Sto kwiatów

Okładka książki Sto kwiatów autora Genki Kawamura, 9788323353492
Logo Lubimyczytac Patronat
Logo Lubimyczytac Patronat
Okładka książki Sto kwiatów
Genki Kawamura Wydawnictwo: Bo.wiem Seria: Seria z Żurawiem literatura piękna
256 str. 4 godz. 16 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Seria:
Seria z Żurawiem
Tytuł oryginału:
Hyakka (百花)
Data wydania:
2024-03-19
Data 1. wyd. pol.:
2024-03-19
Liczba stron:
256
Czas czytania
4 godz. 16 min.
Język:
polski
ISBN:
9788323353492
Tłumacz:
Wiktor Marczyk
Średnia ocen

                7,5 7,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Sto kwiatów w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Wyróżniona opinia i

Sto kwiatów



książek na półce przeczytane 1345 napisanych opinii 375

Oceny książki Sto kwiatów

Średnia ocen
7,5 / 10
145 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
16707
3130

Na półkach: ,

Książka "Sto kwiatów" autorstwa Genkiego Kawamury to niezwykle subtelna, a zarazem druzgocąca emocjonalnie opowieść o zanikaniu pamięci, która zasługuje na mocne 8/10. Japoński autor, znany wcześniej z bestsellerowej powieści „A gdyby tak ze świata zniknęły koty”, tym razem rezygnuje z elementów fantastycznych na rzecz bolesnego realizmu. Tworzy historię, która niczym japoński ogród, pod płaszczem pozornego spokoju skrywa głębokie, egzystencjalne napięcia i niewyleczone rany z przeszłości.

Głównym bohaterem jest Izumi, pracownik wytwórni muzycznej, który musi zmierzyć się z postępującą chorobą Alzheimera swojej matki, Yuriko. Kawamura z chirurgiczną precyzją opisuje proces degradacji umysłu – od drobnych zapomnień, przez gubienie się w znanych miejscach, aż po całkowitą utratę łączności z teraźniejszością. Jednak "Sto kwiatów" to nie tylko medyczny zapis choroby. To przede wszystkim próba rekonstrukcji relacji matki i syna, która została naznaczona traumatycznym wydarzeniem sprzed lat. Gdy Yuriko zaczyna „znikać”, Izumi paradoksalnie zaczyna ją odnajdywać, odkrywając fragmenty jej życia, o których nie miał pojęcia, i konfrontując się z własnym żalem za to, że kiedyś został przez nią porzucony.

Metaforyka i japońska wrażliwość
Tytułowe „sto kwiatów” to metafora wspomnień – pięknych, różnorodnych, ale też ulotnych i podatnych na więdnięcie. Kawamura operuje językiem bardzo oszczędnym, typowym dla literatury japońskiej, gdzie więcej mówi się poprzez milczenie i niedopowiedzenia niż przez wielkie słowa. Autor po mistrzowsku wykorzystuje motyw sztucznej inteligencji i muzyki, aby pokazać kontrast między cyfrową nieśmiertelnością danych a kruchą naturą ludzkiego mózgu. Obrazy, takie jak połowiczne fajerwerki czy żółte kwiaty, zapadają w pamięć i działają na czytelnika silniej niż najbardziej dosłowne opisy cierpienia.

Ocena „osiem” wynika z niesamowitej empatii, z jaką autor podchodzi do tematu starości i opieki nad chorym rodzicem. Kawamura nie ocenia swoich bohaterów; pokazuje ich słabości, zniecierpliwienie i egoizm, co czyni tę historię boleśnie ludzką. Książka zmusza do refleksji nad tym, co definiuje naszą tożsamość: czy jesteśmy sumą naszych wspomnień, czy może czymś więcej, co pozostaje nawet wtedy, gdy pamięć zawodzi? Niewielki spadek punktowy bierze się jedynie z bardzo powolnego tempa narracji, które choć klimatyczne, w pewnych momentach może wydawać się zbyt monotonne dla czytelnika przyzwyczajonego do zachodniej dynamiki prozy.

Podsumowując, "Sto kwiatów" to literacki majstersztyk o wybaczaniu i pożegnaniach. To lektura obowiązkowa dla każdego, kto szuka w literaturze prawdy o skomplikowanych więziach rodzinnych. Kawamura udowadnia, że choć kwiaty wspomnień mogą opadać, to ich zapach pozostaje w nas na zawsze, kształtując to, kim jesteśmy. To piękna, choć smutna lekcja pokory wobec czasu, która zostawia czytelnika z grubą warstwą wzruszenia pod skórą.

