Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku

Okładka książki Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku
Czesław Miłosz Wydawnictwo: Czytelnik publicystyka literacka, eseje
123 str. 2 godz. 3 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Data wydania:
1987-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1983-01-01
Liczba stron:
123
Czas czytania
2 godz. 3 min.
Język:
polski
ISBN:
8307012619
Średnia ocen

                7,1 7,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Posłuchaj fragmentu
00:00 / 00:00
Reklama

Kup Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku

Średnia ocen
7,1 / 10
38 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
714
529

Na półkach: , ,

Miałem z Czesławem Miłoszem pewne porachunki, pewne kwestie wymagające dopowiedzenia. Po zderzeniu z fragmentami jego poezji, do którego doszło mniej więcej dwa lata temu, Miłosz zaczął funkcjonować w moim poglądzie, jako poeta niezrozumiany. Czy niezrozumiały zupełnie? Nie wiem. Po prostu pierwsze i kolejne podejście, okazały się dla mnie nieudane.

Sięgam więc po Miłosza w formie "stałej" - Świadectwo poezji, to cykl sześciu wykładów, które nasz poeta wygłosił jako gość honorowy na uniwersytecie Harvarda w roku akademickim 1981-1982. W dwu pierwszych tekstach znalazłem moje do CZ.M. uprzedzenie i prawdę mówiąc... zgubiłem się w nich. Uprzedzenie to okazało się na szczęście złudne, bowiem to, co Miłosz wyprawia w kolejnych wypowiedziach, po prostu w głowie się nie mieści!
To komentarz całej, światowej kultury na przestrzeni kilku wieków - bo żeby zrozumieć poezję XX wieku, trzeba rozumieć nie tylko poezję i nie tylko wiek dwudziesty. Tak więc autor odwołuje się do klasyków, do ich wpływów na twórczość współczesną, do starcia, jakie między tymi - tak różnymi czasami - dochodzi. Dalej, przygląda się romantyzmowi, i następującemu po nim wybuchowi nauki, który to na zawsze zmienia człowieka. Jak ma się ludzkość wkraczająca po tych zmianach w nowy wiek dwudziesty? Sami wiemy.
Opowieść to trochę gorzka. W całości odpowiada na zadane na początku pytanie: "jak to się stało, że być poetą w dwudziestym wieku znaczy otrzymać zaprawę we wszystkich rodzajach pesymizmu, sarkazmu, goryczy, zwątpienia?". Gorzka, bo i wiek dwudziesty do najlepszych nie należał. Ale ostatni wykład, opatrzony tytułem "nadzieja", każe patrzeć w przyszłość z podniesioną głową, spodziewając się nie tylko tych rzeczy najgorszych.

To wyczerpujący, błyskotliwy przegląd dziejów kultury jako takiej. A gdzie owo ŚWIADECTWO POEZJI? Idzie krok w krok z człowiekiem. Rozumieć ludzi przeszłości można czytając ich poezję. Bo ona maluje nastroje, które potem stanowić będą dzieje. Naprawdę udane, poruszające, mocne i zmuszające do myślenia spotkanie z Czesławem Miłoszem, z którym już teraz na pieńku nie mam.

Miałem z Czesławem Miłoszem pewne porachunki, pewne kwestie wymagające dopowiedzenia. Po zderzeniu z fragmentami jego poezji, do którego doszło mniej więcej dwa lata temu, Miłosz zaczął funkcjonować w moim poglądzie, jako poeta niezrozumiany. Czy niezrozumiały zupełnie? Nie wiem. Po prostu pierwsze i kolejne podejście, okazały się dla mnie nieudane.

Sięgam więc po Miłosza...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

116 użytkowników ma tytuł Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku na półkach głównych
  • 65
  • 48
  • 3
32 użytkowników ma tytuł Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku na półkach dodatkowych
  • 18
  • 4
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku

Inne książki autora

Czesław Miłosz
Czesław Miłosz
Czesław Miłosz był synem Aleksandra Miłosza i Weroniki Miłoszowej z Kunatów. Urodził się w Szetejniach, dziedzicznym majątku matki położonym nad Niewiażą, w powiecie kowieńskim guberni kowieńskiej Imperium Rosyjskiego, w parafii Opitołoki, gdzie został ochrzczony w kościele Przemienienia Pańskiego w Świętobrości. Rodzina Miłoszów, pieczętująca się herbem Lubicz, należała do starego szlacheckiego rodu. Wielkie Księstwo Litewskie, na którego dawnych terenach Miłosz się wychował, wraz ze swą wielokulturową i tolerancyjną atmosferą, wywarło decydujący wpływ na twórczość poety, a on sam często odwoływał się do wspomnień z dzieciństwa (Dolina Issy). Inspirację stanowiło dla niego zarówno spokojne życie na wsi, jak i szalone podróże z ojcem. Ogromny wpływ na poetę wywarły także wydarzenia historyczne, których był świadkiem: rewolucja październikowa i wojna polsko-bolszewicka. 19 września 1917 urodził się jego młodszy brat, Andrzej Miłosz, późniejszy reżyser dokumentalista, publicysta i tłumacz. Miłosz studiował na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, najpierw polonistykę na Wydziale Humanistycznym, po krótkim czasie przeniósł się na Wydział Nauk Społecznych, by studiować prawo. Zadebiutował w 1930 na łamach uniwersyteckiego pisma „Alma Mater Vilnensis” wierszami Kompozycja i Podróż. Był członkiem głośnego w Wilnie Akademickiego Klubu Włóczęgów Wileńskich (AKWW). Ponieważ organizacja ta była programowo apolityczna, jego przyjaciółmi w tamtym czasie byli: komunizujący Teodor Bujnicki, Stefan Jędrychowski, Henryk Chmielewski, przywódca wileńskich narodowców Kazimierz Hałaburda, a także Paweł Jasienica czy znany podróżnik i założyciel AKWW Wacław Korabiewicz. Po wyjściu z AKWW razem z lewicującymi kolegami założył Klub Intelektualistów. Był członkiem grupy poetów Żagary i współtwórcą pisma o tej samej nazwie. Pracował w Polskim Radiu Wilno. Po wybuchu II wojny światowej Miłosz udał się na południe kraju. Gdy 17 września ZSRR zaatakował Polskę poeta znajdował się już w Rumunii. Wojska ZSRR zajęły Wilno, a potem przekazały je Litwinom. Miłosz powrócił do rodzinnego miasta, przyjmując obywatelstwo litewskie. Jednak już 14 czerwca 1940 ZSRR wkroczyło na teren Litwy i rozpoczęła się sowiecka okupacja. Poetą bardzo wstrząsnęły te wydarzenia, co miało odzwierciedlenie w jego poezji. Opuścił Wilno i przeniósł się do okupowanej przez Niemców Warszawy, gdzie pracował jako woźny w Bibliotece