Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni

Okładka książki Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni
Filip Springer Wydawnictwo: Czarne reportaż
248 str. 4 godz. 8 min.
Kategoria:
reportaż
Format:
papier
Data wydania:
2013-09-25
Data 1. wyd. pol.:
2013-09-25
Liczba stron:
248
Czas czytania
4 godz. 8 min.
Język:
polski
ISBN:
9788375365566

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oficjalne recenzje książki Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni i

Chcieliśmy dać wartość miastu*



756 104 32

Oceny książki Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni

Średnia ocen
7,9 / 10
2148 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
976
306

Na półkach: ,

Springer podróżuje po Polsce, opisując budynki, osiedla, uzdrowiska i inwestycje, które miały być symbolem nowoczesności, a często stały się przykładem chaosu i braku odpowiedzialności. Pokazuje decyzje urbanistyczne PRL-u i III RP — od ambitnych wizji po ich późniejsze deformacje. Rozmawia z architektami, urzędnikami i mieszkańcami, odsłaniając kulisy projektów, które wpłynęły na codzienne życie ludzi. Przestrzeń staje się tu bohaterem, a jej wygląd — zapisem historii społecznej i mentalności. To książka o tym, jak bardzo sposób budowania mówi o nas samych.

Springer podróżuje po Polsce, opisując budynki, osiedla, uzdrowiska i inwestycje, które miały być symbolem nowoczesności, a często stały się przykładem chaosu i braku odpowiedzialności. Pokazuje decyzje urbanistyczne PRL-u i III RP — od ambitnych wizji po ich późniejsze deformacje. Rozmawia z architektami, urzędnikami i mieszkańcami, odsłaniając kulisy projektów, które...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

5979 użytkowników ma tytuł Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni na półkach głównych
  • 3 183
  • 2 706
  • 90
988 użytkowników ma tytuł Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni na półkach dodatkowych
  • 611
  • 114
  • 78
  • 57
  • 51
  • 50
  • 27