Książka "Sto kwiatów" autorstwa Genkiego Kawamury to niezwykle subtelna, a zarazem druzgocąca emocjonalnie opowieść o zanikaniu pamięci, która zasługuje na mocne 8/10. Japoński autor, znany wcześniej z bestsellerowej powieści „A gdyby tak ze świata zniknęły koty”, tym razem rezygnuje z elementów fantastycznych na rzecz bolesnego realizmu. Tworzy historię, która niczym...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

681 użytkowników ma tytuł Sto kwiatów na półkach głównych
  • 505
  • 171
  • 5
89 użytkowników ma tytuł Sto kwiatów na półkach dodatkowych
  • 33
  • 20
  • 10
  • 9
  • 7
  • 6
  • 4

Tagi i tematy do książki Sto kwiatów

Inne książki autora

Genki Kawamura
Genki Kawamura
Japoński pisarz, scenarzysta i producent filmowy. Jego pierwsza powieść "A gdyby tak ze świata zniknęły koty"? została przetłumaczona na 14 języków i sprzedała się w Japonii w nakładzie 2 milionów egzemplarzy. Jest także autorem dwóch innych powieści: "Million Dollar Man" i "April Come She Will" oraz książek dla dzieci.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Kuchnia książek Kim Jee Hye
Kuchnia książek
Kim Jee Hye
„Kuchnia książek” autorstwa Kim Jee Hye to książka, która od pierwszych stron wydaje się spokojna, wręcz powolna, ale właśnie w tym tkwi jej największy urok. Dla mnie była trochę jak literacki „ciepły koc”: historia, która nie pędzi do przodu, tylko pozwala się zatrzymać i na chwilę odetchnąć. Powieść opowiada o Yujin, która po sprzedaży swojego start-upu zostawia za sobą życie w Seulu i przenosi się do niewielkiej wsi Soyang-ri. Tam otwiera niezwykłe miejsce – księgarnię połączoną z kawiarnią i pensjonatem, „Soyang-ri Book’s Kitchen”. Trafiają do niej różni ludzie: zmęczeni, zagubieni, często stojący na życiowym rozdrożu. Każdy z nich przyjeżdża z własnym bagażem doświadczeń, a Yujin próbuje pomóc im odnaleźć spokój, dobierając książki dopasowane do ich sytuacji i emocji. Bardzo podobała mi się konstrukcja tej historii. Każdy rozdział skupia się na innej postaci i jej problemach, przez co książka przypomina trochę zbiór opowiadań połączonych jednym miejscem. Jedne historie czytało mi się bardzo płynnie, inne trochę wolniej, ale w wielu z nich odnajdywałam coś znajomego. Bohaterowie zmagają się z presją sukcesu, wypaleniem, zmęczeniem pracą czy poczuciem zagubienia – problemami, które w dzisiejszym świecie są niezwykle bliskie wielu ludziom. W tej książce nie ma dramatycznych zwrotów akcji ani bardzo pogłębionych analiz psychologicznych. Emocje bohaterów często pozostają między wierszami. Mam jednak wrażenie, że to częściowo wynika z koreańskiej wrażliwości i kultury, w której wiele uczuć zostaje niewypowiedzianych. Podczas lektury często myślałam o koreańskim pojęciu „Han” – tej trudnej do uchwycenia mieszance melancholii, tęsknoty i cichego smutku, który jednak nie odbiera nadziei. Właśnie taki nastrój unosi się nad wieloma historiami z tej książki. Jednocześnie całość jest bardzo ciepła i otulająca. Czytając, nie mogłam przestać myśleć o tym, jak cudownym miejscem musiałaby być taka księgarnio-kawiarnia. Myślę, że każdy bibliofil marzył kiedyś o przestrzeni pełnej książek, dobrej kawy i ludzi, którzy kochają czytanie tak samo jak on. Sama wielokrotnie łapałam się na myśli, że chciałabym choć na chwilę znaleźć się w takim miejscu – rzucić wszystko, uciec od codzienności i zaszyć się gdzieś wśród półek z książkami. Ta książka trafiła do mnie też dlatego, że wielu bohaterów jest mniej więcej w tym samym momencie życia, w okolicach trzydziestki. To czas, kiedy wiele osób zaczyna zadawać sobie pytania o sens pracy, o marzenia, o to, czy idziemy w dobrą stronę. Sama powoli zbliżam się do tej „magicznej” liczby i momentami miałam wrażenie, że rozumiem bohaterów trochę bardziej, niż bym chciała. „Kuchnia książek” nie jest historią spektakularną ani szczególnie zaskakującą. Ale jest spokojna, refleksyjna i pełna ciepła. To książka o zatrzymaniu się w biegu, o odnajdywaniu siebie i o tym, jak ogromną moc mogą mieć książki. A po jej przeczytaniu naprawdę trudno nie pomyśleć, że takie miejsce jak „Soyang-ri Book’s Kitchen” powinno istnieć gdzieś naprawdę.