Uniwersyteckiej. Uczestniczył w podziemnym życiu literackim, pod pseudonimem Jan Syruć opublikował w 1940 r. tom Wiersze. Po upadku powstania warszawskiego Miłosz znalazł schronienie najpierw w Janisławicach, później w majątku Jerzego Turowicza w Goszycach. W styczniu 1945 roku zamieszkał w Krakowie. Brat Andrzej Miłosz, przebywający w czasie okupacji w Wilnie, także czynnie działał w podziemiu polskim. W 1943 roku Andrzej przemycił do Warszawy ukrytych w ciężarówce Seweryna Trossa i jego żonę. Czesław przyjął Trossów, znalazł im kryjówkę i wsparł finansowo. Pomógł także Żydówkom, Felicji Wołkomińskiej, jej siostrze i bratowej, które zbiegły z Warszawy w przededniu powstania w getcie. Trossowie zginęli w powstaniu warszawskim. Wołkomińska przeżyła i w 1957 roku wyemigrowała do Izraela. Za pomoc udzieloną rodzinie Trossów i Wołkomińskich Czesław i Andrzej Miłoszowie zostali uhonorowani przez Instytut Jad Waszem tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata (25 lipca 1989 roku). Podjął m.in. pracę w dyplomacji komunistycznego rządu Polski w Stanach Zjednoczonych oraz Paryżu, jako attaché kulturalny. W 1951 poprosił o azyl polityczny we Francji, kiedy w trakcie pobytu w Paryżu zdecydował się pojechać do redaktora „Kultury”, Jerzego Giedroycia, prosząc o ukrycie, i zabezpieczenie jego rzeczy do czasu, gdy otrzyma azyl polityczny. Obawiano się bowiem porwania, lub innej formy sabotażu ze strony polskich komunistów. Miłosz mieszkał przez pewien czas w Maisons-Laffitte, co doprowadziło do jego wieloletniej współpracy z tym pismem. Było to jednak powodem skandalu w części polskiej emigracji – przeciwko przyjęciu Miłosza protestowała m.in. redakcja „Wiadomości” Mieczysława Grydzewskiego. Dwa lata później Instytut Literacki Giedroycia wydał Zniewolony umysł (1953) – esej skierowany do polskiej emigracji, mający wyrazić mechanizm myślenia człowieka w demokracjach ludowych. Józef Mackiewicz nazwał ją w londyńskim tygodniku „Wiadomości” „wielkim odpompatycznieniem myśli emigracyjnej”, jak podaje Witold Gombrowicz. W następnych latach Instytut Literacki wydał większość dzieł Miłosza, a sam Jerzy Giedroyc przedstawił jego kandydaturę do Nagrody Nobla. W 1960 Miłosz przeprowadził się do Stanów Zjednoczonych, gdzie wykładał literaturę słowiańską na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, oraz na Harvardzie. Za granicą tworzył głównie poezję, bardzo różnorodną, choć największe uznanie zyskały jego wiersze polityczne (m.in. Który skrzywdziłeś). W PRL oficjalnie uznany za zdrajcę i renegata, został uroczyście potępiony przez Związek Literatów Polskich oraz niektórych autorów (Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Kazimierza Brandysa, Jarosława Iwaszkiewicza i Antoniego Słonimskiego). Do 1980 istniał zapis cenzorski, nie tylko zakazujący publikacji jego utworów, ale nawet wymieniania jego nazwiska (w sytuacjach koniecznych używano np. eufemizmu autor „Ocalenia”; pod nazwiskiem publikowano dokonane przezeń tłumaczenia, m.in. w antologii Poeci języka angielskiego [1969-1974]). Książki Miłosza były drukowane w podziemiu, przemycane z zagranicy, a dla nielicznych dostępne w działach prohibitów bibliotek uniwersyteckich. Miłosza odrzucała również część polskiej emigracji, zarzucająca mu początkowe poparcie dla komunistycznych przemian w Polsce i bolszewizm. Stosunek władz i środowiska emigracyjnego do Miłosza zaczął się zmieniać po 1980 r., kiedy poeta otrzymał literacką nagrodę Nobla za całokształt twórczości. Rok później przyjechał do kraju, gdzie jego utwory zostały już oficjalnie wydane (choć część z nich ocenzurowano, a część mogła się nadal ukazywać tylko w wydaniach podziemnych). Stały się one natchnieniem dla rozwijającej się opozycji politycznej. W 1993 r. poeta definitywnie przeprowadził się do Polski, gdzie jako miejsce pobytu wybrał Kraków, jak twierdził „najbardziej zbliżony do Wilna”. Miłosz zmarł 14 sierpnia 2004 w Krakowie, przeżywszy 93 lata. Został pochowany 27 sierpnia 2004 w Krypcie Zasłużonych na Skałce. Pierwszą żoną Czesława Miłosza została w 1944 Janina z domu Dłuska, primo voto Cękalska. Poślubiła go w styczniu 1944 w Warszawie. Po zakończeniu II wojny światowej wyjechała wraz z mężem do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkała do końca życia. Po jej śmierci Czesław Miłosz napisał wiersz Na pożegnanie mojej żony Janiny. Mieli dwóch synów: Anthony’ego (ur. 1947) i Piotra (ur. 1951). Drugą żoną Czesława Miłosza została w 1992 amerykańska historyczka Carol Thigpen-Miłosz. Czesław Miłosz przeżył również drugą żonę. Inicjację seksualną przeżył w wieku 15 lub 16 lat, podczas wakacji w Krasnogrudzie, z urodziwą mężatką Ireną, która nudząc się na letnisku spędzała z nim dużo czasu, a wieczorami uczyła tańczyć tango. W okresie studiów romansował m.in. ze studentką polonistyki Klementyną Sołonowicz (później matką Daniela Olbrychskiego), Tolą (którą poznał podczas wakacji przygotowując się do jesiennej sesji poprawkowej), Niką Kłosowską (starszą o dwa lata mężatką, z której powodu gospodyni wypowiedziała mu mieszkanie) oraz studentką Wileńskiego Studium Teatralnego Ireną Górską (później matką aktorów Macieja i Damiana Damięckich). W okresie paryskim ważną rolę w życiu poety odegrała Jeanne Hersch, obywatelka Szwajcarii polskiego pochodzenia, filozof, później profesor Uniwersytetu Genewskiego. Stała się dla niego ważną partnerką intelektualną, z którą prowadził dysputy światopoglądowe i literackie. Zainspirowała go do napisania powieści na konkurs ogłoszony przez Europejską Fundację Kulturalną. („Zdobycie władzy”), którą przetłumaczyła na język francuski. Miłosz wyprowadził się z siedziby paryskiej „Kultury” i zamieszkał z nią w jednym z paryskich hoteli. Zastanawiał się nawet nad porzuceniem Janki i dzieci. Burzliwy związek z zaborczą Jeanne szybko uległ jednak rozpadowi. Miłosz sprowadził żonę z dziećmi do Francji i zaaprobował postawione przez nią warunki. Ich wieloletni związek usankcjonował ślub kościelny w polskim kościele przy ul. Saint Honoré w Paryżu, zawarty 