Tagi i tematy do książki Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni

Inne książki autora

Okładka książki Miasto wobec wyzwań Ewa Bińczyk, Ida Bocian, Marzena Cypryańska, Mariusz E. Sokołowicz, Agnieszka Hubeny-Żukowska, Michał Jaśkiewicz, Aleksandra E. Kardaś, Tomasz Kijewski, Wojciech Kłosowski, Leszek Kopeć, Karolina Kuszlewicz, Marcin Popkiewicz, Wojciech Sańko, Piotr Skubała, Filip Springer, Michał Stangel, Jacek Tomaszewski, Natalia Wielebska, Kuba Wygnański, Aleksandra Zemke
Ocena 8,0
Miasto wobec wyzwań Ewa Bińczyk, Ida Bocian, Marzena Cypryańska, Mariusz E. Sokołowicz, Agnieszka Hubeny-Żukowska, Michał Jaśkiewicz, Aleksandra E. Kardaś, Tomasz Kijewski, Wojciech Kłosowski, Leszek Kopeć, Karolina Kuszlewicz, Marcin Popkiewicz, Wojciech Sańko, Piotr Skubała, Filip Springer, Michał Stangel, Jacek Tomaszewski, Natalia Wielebska, Kuba Wygnański, Aleksandra Zemke
Filip Springer
Filip Springer
Polski reporter i fotograf współpracujący z największymi polskimi tytułami prasowymi. Regularnie publikuje w tygodniku „Polityka”. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz programu Młoda Polska Narodowego Centrum Kultury. Swoje prace prezentował na wystawach w Poznaniu, Warszawie, Łodzi, Gdyni, Lublinie i Jeleniej Górze. Jego reporterski debiut – książka „Miedzianka. Historia znikania” – znalazł się w finale Nagrody im. R. Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2011 i był nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia 2012. Jest także finalistą Nagrody Literackiej Nike 2012. Książka „13 pięter” została nominowana w Plebiscycie Książka Roku 2015 lubimyczytać.pl w kategorii literatura faktu.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Hawaikum. W poszukiwaniu istoty piękna Józef Tischner
Hawaikum. W poszukiwaniu istoty piękna
Józef Tischner Dariusz Czaja Ziemowit Szczerek Jan Sowa Filip Springer Hubert Francuz Marta Urbańska Monika Kozień Marta Miskowiec Marcin Smerda Jan Sowa
Made in Polonicum Czytając takie pozycje jak „hawaikum - w poszukiwaniu istoty piękna” nie sposób przeoczyć walorów estetycznych, zważywszy na jej znakomite wydanie. Począwszy od fotomontażu na okładce, przez gigantyczną ilość wysokojakościowych fotografii, które zajmują niemal połowę publikacji, aż po przejrzyście i sensownie zaprojektowane wnętrze — należy przyznać, że Wydawnictwo Czarne utrzymuje wysoki poziom swoich opracowań. Pod redakcją m.in. prof. Agaty Pankiewicz (wykładającej na Wydziale Grafiki ASP w Krakowie) zebrano jedenaście esejów jedenastu różnych autorów z pogranicza sztuki, filozofii, historii oraz dziennikarstwa wszechstronnie pochylających się nad rodzimą egzotyką z importu. Książka ta, przeznaczona do czytania i oglądania, stanowi niewielki album nasycony koszmarkami, które tak sprytnie wtopiły się w nasz polski krajobraz i świadomość, że wydają się już ich stałym elementem. Każda wypowiedź podejmuje skomentowanie prowincjonalnej groteski z innej strony i niekoniecznie bezlitośnie. Znaczna większość artykułów odnosi się do niej wyrozumiale, z dystansem. Jedynie w kpiarskim rozdziale „Krytyka wydziaranego rozumu” pióra Marcina Smerdy, który zgryźliwie znęca się nad subkulturą blokowisk, przyrównując dresy do tubylczych ludów i nazywając ich Innymi, wyczuwa się raniący sztylet sarkazmu. Lecz jak pisze we wstępie Filip Springer: „okropna to lektura, ale niezbędna, by zrozumieć manowce, na jakie prowadzi nas takie koślawe skupienie się na Innym zamiast na sobie” (s.46). Filozoficzne wprowadzenie pomnikowym tekstem Józefa Tischnera może być dla niektórych zaskoczeniem, w końcu miało być o łabędziach z opon, o hotelu “Piramida” w Bolesławcu, domach-kostkach czy PGR-ach pomalowanych na jaskrawe barwy. Tropikalny bzik okazuje się mieć korzenie w melancholii. Tischner nazywa ją “sarmacką”, podkreślając swojskość oraz cień pozornej odwagi, z jednoczesną świadomością nadchodzącej porażki. Owa nastrojowość dzieli się na prozaiczną nudę smętnej codzienności i nieustanną tęsknotę do barwnej Utopii, której poszukiwania w części zostają poddane zgodzie na zastane warunki. Kolejne rozdziały poszerzone o taką perspektywę, wydają się następnymi etapami studium nad fantazmatycznym podejściem do upiększania przestrzeni, z podkreśleniem tęsknoty do jakiegoś nieosiągalnego absolutu. Tak oto, pochylając się nad brutalną architekturą realnego socjalizmu, który