Trzy dni, trzy noce

Okładka książki Trzy dni, trzy noce
Marcin Oskar Czarnik Wydawnictwo: Wydawnictwo Filtry literatura piękna
144 str. 2 godz. 24 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2025-12-17
Data 1. wyd. pol.:
2025-12-17
Liczba stron:
144
Czas czytania
2 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
9788368180732
Średnia ocen

                6,9 6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Trzy dni, trzy noce w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Trzy dni, trzy noce

Średnia ocen
6,9 / 10
22 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
238
208

Na półkach:

Z całą pewnością to bardzo nowoczesna powieść. Sposób napisania powoduje jednak, że trudno się ją czyta, a nagromadzenie przekleństw czasem bawi, ale czasem irytuje. Czy to fenomen literacki — tego nie wiem. Czy warto przeczytać? Na pewno dla wyrobienia opinii tak.

Z całą pewnością to bardzo nowoczesna powieść. Sposób napisania powoduje jednak, że trudno się ją czyta, a nagromadzenie przekleństw czasem bawi, ale czasem irytuje. Czy to fenomen literacki — tego nie wiem. Czy warto przeczytać? Na pewno dla wyrobienia opinii tak.

Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

153 użytkowników ma tytuł Trzy dni, trzy noce na półkach głównych
  • 127
  • 26
10 użytkowników ma tytuł Trzy dni, trzy noce na półkach dodatkowych
  • 3
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Trzy dni, trzy noce

Inne książki autora

Marcin Oskar Czarnik
Marcin Oskar Czarnik
Prozaik, dziennikarz i promotor literatury. Ukończył edytorstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował w "Twórczości" (2020) opowiadaniem "Agresty". Publikował także w "Fabulariach", "Kontencie", "Frazie" i "Miesięczniku ZNAK". Jego debiutem książkowym jest "Misterium" (2023, Nisza). Dwukrotny finalista projektu Pierwszej książki prozą Biura Literackiego (2020 i 2021). Laureat Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO (2023). Mieszka w Krakowie.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Parasolki Dominika Buczak
Parasolki
Dominika Buczak
Czasem trafiamy na książkę, która nie pozwala o sobie zapomnieć, bo każda jej strona parzy aktualnością. Dominika Buczak w „Parasolkach” zabiera nas do lat 1908–1920 – epoki, w której polskie kobiety przestały czekać na zaproszenie do stołu i same zaczęły go budować. To czas wielkiej wojny, odzyskiwania kraju, ale przede wszystkim narodzin nowej kobiecej świadomości. To, co w tej powieści najcenniejsze, to tchnięcie życia w postacie, które znamy jedynie z czarno-białych fotografii. Autorka zdejmuje z piedestału takie postacie jak Maria Dulębianka czy Zofia Nałkowska, pokazując je w wirze walki o prawo do samostanowienia. Niesamowite wrażenie robi historia Wandy Gertz – dziewczyny, która skróciła włosy i pod męskim imieniem ruszyła na front, bo jej pragnienie wolności nie mieściło się w gorsecie epoki. Obok historycznych gigantek mamy losy fikcyjne, które są jak klamra spinająca tamte czasy z dzisiejszymi. Relacja Ireny i Stasi to dla mnie majstersztyk – pełna tarć, a jednak niezwykle lojalna więź między kobietami różnych pokoleń, które mimo różnic zawsze skoczą za sobą w ogień. Dominika Buczak pisze z ogromną odwagą. Czuć, że ta książka to jej osobisty manifest. Nie ucieka od tematów bolesnych – biedy, niesprawiedliwości czy trudnych decyzji o aborcji. To opowieść o buncie, który był koniecznością, a nie kaprysem. Autorka umiejętnie pokazuje, że dawne „parasolki” to te same symbole, które znów kilka lat temu widzieliśmy na naszych ulicach. Przyznam jednak, że moja czytelnicza natura czuła pewien niedosyt. Ta historia jest tak gęsta od faktów, że momentami forma powieściowa wydaje się dla niej zbyt ciasna. Szybkie zmiany perspektywy sprawiały, że czasem brakowało mi czasu, by w pełni zżyć się z bohaterkami i poczuć ich prywatne dążenia. Paradoksalnie, jako reportaż o pionierkach emancypacji, ta książka mogłaby być jeszcze mocniejsza. Mimo moich uwag co do konstrukcji, „Parasolki” to lektura obowiązkowa. Przypominają nam, że żadne prawo nie jest dane na zawsze, a nasza obecna wolność została wywalczona uporem, krzykiem i solidarnością. To książka o każdej z nas, która dziś chce z dumą powiedzieć: „Jestem!”. Jeśli szukacie lektury, która zostawi Was z głową pełną pytań o to, jak my dziś dbamy o to dziedzictwo – koniecznie po nią sięgnijcie. To hołd dla odwagi, której echa słyszymy do dziś.
