziona do Kazachstanu. Inni deportowani biorą ją za donosicielkę, bo ktoś ją kojarzy jako żonę komunisty (wtedy - już byłego). W związku z tym jest szykowana przez prawdziwych Polaków, także jako Żydówka. “I chociaż byłam na tym samym co oni dnie nędzy i poniewierki, nie znalazł się ani jeden człowiek, który by usiłował bodaj sprawdzić to, co usłyszał, pomówić ze mną na ten temat, przekonać się że może się mylą, że jestem tak samo jak i oni więźniem”. “Najstraszliwsza tortura ludzkiej niechęci, straszliwych podejrzeń, z dodatkiem obrzydliwego na tym dnie niedoli ludzkiej i osamotnienia antysemityzmu”. “Stłoczeni w wagonie byli wrodzy nie tylko w stosunku do mnie. Po kilku dniach wspólnej jazdy zaczęły wybuchać o byle co awantury nawet pomiędzy członkami rodzin. Nikła warstewka kultury spełzła ze wszystkich w czasie nieprawdopodobnie krótkim”. A już na miejscu nie jest lepiej…. “Zbliża się do mnie pani pułkownikowa Wenclowa i przemiłym głosem proponuje, żebym so​bie poszukała innego miejsca w baraku, bo +tutaj będziemy się modlić, a to i nam, i zapewne pani będzie przeszkadzać+. Na miejscu ciężka praca w kazachskim stepie, marne warunki, głód, brud, ale i piękna natura. I miejscowi, do których Autorka generalnie nie odczuwa niechęć, bo nie ma podstaw. “Byli niewolnikami, każdej chwili zagrożeni więzieniem albo łagrem. Od tej pory twierdzę, że jest to jeden z najnieszczęśliwszych narodów na świecie, O czym świadczą miliony ludzi ginących w łagrach i w więzieniach (...). To nie naród, to ustrój jest zbrodniczy”. “Kazachowie mówili, jak żyją w strachu i nędzy i bez żadnej nadziei na lepsze jutro. Czuło się ich nienawiść do tego ustroju, do komunizmu. Nie tylko za utracony dobrobyt, ale przede wszystkim za utraconą wolność, tak pięknie teraz przez nich wspominaną. Czuło się ich bezsiłę. Zaraz po rewolucji znaleźli się w więzieniu, bo tym więzieniem stał się cały ich świat, te stepy, w których zdawało się, czuje się jeszcze ducha wolności i swobody”. “Nigdy się nie bałam spotkanego przypadkowo w stepie Kazacha. Bałam się natomiast ludzi sowieckich. Kazachowie, jak nauczyło mnie potem doświadczenie, mieli i zachowali swoją wiarę, swoje wierzenia, swoje przykazania moralne”. “Było południe, słońce piekło z okrutną obojętnością i nie było nadziei na błogosławieństwo ochłody świeżego wieczoru ani na rosę przedświtu. Stałam przed naszą lepianką i czekałam na powiew wiatru, który niezmiennie jest tu suchy i gorący, czekałam nieświadoma czasu, który mijał, ponieważ godziny przestały tu być realne, dnie przechodziły w mękę nocy, poranki w piekło południa i nic się nie zmieniało w tej ciekłej, nie kończącej się, żadnymi zmianami nie znaczonej egzystencji”. Albo taka czuła wzmianka o młodym Kazachu, który wrócił z wojny bez nogi : “Położono go na prawdziwym łóżku. Pierwszy raz w życiu leżał na prawdziwym łóżku, a nie na szmatach na klepisku. Leżał na białych prześcieradłach. Pielęgniarka w białym czepeczku i fartuchu podawała mu posiłki, jakich do tej pory nie jadał, opatrywała jego rany. Błogostan. Firanki w oknach. Ciepło, przytulnie, syto, pięknie. Jakiż piękny jest świat, gdzie się tak śpi, je mieszka i gdzie ludzie są tacy dobrzy i grzeczni jak jego pielęgniarka, jak jego lekarz. Bajka z tysiąca jednej nocy. Cudowne przeżycie. I gdyby nie wojna, nigdy by nie dowiedział się, że istnieje taki świat”. Potem już w Ałmaty, już po cudownym spotkaniu z mężem, grozi im śmierć głodowa Wtedy pomaga im Wiktor Szkłowski, ten sam który