opanował polskie wsie, zasiewając krajobraz betonowymi domami z płaskim dachem, nie można przeoczyć inwencji mieszkańców w wyborze obłędnych pigmentów. To „jaskrawe kolory malowane w skali domów” jak pisze Marta Urbańska, omawiając agresywne barwy fasad budynków mieszkalnych na przykładzie obrazu Witkacego “Marysia i Burek na Cejlonie”. Ten drobny manewr jest oswobodzeniem spod dogmatu wszechobecnej szarości i sprzeciwem wobec kontynuacji codziennego banału. Podobnie ma się sytuacja z ogrodami, w których irracjonalne zabiegi estetyczne powołują do życia bajkowe scenografie, jak wspomniane wyżej, moje ulubione łabędzie z opon, gipsowe postumenty papieża wśród krasnali i jelonków czy wreszcie nieszablonowe żywopłoty stylizowane na pudle albo drzewka bonsai. Zresztą, nie tylko na wsi można wypatrzeć tę potrzebę egzotyki, której uosobieniem jest instalacja Joanny Rajkowskiej na rondzie gen. Charles’a de Gaulle’a w Warszawie. Podróżując po Polsce podobne palmy można znaleźć w przydrożnych zajazdach, będących przykładem brawurowego eklektyzmu w wydaniu przeskalowanych muchomorów, dobudówek w formie wieży z blankami, samolotów z demobilu pod banerem “Miami Laguna” czy niektórych domach weselnych w postaci neodworów. Kuszące tropiki szepczą nie tylko przez plastikowe daktylowce czy parapetowe orchidee i kaktusy, to niezaspokojenie rozbrzmiewa, chociażby w egipskim wystroju baru z zapieskami. O historii magnetyzmu ciepłych krajów możemy przeczytać w dowcipnym rozdziale Ziemowita Szczerka, który przytacza enigmatyczną opowieść o próbach skolonizowania przez rodaków zamorskich obszarów. Rozmyśla również nad Polską, która teoretycznie posiada kolonie, szczególnie uwiodła mnie wizja fiata cinquecento, zaparkowanego w buszu albo szyldy z odzieżą na wagę w orientalnym słońcu. Tsunami fantazji w wolności twórczej, nawet jeśli ma być brakiem umiaru i naiwną wrażliwością, nadal będzie trwać w naszej przestrzeni. Bo sztuka powinna być inkluzywna, nawet ta podwórkowa, jak mówił Hasior: „Proszę w tym domu nawet nie wymawiać słowa kicz. Nigdy! (...) To wyraz arogancji, oceny z pozycji salonów, zadufania. Słowo, które obraża, dyskwalifikuje, A co dyskwalifikuje? Zjawiska cudowne, najbliższe ziemi, wyrastające z potrzeby piękna. (...) prywatne światy (...) głośno mówiące do przechodnia, któremu ofiarują tę swoją wizję piękna".
Kaś - awatar Kaś
ocenił na 8 3 lata temu
Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu Rem Koolhaas
Deliryczny Nowy Jork. Retroaktywny manifest dla Manhattanu
Rem Koolhaas
Recenzowana książka stanowi ciekawe zjawisko: jej autor, słynny architekt holenderski, napisał manifest post-factum dla niebosiężnych wizji nowojorskich budowniczych! Manifesty były popularne w sztuce końca XIX oraz początku XX wieku i objaśniały ludziom, co dopiero zostanie stworzone. A tu do praktyki dorobiono teorię po wielu latach. Lecz jakaż wspaniała jest ta teoria..! Zacznę od ważnej uwagi: nie jest to historia urbanistyki Nowego Jorku. Wiele rzeczy zostało nieuwzględnionych lub pominiętych. Zamiast tego książka skupia się na paru obszarach, głównie Manhattanie i Coney Island. Dotyczy czasów, gdy tworzono głównie wieżowce w stylu Art Deco, a nie szklane prostopadłościany, którym początek dał Mies van der Rohe. Nie poświęcono w niej miejsca słynnym, wielkoskalowym i bardzo kontrowersyjnym reformom Roberta Mosesa i polemizowaniu z nimi przez Jane Jacobs. Autor nie pisze w kierunku chronologicznym, lecz raczej rozprawia o kolejnych obszarach. Zaczyna od organizowanych na Coney Island wesołych miasteczkach, by potem skierować uwagę ku szeregowi wieżowców, poświęcając każdej budowli osobne akapity zapełnione garścią głębokich uwag i rzucając światło na trudno dostrzegalne czynniki. Na sam koniec opisano wizyty Salvadora Dalego i Le Corbusiera w Nowym Jorku oraz to, co z nich (nie) wyszło. Zarazem twórca dostrzega w owych wesołych miasteczkach zaczątki bujnego kapitalistycznego systemu dostarczania rozrywki, który nie spocznie i będzie się rozwijał wszerz i wzdłuż – hen wysoko, aż ku niebu! Oprócz nakreślenia historii obiektów czasem już nieistniejących Koolhaas wspomina niezrealizowane wizje. Możemy ujrzeć projekt wieżowca autorstwa Gaudiego (który wygląda, że nigdy nie był tworzony z myślą o realizacji – była to raczej wizualizacja, która deweloper chciał zaprezentować w celach autopromocji) oraz