Czytadła_Czekadełka - awatar Czytadła_Czekadełka
oceniła na 7 21 dni temu
Antropolodzy Ayşegül Savaş
Antropolodzy
Ayşegül Savaş
„Antropolodzy” autorstwa Ayşegül Savaş - najgłośniejsza powieść 2024 roku, podbija obecnie polski rynek czytelniczy. Książka wydana nakładem Wydawnictwa Filtry, w przekładzie Agnieszki Walulik przyciąga wzrok i zdumiewa swoją skondensowaną formą. Ale na czym polega jej fenomen? Asya i Manu to para migrantów, którzy przybyli do Europy Zachodniej, by zdobyć wykształcenie, a potem tu zostali i stopniowo wrastają w miejscową kulturę. Nie chcą wracać tam, skąd przybyli, dlatego wybierają miasto. Tylko, czy tak naprawdę można poczuć się jak u siebie w miejscu, w którym nie do końca jesteśmy sobą? „Antropolodzy” to proza, która działa ciszą. Nie znajdziemy tu dramatycznych zwrotów akcji ani spektakularnych wydarzeń - zamiast tego dostajemy uważną (jak na dokumentalistkę przystało) obserwację codzienności, drobnych gestów i napięć, które narastają gdzieś pod powierzchnią. To literatura, która wymaga skupienia, ale odwdzięcza się subtelną głębią. Asya i Manu funkcjonują trochę jak tytułowi antropolodzy: analizują otaczającą ich rzeczywistość, próbując ją zrozumieć i jednocześnie dopasować się do niej. Problem w tym, że im bardziej się starają, tym bardziej oddalają się od samych siebie. Ich poszukiwania własnego mieszkania, które w istocie poszukiwaniami nie są, to kwintesencja współczesnego podejścia młodych dorosłych do życia, do świata i do otaczających ich ludzi. Miasto, w którym żyją, nie ma konkretnej nazwy, co tylko potęguje uniwersalność tej historii. To może być Paryż, Berlin, Amsterdam - każde miejsce, które obiecuje nowy początek, ale nie daje pełnego zakorzenienia. Autorka świetnie pokazuje ten stan zawieszenia: między językami, kulturami i różnymi wersjami samych siebie. „Antropolodzy” to opowieść o poszukiwaniu tożsamości, o ciągłym negocjowaniu tego, kim jesteśmy i gdzie jest Nasze miejsce na ziemi. Subtelna proza, a jednak trafia w samo sedno. 👌
z_kultury_ - awatar z_kultury_
ocenił na 10 10 dni temu
Pierwsze wspomnienie Ana María Matute
Pierwsze wspomnienie
Ana María Matute
„Nie wiem, czy świat jest rzeczywiście okrutny, lecz jest co najmniej niezrozumiały”. Na pewno dla czternastoletniej narratorki tej wrażliwej prozy. Prozy z wygnania z beztroskiego życia. Matia, zostaje wyrwana z dotychczasowego życia i trafia na Majorkę, do chłodnego, surowego domu babki. To wygnanie ma wymiar zarówno dosłowny, jak i egzystencjalny, jest wyrzuceniem z dzieciństwa. Ana María Matute to jedna z tych pisarek, których twórczość silnie wyrasta z doświadczenia historii. Urodziła się w 1925 roku w Barcelonie i dorastała w czasie wojny domowej w Hiszpanii oraz późniejszego frankizmu. Te wydarzenia odcisnęły wyraźne piętno na jej pisaniu. Interesowało ją przede wszystkim dzieciństwo – ale nie jako czas beztroski, tylko moment, w którym człowiek po raz pierwszy styka się z lękiem, niesprawiedliwością i samotnością. Interesują ją przede wszystkim postaci słabe, niedojrzałe, wykluczone – dzieci, które zostają wrzucone w świat rządzony przez brutalne, niezrozumiałe reguły. „Pierwsze wspomnienie” jest idealnym odzwierciedleniem jej prozy. To powieść inicjacyjna, ale inicjacja nie prowadzi tu do żadnej stabilnej wiedzy ani pojednania ze światem. Wręcz