wspierał wcześniej Mandelsztamów, “przynosząc mi cały woreczek ryżu. Był to jego przydział na miesiąc. Nie śmiałam daru tego przyjąć, ale on ze łzami w oczach twierdził, że nie mam prawa mu tego odmawiać”. Są tam też Paustowski i Zoszczenko. “Pisarze o których wspominam, nienawidzili ustroju, w którym przyszło im życiu tworzyć”. Niestety, Autorka nie może powiedzieć wiele dobrego o miejscowej Delegaturze rządu RP w Londynie. “Ludzie tam pracujący wraz z naszym delegatem myśleli przede wszystkim o sobie, o swoich wygodach, a nawet o luksusie. Nie została tam poczęstowana niczym z suto zastawionego stołu. I co za paradoks: to pisarze, intelektualiści moskiewscy dokarmiali nas, przygarnęli nas do siebie jako współcierpiących z nimi ludzi”. To krótki czas, gdy Polacy związani z Delegaturą, w tym i Wat, relatywnie nie mieli źle, w przeciwieństwie do zwykłych Kazachów: “Na ulicy stał tłum ludzi w ogonku do jakiegoś sklepiku, w którym wydawano zgniłe pomidory. Sklep dla nas mieścił się w podwórzu w ukrytym lokalu. Trudno było uwierzyć w tym czasie, kiedy tylu ludzi umierało z głodu, co przydzielano uprzywilejowanym. Delegaturę w owym czasie zaliczano właśnie do tej kategorii.(..) Dostawało się absolutnie wszystko, łącznie z kawiorem, tortami, winem, czekoladą. (...) Na dnie tej szczęśliwości było prawie że uczucie wstydu, że korzystamy, że żywimy się z tego splugawionego nędzą powszechną źródła”. Po zerwaniu w 1943 r. przez Sowietów stosunków dyplomatycznych z RP wszystko wraca do “normy”, a nawet jest jeszcze gorzej…. Dramatyczny, znany szczegółowo z “Mojego wieku”, opis tak zwanej paszportyzacji czyli zmuszania Polaków w Sowietach do przyjmowania sowieckiego obywatelstwa po zerwaniu stosunków z rządem RP. I w tym kontekście Autorka wspomina o czymś, co nie jest powszechną wiedzą: “Wszyscy Polacy ze Związku Patriotów razem z całą armią i z całym sztabem tych wielkich patriotów weszli przecież do Polski jako obywatele sowieccy. Paszportyzacja i zalegalizowanie Związku Patriotów było jednoczesne i należało do jednego planu: obrócić milion czy półtora miliona Polaków w poddanych sowieckich i jednocześnie dać im nadzieję powrotu do Polski” I to nikt inny, tylko Wat - polski Żyd, zarządził wśród Polaków bojkot przyjmowania paszportów wroga. W reakcji Sowieci aresztują wszystkich. Trafiają do więzienia, gdzie kryminalne więźniarki biją Autorkę, wściekłe, że ma czelność gardzić sowieckim paszportem. Po tym kobiety biorą paszporty obcego, wrogiego państwa - ale nie sam Wat. A to dzięki hersztowi bandytów którzy mieli go bić do skutku, wrzuconego im przez NKWD do celi “na pożarcie”. Ruski kryminalista Walentyn na to jednak nie pozwolił - zaimponowała mu postawa Wata, który powiedział przed frontem kryminalnych, że woli zginąć niż wziąć sowiecki paszport. Zdaje się, że jako jedyny Polak na coś takiego się poważył…. Ostatecznie Watowie wracają do Polski w 1946 r. i od razu deklarują niezainteresowanie budowaniem komunizmu. O dziwo, jest to uszanowane, prawdopodobnie z powodu jego przedwojennej działalności. Po 1956 r. Watowie coraz więcej czasu spędzają na Zachodzie, w związku z leczeniem jego ciężkiej choroby. W tych staraniach zahaczają m. in. o osławionego Padre Pio. “Wydał mi się prymitywny, brutalny, a także w uśmiechu jego było coś chytrego. Następnego dnia Aleksander miał stawić się w kościele do spowiedzi. Na pierwsze pytanie, kiedy się spowiadał po raz ostatni, odpowiedział, że do tej pory nigdy. I wtedy Padre Pio ujrzał