o zatrważającym projekcie „specyficznej Wenecji” Corbetta. W owej „Wenecji” miejsce wód zajęłyby drogi wypełnione samochodami i parkingi. Dla pieszych przewidziano specjalne platformy na pierwszych piętrach wieżowców. Celem architekta było odciążenie ruchu. Trzeba przyznać, że w swej wizji poszedł dużo dalej niż Moses… Miasta to nie tylko budowle; są one tworzone przez ludzi dla ludzi. Nie umknęło to autorowi. „Deliryczny Nowy Jork” to nie tylko książka techniczna, dużo uwagi poświęcono w niej kwestiom społecznym (choć ludzie są tu głównie rozpatrywani jako klienci). Wydaje mi się, że podejście Koolhaasa stanowiło inspirację dla Grzegorza Piątka. Książkę kończy opis wizyt Dalego i Le Corbusiera w Nowym Jorku. Ta część może zdać się nieco mniej zrozumiała wielu czytelnikom, ale wydaje mi, że autor chciał powiedzieć, iż Nowy Jork był na tyle dziwnym i sztucznym miastem, że prowokacje Dalego nie robiły na nikim wrażenia. Zaś Le Corbusier, gwiazda i samozwańczy mesjasz architektury snuł wizje „naprawy” miasta. Z jego pomysłów zrodził się gmach ONZ. Zbiegło się to z końcem projektowania wieżowców w dawnym stylu. Koolhaas wspaniale operuje piórem – jego dzieło doskonale się czyta, choć wymaga skupienia. Trzeba mocno zaprząc do pomocy wyobraźnię, by ujrzeć oczyma umysłu opisywane obszary. Z tego powodu lektura ta nie będzie każdemu odpowiadać, podobnie jak fakt, że traktuje ona tylko o części dziejów nie tak dużego fragmentu miasta. Jednak gorąco ją polecam miłośnikom architektury i urbanistyki oraz Nowego Jorku!
Zbyszek - awatar Zbyszek
ocenił na 7 1 rok temu
Antologia polskiego reportażu XX wieku. Tom 1 Mariusz Szczygieł
Antologia polskiego reportażu XX wieku. Tom 1
Mariusz Szczygieł
Pierwszy tom "Antologii" pod redakcją Mariusza Szczygła to pozycja, obok której żaden miłośnik literatury faktu nie może przejść obojętnie. To nie tylko książka, to niemal instytucja i hołd dla polskiej szkoły reportażu. Już na wstępie trzeba oddać pokłon autorowi za ogrom wykonanej pracy - selekcja tekstów z tysięcy archiwalnych numerów gazet i zapomnianych książek to wysiłek, który zasługuje na najwyższe uznanie. Sam pomysł na antologię jest strzałem w dziesiątkę! Szczygieł prowadzi nas przez Polskę, której już nie ma: pod zaborami, zachłyśniętą niepodległością, okupowaną podczas wojen, stawiającą czoła wielkiemu kryzysowi, próbującą odbudować się po zniszczeniach. Jak to bywa w przypadku tak obszernych antologii (prawie 900 stron), poziom tekstów jest nierówny. Obok reportaży, które czyta się z wypiekami na twarzy i które mimo upływu lat nie straciły nic ze swojej aktualności, pojawiają się fragmenty, które potrafią czytelnika wymęczyć. "Antologia polskiego reportażu" to lektura obowiązkowa, ale wymagająca cierpliwości. To książka, po którą sięga się etapami, a ja postanowiłam połknąć ją "na raz" i może to był błąd? Spodziewałam się pewnej 10/10, a ostatecznie moja ocena to 8/10. Na pewno sięgnę po kolejne dwa tomy, które czekają już na półce, ale pozwolę sobie na wolniejszą lekturę :) ig: bookstagram.uli
Ula - awatar Ula
oceniła na 8 1 miesiąc temu
Jak przestałem kochać design Marcin Wicha
Jak przestałem kochać design
Marcin Wicha
Poszłam za ciosem. Od razu po skończeniu "Prostych rzeczy" zaczęłam czytać tę książkę, bo nie mogłam się nasycić pisarstwem Wichy. Teraz zachodzę w głowę z wielu "dlaczego?" i "jak to?". Książkę kupiłam kilka miesięcy temu i nawet ją zaczęłam, ale z jakiej przyczyny przerwałam, nie wiem. Może dlatego, że ....JEST.... [Rozkminiam] - źle napisana, bo bez dbałości o kropki, przecinki i całą interpunkcję, do której przywiązuję (za) dużą uwagę? - zbudowana z treści zrozumiałych tylko dla branży od architektury, dizajnu i innych takich i niczego nie da się w związku z tym zrozumieć, gdy się jest nieobeznanym w temacie laikiem? - nie ma w niej smakowitych nawiązań do literatury, ale tyle, żeby treści nie stały się nudziarskim zbiorem cytatów sklejonych tytułem lub głęboko ukrytą myślą autora? - nie ma w niej wspomnień z przeszłości, które pielęgnuję w sobie jako pamiątkę po czasach dawno minionych? - srogo poważna, nadęta albo z rozdmuchanym patosem, którym ziewam do bólu szczęķ? - nie wywołuje napadu śmiechu lub chichotów w zabawnych momentach, a potem wzruszenia, bo każdy by się rozpłakał czytając ten fragment tekstu? - bez polotu, bez myśli przewodniej, bez ładu i