przeciwnie, bo jest doświadczeniem dezorientacji. Wyspa, na którą trafia, nie jest azylem. To przestrzeń przesycona napięciem, „oleistym bezruchem” i „obłudnym spokojem”. Wojna pozostaje pozornie daleko, ale jej obecność jest nieustanna, podszeptana, niemal organiczna Matute konstruuje Majorkę jako mikrokosmos świata ogarniętego konfliktem. To miejsce, gdzie przemoc nie musi być widoczna, by była odczuwalna. To, co historyczne, przenika tu codzienność. W gazetach babki, w opowieściach, w półsłówkach, w obrazach, które docierają do dzieci i których nie potrafią jeszcze zrozumieć. Relacje między bohaterami, Matią, Borją i Manuelem, odtwarzają logikę tego świata. Borja, starszy i bardziej cyniczny, wprowadza Matię w obszar lęku i okrucieństwa. Ich wspólne dni są pozornie puste, wypełnione nudą i drobnymi rytuałami, ale to właśnie w tej pustce rodzi się niepokój. Tutaj padają zdania, w których Matute osiąga niezwykłą intensywność zmysłową. Ważne jest to, że wojna nie pojawia się tu jako wydarzenie, lecz jako atmosfera. „Okropieństwa wojny domowej […] czają się w podszeptach, atmosferze, przemycanych dowodach” – i właśnie to „czające się” jest kluczowe. Młodzi bohaterowie nie rozumieją do końca tego, co się dzieje, ale odczuwają skutki. Frustrację, lęk, smutek, samotność. Nie mają też języka, by o tym mówić. „Nie mieliśmy śmiałości przyznać się do smutku”. Narracja Matíi ma charakter retrospektywny, co nadaje jej szczególną głębię. To głos kogoś, kto próbuje po latach zrozumieć własne dzieciństwo, ale nie upraszcza go ani nie porządkuje, ale po mistrzowsku zachowuje jego niejasność. Matia jest zarazem dzieckiem i kimś, kto patrzy na siebie z dystansu. Dzięki temu powieść unika sentymentalizmu. Zamiast nostalgii mamy tu raczej analizę, próby nazwania świata z perspektywy krat własnego jestestwa. Język Matute jest jednym z największych atutów tej książki. To proza niezwykle sensualna, operująca obrazami światła, cienia, ciepła i chłodu. Krajobraz Majorki, tutaj skały, morze, słońce nie jest dekoracją, lecz nośnikiem emocji. Jednocześnie Matute potrafi budować frazy o niezwykłej delikatności i gęstości znaczeń. „Pierwsze wspomnienie” to dla nie książka o samotności nie tylko dziecięcej, ale egzystencjalnej. „Dlaczego mnie tak zostawili samą na świecie, opuszczoną i niemającą o niczym pojęcia?” – to pytanie wykracza poza sytuację bohaterki i staje się pytaniem o kondycję człowieka w świecie pozbawionym jasnych reguł. Matute nie daje odpowiedzi. Jej siła polega właśnie na tym, że pozostaje przy tym pytaniu, rozwija je, pogłębia. To także powieść o utracie złudzeń. Dzieciństwo nie jest tu przestrzenią niewinności, lecz raczej stanem nieświadomości, który musi zostać przekroczony. Proces dojrzewania oznacza konfrontację z przemocą, niesprawiedliwością, złożonością relacji międzyludzkich. Ale nie prowadzi do żadnego ocalenia, a raczej do świadomości, że świat pozostaje „co najmniej niezrozumiały”. Po tej książce zostaje coś w rodzaju cichego pęknięcia. W sposobie widzenia, w języku, którym opisujemy rzeczywistość. Matute nie epatuje okrucieństwem, nie buduje wielkich scen. Jej domeną są mikroobrazy przemocy drobne gesty, spojrzenia, przemilczenia. A to tego rodzaju proza zostaje we mnie najdłużej, pracuje emocjami, obrazami i kunsztem językiem, końcem niewinności.