13 stycznia 1956 r. Drugą wielką miłością Miłosza była tajemnicza „Ewa”, dziennikarka z Polski, która jesienią 1979 r. w Berkeley przeprowadziła z nim serię wywiadów. Zafascynowany młodszą od siebie o 31 lat dziewczyną, zaproponował jej posadę asystentki. Owocem tego związku był wydany w 1984 r. tom „Nieobjęta ziemia”, który jak wyznał poeta powstał „całkowicie pod znakiem Ewy”, gdyż dzięki niej nastąpiło u niego „jakieś otwarcie na wymiar osobisty ludzkich spraw”. Konstanty Jeleński namawiał nawet przyjaciela na rozwód, ale Miłosz okazał się „absolutnie niezdolny do opuszczenia schorowanej żony”. Związek trwał trzy lata. Partnerka nie zgodziła się na ujawnienie swoich personaliów, choć zdaniem biografów, miłośnicy twórczości poety bez trudu zidentyfikują jej osobę. Zafascynowana jego twórczością opracowywała i redagowała zbiory wierszy poety, tłumaczyła jego utwory na język angielski i wydała o nim książkę. Wiersze Czesława Miłosza są intelektualne, a metafory, jakich używa – sugestywne. Jego twórczość z lat 30., przed II wojną światową jest przesycona katastrofizmem. Dominuje w niej rozmach, metaforyczność, rytmiczność, wizje apokalipsy. Wiersze pisane podczas wojny nie mają już w sobie tyle patosu. Są znacznie mniej ozdobne. Poeta stawia na komunikatywność wiersza – na zrozumiałość zawartych w nim treści filozoficznych i intelektualnych. Część z tych wierszy poświęca Miłosz okupowanej Warszawie (Miasto, Błądząc), w której spędził prawie cały okres wojny. W twórczości Miłosza przypadającej na okres wojny da się również zauważyć świadome odchodzenie od tematyki wojennej. Znajdziemy wiersze opisujące zwykłe piękno świata, który – mogłoby się wydawać – nigdy nie zaznał wojny. Tak jest w wierszu Piosenka pasterska czy w cyklu Świat (poema naiwne) z 1943 r. Wprowadził do literatury polskiej nowy gatunek literacki – traktat poetycki (traktat-poemat), który, zdaniem poety, był wymierzony przeciwko nowoczesności rozumianej jako zawężenie i rozszerzał „pojemność” poezji. W zamieszczonym w tomie Światło dzienne Traktacie moralnym piętnuje zanik wartości, krytykuje brak moralności i wskazuje na to, co jego zdaniem należałoby zmienić w ludzkiej mentalności. W 1957 r. napisał Traktat poetycki, ukazujący historię poezji polskiej XX w. W tomie Druga przestrzeń (2002 r.) znalazł się Traktat teologiczny, w którym Miłosz rozważa problem tajemnicy wiary. Wiele utworów Miłosza z późnego okresu twórczości jest przykładem pisarstwa sylwicznego, komponowanego na pograniczu wypowiedzi poetyckiej, eseistycznej i prozatorskiej. Oprócz wielu tomów poezji Czesław Miłosz wydał kilkanaście zbiorów esejów. Najgłośniejszy z nich, tłumaczony na wiele języków Zniewolony umysł – do dziś uważany jest za wybitną próbę naukowej analizy działania propagandy komunistycznej. Inne ważne zbiory to przede wszystkim Ziemia Ulro, Ogród nauk, Widzenia nad zatoka San Francisco. Miłosz po zerwaniu swoich związków z komunistycznymi władzami wyrażał w swej twórczości niechęć i krytykę w stosunku do PRL, często piętnował polski nacjonalizm, krytykował tradycyjny polski katolicyzm – określając go ciemnogrodem. Wszystkie jego utwory objęte były w 1951 roku zapisem cenzury w Polsce, podlegały natychmiastowemu wycofaniu z bibliotek.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Szekspir współczesny Jan Kott
Szekspir współczesny
Jan Kott
Dobra, nawet bardzo dobra książka. Kott stara się w swoich tekstach przedstawić Szekspira jako współczesnego swoim (badacza) czasom (1 wydanie zostało opublikowane w 1962 roku, sam korzystałem z wydania z 1990 roku). Sam autor nazwał tę książkę (iirc) zbiorem szkiców, w części opublikowanych w czasopismach i innych miejscach - jest ona jednak bardzo spójna. Rozdziały omawiają głównie poszczególne utwory Szekspira i od nich zostały nazwane, choć miejscami potraktowane są całościowo (jak „Kroniki historyczne” czyli utwory Szekspira o królach Anglii). Można nawet niektóre z tekstów nazwać tematycznymi, jak ten dotyczący kwestii płci i crossdressingu w komediach. Przeważają tragedie (~9), choć pojawiły się i trzy komedie i są też dodatki w apendyksach (Szekspir Wyspiańskiego, Tytus Andronikus czyli o sposobach nadawania życia Szekspirowi w teatrze i filmie). Jak mówi sam badacz, „Szekspir współczesny” jest książką pod dużym wpływem teatru, tego jak poszczególne sztuki były w nim przedstawiane. Początkowo byłem sceptyczny co do pomysłu tekstów skupiających się tylko na poszczególnych utworach, zamiast zagadnieniach, przez to książka wydawała mi się bardziej zbiorem artykułów niż pełnoprawną monografią. Jednak objętość tych artykułów przekracza zwykle 30 stron (pierwszy ma ponad 60). Są to też artykuły naukowe i poruszane są w nich ważne literacko i filozoficznie zagadnienia bez ograniczania ich. Generalnie byłem zadowolony ze sposobu w jaki te zagadnienia, motywy były omawiane, posiadał on głębię. Kott zarówno wydobywa i omawia motywy ważne dla poszczególnych utworów, jak i powraca do zagadnień ważnych dla Szekspira w jego twórczości w ogóle. Badacz eksploruje zarówno psychologię postaci jak i filozofię utworów. Powiedziałbym nawet że robi to w egzystencjalny sposób łącząc psychologię postaci i filozofię, rozważając ważne w życiu zagadnienia. Autor zresztą odwołuje się do egzystencjalizmu, absurdyzmu, czy Teatru Absurdu (Beckett, Ionesco) – które wywierały wpływ na kulturę w czasie gdy książka była pisana. Autor stara się odwoływać do współczesnych dla niego wydarzeń historycznych, utworów, kultury, filozofii i w ich kontekście omawiać dramaty Barda. Szczerze mówiąc niekiedy odwołania do współczesnych wydarzeń historycznych sprawiają wrażenia dodanych dopiero po fakcie, inaczej jest jednak z dziełami kultury czy filozofii, w których utwory Szekspira są mocno u Kotta osadzone. To co zwróciło moją uwagę i zrobiło na mnie pozytywne wrażenie to próba zrozumienia postaci i wydarzeń Anglika, nadania im psychologicznej i filozoficznej głębi, dzięki czemu utwory te stają się uniwersalne. Kott naprawdę pozwolił mi zrozumieć na czym polega ta