składu i zwyczajnie bez sensu? - jest daleka od tego, co lubię czytać, czyli dobrego pisarstwa? - nadaje się do skupu makulatury lub innego składowisko epapieru z ebooków? - pominięta przez innych literatów, którzy z powodu branżowej zazdrości krytykowali ten zbiór od tytułu do ostatniej puenty? - festiwalem ziewania z nudów, bo dobra książka bez trupa znalezionego nad rzeką , to "jedna wielka porażka". - kandydatką do konkursu na nudę, bo nawet trupów szafie nikt nie znajdzie, a zatem szkoda czasu i atłasu. - jak podręcznik z suchymi faktami bez jajcarstwa, przekory, poczucia humoru, przymrużenia oka, błyskotliwych podsumowań, czyli:"zieeew". Odpowiedź i zakończenie będzie krótkie: NIE JEST. Dalej nie rozumiem, dlaczego nie skończyłam tej książki zaraz po kupieniu. Reszta mojego przekazu w domyśle :)
xymenka - awatar xymenka
oceniła na 9 21 dni temu
Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu Leszek K. Talko
Made in Poland. Antologia reporterów Dużego Formatu
Leszek K. Talko Tomasz Kwaśniewski Wojciech Tochman Monika Piątkowska Piotr Lipiński Wojciech Jagielski Katarzyna Surmiak-Domańska Magdalena Grochowska Beata Pawlak Włodzimierz Kalicki Mariusz Szczygieł Jacek Hugo-Bader Włodzimierz Nowak Piotr Głuchowski Wojciech Staszewski Irena Morawska Witold Szabłowski Lidia Ostałowska Anna Fostakowska Magdalena Grzebałkowska Michał Matys Marcin Kącki Grzegorz Sroczyński
Sięgając po jakąkolwiek antologię, najczęściej kieruję się jednym kryterium – nazwiskami autorów. Rzadko kuszę się na tę formę publikacji, gdy nie znam ich twórców. Może robię błąd, ale w bieżącej powodzi książek, które chcę przeczytać i tych, które zechcę przeczytać, muszę stosować jakąś selekcję wyboru literatury. A i tak odejdę z tego świata, żałując jednego – tysięcy nieprzeczytanych pozycji. W przypadku tej antologii magicznymi magnesami dla mnie okazały się nazwiska moich ulubionych reportażystów, które wyłapałam, przebiegając niecierpliwym wzrokiem wzdłuż ich wykazu umieszczonego na tylnej okładce. Drugi z kolei – Piotr Głuchowski i na samym dole dwa tuzy – Mariusz Szczygieł i Wojciech Tochman. Trafieni – zatopieni i myśl jedna – muszę przeczytać! Chociaż wystarczyłoby już jedno nazwisko z tych trzech, by takie postanowienie padło. Jednak w przypadku tej pozycji, to nie jedyne kryterium, jakie zastosowałam. Drugim były nazwiska dziennikarzy, których dorobek literacki chciałam poznać z powodu wyprzedzających ich dobrych recenzji, książek im poświęconych (mam na myśli "Córeńkę" Wojciecha Tochmana o Beacie Pawlak) lub zachwytów innych blogerów książkowych, a z twórczością, których stale było mi nie po drodze – Jacka Hugo-Badera, Wojciecha Jagielskiego czy Beaty Pawlak. Pozostali nie byli mi znani, nie dlatego, że tacy nie są w ogóle, ale dlatego, że po reportaże sięgam wtedy, gdy autor wyda je w formie książki. Nie było więc okazji, jeśli publikowali tylko na łamach prasy. A tutaj pojawiła się przede mną okazja, by poznać szerzej elitę polskiego dziennikarstwa. Wszak w Dużym Formacie publikują najlepsi. W tej książce – najlepsi z najlepszych. O wysokim poziomie zbioru zadecydował również fakt, że współautorami wyboru byli sami autorzy tekstów. A jeśli wybiera się jeden, reprezentatywny tekst z własnej twórczości, kierując się chęcią pokazania i podzielenia się tym, co najbardziej w otaczającej ich rzeczywistości zabolało, zadziwiło, zezłościło, rozbawiło, przestraszyło czy zaciekawiło lub poczuciem emocjonalnej więzi z tekstem powstałym na bazie autopsji (a takie są najlepsze), to uzasadnionym jest ciekawy wstęp szefa magazynu Duży Format, w którym wybrane reportaże miały swoją premierę w latach 1994-2013 oraz hasło umieszczone w dymku na okładce tytułowej. Po lekturze śmiem twierdzić, że w zderzeniu z ładunkiem emocjonalnym zawartym w treści tekstów – zbyt słabym, zbyt małym, zbyt cichym. Tam powinno być wzmocnienie przekazu określeniem „dużo” i trzema wykrzyknikami! Skromni ci autorzy. Niewspółmiernie do przebogatego świata, jaki mi ukazali poprzez swój pryzmat rozumowania, postrzegania i odczuwania. Polskiego, jak mi się wydawało na początku. Jednak jeśli dobrze się wczytać w sens tytułu, to można rozszerzyć zakres jego pojęcia dużo dalej niż polska rzeczywistość. Bo był też i świat poza jej granicami, a także świat cudzoziemców w ramach jej granic. Kombinacja polskości i niepolskości