„Podróżowanie we Włoszech „po kwiatach” jest równie dobre jak każde inne, „po architekturze” czy „po obrazach”, czy po prostu „po pięknych i rzadkich słowach”, jak to robi Hipolit Taine”.
Czym są Włochy dla Jarosława Iwaszkiewicza? Pisze: „(…) byłem w Rzymie coś trzydzieści razy, we Włoszech bez Rzymu sześć razy i trzynaście razy na Sycylii. Te podróże rozciągały się na przestrzeni przeszło pół wieku”. To kawał życia, który pięknie przełożył się na literaturę, bowiem włoszczyznę wyciągamy z wielu zakamarków iwaszkiewiczowskiej poezji i prozy. Trudno po latach zachować chronologię tych licznych podróży. Nie o takie też usystematyzowanie autorowi chodziło.
Każdy z rozdziałów, to inny rejon Włoch. Jest Piza, cała w deszczu, Luka, zimna, ciasno zamknięta w obronnych murach, wieże San Gimignano i Rzym z jego kościołami, rzeźbami, Panteonem, nudny Neapol, który nie zachwycił, niemal po litewsku zabobonne Bari, zanurzone w ogrodach i Sycylia z górującą Etną w śniegowej czapie. Opowieść płynie zgodnie z nurtem wspomnień, nie opiera się zawirowaniom, meandrom i zakolom, spontanicznie narzucające się obrazy łączą się z sobą w naturalny, miękki sposób, tworząc historię, która układa się sama, spina fale skojarzeń, biegnie dalej, przed siebie. Dzięki temu można dojrzeć zamiany zachodzące w otoczeniu, w końcu to podróż rozpięta na pięćdziesięciolecie. Znikają jedne elementy architektury, w ich miejsce pojawiają się nowe, co znacząco wpływa na odbiór zabytkowej zabudowy, na atmosferę miejsca. Niestety, zwykle na niekorzyść, przynajmniej w mniemaniu Iwaszkiewicza. Metamorfoza zachodzi także w samym autorze, coraz dojrzalszym, doświadczanym w życiu zarówno szczęściem, jak i cierpieniem, bogatszym o nowe przeżycia i kolejne lektury, zauroczenia i rozczarowania. „Najdziwniejsze jest to, że w tych włoskich podróżach i włoskich wrażeniach nagle powracają nieprzysypane codzienną krzątaniną wspomnienia najdawniejszej młodości, dzieciństwa – i tak krzyżują się z włoszczyzną, tworząc dziwną mieszaninę”. Iwaszkiewicz, ulegając nastrojowi chwil, niejeden raz odsłania się przed nami, zdaje się mówić: Oto jaki jestem, gdy jestem sam z sobą, gdy nie muszę wstydzić się wzruszenia. Z pewnością „Podróże do Włoch” są istotnym elementem uzupełniającym autobiografii pisarza, bardzo interesującym suplemenetem.
O włoskich podróżach powstało wiele zapisków, wydanych bądź to w formie listów, pamiętników, diariuszy, bądź też esejów czy opowiadań. Iwaszkiewicz ma z tym pewien problem, tłumaczy, czemu dokłada do tego stosu jeszcze własną cegiełkę. Jak dobrze, że nie zniechęcił się, uznając, że ma do opowiedzenia coś osobistego oraz bardzo chce, wręcz powinien to uczynić. Obok wyimków z obszernych „Dzienników” Sandora Marai i „Pamięci Włoch” Wojciecha Karpińskiego, właśnie italiana Iwaszkiewicza stawiam na półce, by w stosownej chwili mogły ucieszyć mnie fragmentem, w zależności od zapotrzebowania, melancholijnym lub zabawnym. Każdy opisuje swoje własne Włochy, odmienne, z bardzo osobistym ekslibrisem na każdej stronie. Iwaszkiewicza, wbrew pozorom, czyta się najlżej, wręcz tańczy się wzrokiem po tych ciepłych frazach. Szczerych, nie lękających się przyznać, że nie wszystko, co opiewane w przewodnikach, robi wrażenie, że rzymska czy sieneńska, z arcydzielną maestrią ułożona mozaika niekiedy nie wytrzymuje konkurencji z tą prostszą, ale mającą większą siłą wyrazu, zapamiętaną z maleńkiego kościółka na polskiej prowincji, zaś w Wenecji naprawdę głęboki oddech łapie się dopiero spoglądając w dal z nabrzeża.