uniwersalność i głębia Szekspira, coś co wcześniej trudniej mi było pojąć. Badacz porusza taką moc zagadnień, nie wiem czy uda mi się je wszystkie opisać, rozwinąć – postaram się przynajmniej wspomnieć o tych, które zostały mi w pamięci, zrobiły na mnie wrażenie. Zaczyna się od „Kronik historycznych” – historii królów angielskich i tego jak doszli do władzy (i jak tracili ją ich poprzednicy). W nich przedstawiane są losy królów jako losy przemocy – każdy król zabija swojego poprzednika i zostaje zabity przez swojego następcę. Każdy ma poważne grzechy na sumieniu. Działania heglowskiej Historii sterujące, czy też wpływające na ludzkie życie Kott nazywa Wielkimi Mechanizmami. Są one ważnym przedmiotem jego analizy w sporej części książki w ogóle. Eksplorowane jest też zagadnienie królewskości – systemu feudalnego, makiaweliczności władcy, władcy jako osoby i symbolu… Szczególnie zapamiętałem to, że jeden z królów nie mógł uwierzyć że jest tą samą osobą po zdjęciu z niego korony przed lustrem – w końcu królewski, pochodzący od Boga majestat miał go całkiem zmieniać. Poruszyło mną też to jak żona jednego z królów została nią po tym jak wymordował jej członków rodziny – i powiedział, że zrobił to dla niej. Jak zwraca uwagę Kott, horyzont moralny kobiety został całkowicie rozbity, przepełniony Złem – w tej sytuacji mogła tylko do niego dołączyć. Podobny motyw przepełniona wewnętrznej filozofii złem, załamania horyzontu moralnego jest obecny w „Makbecie” –doświadczenie zła u Makbeta jest doświadczeniem, które chce przenieść na innych. Rozważane są losy Hamleta, widziane z wielu perspektyw historycznych i artystycznych (Renesans, Romantyzm, Modernizm). Zaciekawiła mnie perspektywa Hamleta realizującego zobowiązanie Historii, mimo że się z nim nie utożsamiał. Badacz w innym tekście jednak zwraca uwagę dla Szekspira, dla Renesansu ważne jest też to, co partykularne, niekoniecznie zawsze wielkie, abstrakcyjne pojęcia. Rozważane są też to czy Hamlet jest bohaterem aktywnym czy pasywnym, czy jest dojrzały, czy niedojrzały. Ważny jest też motyw szaleństwa, jeden z głównych motywów też w „Królu Learze” – który Kott uznaje za najtragiczniejszą historię Szekspira. Tragizm, jak przekonuje badacz, tkwi bowiem nie tyle w ilości trupów, brutalności okaleczeń, (gdzie na podium mógłby się znajdować niesławny „Tytus Andronikus”), ile w psychologicznej świadomości głębi własnego nieszczęścia. (tutaj „Tytus” jest określony jako płaski). Eksploracja Leara jako rodzaj beckettowskiego teatru absurdu też jest bardzo ciekawa. Jak przekonuje autor, tragedia i groteska mają ze sobą cechy wspólne – tragedia znieważa ludzkie wysiłki, groteska – również Absolut. Temat groteski w „Learze” jest ciekawie pociągnięty w ogóle, między innymi przez analizę postaci i motywu Błazna. Mamy też motyw filozofii idealistycznej u Otella i filozofii mizantropijnej, makiawelicznej u Jaga – wg niej wszyscy są albo łotrami, albo głupcami. Otello zostaje skorumpowany przez Jaga i dlatego to ostatecznie, na gruncie filozoficznym ten ostatni wygrywa. Ciekawie walka klas została ukazana w „Koriolanie” – niekoniecznie z czysto marksistowskiej perspektywy, raczej jako odwieczny konflikt wybitnej jednostki i ludu a także konflikt między wodzami (jako rodzajem arystokracji) a ludem. Rozważane są też niektóre z tragedii rzymskich. Kott niejako stawia na głowie komedie, w dużej części przedstawiając je jako osadzone w tragicznym świecie. Omawiane są „Sen nocy letniej”, „Burza” i „Jak wam się podoba”. Ze „Snu” została w mi w pamięci mroczna żądza seksualna poetyckiej Tytanii, naprawdę godne Sade’a. Jednym z głównych motywów przewijających się przez komediowe analizy Kotta jest androginia, zamiana ról płciowych i seksualnych między kobietami i mężczyznami, crossdressing i pociąg do urodziwych, delikatnych (kobiecych) młodzieńców, rozpowszechniony w artystycznych kręgach renesansowych. Kott wiele z tych elementów przedstawia w metafizycznym świetle, nawiązując do platonizmu czy greckiego mitu androginicznego. To spory artykuł analizujący te motywy w różnych utworach Szekspira, jego sonetach czy u Leonarda i innych twórców renesansowych. Był on na tyle barwny że zainspirował mnie do sprawdzenia innych książek o Renesansie. Ciekawie było też śledzić filozoficzną podbudową Renesansu, humanizm. Ostatni z komediowej sekcji był artykuł o „Burzy”. Rozważania Kotta ciążyły ku temu jaki gorzkim kosztem okupiona była mądrość Prospera. Tutaj pokazany jest też typowa dla Renesansu ambiwalencja – fascynacja możliwościami Człowieka, ale też zaniepokojenie czynioną przez niego destrukcją. Bardzo ciekawa była myśl że Prospero rozegrał na wyspie historię ludzkości. Badacz zwraca też uwagę na Kalibana i to że jest jedyną postacią w dramacie która przechodzi przemianę. Co poza tym… Warty odnotowania jest język Kotta, jest żywy, barwny, widać że autor pasjonuje się Szekspirem. W tekście pojawiają się też (raz częściej, raz rzadziej) odniesienia do innych badaczy, filozofów, co daje radość, choć szkoda że byli to na ogóle ludzie znani, z dawnych czasów, choć może ze względu na datę publikacji (1962 r.) – wtedy Beckett czy Ionesco chyba wciąż byli nowością. Ogólnie czytałem książkę Kotta z pasją, „wypiekami na twarzy”, poruszyła mnie nie mniej niż publikacje o Camusie, więc osiągnąłem swój cel poznania bardziej ludzkiej, egzystencjalnej strony Szekspira. Może trochę szkoda że autor po pewnym czasie trochę opuszcza już psychologiczną eksplorację, choć pod koniec znowu do niej wraca. W każdym razie inne eksplorowane przez Kotta obszary również były zajmujące. A i straszna szkoda że z równym jak w reszcie tekstu filozoficznym i psychologicznym zacięciem nie został prześledzony „Tytus Andronikus” – pojawiające się w nim motywy były raczej wzmiankowane, niż dogłębnie przeanalizowane, podczas gdy centralny problem badacza dotyczył sposobu wykonania sztuk Szekspira na scenie i w filmie (może dlatego że, jak wspomniał Kott, sztuka ta nie miała jeszcze takiej psychologicznej głębi jak inne dramaty dramaturga).