miejsca, czasu, bohaterów (niekoniecznie z krwi i kości), którą do wspólnego mianownika w tej różnorodności sprowadzało jedno – polski autor. Well done! – dodam od siebie, nawiązując do tytułowej angielszczyzny. Stąd tytuł, którego brzmienie i sugestie treści odebrałam bardzo wąsko (ech, ten mój polakocentryzm), przed przeczytaniem całości. Dzielenie się wrażeniami z każdego odrębnego tekstu, zajęłoby mi kilkadziesiąt stron, bo jak ująć w jednym, podsumowującym zdaniu (a reportaży jest 25!) tragedię morderstw honorowych w Kurdystanie, wspomnienia absurdów PRL-u (nie zawsze śmiesznych!), beznadziejność rzeczywistości Polaków wyrzuconych poza margines społeczeństwa czy skomplikowaną osobowość Agnieszki Osieckiej? Przecież każdy z tych tekstów to zaledwie przyczynek do szerszej dyskusji, zasygnalizowanie niebezpiecznego zjawiska społecznego (terroryzm dziecięcy, bezrobocie osób wykształconych, depresyjna bieda, przekręty SMS-owe, wysoka chemizacja najtańszej żywności) czy próba zrozumienia zjawisk ciągle tabu (transwestytyzm, opętanie, nagość). W tym ujęciu wszystkie jednakowo pochłaniały całą moją uwagę. Jednak jest coś, co te teksty między sobą odróżnia, a jednocześnie spełnia podstawowy warunek dobrego reportażu. I nie mam tutaj na myśli rodzaju tematu (bo i ciekawy pomysł można zaprzepaścić nieumiejętnym sposobem ujęcia), różnorodności bohaterów, charakterystycznego stylu autorów, ale wachlarz emocji i spektrum wrażeń wywołanych we mnie. A dobry reportaż ma rezonować w czytelniku długo, jeszcze długo po jego zakończeniu. I one w tym wyborze właśnie takie są! Pełne kipiących emocji, przelewających się na mnie odczuć, zalewających mnie wrażeń. Pisanych z pasją, a nawet wręcz z wściekłości. Śmiałam się, wzruszałam, bałam, dziwiłam, a nawet się popłakałam. I świadomie nie przytaczam tutaj nazwisk i konkretnych tytułów odpowiedzialnych za te moje różne stany świadomości i rozchwianie emocjonalne, bo musiałabym wymienić ich 25. Z kolei ograniczenie ich do kilku byłoby z mojej strony perfidnie krzywdzącą niesprawiedliwością wobec niewymienionych. Napiszę więc w ten sposób, wdając się w polemikę z nieżyjącym Ryszardem Kapuścińskim, ubolewającym w "To nie jest zawód dla cyników" nad zanikiem dobrego dziennikarstwa i reporterów z pasją. Panie Ryszardzie, jest dobrze! Jest dużo optymistyczniej, niż Pan myślał (nawiązując do hasła w dymku), bo może ilość mierności podyktowanej potrzebą gorącej wiadomości nas zalewa niczym potop, to po jego zmeliorowaniu pozostaje mniejszość, ale idąca w jakość najwyższej próby. Dowodem tego jest właśnie ta antologia. Na koniec dwie uwagi techniczne. Czytanie reportaży zaczynałam nietypowo, bo od końca. Zmusiły mnie do tego wizytówki dziennikarzy, nie rozumiem dlaczego, właśnie tam umieszczone. Równie ciekawe, co tekst główny, bo zawierające między innymi „pozakulisowe” informacje o autorze, jego twórczości czy konteksty z nich wynikające lub nawiązujące do tematyki reportażu. Mając charakter wprowadzający, były idealnym wstępem do rozpoczęcia czytania tekstu głównego. Byłoby mi dużo wygodniej, jeśli nie komfortowo, gdyby umieszczono je w okolicach tytułu. To samo dotyczy dat premier reportaży, które miały dla mnie ogromne znaczenie. W antologii umieszczono je we wspólnym wykazie na końcu książki, a który odkryłam dopiero po przeczytaniu całości. Niepotrzebnie zżymałam się przez cały czas lektury na ich brak. Wiem, wiem, wygląda to na lenistwo i gapiostwo z mojej strony. Jednak tylko wygląda. Po pierwsze, jako czytelnik mam prawo do wygody czytania (w końcu książki są dla czytelnika, a nie odwrotnie), a po drugie uważnie przejrzałam aparat informacyjny książki i, jak na złość, akurat strony z wykazem „skleiły się”. A na koniec zdradzę prawdziwą przyczynę sięgnięcia po tę antologię. Tuż po jej wzięciu do rąk pierwszym zdjęciem, które zobaczyłam i które otworzyło galerię kolejnych, równie ciekawych, byli panowie. Mają mężczyźni kobiety koło samochodów, mam i ja mężczyzn koło reportaży. Czytelnik też kobieta i popatrzeć lubi. A potem było dużo ciekawiej, niż myślałam! naostrzuksiazki.pl
Maria Akida - awatar Maria Akida
oceniła na 7 4 lata temu
Angole Ewa Winnicka
Angole
Ewa Winnicka