Elwira - awatar Elwira
oceniła na 9 13 dni temu
Wymieranie Ireny Rey Jennifer Croft
Wymieranie Ireny Rey
Jennifer Croft
Jennifer Croft to autorka angielskiego przekładu Ksiąg Jakubowych, Olgi Tokarczuk. Napisała tę powieść, w której zagadka kryminalna łączy się z satyrą i opowieścią o procesie przekładu. Do domu pisarki Ireny Rey w Białowieży przyjeżdża ośmioro tłumaczy na plenum translatorskie, by wspólnie pracować nad przekładem jej nowej powieści. Sami nazywają się między sobą od języków, na które tłumaczą: Serbska, Szwedzki i tak dalej. Nagle znika pisarka i jej mąż Bogdan. To punkt wyjścia, który uruchamia lawinę. Trudno pisać o tej książce bez wymienienia nieobecnego. W Polsce postać Ireny Rey będzie nieuchronnie przywodziła na myśl Olgę Tokarczuk — genialną, uwielbianą pisarkę, obiekt wręcz bałwochwalczego kultu, mieszkającą na prowincji, blisko natury, z wiedzą o niej, która ma w końcu dostać Nobla. Jeśli chodzi o formę, mamy tu do czynienia z prawdziwą wieżą Babel. W pierwszych zdaniach powieści dowiadujemy się, że czytany przez nas tekst jest tłumaczeniem na angielski zaginionego oryginału, napisanego po polsku przez Argentynkę. Poczucie zagubienia towarzyszy przez cały czas czytania i taki był cel Croft. Serce książki to jednak nie zagadka zniknięcia, lecz portret zbiorowy tłumaczy. Autorka od lat przekonuje, że o tłumaczeniu warto myśleć raczej jako o czymś z natury wspólnym . I jako felietonistka i aktywistka literacka stara się odkleić od tłumaczy łatkę tych „gorszych" rodziców tekstu. Powieść jest przedłużeniem tego manifestu w fikcji. Jest to odważna i bardzo ważna powieść o ludziach niewidzialnych. Tytułowe wymieranie ma wiele znaczeń. Croft z goryczą połączoną ze specyficznym poczuciem humoru zwraca uwagę na istotę pracy kogoś, kto często bywa niewidzialny. Kiedy Irena znika, tłumacze powoli uwalniają się spod jej toksycznego wpływu, zyskują sprawczość i na własną rękę zastanawiają się nad swoją pozycją w literackim ekosystemie. Czy są tylko pasożytami żerującymi na pracy prawdziwych twórców? A może przeciwnie — bywają od nich pożyteczniejsi? Niezwykle istotną rolę odgrywa Puszcza Białowieska, która jest tutaj czymś więcej niż tylko tłem. Jest to żywy, zagrożony organizm, którego los współgra z tematem wymierania języków i kultur. Croft umiejętnie łączy wątek ekologiczny z literacką zagadką, sugerując, że zniknięcie Ireny Rey jest nierozerwalnie związane z degradacją świata natury. Atmosfera jest gęsta od symboliki grzybów i grzybni. Croft pisze bowiem o tworzeniu, ale także o pasożytnictwie i niszczeniu, zarówno w świecie przyrody, jak i w tym, w jaki sposób postępujemy z językiem. Powieść zachwyca błyskotliwością konstrukcji i ironicznym poczuciem humoru. Zachwyca precyzją opowieści i meta-literackimi zabiegami, takimi jak sarkastycznie zabawne przypisy narratorki, które dodają opowieści głębi i ironii. Wymieranie Ireny Rey to debiut powieściowy nieoczywisty i odważny. Literatura o literaturze, tłumaczenie o tłumaczeniu, zniknięcie jako metafora niewidzialności. Croft napisała książkę, która bawi, prowokuje i uwiera, i która, paradoksalnie, najlepiej smakuje tym, którzy znają świat, z którego wyrasta.