Stale też powraca pytanie, na które nie ma odpowiedzi: „Dlaczego zawsze wybieram ten obraz?” Czemu właśnie to, a nie coś innego budzi mnie z letargu, każe patrzeć, wracać, by patrzeć znów, i jeszcze… Obok jest całe mnóstwo innych, wielka sztuka przedstawiająca, feeria barw i scen obyczajowych, lecz TAK oddziałuje na mnie właśnie to jedno płótno. Iwaszkiewicz podejmuje się analizy tego zjawiska, wgląda przy tym w siebie i w swoje kulturowe dziedzictwo, lecz odpowiedź może być zaledwie przypuszczeniem, jednym z wielu. Znamy to uczucie, prawda?
Oczywiście w podróży zwykle coś się wydarza, obserwujemy ulicę, codzienność, ciekawe fizjonomie i zaskakujące incydenty. Później wchodzą one w skojarzenia z miejscem i wyświetlają się pod powiekami we wspomnieniu. Nie inaczej u Iwaszkiewicza. Nieoczekiwanie włoski bruk zmienia się w znajomy krakowski trotuar, przez sielski pejzaż przebija fragment ukraińskiego nieba i żółci zboża aż po horyzont. Nasze doświadczenie jest płynne, łączy się i nadbudowuje, to, co ważne zawsze czeka gdzieś blisko powierzchni, by ponad nią wychynąć i o sobie przypomnieć. Dlatego też między innymi tak chętnie zanurzamy się w tę włoszczyznę Iwaszkiewicza, nie wiedząc, co nas za chwilę czeka, do jakiego brzegu dobijemy, kołysząc się na fali nostalgii, jaka twarz autora się nam objawi. „Najdziwniejsze to wszystko we wspomnieniu, kiedy się jedno nakłada na drugie, dawne wspomnienia na nowe, nowe na dawne i robi się ta mieszanina barw, kształtów, chłodu, smutku i niepokoju, jaką jest dla mnie Wenecja”.
Włoskie niebo, nie zawsze lazurowe, przybiera różne odcienie, za nimi napływa melancholia, uczucie jedności z naturą, albo rozpalające fantazję wyobrażenie/pewność, że zdarzyć się może wszystko. W tle, obok naturalnych odgłosów przyrody, dźwięczy fortepian melodią Chopina, wśród zachwycających pejzaży przemykają powidoki renesansowych malowideł. Wszystko to jest wieczne, wielkie, i zarazem bliskie, tu, w Italii. Malarstwo, znak rozpoznawczy Włoch, wszechobecne, zjawiskowe, syci się włoskim kolorytem, by później oddać go otoczeniu - „(…) tę suchą majestatyczność, tę żółtość i ten brąz odnalazłem w tamten jesienny wieczór w Torcello. Cały Sąd Ostateczny na ścianie chóralnej kościoła wydał mi się jak wyschnięta winnica, jak liście przywarzone jesienią z fiołkowymi gronami w środku”. Pięknie współgra wrażliwość Iwaszkiewicza, uważna, nieco melancholijna, powściągliwie pastelowa, z italską delikatnością, symetrią i elegancją. Wszystko zaś kojarzy się przy tym literacko, malarsko albo muzycznie. Myśli płyną w tych luźnych zapiskach swobodnie, wzajemnie się wzbudzając i wyciszając. Sylwetka Piety z Bazyliki św. Piotra prowadzi wprost do ogólnych rozważań o roli sztuki w różnych okresach historycznych i różnych kulturach, o miłości do artyzmu, ale i jakiejś niewytłumaczalnej ku niemu nienawiści, skutkującej zniszczeniem, a wic zamachem wręcz niewyobrażalnym.