obszyte_slowami - awatar obszyte_slowami
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Wyspa bijących serc Laura Imai Messina
Wyspa bijących serc
Laura Imai Messina
Laura Imai Messina po raz kolejny udowadnia, że posiada niezwykły dar opowiadania o sprawach ostatecznych z lekkością, która nie odbiera im powagi, a wręcz dodaje im świetlistości. „Wyspa bijących serc” to literatura piękna w najczystszej postaci – subtelna, nieco oniryczna i głęboko zakorzeniona w japońskiej wrażliwości, choć napisana przez autorkę pochodzącą z Włoch. Akcja powieści koncentruje się wokół niezwykłego miejsca, które istnieje naprawdę – Archiwum Serc na wyspie Teshima. To właśnie tam Christian Boltanski zgromadził tysiące nagrań ludzkich uderzeń serca. Messina wykorzystuje tę scenerię, by spleść losy dwóch poranionych osób: Shūichiego, czterdziestoletniego ilustratora ściganego przez wspomnienia o zmarłej matce, oraz Kenty, ośmioletniego chłopca, który mierzy się z własnym poczuciem zagubienia. Moja ocena 8/10 wynika z balansu między literackim kunsztem a emocjonalnym ciężarem, który – mimo trudnej tematyki – nie przygniata czytelnika. Język i styl: Autorka pisze w sposób niezwykle plastyczny. Każde zdanie zdaje się być przemyślane, a opisy przyrody i mechanizmów ludzkiej pamięci są wręcz poetyckie. Symbolika: Serce w tej książce nie jest tylko organem. To metronom naszego życia, dowód na istnienie, który pozostaje nawet wtedy, gdy nas już nie ma. Messina pyta retorycznie: co po nas zostanie, gdy zamilkną słowa? Odpowiedzią jest ten rytmiczny, pierwotny dźwięk. Relacje: Więź rodząca się między Shūichim a Kentą jest rozpisana po mistrzowsku. To relacja pełna niedopowiedzeń, wspólnego milczenia i powolnego budowania zaufania na fundamentach wspólnej straty. Momentami tempo narracji bywa aż nazbyt kontemplacyjne. Dla czytelników przyzwyczajonych do wartkiej akcji, „Wyspa bijących serc” może wydać się zbyt statyczna. Autorka celebruje każdą chwilę, co jest piękne, ale niekiedy prowadzi do lekkiego rozmycia głównego wątku. Ponadto, pewne metafory mogą wydawać się dla niektórych zbyt abstrakcyjne. „Wyspa bijących serc” to lektura obowiązkowa dla fanów „Kawiarni pod Pełnią Księżyca” czy poprzedniej książki autorki, „O czym szumią cedry”. To opowieść o tym, że żałoba nie musi być końcem, a jedynie inną formą obecności. Messina uczy nas słuchać – nie tylko uszami, ale przede wszystkim empatią. To książka, która zostaje w czytelniku długo po odłożeniu jej na półkę. Przypomina, że każde uderzenie serca to krótka historia, którą warto docenić, póki wciąż wybrzmiewa. Jeśli szukasz literatury, która ukoi Twoje nerwy i zmusi do refleksji nad sensem przemijania, Teshima czeka na Ciebie.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 8 10 dni temu
Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece Michiko Aoyama
Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece
Michiko Aoyama