magdalena - awatar magdalena
oceniła na 7 2 dni temu
Takie urywki Bianca Bellová
Takie urywki
Bianca Bellová
Nie jestem pewien, czy „Takie urywki” to po prostu kolejna książka na waszej półce. Czytając ją, odnosiłem wrażenie, że to trochę taki literacki odpowiednik sytuacji, w której ktoś w autobusie zaczyna mówić coś bardzo osobistego, po czym wysiada trzy przystanki później, zostawiając cię z niedokończoną historią. Bianca Bellová najwyraźniej uznała, że fabuła jest przereklamowana, a sens najlepiej działa w dawkach homeopatycznych. I konsekwentnie trzyma się tej decyzji. Mamy tu zbiór osiemnastu tekstów, które robią dokładnie to, czego nie wypada robić w porządnej narracji. Co mam tu na myśli? Ano to, że wchodzą w środek i wychodzą bez pożegnania. Nie ma tu klasycznej fabuły, bo Bellová nie opowiada historii. Ona je podsłuchuje. Albo raczej stoi obok, notuje kilka szczegółów, a resztę zostawia w powietrzu. Jakby chciała powiedzieć – dalszy ciąg czytelniku dopowiesz sobie sam. Bohaterowie pojawiają się na moment i znikają. Syn, który przez całe życie potrzebuje jednego spojrzenia ojca i dostaje je w najgorszym możliwym momencie. Dziadek próbujący ogarnąć czternastoletniego wnuka z depresją, nie bardzo wiedząc, czy lepiej milczeć, czy mówić cokolwiek. Dziewczyna, która reanimuje topielicę, choć od początku wiadomo, że to nic nie da. Profesor w pociągu, który zapomina walizki i przy okazji przypomina sobie największą życiową zdradę. Żadnych fajerwerków. Same drobiazgi. Małe momenty, które w normalnym życiu uznalibyśmy za nieistotne. To właśnie one u Bellovej nagle zaczynają ważyć. Autorka „Jeziora” ma ten talent (albo tę bezczelność), żeby brać sytuacje absolutnie zwyczajne i nie robić z nimi nic wartego wzmiankowania. Nie podkręca emocji, nie tłumaczy, nie moralizuje. Zostawia bohaterów dokładnie tam, gdzie są. Czasami w niezręczności, innym razem w napięciu, praktycznie zawsze w niedopowiedzeniu. I w mojej opinii ta metoda działa naprawdę dobrze. Życie przecież rzadko daje puenty. Jest w tych tekstach sporo mroku, ale dla mnie na pierwszy plan wysuwa się humor. Nie taki wiecie, że boki zrywać, ale czarny, suchy, czasem absurdalny. Za wzorowy przykład niech uchodzi randka z Tindera, która kończy się wizytą policji. Brzmi jak żart, dopóki nie przestaje nim być. Opowiadanie o ćmie balansuje gdzieś między kafkowskim niepokojem a zwyczajnym ludzkim strachem przed tym, czego nie potrafimy nazwać. Śmiejesz się krótko, po czym orientujesz się, że ten mechanizm był raczej odruchem obronnym. Autorka interesuje się relacjami, ale bez sentymentalizmu. Rodzina nie jest tu ani bezpiecznym azylem, ani wyłącznie źródłem traumy. To raczej pole napięć, które nie znikają wraz z wiekiem. Więzi trwają nawet wtedy, gdy są zerwane. A może zwłaszcza wtedy. Język Bellovej jest lapidarny, precyzyjny, wyczyszczony z ozdobników. Każde zdanie zdaje się ważyć dokładnie tyle, ile trzeba. Ani grama więcej. Autorka ufa pauzie, zawieszeniu, ciszy między akapitami. Styl dopasowuje się do bohaterów, ich sposobu myślenia, ich ograniczeń. Mimo wielości postaci i sytuacji, zbiór układa się w spójną opowieść o ludzkim doświadczeniu. To nie jest książka, w której cokolwiek się rozwiązuje. Wręcz przeciwnie. Wiele z tych historii kończy się dokładnie w tym miejscu, w którym coś zaczyna uwierać. Bellová najwyraźniej lubi zostawiać bohaterów i czytelników w zawieszeniu. Zresztą nie powinno to dziwić osoby znające jej poprzednie powieści. „Takie urywki” najlepiej działają wtedy, gdy czyta się je powoli. Po jednym. Z przerwą. Z chwilą ciszy po tekście. Czytane ciurkiem potrafią się zlewać w jeden nastrój. Trochę melancholijny, lekko duszny, nie do końca komfortowy. Nie wszystko z tego zbioru zostanie ze mną na długo. Zresztą Bellová chyba wcale tego nie chce. Zostaną obrazy, zdania, jakieś drobne uczucia, które wrócą znienacka przy myciu naczyń albo w tramwaju. Jak te rozmowy z autobusu, których nigdy nie powinniśmy byli słyszeć, a jednak słyszeliśmy. To literatura z tej samej półki co „Manchester by the Sea”. Nikt nie krzyczy. Nikt nie wygrywa. Każdy robi, co potrafi. Recenzja ukazała się pod adresem https://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2026/01/recenzja-takie-urywki-bianca-bellova.html