Ktoś kiedyś przy innej okazji powiedział, że „optymizm nie zastąpi nam Polski”. I kiedy przeczytałem książkę pod tytułem „Angole”, zdałem sobie sprawę, że ten cytat może pasować również do tych wszystkich Polaków, którzy po dołączeniu naszego kraju do Unii Europejskiej w 2004 roku wyjechali głównie na Wyspy Brytyjskie, szukać dla siebie i dla swoich rodzin lepszej przyszłości. Wyjeżdżali pełni dobrych myśli, wielu planów na przyszłość – myślę, że niemal każdego dotykał optymizm, że oto znajdą się w miejscu, które zapewni im przyszłość, jakiej oczekiwali, a która tu była wówczas niemożliwa – w Polsce, która podlegała jeszcze ciągłym procesom transformacyjnym. Ewa Winnicka w swoim reportażu opisuje jednak cienie tamtych wyjazdów, skupia się na historiach ludzi, którzy zmagają się z trudną, często brutalną rzeczywistością, niedostosowaniem do warunków panujących w Wielkiej Brytanii oraz poczuciem, że nie pasują do tego miejsca. Niestety, oczekiwanie szybkiej poprawy losu nie spełniło się dla wielu emigrantów, co doprowadziło do rozczarowań, poczucia osamotnienia, ciągłej walki o przetrwanie, co często kończyło się depresją i innymi uzależnieniami. Autorka bardzo trafnie portretuje społeczeństwo brytyjskie, zamknięte w dużej części na fale emigrantów z Europy Środkowej, pokazuje, że jest to społeczeństwo kastowe, gdzie prawie niemożliwym jest przenikanie między jego sferami na przestrzeni jednego pokolenia. Książkę traktuję jako pewnego rodzaju ostrzeżenie dla tych, którzy chcą marzyć o lepszej przyszłości gdzieś za granicą. I chociaż optymizm nie zastąpi nam wcale Polski, to warto mieszkając tutaj, każdego dnia starać się, aby nasz kraj stawał się lepszym domem dla nas i dla kolejnych pokoleń.
Arek - awatar Arek
ocenił na 7 3 miesiące temu
Detroit. Sekcja zwłok Ameryki Charlie LeDuff
Detroit. Sekcja zwłok Ameryki
Charlie LeDuff
Książka Charliego LeDuffa to literacki ekwiwalent spaceru po zgliszczach wielkiego marzenia. Autor, rodowity detroitczyk i laureat Pulitzera, wraca do rodzinnego miasta, by poddać je sekcji zwłok. Detroit, niegdyś perła amerykańskiego przemysłu i kolebka klasy średniej, w jego relacji jawi się jako postapokaliptyczna sceneria, w której natura powoli odbiera to, co człowiek zbudował z betonu i stali. Choć reportaż ten zdobył status kultowego, ocena 7/10 sugeruje, że jest to dzieło równie fascynujące, co problematyczne pod względem formy. Zanim przejdziemy do tego, co w tej książce wielkie, należy uczciwie wskazać jej słabsze strony. Głównym zarzutem wobec LeDuffa jest jego skrajnie subiektywny, wręcz narcystyczny styl narracji. Autor często stawia siebie w centrum wydarzeń, przez co reportaż momentami dryfuje w stronę autokreacji na „twardego faceta z prowincji”. Ta kowbojska manierą może drażnić czytelników szukających chłodnej, analitycznej perspektywy. Ponadto, książka bywa chaotyczna – wątki kryminalne przeplatają się z politycznymi aferami i rodzinnymi tragediami w sposób, który niekiedy zaciera szerszy kontekst ekonomiczny upadku Motor City. Momentami odnosi się wrażenie, że LeDuff bardziej goni za sensacją i brutalnym obrazem, niż próbuje rzetelnie wyjaśnić mechanizmy, które doprowadziły miasto do bankructwa. Mimo wspomnianych mankamentów, „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” posiada potężne atuty, które sprawiają, że trudno się od niej oderwać. To właśnie na nich warto się skupić, bo to one stanowią o sile tego reportażu. Bezlitosny autentyzm i „brudny” realizm: LeDuff nie patrzy na Detroit z okien klimatyzowanego biura. On wchodzi do spalonych domów, rozmawia z bezdomnymi, towarzyszy strażakom w beznadziejnej walce z plagą podpaleń i zagląda do kostnic, w których brakuje miejsc na zwłoki. Ta fizyczna bliskość z opisywanym dramatem nadaje książce niespotykaną wiarygodność. Mistrzowskie oddanie społecznej zgnilizny: Autor fenomenalnie portretuje korupcję i upadek elit politycznych. Opisując procesy urzędników, którzy okradali miasto w momencie jego największej agonii, LeDuff buduje uniwersalną opowieść o chciwości. Podkreśla przy tym tragizm zwykłych mieszkańców, którzy zostali zostawieni sami sobie w systemie, który przestał działać. Emocjonalny ładunek i czarny humor: Choć opisuje tragedię, LeDuff potrafi operować ironią i sarkazmem, co stanowi jedyny możliwy wentyl bezpieczeństwa w tak dusznej atmosferze. Jego opisy absurdów administracyjnych sprawiają, że czytelnik śmieje się przez łzy, lepiej rozumiejąc surrealizm życia w upadłej metropolii. Symbolizm i uniwersalność: To nie jest tylko książka o jednym