Redo - awatar Redo
ocenił na 8 3 lata temu
Nowe lektury nadobowiązkowe 1997-2002 Wisława Szymborska
Nowe lektury nadobowiązkowe 1997-2002
Wisława Szymborska
Lakoniczność - ujmująca całą rzecz samą w sobie – należy do najtrudniejszych wyzwań w sztuce pisania. Szymborska posiadła ją w stopniu doskonałym, o czym w jej prozie świadczy ten pozornie skromny zbiorek. Po lekturze czegoś tak wspaniałego aż się odechciewa przystępować do pisania recenzji jakiejkolwiek książki. Ale z drugiej strony, skoro grafomania polega na przymusie pisania czegokolwiek, to z lubością sam siebie nieco pognębię… Być może nie jest przesadnie trudno sporządzać opinie nt. przeczytanych książek, streszczać fabułę, wymieniać ich wady i zalety, cytować pyszniejsze fragmenty, a nawet zdobywać się na uogólnione stwierdzenia plasujące daną pozycję w jakimś tam kontekście kulturowym. Ale oddać jakąś lekturę, zwłaszcza nieoczywistą w przypadku noblistki, w pełnym dobrotliwej ironii króciutkim a brylantowym mini-eseju, czemu towarzyszy odwołanie się do własnej olbrzymiej wiedzy, oczytania, inteligencji, wreszcie życiowego doświadczenia – to potrafią jedynie Wielcy. No i do tego styl, czyli człowiek… Najważniejszy cytat z tej książki w 100 proc. oddaje moje upodobania czytelnicze: „Nie wiem, skąd się wzięło idiotyczne przekonanie, że na urlopy trzeba brać książki ‘lekkie’. Ależ przeciwnie: te ‘lekkie’ czyta się – jeżeli w ogóle się coś czyta – przed zaśnięciem, po pracy zawodowej i domowej, kiedy trudno już o skupienie, jakiego wymagają książki wybitniejsze”. Ponadto Wisława z pewnością byłaby członkiem Klubu Wiedzy Zbytecznej, założonego przez mojego ulubionego Jana Gondowicza. Np. gdy pisze o neandertalczykach, nie omieszka poinformować nieświadomego tego faktu piszącego to homo sapiens, że nazwa doliny Neandertal pochodzi od 17- wiecznego poety Josepha Neumanna, który przybrał przydomek Neander (grecki odpowiednik jego nazwiska). Dowiedziałem się też tutaj niemiłego faktu dla tak miłującej Innych wspólnoty, że wśród internowanych w Szwajcarii polskich żołnierzy po kampanii francuskiej w 1940 r. wprowadzono „paragraf aryjski”, czyli wyodrębniono do jednej grupy tych żydowskiego pochodzenia. Znając zbiorowe podejście swych rodaków do sprawy, nie sądzę, aby była to robota Szwajcarów – oni i tak od początku świata tak czy inaczej nie znoszą wszystkich cudzoziemców…. Z wybitną intelektualną pasją Autorka znęca się nad najgorszym gatunkiem filmowego kiczu, czyli melodramatem : „Bohaterka zawsze kładzie się spać zawsze w pełnym makijażu i z tymże, nierozmazanym, się budzi”. „Kiedy przychodzi pora na poważną rozmowę z mężem czy kochankiem, zawsze siada przed lustrem i czesze włosy”. „Kiedy kobieta oświadcza ukochanemu, że zostanie ojcem, mężczyzna przyjmuje tę wiadomość z tak niebywałym zdumieniem, jakby nikt go wcześniej nie uprzedził, skąd się biorą dzieci”. I jeszcze cytat jakże miły, jako miłośnikowi CK Monarchii, nt. mitycznej już wtedy, acz historycznej Lodomerii, czyli części łacińskiej nazwy dawnego ruskiego (dziś powiedzielibyśmy: ukraińskiego - nie rosyjskiego, na Boginię!!) Księstwa Halicko-Włodzimierskiego (jego była od XII do XIV wieku Lubelszczyzna, Chełmszczyzna, Podlasie i Galicja). „Była to prowincja-widmo. Nikomu nie udało się określić jej granic i wyodrębnić jej administracyjnie. Prawdopodobnie nawet i sami cesarze nie mieli pojęcia, jaki obszar ta kraina zajmuje”.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 2 lata temu
Alchemia słowa Jan Parandowski
Alchemia słowa
Jan Parandowski
„To książka pełna najpiękniejszych zdań na temat literatury, jakie kiedykolwiek zostały spisane po polsku. ” Mariusz Szczygieł Książka stała się bestsellerem, była wielokrotnie wznawiana i jest uważana za biblię i lekturę obowiązkową dla miłośników literatury i warsztatu pisarskiego !!! Pisarz był dwukrotnie nominowany w latach 1957 i 1959 do Nagrody Nobla. Niestety, nie był komunistą, jak chociażby Szymborska, czy działaczkom, jak ta druga "gwiazda" antychrześcijańsko - tęczowo - lewackiego odchylenia i d.... zbita, jak to się mówi. O tym, że autor był świetnym historykiem i obserwatorem niech świadczy fakt, że w 1947 r. w " Odrodzeniu " napisał: " Niebawem rozpoczną Niemcy wielką ofensywę moralną przeciw tym, których wczoraj zabijali i tępili z zamiarem całkowitej zagłady. W coraz już śmielszej propagandzie ludność polska, nawet księża polscy są przedstawiani jako nieludzcy oprawcy na Ziemiach Odzyskanych, Można być pewnym, że w niedalekiej przyszłości znajdą się pióra dość nikczemne, by, najpierw zohydzić męczeńskie narody, następnie zaryzykować rehabilitację katów Europy. Nie wystarczy protestować, karcić, oburzać się, trzeba zmusić do myślenia, trzeba także pióra złamać wstydem. Może to zaś uczynić tylko ciągła naoczność faktów " No tak, wszystko przewidział, tylko jednego... nie. Nie połączył faktów związanych z rozbiorami Polski i z tym, że należy do Wielkiego Narodu IDIOTÓW. Powinien przewidzieć, że kilka dekad później, Polską będzie rządził niemiecki namiestnik !!! Książkę POLECAM !!!