jakby piekło, które się przed nim rozwarło i szatana w postaci Aleksandra. Zaczął się od niego opędzać i po prostu wypędzać z kościoła”. Taki to był z niego święty… Niezwykłą osobą była siostra Wata Seweryna Broniszówna, aktorka i wielbicielka Piłsudskiego. Jak pisze Autorka, miała ona przyjaciół wśród najbliższych mu ludzi, Wieniawa-Długoszowski, Stpiczyński, Beck, Miedziński i inni. “Przygotowania do wypadków majowych w 1926 roku odbywały się w jej mieszkaniu. +Byli moimi przyjaciółmi do objęcia władzy+. Potem odeszła od nich. +Nie lubię ludzi sprawujących władzę, a poza tym wiedziałam, że się nie nadają się do rządzenia Polską+”. W młodości była ona zaręczona z Andersem. Przebywając na Zachodzie, Watowie mieli problemy z przedłużaniem paszportów, w końcu wybrali wolność. “Zmuszono nas do tego, jak tylu innych Polaków, którzy gdyby mieli swobodę wyjazdów i powrotów do kraju, na pewno nie musieliby tej wolności wybierać, ponieważ byliby po prostu wolni. Zresztą zerwanie z komunizmem nie wiązało się z +wybraniem wolności+. Zerwanie z komunizmem nastąpiło wiele lat wcześniej”. Nie ma tego dobrego, co by na dobre nie wyszło: wszak dzięki temu z rozmów z Czesławem Miłoszem nagrywanych w Ameryce powstał “Mój wiek”, jedna z najlepszych książek nt. komunizmu. Książce Watowej tylko niewiele ustępuje znakomity film Roberta Glińskiego z niezapomnianym Krzysztofem Globiszem w roli Wata. Wstyd powiedzieć, odtwórczyni roli jego żony zupełnie już nie kojarzę, bo i aktorka chyba jej nie udźwignęła…
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Tyrmandowie. Romans amerykański Agata Tuszyńska
Tyrmandowie. Romans amerykański
Agata Tuszyńska
„Tyrmandowie. Romans amerykański” to interesująca opowieść o związku i małżeństwie Leopolda Tyrmanda i jego trzeciej żony, Mary. Oprócz wspomnień książka zawiera wiele listów i unikatowych zdjęć. Poznali się w roku 1970. Ona miała zaledwie 23 lata, on – 50. Ona jeszcze robiła doktorat z iberystyki i szukała życiowych wzorców. On, mimo że przebywał w Stanach Zjednoczonych dopiero od czterech lat, miał już tam ugruntowaną pozycję jako dziennikarz i pisarz antykomunistyczny. Zaczęło się od listu, który Mary Fox napisała na adres redakcji. Tak naprawdę wszystko zaczęło się między nimi właśnie od korespondencji, która trwała nieprzerwanie do śmierci Leopolda, bo pisali do siebie podczas każdej rozłąki, jeśli nie listy, to chociaż kartki pocztowe. Po latach wdowa udostępniła te cenne pamiątki Agacie Tuszyńskiej, a także w rozmowach opowiedziała o swoim życiu ze znanym pisarzem. Całość układa się tu w miłosną historię, która początkowo mogła zapowiadać się jako romans, przelotny związek, z których Tyrmand był znany. Okazało się, że spędzili ze sobą 15 lat. Pobrali się, mieli dwoje dzieci i – jak podkreśla Mary – nigdy nie nudzili się w swoim towarzystwie, bo zawsze dużo rozmawiali. Na każdy temat, Dowodem tych rozmów są właśnie listy (to też rodzaj komunikacji). Oboje piszą w nich właściwie o wszystkim, od codziennych drobiazgów i zakupów po wrażenia z przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Dużo dowiadujemy się też z książki o żydowskich przodkach obojga małżonków. Bardzo ciekawa jest historia rodziny Foxów, zwłaszcza matki Mary, która prowadziła ekscentryczny tryb życia. Całość napisana i skomponowana jest bardzo ciekawie. Trudno oderwać się od lektury nawet jeśli zna się biografię Tyrmanda. I emocjami czyta się listy. Dziś już mało kto prowadzi taką korespondencję. A szkoda.