„Podróże do Włoch” łączą niesłychaną, uwodzącą erudycję z intymnym zwierzeniem, chęć utrwalenia pamięci z nostalgią spoglądania w przeszłość, radość przeżywania na nowo przygód i ekscytacji ze świadomością nieuchronnego przemijania. Lektura literacko piękna, dodatkowo inspirująca i ciekawa, niosąca ukojenie świadomością nieprzemijalności, trwałości dziedzictwa człowieka, co jest niewątpliwie cudownym łącznikiem poprzez wieki.
Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
Opinia
Miałem z Czesławem Miłoszem pewne porachunki, pewne kwestie wymagające dopowiedzenia. Po zderzeniu z fragmentami jego poezji, do którego doszło mniej więcej dwa lata temu, Miłosz zaczął funkcjonować w moim poglądzie, jako poeta niezrozumiany. Czy niezrozumiały zupełnie? Nie wiem. Po prostu pierwsze i kolejne podejście, okazały się dla mnie nieudane.
Sięgam więc po Miłosza w formie "stałej" - Świadectwo poezji, to cykl sześciu wykładów, które nasz poeta wygłosił jako gość honorowy na uniwersytecie Harvarda w roku akademickim 1981-1982. W dwu pierwszych tekstach znalazłem moje do CZ.M. uprzedzenie i prawdę mówiąc... zgubiłem się w nich. Uprzedzenie to okazało się na szczęście złudne, bowiem to, co Miłosz wyprawia w kolejnych wypowiedziach, po prostu w głowie się nie mieści!
To komentarz całej, światowej kultury na przestrzeni kilku wieków - bo żeby zrozumieć poezję XX wieku, trzeba rozumieć nie tylko poezję i nie tylko wiek dwudziesty. Tak więc autor odwołuje się do klasyków, do ich wpływów na twórczość współczesną, do starcia, jakie między tymi - tak różnymi czasami - dochodzi. Dalej, przygląda się romantyzmowi, i następującemu po nim wybuchowi nauki, który to na zawsze zmienia człowieka. Jak ma się ludzkość wkraczająca po tych zmianach w nowy wiek dwudziesty? Sami wiemy.
Opowieść to trochę gorzka. W całości odpowiada na zadane na początku pytanie: "jak to się stało, że być poetą w dwudziestym wieku znaczy otrzymać zaprawę we wszystkich rodzajach pesymizmu, sarkazmu, goryczy, zwątpienia?". Gorzka, bo i wiek dwudziesty do najlepszych nie należał. Ale ostatni wykład, opatrzony tytułem "nadzieja", każe patrzeć w przyszłość z podniesioną głową, spodziewając się nie tylko tych rzeczy najgorszych.
To wyczerpujący, błyskotliwy przegląd dziejów kultury jako takiej. A gdzie owo ŚWIADECTWO POEZJI? Idzie krok w krok z człowiekiem. Rozumieć ludzi przeszłości można czytając ich poezję. Bo ona maluje nastroje, które potem stanowić będą dzieje. Naprawdę udane, poruszające, mocne i zmuszające do myślenia spotkanie z Czesławem Miłoszem, z którym już teraz na pieńku nie mam.
Miałem z Czesławem Miłoszem pewne porachunki, pewne kwestie wymagające dopowiedzenia. Po zderzeniu z fragmentami jego poezji, do którego doszło mniej więcej dwa lata temu, Miłosz zaczął funkcjonować w moim poglądzie, jako poeta niezrozumiany. Czy niezrozumiały zupełnie? Nie wiem. Po prostu pierwsze i kolejne podejście, okazały się dla mnie nieudane.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSięgam więc po Miłosza...