ando - awatar ando
ocenił na 10 1 miesiąc temu
Podróże do Włoch Jarosław Iwaszkiewicz
Podróże do Włoch
Jarosław Iwaszkiewicz
„Podróżowanie we Włoszech „po kwiatach” jest równie dobre jak każde inne, „po architekturze” czy „po obrazach”, czy po prostu „po pięknych i rzadkich słowach”, jak to robi Hipolit Taine”. Czym są Włochy dla Jarosława Iwaszkiewicza? Pisze: „(…) byłem w Rzymie coś trzydzieści razy, we Włoszech bez Rzymu sześć razy i trzynaście razy na Sycylii. Te podróże rozciągały się na przestrzeni przeszło pół wieku”. To kawał życia, który pięknie przełożył się na literaturę, bowiem włoszczyznę wyciągamy z wielu zakamarków iwaszkiewiczowskiej poezji i prozy. Trudno po latach zachować chronologię tych licznych podróży. Nie o takie też usystematyzowanie autorowi chodziło. Każdy z rozdziałów, to inny rejon Włoch. Jest Piza, cała w deszczu, Luka, zimna, ciasno zamknięta w obronnych murach, wieże San Gimignano i Rzym z jego kościołami, rzeźbami, Panteonem, nudny Neapol, który nie zachwycił, niemal po litewsku zabobonne Bari, zanurzone w ogrodach i Sycylia z górującą Etną w śniegowej czapie. Opowieść płynie zgodnie z nurtem wspomnień, nie opiera się zawirowaniom, meandrom i zakolom, spontanicznie narzucające się obrazy łączą się z sobą w naturalny, miękki sposób, tworząc historię, która układa się sama, spina fale skojarzeń, biegnie dalej, przed siebie. Dzięki temu można dojrzeć zamiany zachodzące w otoczeniu, w końcu to podróż rozpięta na pięćdziesięciolecie. Znikają jedne elementy architektury, w ich miejsce pojawiają się nowe, co znacząco wpływa na odbiór zabytkowej zabudowy, na atmosferę miejsca. Niestety, zwykle na niekorzyść, przynajmniej w mniemaniu Iwaszkiewicza. Metamorfoza zachodzi także w samym autorze, coraz dojrzalszym, doświadczanym w życiu zarówno szczęściem, jak i cierpieniem, bogatszym o nowe przeżycia i kolejne lektury, zauroczenia i rozczarowania. „Najdziwniejsze jest to, że w tych włoskich podróżach i włoskich wrażeniach nagle powracają nieprzysypane codzienną krzątaniną wspomnienia najdawniejszej młodości, dzieciństwa – i tak krzyżują się z włoszczyzną, tworząc dziwną mieszaninę”. Iwaszkiewicz, ulegając nastrojowi chwil, niejeden raz odsłania się przed nami, zdaje się mówić: Oto jaki jestem, gdy jestem sam z sobą, gdy nie muszę wstydzić się wzruszenia. Z pewnością „Podróże do Włoch” są istotnym elementem uzupełniającym autobiografii pisarza, bardzo interesującym suplemenetem. O włoskich podróżach powstało wiele zapisków, wydanych bądź to w formie listów, pamiętników, diariuszy, bądź też esejów czy opowiadań. Iwaszkiewicz ma z tym pewien problem, tłumaczy, czemu dokłada do tego stosu jeszcze własną cegiełkę. Jak dobrze, że nie zniechęcił się, uznając, że ma do opowiedzenia coś osobistego oraz bardzo chce, wręcz powinien to uczynić. Obok wyimków z obszernych „Dzienników” Sandora Marai i „Pamięci Włoch” Wojciecha Karpińskiego, właśnie italiana Iwaszkiewicza stawiam na półce, by w stosownej chwili mogły ucieszyć mnie fragmentem, w zależności od zapotrzebowania, melancholijnym lub zabawnym. Każdy opisuje swoje własne Włochy, odmienne, z bardzo osobistym ekslibrisem na każdej stronie. Iwaszkiewicza, wbrew pozorom, czyta się najlżej, wręcz tańczy się wzrokiem po tych ciepłych frazach. Szczerych, nie lękających się przyznać, że nie wszystko, co opiewane w przewodnikach, robi wrażenie, że rzymska czy sieneńska, z arcydzielną maestrią ułożona mozaika niekiedy nie wytrzymuje konkurencji z tą prostszą, ale mającą większą siłą wyrazu, zapamiętaną z maleńkiego kościółka na polskiej prowincji, zaś w Wenecji naprawdę głęboki oddech łapie się dopiero spoglądając w dal z nabrzeża. Stale też powraca pytanie, na które nie ma odpowiedzi: „Dlaczego zawsze wybieram ten obraz?” Czemu właśnie to, a nie coś innego budzi mnie z letargu, każe patrzeć, wracać, by patrzeć znów, i jeszcze… Obok jest całe mnóstwo innych, wielka sztuka przedstawiająca, feeria barw i scen obyczajowych, lecz TAK oddziałuje na mnie właśnie to jedno płótno. Iwaszkiewicz podejmuje się analizy tego zjawiska, wgląda przy tym w siebie i w swoje kulturowe dziedzictwo, lecz odpowiedź może być zaledwie przypuszczeniem, jednym z wielu. Znamy to uczucie, prawda? Oczywiście w podróży zwykle coś się wydarza, obserwujemy ulicę, codzienność, ciekawe fizjonomie i zaskakujące incydenty. Później wchodzą one w skojarzenia z miejscem i wyświetlają się pod powiekami we wspomnieniu. Nie inaczej u Iwaszkiewicza. Nieoczekiwanie włoski bruk zmienia się w znajomy krakowski trotuar, przez sielski pejzaż przebija fragment ukraińskiego nieba i żółci zboża aż po horyzont. Nasze doświadczenie jest płynne, łączy się i nadbudowuje, to, co ważne zawsze czeka gdzieś blisko powierzchni, by ponad nią wychynąć i o sobie przypomnieć. Dlatego też między innymi tak chętnie zanurzamy się w tę włoszczyznę Iwaszkiewicza, nie wiedząc, co nas za chwilę czeka, do jakiego brzegu dobijemy, kołysząc się na fali nostalgii, jaka twarz autora się nam objawi. „Najdziwniejsze to wszystko we wspomnieniu, kiedy się jedno nakłada na drugie, dawne wspomnienia na nowe, nowe na dawne i robi się ta mieszanina barw, kształtów, chłodu, smutku i niepokoju, jaką jest dla mnie Wenecja”. Włoskie niebo, nie zawsze lazurowe, przybiera różne odcienie, za nimi napływa melancholia, uczucie jedności z naturą, albo rozpalające fantazję wyobrażenie/pewność, że zdarzyć się może wszystko. W tle, obok naturalnych odgłosów przyrody, dźwięczy fortepian melodią Chopina, wśród zachwycających pejzaży przemykają powidoki renesansowych malowideł. Wszystko to jest wieczne, wielkie, i zarazem bliskie, tu, w Italii. Malarstwo, znak rozpoznawczy Włoch, wszechobecne, zjawiskowe, syci się włoskim kolorytem, by później oddać go otoczeniu - „(…) tę suchą majestatyczność, tę żółtość i ten brąz odnalazłem w tamten jesienny wieczór w Torcello. Cały Sąd Ostateczny na ścianie chóralnej kościoła wydał mi się jak wyschnięta winnica, jak liście przywarzone jesienią z fiołkowymi gronami w środku”. Pięknie współgra wrażliwość Iwaszkiewicza, uważna, nieco melancholijna, powściągliwie pastelowa, z italską delikatnością, symetrią i elegancją. Wszystko zaś kojarzy się przy tym literacko, malarsko albo muzycznie. Myśli płyną w tych luźnych zapiskach swobodnie, wzajemnie się wzbudzając i wyciszając. Sylwetka Piety z Bazyliki św. Piotra prowadzi wprost do ogólnych rozważań o roli sztuki w różnych okresach historycznych i różnych kulturach, o miłości do artyzmu, ale i jakiejś niewytłumaczalnej ku niemu nienawiści, skutkującej zniszczeniem, a wic zamachem wręcz niewyobrażalnym. „Podróże do Włoch” łączą niesłychaną, uwodzącą erudycję z intymnym zwierzeniem, chęć utrwalenia pamięci z nostalgią spoglądania w przeszłość, radość przeżywania na nowo przygód i ekscytacji ze świadomością nieuchronnego przemijania. Lektura literacko piękna, dodatkowo inspirująca i ciekawa, niosąca ukojenie świadomością nieprzemijalności, trwałości dziedzictwa człowieka, co jest niewątpliwie cudownym łącznikiem poprzez wieki. Za egzemplarz dziękuję: https://sztukater.pl/
jazzwoman - awatar jazzwoman
ocenił na 8 9 miesięcy temu
Moje życie Marc Chagall
Moje życie
Marc Chagall
Czerwienie, niebieskości, fiolety, landrynki i kolorowe kredki, latające konie, uśpione krowy, wielkie, czarnokrokie żydzisko, głowa odkręcona, mgliści kochankowie, słońce jak wiatraczek. Marc Chagall, Mojsza Zacharowicz Szagałow, urodzony koło Witebska Żyd. „Moje życie” to jego kolejne dzieło, kolejne obok „Dedykowane mojej narzeczonej”, „Golgoty” czy „Rosji”. „Te strony mają to samo znaczenie, co zamalowana powierzchnia”. To prawda, kto zna malarską twórczość Chagalla, bez trudu odnajdzie jej czar w poetyckiej autobiografii malarza. Widać to samo zadziwienie światem, wrażliwość, emocjonalne rozedrganie i naiwność, bliską ludyzmowi. Bo to prosty syn robotników, nieśmiały, o różowych policzkach. Malował kompletnie nagusieńki, bo wszelka forma go krępowała, a wygląd zewnętrzy interesował o tyle, o ile znalazł się na autoportretach. Urodzony w Carskiej Rosji, w kraju bez granic, dusił się w swej artystycznej klatce. Jego skrzydła miały większą rozpiętość, pióra mieniły się kolorami tęczy, oślepiając skostniały system. I nawet mały romans z socjalizmem, zapalczywa naiwność, freski i malowidła ścienne. Postaci jak witraże. Kolor udaje światło. Ilustracje do Biblii. Odetchnął pełną piersią we Francji, z Marca Chagalla Żyda stał się Marciem Chagallem człowiekiem. Artystą. Artystą docenianym, artystą wystawianym, artystą kupowanym. Nie miał złego życia.