allison - awatar allison
ocenił na 7 1 rok temu
Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta Anna Arno
Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta
Anna Arno
Lubię w ogóle poezję i znam lepiej jakichś szczególnych poetów? Tego bym nie powiedział, choć “poezyje”mają w mojej domowej biblioteczce swoją (całą) półkę. Gdyby jednak na bezludną wyspę pakować kuferek, to z polskich poetów Gałczyński byłby pierwszy (a jeszcze Leśmian i późno odkryty Herbert). Kochałem poezje Gałczyńskiego, nim rusycystka odkryła w jego wierszach potencjał do stworzenia szkolnego spektaklu, w którym miałem przyjemność brać udział w czasach licealnych, a które to przedstawienie miało potem tournee po szkołach pewnego niewielkiego miasteczka. Po niewczasie zrozumiałem też szczęście (którego wówczas sami nie dostrzegali ani rozumieli) dalekich kuzynów, których szkoła - w jeszcze bardziej niż moja zapadłej dziurze - nosiła imię szalonego poety, a szkołę tę w ich czasach wizytowała starzejąca się pani Kira… Gałczyński: późnoromatyczny poeta, pijak i blagier, poliglota i erudyta bez formalnego wykształcenia (na studiach nie zaliczył ani jednego z przedmiotów). Urzędnik udający urzędowanie, gdziekolwiek na urzędzie się znajdował, a w rzeczywistości kalamburujący po urzędowych rubrykach. Autor piosenek, tekstów kabaretowych, ozdoba rubryk “Przekroju” w czasach tegoż spektakularnej świetności. W życiu zaś: bigamista, który mając już (równocześnie! dwie żony, trzeciej, czwartej i piątej pani (też jednocześnie!) proponujący małżeństwo. A jednocześnie liryk jakich mało. Moją ulubioną zabawą literacką “dla młodych panien” byłoby zestawienie słynnego wiersza Słowackiego “Testament mój” z przewspaniałym “Nocnym testamentem” Gałczyńskiego właśnie. Aż mam dreszcze jak to porównawczo czytam (po wielokroć). Szalona miłość do nieziemsko pięknej i “kaukaskiej” z urody Natalii (później zaś jeszcze i do wielu innych pań), małżeństwo, wzloty i upadki. Alkoholowe ciągi i zamroczenia - kilka razy do roku. Poalkoholowe agresje. Dziś mądrzy uczeni w opisach tych - naprzemiennych zgryw i depresji ze zjazdami w depresyjne uzależnienie - bez wątpienia wyczytali by jakiś rodzaj dwubiegunowej afektywności, choć słowo “cyklofrenia” pojawia się już i we współczesnych Poecie relacjach. Całą młodość zmaga się Gałczyński z (jakże słusznym) poczuciem wielkości skojarzonym z upokarzającym ubóstwem. Krótkie epizody pracy “na etacie” przekonują go, że się do służby publicznej czy dyplomacji nie nadaje (podobnie jak wcześniej okazało się, że też i nie do kariery wojskowej), a żyć z pisarstwa udaje mu się tylko dzięki nieustannemu wspieraniu przez zaprzyjaźnionych literatów, wydawców i ludzi sztuki, którzy to organizowali mu druk wierszy czy tekstów albo inne “fuchy”. Swą spokojną przedwojenną przystań zdaje się odnaleźć dopiero w wileńskim “Prosto z mostu”, a która to współpraca - z racji nacjonalistycznych i antysemickich poglądów założyciela, Stanisława Piaseckiego - traktowana była i wówczas, i w późniejszym okresie jako pewna “polityczna naiwność bądź interesowny cynizm” pół-głodującego Poety. Z tej to zresztą