Wszystkie wrażenia z lektury mogłabym zamknąć w jednym zdaniu: „Ta książka była milutka”. Milutka jak dobrze wychowany człowiek, z którym przyjemnie się rozmawia, ale do konwersacji dość szybko wkrada się nuda. Gadu gadu, jeden temat, drugi temat, a w międzyczasie dyskretnie zerkamy na zegarek. Ta książka była milutka, a ja przeczytałam ją z uprzejmości – jakbym wewnętrznie czuła, że porzucenie w trakcie sprawi jej przykrość. Nie pytajcie. „Wszystko, czego szukasz, znajdziesz w bibliotece” to jeden z tych tytułów skierowanych do miłośników książek o książkach – i o bibliotekach. Fabuła kręci się wokół konkretnej biblioteki, a pisarka po kolei wysyła tam bohaterów. Każdy poznaje pracującą tam kobietę o imponującej posturze, która jakby mimochodem daje mu radę. A może nie tyle radę, ile kierunkowskaz. Oraz ozdobę z włóczki, oczywiście pasującą do sytuacji życiowej danej osoby. Każdy bohater z czasem odnajduje własną drogę, zaczyna w siebie wierzyć i odkrywa, że jeszcze wiele może osiągnąć. Jeśli czytaliście już takie historie, ta kompletnie niczym Was nie zaskoczy. Jest przyjemna, choć niemiłosiernie przewidywalna, a jeśli czymś się wyróżnia, to dydaktyzmem. Tutaj czuję go najmocniej. Niektóre mądrości życiowe wybrzmiewają za bardzo, bo są zbyt łopatologicznie podane. Przyznam szczerze, że momentami mnie nużyły/męczyły. Doczytałam do końca głównie dlatego, żeby się przekonać, czy ostatni bohater adoptuje kraba. Żeby nie było, nie odradzam tego tytułu. Nie jest zły, kto wie, może znajdzie się ktoś, kogo lektura wprowadzi w błogi nastrój. Po prostu są lepsze książki z motywem „wizyta w bibliotece rozwiąże każdy problem”. O tej szybko zapomnę, bo nie skradła mi serca.
KenG - awatar KenG
ocenił na 6 2 dni temu
Cztery pory roku w Japonii Nick Bradley
Cztery pory roku w Japonii
Nick Bradley
Izolacja. Niepewność. Dźwięki wody… Flo żyje w Tokio. Pewnego razy znajduje w metrze porzuconą książkę „Dźwięki wody”, którą postanawia przetłumaczyć. W ten sposób, razem z Flo, stałem się odkrywaczem historii Ayako i jej wnuka Kyo. Obie historie – Flo oraz Ayako i Kyo – zaczynają się przenikać, tworząc coś w rodzaju literackiej mozaiki dwóch światów. A ja, cóż mimochodem stałem się obserwatorem tych dwóch światów… ---------- Autor stworzył ciekawych bohaterów. Wszyscy oni mierzą się z własnymi lękami wywołanymi życiowymi niepowodzeniami. Każda i każdy z nich poszukuje… sensu życia po osobistym kryzysie, po niezdanych egzaminach, po latach powściągliwości i wycofania. Poprzez ich relacje, autor pokazuje, jak różne doświadczenia życiowe kształtują postrzeganie świata. ---------- To była ciekawa podróż czytelnicza. Niespiesznie smakowałem tej historii, pragnąc jak najdłużej z nią obcować. Dawkowałem sobie tej przyjemności. Mądrość bijąca z tej opowieści otulała mnie. Przy niej czułem się bezpiecznie. Tę książkę wyróżnia spokój, powolne i refleksyjne tempo oraz styl inspirowany japońską estetyką. I choć autor nie jest rodowitym Japończykiem, to jako fotograf i tłumacz wiele lat spędził w tym kraju, co wpłynęło na klimat tej powieści. ---------- Z szacunkiem do natury, z dbałością o szczegóły codzienności, autor pozwolił mi wsłuchać się w piękno pór roku i emocje bohaterek i bohaterów. To cudowna i bardzo dojrzałą opowieść, którą serdecznie polecam!
krzychu_and_buk - awatar krzychu_and_buk
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Kiedy byłyśmy ptakami Ayanna Lloyd Banwo
Kiedy byłyśmy ptakami
Ayanna Lloyd Banwo