Nobliszka - awatar Nobliszka
oceniła na 7 9 lat temu
Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach Krzysztof Rutkowski
Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach
Krzysztof Rutkowski
Krzysztof Rutkowski to taki miłośnik kultury francuskiej, który nie ma dla niej pobłażania w wielu jej aspektach. Potrafi np. napisać: “Czasami słodka Francja odsłania niechcący swe ineksprymable cuchnące i szare, bo niezmieniane od pół wieku. Otwieranie okien wtedy nie pomaga, a wylanie pół litra Chanela na łono i butelki whisky do gardła – nie zdaje się na nic”. To czwarta moja książka Autora, wybitnego intelektualisty, który ma nieszczęście nazywać się jak ktoś…. zupełnie inny. Jego znajomość wszystkiego, co się mieści w pojemnym pojęciu francuszczyzny jest po prostu zadziwiająca. Zarazem, co nieczęsto się zdarza, potrafi celnie uderzyć w słaby, czy też właśnie odwrotnie: silny, punkt tego, co opisuje. A może po prostu jest obiektywny - taka to dziwna przypadłość, przepadła już dawno niczym choćby trzepanie dywanów na podwórkach. I trzepie z zapałem nasz Autor ten francuski kobierzec aż iskry lecą, jaskrawe - bo zachwytu. Wystarczy nieco cytatów, by się przekonać, że mało kto pisze z takim pazurem. .. “W pierwszej połowie XIX wieku Paryż był miastem niesamowicie ciasnym, ciemnym, brudnym, błotnym i cuchnącym jak martwa ostryga”. “Powieści Balzaka i Stendhdala opisują tylko niewielką, cienką – jak bieda zupka – warstwę paryskiego społeczeństwa. 50 tysięcy paryżan żyło sobie w luksusie lub w dostatku; 250 tysięcy wiązało jakoś koniec z końcem, a 700 tysięcy klepało biedę z żałosnym dudnieniem pośród niepowtarzalnych zapachów po obu stronach Sekwany”. “Prawdziwy Babilon. Istna Sodoma. Paryż przerażał. Paryż był chorym człowiekiem Europy”. “Zagęszczenie ludności, stężenie brudu oraz wszelkiego plugastwa osiągnęło w niepięknych dzielnicach Paryża taki stopień, że nawet mieszkańcy nowych lub bogatych części miasta zaczęli się niepokoić”. “Przy zachlapanych stolikach wśród oparów, dymu, cuchu wilgotnych płaszczy i przepoconych koszul nieudani poeci, polscy emigranci i zwykli alkoholicy wyrzynali w pień królów i panów, zakładali zakony zarodowe na szczęśliwą przyszłość ludzkości, rozdzielali między siebie kobiety i zagrabione przez burżujów skarby. Znosili wszelką własność, tęskniąc do nowej pary własnych kalesonów. Niektórzy z nich umrą na suchoty, zwariują od przerzutów syfilitycznych, wskoczą do Sekwany, inni się wzbogacą jeszcze inni trafią do więzienia, reszta pójdzie do klasztoru”. “Psychoanalitycy twierdzą, że przyczyn homoseksualizmu Verlaine'a należałoby szukać w trzech słojach formaliną, w których jego matka zakonserwowała skutki wcześniejszych poronień.(...) Pewnego dnia w przypływie furii potłukł wszystkie słoje, potem rzucił się z nożem na ślubną małżonkę, prawie zadusił matkę, później postanowił zostać świętym”. “Prefekt miasta Paryża wydał w roku 1878 wszystkim policjantom tajnym, jawnym i dwupłciowym rozporządzenie, by pod żadnym pozorem nie zatrzymywali Verlaine'a. “Henri de Toulouse-Lautrec miał metr 52 cm wzrostu i najlepiej czuł się pod stołem lub w burdelu. (...) Koiły go w ramionach krągłe egerie. Wtulał się cały pod ich biusty, rozpłaszczał na brzuchu, wsysał w pępek”. “W latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia paryska bohema zmieniała skórę. Dawniej stanowiła sposób na życie. Powoli zamieniała się w zorganizowaną, zbiorową sztukę reklamy”. Jednym z ulubionych bohaterów Autora jest markiz Donatien Alphonse François de Sade. Najwspanialszy jest fragment o jego testamencie, w którym wyraził wolę, aby pochowano go w jego prowincjonalnym majątku, gdzieś w gęstwinie ogrodu (co się jednak nie stało, bo majątek wcześniej sprzedano). “Na zasypanym dole posadzić na powrót wszelkie chwasty, aby wyżej wspomniany dół nie odróżniał się niczym od otoczenia, a zagajnik zarósł jak wprzódy, i aby po moim grobie nie pozostał najmniejszy ślad na powierzchni ziemi podobnie – jak mniemam – pamięć o mnie wśród ludzi zaginie, z wyjątkiem może tyciej garstki nielicznych, którzy obdarzyli mnie swą miłością aż do ostatniej chwili i o których słodkie wspomnienie zabiorę ze sobą do grobu”. Autor celnie wytyka Francji prorosyjskość w XIX wieku i prosowieckość w XX. Wiele miejsca zajmuje rozprawa Rutkowskiego z taką orientacją zwłaszcza u francuskich intelektualistów. “Największy podziw budziła, budzi i budzić będzie nad Sekwaną Rosja. Najpiękniejszy most w Paryżu nosi imię cara Aleksandra III”. “Do połowy XIX wieku, mniej więcej do upadku Wiosny Ludów, francuska lewica adorowała i miłośnie wzdychała do Polski oraz narodów podobnie uciśnionych. Rosja jawiła się jako upiór i oprawca. (...) W drugiej połowie XIX wieku sympatia do Polski stopniała we Francji jak lód na słońcu, by rozpuścić się w brudnej kałuży po Komunie Paryskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym podziw wzbudzała już na Sekwaną tylko Rosja sowiecka, a po roku 1945 fala rusofilli z gwiazdą rozpłynęła się we Francji jak sos beszamelowy po kotlecie z mlecznego jagnięcia”. “Trudno sobie nawet dzisiaj wyobrazić, do jakiego stopnia komunizm sowiecki stał się obiektem pożądania dla francuskich środowisk intelektualnych (...) To widmo gdzie indziej przelewanej krwi tak przyjemnie łechtało wyobraźnię w uniwersyteckich salach, w kawiarniach i w salonach. Niczym wspomnienie o słodkich razach zadawanych szpicrutą boskiego markiza”. “We Francji na literackie sukcesy mogą liczyć wyłącznie osoby, które poznały wszelkie zawiłości