współpracy rozliczą go - w okresie powojennym - i inni literaci na zjeździe Towarzystwa, gdzie będą mu wytykać wciąż pojawiające się w jego wierszach scenografie burżuazyjnego, minionego, świata, a nie dość pewne ukształtowanie ideologiczne do nowej rzeczywistości. Zamówionego przez Eilego jubileuszowego panegiryku Bierutowi nie napisał (a miejsce w “Przekroju” czekało), ale już Stalina i pobyt w Moskwie sławił, a i mocno pobódł Miłosza po jego wyjeździe na Zachód (przejmujący “Poemat dla zdrajcy”), choć wszak nie on jeden. Miotał się więc i musiał tłumaczyć z rozpiętości od przedwojennego antysemityzmu do stalinizmu doby powojennej. On chciał być pewnie tylko lirycznym piewcą codzienności, małych szczęść, Księżyca, a tu zawsze trzeba było być z kimś pod rękę, z kimś w jakimś układzie, ciągle w swe liryki wplatać jakieś ideologie. Konotacje kulturowe Gałczyńskiego przerozległe: Jerzy Waldorf targał go pijanego i był świadkiem jego poalkoholowych szaleństw w redakcji “Przekroju”, Jastrun (senior) poświęcił mu zjadliwą satyrę (“Pijaństwo”), sam redaktor Eile miał coś na jego temat do powiedzenia (i uwielbiał jego powojenne absurdalne drobiazgi, udostępniając mu na stałe dwa okna w Rozmaitościach “Przekroju”), umizgiwał się (w czasach wileńskich) sam młodszy poeta - Miłosz, a bohater filmu “Pornografia” (genialnego - moje “guilty pleasure”!) w chwili uniesienia recytuje strofy z “Inge Bartsch”. Sama zaś Inga dowiaduje się w latach 70-tych, że pewien polski poeta po przedwojennym berlińskim spotkaniu zadedykował jej wiersz… Na pewno mocno mi ta pozycja porządkuje historię życia Poety. Na pewno wiąże liczne utwory z konkretnymi miejscami, czasami i wydarzeniami, a nawet postaciami z tymże życiem. Na pewno burzy mit przepięknej poezji miłosnej do żony, a właśnie rozdziela te liryki między “żony” dość rozliczne… To wielce udatne porządkowanie… No i niezła praca wykonana w poszukiwaniu materiałów dokumentujących życie Poety, głosy licznych osób komentujących jego twórczość i wydarzenia wokół jego postaci się toczące (choćby krytyki ideologiczne). Dobra więc ta biografia. Wyczerpująca. Wnikająca w życiorys i z niego wysnuwająca przyszłe poezje poety. Ale… tak barwna postać jak Konstanty Ildefons zasługiwała na równie błyskotliwe jej opowiedzenie i tego tu jakoś nieco zabrakło. Może to zresztą wina lektorki, w której interpretacji słuchałem audiobooka (później jednak do lektorki się przyzwyczajam i zaczyna mi ona akurat bardzo pasować)? A może ja po prostu fanem biografii nie jestem, czy listów różnych ujawnianych za zgodą czy zgoła wbrew woli listopisarzy? Choć nie powiem, że wizja połączenia świata poetyckiego i jego korzeni w świecie realnym nie wydaje mi się czasem atrakcyjna… Mam tu jakiś problem, jakiś mętlik w sądzeniu. Marudzę trochę i narzekam, a ostatecznie oceniam na “7”. Taka jest wartość obiektywna, choć subiektywnie to jednak nisko, bo biografii ukochanego poety chciałbym móc dać jednak “dychę”... W trakcie lektury książki czytam “Kolczyki Izoldy”, a po jej zakończeniu mam do uzupełniania jego “Niobe” i wracam też do myśli o “Zniewolonym umyśle” Miłosza…