mieście. Detroit w ujęciu LeDuffa to przestroga dla całego świata zachodniego. Autor podkreśla, że to, co stało się z przemysłem samochodowym i tkanką społeczną Michigan, może spotkać każde miejsce, które uwierzy w swoją nieśmiertelność. To potężne memento mori dla współczesnego kapitalizmu. „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” to lektura bolesna, ale konieczna. Siedem punktów odzwierciedla uznanie dla odwagi autora i jego zdolności do chwytania literackiego „brudu” rzeczywistości, przy jednoczesnym dystansie do jego niekiedy zbyt egocentrycznej formy. LeDuff napisał nekrolog miasta, który czyta się jak najlepszy kryminał noir. To hołd dla miejsca, które umarło, ale którego duch wciąż błąka się po opustoszałych halach fabrycznych, przypominając nam o cenie, jaką płacimy za postęp.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Siódemka Ziemowit Szczerek
Siódemka
Ziemowit Szczerek
Siódemka. Z pozycji Kielc najważniejsza droga regionu. Z tego samego względu od dawna zainteresowany byłem przeczytaniem książki, o której wiedziałem tylko tyle, że akcja jest osadzona przy tej szosie. Nie miałem wcześniej do czynienia z żadną książką Szczerka, więc nie wiedziałem czego się spodziewać, a jednak mimo to miałem nadzieję na więcej udziału siódemki w "Siódemce". Tymczasem jest to zaledwie trasa, którą pokonuje narrator, dużo więcej jest tu narracji w stylu "Polactwa" Ziemkiewicza oraz antypolskiego kosmopolityzmu. W moim szczerym i nieliterackim odczuciu treść wygląda tak, jakby autor miał dobry pomysł na książkę, ale dla animuszu zażył jakiegoś narkotyku, i przez to przygody robią się coraz bardziej głupawe. Ewentualnie rzeczywiście tak było, na zasadzie co mi się napisze jak się sztachnę. Trzecia alternatywa to celowe pisanie akcji żeby tak to właśnie wyglądało, bohater z kolejnymi dawkami pewnych środków przeżywa coraz bardziej piekielne historie. Pisząc jakąś analizę literacką, od biedy dałoby się wyciągnąć morał z tej książki, żeby nie ćpać. Mimo to polecam - jeśli ktoś ma dystans i lubi cięty humor bez ceregieli, nie polecam - jeśli ktoś ma głębsze uczucia religijne i wrażliwą wyobraźnię. Łaciny podwórkowej się nie czepiam, gdyż... samemu mi się w głowie wyrywają co jakiś czas, a książka jest pisana z pozycji głowy narratora, mówiącego w myślach do siebie.
Piotr Sobota - awatar Piotr Sobota
oceniła na 6 3 lata temu
Jądro dziwności. Nowa Rosja Peter Pomerantsev
Jądro dziwności. Nowa Rosja
Peter Pomerantsev
e book Rosji opisanej w tej książce już nie ma i myślę, że jest to coś co powinno się podkreślić. Nie ma już Rosji z 2010 roku, a ludzie opisani w książce też są już częścią innej rzeczywistości często dalekiej od kraju. Zastanawiałam się dłuższą chwilę co ja właściwie o tej książce myślę. Po pierwsze biorąc pod uwagę całość, to nie jest ona reportażem, a wspomnieniami, co nie musi być wadą, ale warto to wiedzieć, bo właściwie tylko 2 rozdziały w środku są reportażami. Jest dużo prywaty autora, opisów tego jak funkcjonuje (lub jak nie funkcjonuje)rynek medialny w Rosji, jest fenomenalny reportaż o Rusłanie Korszunowej, który jest wstępem do opowieści o działających na pograniczu sekty grupach couchingowych i dla którego to reportażu warto przeczytać tę książkę. Poza standrdową ekscytacją oligarchami jest temat dzikiej deweloperki, są sekty, szamani, guru będący odpowiedzią na biedę, beznadzieję i swoisty problem tożsamościowy jaki dotknął kraj po upadku ZSRR. Mamy Kaszpirowskiego, który ładuje wodę energią przez ekran telewizora, mamy rozwarstwienie społeczne, mamy proces Bierezowskiego z Abramowiczem, drogie restauracje... Nie sposób odmówić autorowi lekkiego pióra, nie sposób odmówić mu tego, że wszystko o czym pisze jest ciekawe, ale dużo tu sensacji, ekscytacji tym co miałkie i mało wejścia w temat głębiej. Świetnie się czyta, ale po pierwsze jest to opis świata, którego już nie ma, a po drugie opis zwyczajnie powierzchowny, łapiący, to co błyszczące.
NiegdyśNatalia - awatar NiegdyśNatalia
oceniła na 6 6 miesięcy temu

Cytaty z książki Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni

Więcej
Filip Springer Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni Zobacz więcej
Filip Springer Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni Zobacz więcej
Filip Springer Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni Zobacz więcej
Więcej