składni oraz ortografii mowy Racine'a i Moliera. Ponadto warto być draniem i w odpowiednim czasie sympatyzować z czerwonymi. Albo z Czarnymi Panterami, Frakcją Czerwonej Armii lub terrorystami z OWP. Jean Genet popierał z całego serca zarówno Pantery, jak i Arabów, bowiem doszedł do wniosku, że to bardzo piękni chłopcy. Wyznał jednocześnie z żalem, że z żadnym z przystojnych bojowników o wyzwolenie Palestyny nie udało mu się spędzić nocy”. “W 1954 roku Jean Paul Sartre napisał, że każdy obywatel Związku Radzieckiego cieszy się zupełną wolnością słowa i ma prawo krytykować sowiecką władzę ile wlezie. (....) Doszedł do wniosku, że kapitalizm nie może już niczego ofiarować ludzkości. Jedyną rozsądną propozycją jest komunizm. Jak zaczniemy krytykować komunizm, to stracimy sens życia. Jak się straci sens życia – to koniec”. I jeszcze francuska obsesja na punkcie wiecznej młodości: “Tu starości unika się jak kataru lub po prostu w ogóle nie zauważa, niczym kloszarda na ławce, psich odchodów na chodniku lub grymasu na ustach teściowej. Starość nie istnieje a młodość stała się synonimem piękna”. “Bycie w formie zastąpiło obecnie bycie w prawdzie. Zdrowie stało się celem samym w sobie, a młodość absolutem”. Albo taka inteligentna złośliwość: “Kiedy byłem małym chłopcem, to ze wszystkich francuskich profesorów lubiłem najbardziej Claude’a Levi-Straussa, ponieważ kojarzył mi się nieuchronnie z wybornymi dżinsami, które wtedy uznawałem za szczyt osiągnięć rękodzieła artystycznego”. Wielkie wrażenie na koniec wywiera opis kopii listów pisanych ze strefy okupowanej i przechwyconych na rozkaz kolaboracyjnego francuskiego “rządu” Vichy. Niemcy tego nie żądali, to była czysto francuska narodowa inicjatywa. “Tysiące francuskich urzędników pocztowych otwierało codziennie przez 8 godzin (z przerwą na obiad) dziesiątki tysięcy prywatnych listów nad parą i przepisywało je pracowicie z kopiami na przebitce, bo marszałek Petain chciał koniecznie wiedzieć, jakie w narodzie panują nastroje. (...) Tysiące pracowników poczty i telegrafu podsłuchiwało rozmowy Francuzów i notowało wybrane fragmenty”. “Szpiegowano w majestacie prawa, stosy pracowitych stron wędrowały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w uzdrowisku Vichy, a konsekwencje – w wypadkach uznanych za niebezpieczne – spadały na gadułów jak piorun w zacierkę”. Pasjonująca to lektura książki mojego ulubionego wydawnictwa Słowo/Obraz/Terytoria...
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 6 miesięcy temu
Ręka Flauberta Renata Lis
Ręka Flauberta
Renata Lis
To fantastycznie erudycyjny, a zarazem bardzo autorski - by nie powiedzieć: intymny, jak przystało na esej - obraz życia i twórczości autora "Pani Bovary”. Zostałem zwłaszcza wręcz uwiedziony szerokim kontekstem kulturowym, prezentowanym przez Autorkę. A nie stroni ona także od komentarzy czy wręcz domysłów psychologiczno-społecznych co do swego bohatera. Ba, sięga także po - jakże to francuskie - szczegóły z jego życia seksualnego. Jest tam miejsce i na relację z innym mężczyzną, i ze słynną a toksyczną Lousie Colet, i z egipską kurtyzaną, i chyba z najważniejszą: angielską guwernantką jego siostrzenicy (która wprawdzie przetłumaczyła „Pani Bovary” na angielski, ale książka ta ukazała się na wyspach w przekładzie… córki Karola Marksa!) . Mimo że nigdy się nie ożenił, kobiety były dla niego ważne i to nie tylko jako obiekty seksualne, choć ten wymiar był dlań hmmm… nie bez znaczenia… Ale najbardziej rzuca się w oczy to, co było istotą i twórczości Flauberta, i jego samego czyli nienawiść do mieszczaństwa – a zatem do większości Francuzów. Nie znosił ich postawy rozumianej jako brak ideałów, ciasnota umysłowa, wąskie horyzonty i jeszcze węższe zainteresowania, przyziemność egzystencji, a zarazem łzawy sentymentalizm, pretensjonalność, małostkowość. Nie przypadkiem wiele tych cech przypisał najgłośniejszej postaci literackiej, jaką powołał do życia. A potem do śmierci. Za tę niechęć odpłacono mu pięknym za nadobne. W relacji z pogrzebu Flauberta Zola dziwi się, że w pogrzebie w Rouen nie uczestniczyli w zasadzie mieszkańcy miasta, a przecież chowano największego jego obywatela. A to taka właśnie była zemsta tychże mieszczan, których nb. bardziej interesowała paryska socjeta przybyła na pogrzeb niż zmarły pisarz…. A za życia mieszczaństwo, w postaci państwa francuskiego, wymierzyło mu konkretny cios – został oskarżony o obrazę moralności w „Pani Bovary”. Prok. Pinard przed sadem zwracał uwagę zwłaszcza na to, że „Emmy nikt nie potępia” (a jak podkreśla Autorka, nikt też przecież jej nie współczuje….). Ostatecznie sąd uniewinnił pisarza, którego proces dał książce tylko reklamę. Jednocześnie jednak Renata Lis przypomina, że pół roku potem prok. Pinard doprowadził do skazania Charlesa Baudelaire’a za „Kwiaty Zła”- przy poecie wyklętym Flaubert był wręcz wzorowym obywatelem. Niezwykle ciekawy jest także wątek spotkania Wschodu i Zachodu w kontekście przyjaźni Flauberta z Turgieniewem (a Autorka specjalizuje się w kulturze rosyjskiej - polecam także jej rzecz o nobliście Iwanie Buninie pt. „W lodach Prowansji”). „Ręka Flauberta” to lektura dająca, oprócz wiedzy o Pisarzu i jego współczesnych, olbrzymią satysfakcję. Wielka to zasługa Autorki, której eseistykę od dawna śledzę ze wzrastającą przyjemnością.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 8 4 lata temu

Cytaty z książki Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Świadectwo poezji. Sześć wykładów o dotkliwościach naszego wieku