MarWinc - awatar MarWinc
ocenił na 7 7 miesięcy temu
Korczak. Próba biografii Joanna Olczak-Ronikier
Korczak. Próba biografii
Joanna Olczak-Ronikier
Och. Cóż za tytaniczna praca. Ta biografia (czy jak skromnie podaje autorka: próba biografii) to pokaz wiedzy, możliwości, prezentacja czasów, ludzi, wspomnienie bliskich, a także opowieść o pojedynczym człowieku. Z pewnością jest to też próba zmierzenia się z własną matką, która pisała o Korczaku zaraz po wojnie. Tak naprawdę wszystko to co Henryk Goldszmit zrobił w swoim życiu zostało przysłonięte jego ostatnim niewyobrażalnie heroicznym czynem. Tragiczny marsz wychowanków domu dziecka na Umschlagplatz jest poruszającym i niezwykle znamiennym obrazem tamtych czasów. Siłą Olczak - Ronikierowej jest fakt, iż tłumaczy jego zachowanie, jego ostateczny wybór bez patosu i niepotrzebnej górnolotności. Odbrązawia Korczaka, ale też nadaje mu znamiona normalności, przywraca mu ludzkie oblicze, które z trudem wychyla się zza spiżowego pomnika ogólnej pamięci. Pokazuje, że za jego sukcesem, za jego nowatorskim podejściem do dzieci stało wielu innych, jak choćby Stefania Wilczyńska, bez której Dom Sierot byłby niekompletny. Autorka zwraca też uwagę na wszystkie aktywności wychowanków, którzy wcielając w życie kolejne pomysły Doktora, tak naprawdę sami je tworzyli, byli ich głównymi bohaterami, beneficjentami, sensem. Bardzo podoba mi się to, że autorka tak szeroko nakreśla tło społeczne i obyczajowe, adekwatne do każdego poszczególnego rozdziału, etapu życia Korczaka. Przybliża więc czasy zaborów, proces asymilacji rodziny Goldszmitów, młodość i pierwsze kroki zawodowe Korczaka na tle ówczesnego warszawskiego świata medycznego. Z całą potęgą rozprawia Ronikier o bezsensie wojny rosyjsko - japońskiej, której uczestnikiem był nasz bohater. Każdy kolejny krok milowy w jego biografii opatrzony jest rozbudowanym i wnikliwym opisem tamtej rzeczywistości, co niezwykle wzbogaca opowieść, ale też za każdym razem wiele wyjaśnia. To ludzkie, zwyczajne, analityczne podejście do legendy wymagało odwagi, ale przede wszystkim pewności, że to co chce się pokazać jest prawdziwe, rzetelne i wiążące. Pewien niedosyt pozostawi luka jaka obejmuje życie prywatne Korczaka. Ponadto niektórych może dręczyć rozbudowane tło obyczajowe, inni przyczepią się do wielokrotnych wtrąceń dotyczących rodziny Mortkowiczów (tak, czasem słowa autorki brzmią chełpliwie), ktoś może zarzucić, że Korczak nie jest bohaterem pierwszoplanowym opowieści. Wszystko to prawda, jednak całość przedstawia niezbywalną wartość i udaną próbę pokazania człowieka i jego czasów. Potrzeba jednak czasu i cierpliwości, by zmierzyć się z próbą biografii Korczaka autorstwa Joanne Olczak - Ronikier. buchbuchbicher.blogspot.com
BuchBuch - awatar BuchBuch
ocenił na 9 7 lat temu

Cytaty z książki Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945

Więcej
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945 Zobacz więcej
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945 Zobacz więcej
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Wojnę szatan spłodził. Zapiski 1939-1945 Zobacz więcej
Więcej