Melancholia  codzienności - awatar Melancholia codzienności
ocenił na 7 2 miesiące temu
Maniak Benjamín Labatut
Maniak
Benjamín Labatut
„Prace zajęły nam pięć upiornych lat. Maszyna humorzasta i zawodna jak diabli, ale przepiękna! Wygląda jak odpicowany silnik V40 wmontowany w trzewia gigantycznego krosna mechanicznego. Elegancka aluminiowa obudowa, całość relatywnie niewielka. Metr osiemdziesiąt wysokości, sześćdziesiąt centymetrów szerokości, dwa i pół metra długości. Na ówczesne standardy – mikroprocesor”. (s. 190) „Maszynie nadaliśmy nazwę: Matematyczny Analizator Numeryczny Integrator i Komputer – Mathematical Analyer, Numerical Integrator and Computer. W skrócie MANIAC”. BENJAMIN LABATUT. Maniak. Przekł. Jarek Westermark. Wyd. Czarne. Wołowiec 2025. Autor czerpie wzorce z twórczości, m.in.chilijskiego poety Samira Nazala, również W.G. Sebalda. Tłumaczony na wiele światowych języków. Czytasz opis (mikroprocesora), a widzisz… Zysk bezsprzeczny…, wiesz, co znaczy tytuł powieści… Brakującym ogniwem jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: Po co ? W jakim celu zbudowano mikroprocesor? Odpowiedź już na stronie… Rzecz ma miejsce latem 1951 roku, do Instytutu Badań Zaawansowanych w Princeton przybył zespół naukowców, by …. Zagadnienie zostało zredukowane do prostego pytania: TAK/NIE Labatut, w dobrej literackiej formie. Nauka, naukowcy i ich wizje, fizycy, sztuczna inteligencja, nowe technologie- to tematy zaprzątające umysł autora. Prawda i zmyślenie - czytający musi się w tym gąszczu myśli odnaleźć. Z nazwisk znaczących: John von Neumann, Paul Ehrenfest i Lee Sedol. MANIAK LABATUTA, także STRASZLIWA ZIELEŃ zasługują na Czytelnika (również polskiego). 10/10
zoe - awatar zoe
ocenił na 10 5 dni temu
Blisko domu Michael Magee
Blisko domu
Michael Magee
„Miasto pamięta więcej, niż ludzie chcieliby przyznać.” W swojej pierwszej powieści Michael Magee kreśli autentyczny obraz młodych ludzi z robotniczych środowisk, należących do pokolenia urodzonego już po zakończeniu konfliktu w Belfaście. Pokazuje ich niespełnione marzenia, trudną codzienność, narastającą frustrację oraz poczucie braku przyszłości. “Blisko domu” to także swoisty hołd dla miasta naznaczonego śladami dawnych walk, gdzie wciąż pobrzmiewają echa bolesnej i brutalnej historii. W tej historii najmocniej uderzyło mnie poczucie ‘odziedziczonego ciężaru’ – bohaterowie sami nie przeżyli The Troubles, a jednak żyją w ich cieniu. Nie ma tu bezpośredniej przemocy, jest coś bardziej podskórnego: napięcie, które przenika codzienność, sposób myślenia, ograniczenia, których nikt wprost nie nazywa. W debiucie Magee porusza też bezradność młodych ludzi – to, jak bardzo chcą czegoś więcej, a jednocześnie czują, że startują z miejsca, z którego naprawdę trudno się wyrwać. Nie ma tu wielkich dramatycznych zwrotów, raczej powolne osuwanie się w frustrację, w gniew, który staje się niemal naturalnym stanem. Brak perspektyw niesie za sobą upust wszelkiej energii, powodując stan, który zaczyna przybierać kształt w destrukcji, zobojętnienia. Nie dlatego, że bohaterowie są słabi, tylko dlatego, że systemowo są przyblokowani. Miałam wrażenie, że Sean i jego koledzy utknęli w pewnym rodzaju smutnego stygmatyzmu - jakby ich życiorysy były z góry naznaczone, jakby startowali z etykietą, której nie da się odkleić. I nawet jeśli próbują coś zmienić, świat wokół wciąż przypomina im, skąd są i ile to znaczy. Nie ma tu jednak wyraźnego momentu buntu czy przełomu. To raczej powolne wypalanie ambicji, nadziei, a z czasem nawet relacji. Jest w tym coś głęboko przygnębiającego… i przywodzi na myśl klimat “Shuggie Bain” Douglasa Stuarta- tam również wyraźnie czuć ciężar środowiska i poczucie, że możliwości są od początku ograniczone. W powieści istotny jest również sam Belfast, pokazany nie tylko jako tło, ale niemal żywy organizm. Stolica Irlandii Północnej jest tu miastem pełnym sprzeczności: z jednej strony próbuje iść do przodu, z drugiej nie potrafi odciąć się od przeszłości. To napięcie czuć w każdej relacji, w każdej decyzji bohaterów. “Blisko domu” to historia o pochodzeniu, tożsamości i traumach, które w nas zostają. O młodym pokoleniu szukającym zapalnej iskry nowego początku - takiej, która nie odcina się od ciężaru przeszłości, lecz tli się pomimo środowiska, historii i ograniczeń. Magee nie podsuwa swoim bohaterom konkretnego rozwiązania, nie zmienia nagle rzeczywistości, ale daje nadzieję na swego rodzaju ‘minimalne przesunięcie’. Takie poczucie, że może jednak istnieje inna ścieżka, choćby w zalążku. Można wręcz odnieść wrażenie, że to nie tyle szansa na ‘lepsze jutro’, co raczej pierwsza próba wyobrażenia sobie, że jutro w ogóle może być inne. I to w tej historii naprawdę dużo. Mocno polecam!
Park2Read - awatar Park2Read
ocenił na 8 1 dzień temu
Księga łabędzi Alexis Wright
Księga łabędzi
Alexis Wright
Jednym z pierwszych smaczków, na które zwracam uwagę w książkach, są początkowe dedykacje. W tej symbolika łabędzi zostaje wyłożona właściwie od pierwszej strony. I od razu wiadomo, że nie będzie to historia opowiedziana wprost. Przedstawiony świat jest głęboko dotknięty zmianami klimatycznymi. Rdzenni mieszkańcy Australii zamieszkują skrajne obszary kraju w ekstremalnych warunkach, odseparowani od reszty społeczeństwa. Poznajemy historię Oblivii Ethelyne, niemej nastolatki o tragicznej przeszłości. Dorasta na bagnach wśród czarnych łabędzi i wraków statków. Krajobraz brzydki i piękny jednocześnie. Jedną z ważnych postaci jest też Bella Donna - opiekunka Oblivii, która uczy ją, opowiada o mitach, łabędziach i innych światach. Łabędzie, podobnie jak miejscowi, zostały zmuszone do przeniesienia się w to miejsce z innych części kraju. Z czasem pojawia się też Warren Finch, który w bardzo strategiczny sposób łączy swoje życie z Oblivią. Dla bohaterki wyjazd do nowego miejsca nie okazuje się zbawienny, to raczej kolejna forma zamknięcia. Czytanie tej książki było dla mnie naprawdę ciekawym doświadczeniem, bo tyle, ile było we mnie zachwytu nad językiem, tyle samo pojawiało się trudności w przebrnięciu przez kolejne rozdziały. Momentami miałam wrażenie, że fabuła rozmywa się w opisach. Trudno było mi się w nią wgryźć i potrzebowałam chwili, aby zrozumieć, w jakim kierunku to wszystko zmierza. Ta książka jest dosłownie naszpikowana symboliką, granica między snem a rzeczywistością co chwilę się zaciera, a język jest niezwykle plastyczny. Wiem jednak, że dla niektórych te same elementy mogą stać się minusem w odbiorze. To powieść o traumie osobistej, jak i zbiorowej. O politycznych manipulacjach, o walce aborygeńskiej społeczności o swoje prawa i o mocy opowieści. Ekologia, polityka i mit mieszają się tu tak bardzo, że trudno je od siebie oddzielić. Trudno też polecić ją jako lekturę „dla przyjemności”, ale to ważna książka i myślę, że warto poświęcić jej czas. [współpraca barterowa]
bibliotekaliv - awatar bibliotekaliv
ocenił na 6 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Trzy dni, trzy noce

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Trzy dni, trzy noce