Książka "Kiedy byłyśmy ptakami" autorstwa Ayanny Lloyd Banwo to debiut, który uderza w czytelnika z siłą tropikalnego szkwału, a jednocześnie otula go gęstą, oniryczną atmosferą Trynidadu. Moja ocena to mocne 8/10. Autorka stworzyła dzieło wymykające się prostym klasyfikacjom gatunkowym – to jednocześnie saga rodzinna, mroczny romans i przejmująca opowieść z nurtu realizmu magicznego, w której granica między światem żywych a krainą przodków jest cienka niczym pajęczyna. Dziedzictwo śmierci i pieśń życia Fabuła splata losy dwóch poturbowanych przez życie postaci: Yejide i Darwina. Yejide dorasta w cieniu niezwykłego rodzinnego dziedzictwa – kobiety z jej rodu pełnią rolę przewodniczek dusz, pomagając zmarłym przejść na „drugą stronę”. Gdy umiera jej matka, Yejide musi przyjąć na siebie ten ciężar, co wiąże się z bolesną transformacją. Z kolei Darwin, wychowany w surowych religijnych rygorach, łamie najświętsze przykazanie swojej matki i podejmuje pracę jako grabarz na gigantycznym, labiryntowym cmentarzu Fidelis w Port-of-Spain. To właśnie tam, wśród nagrobków i szeptów przeszłości, ich ścieżki się przecinają. Głos wyspy i realizm magiczny Największym atutem powieści jest jej niesamowity, nasycony zmysłami język. Lloyd Banwo nie tylko opisuje Trynidad; ona pozwala go poczuć, usłyszeć i powąchać. Autorka genialnie wykorzystuje lokalny dialekt i rytm mowy, co nadaje narracji autentyczności i niemal hipnotycznej jakości. Realizm magiczny nie jest tu jedynie ozdobnikiem – to fundament świata przedstawionego. Ptaki, cienie i głosy zmarłych są tu tak samo realne jak bieda, kurz czy palące słońce. Autorka z ogromnym wyczuciem porusza tematy żałoby, traumy międzypokoleniowej i wyzwolenia spod wpływu dominujących matek. To opowieść o tym, jak odnaleźć własny głos w chórze przodków, który nieustannie domaga się uwagi. Ocena „osiem” wynika z odwagi, z jaką autorka podejmuje trudne tematy, oraz z niezwykłej plastyczności jej prozy. Banwo unika sentymentalizmu, serwując nam historię surową, a momentami wręcz brutalną, która jednak niesie w sobie potężny ładunek nadziei. Darwin i Yejide to bohaterowie z krwi i kości, których lęki i pragnienia są nam bliskie, mimo egzotycznego i metafizycznego sztafażu. Niewielki spadek punktowy bierze się jedynie z faktu, że tempo akcji w drugiej połowie książki bywa nieco nierówne, a niektóre wątki magiczne mogłyby zostać nieco szerzej wyjaśnione dla czytelnika spoza kręgu kulturowego Karaibów. Podsumowując, "Kiedy byłyśmy ptakami" to literacka perła, która udowadnia, że opowieści o duchach mogą być najgłębszymi historiami o życiu. To książka o przełamywaniu klątw, o sile miłości rodzącej się w cieniu śmierci i o tym, że każdy z nas musi kiedyś nauczyć się latać o własnych siłach. Ayanna Lloyd Banwo zadebiutowała z rozmachem, wprowadzając do współczesnej literatury powiew świeżości i magii, której tak bardzo potrzebujemy.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 8 18 dni temu
Kamogawa. Drugie danie Kashiwai Hisashi
Kamogawa. Drugie danie
Kashiwai Hisashi
Czy chciał_byś powrócić do smaków dzieciństwa? Albo do jakiegoś dania związanego z pewnym miejscem lub ważną dla Ciebie osobą? W pewnej małej rodzinnej restauracji gdzieś w Kioto jest to możliwe😉 ☕☕W powieści Hisashi Kashiwai "Kamogawa. Tropiciele smaków. Drugie danie" @wydawnictworelacja Nagare Kamogawa, emerytowany policjant i kucharz wraz z córką prowadzącą biznes nie tylko zajmują się gotowaniem, ale też prowadzą kulinarne biuro detektywistyczne. Poszukują bowiem smaków z przeszłości. W tej części są to m.in.: bento z wodorostami przyrządzane przez ojca synowi do szkoły, smażony ryż przygotowywany przez mamę wziętej modelce, ryż z tempurą będący przysmakiem gwiazdy sceny muzycznej. Mimo że powieść jest dość schematyczna i przewidywalna, czyta się ją przyjemnie i szybko. Potrawy odtwarzane z przeszłości ożywiają wspomnienia, przypominają o osobach, które odeszły, są sposobem na rozliczenie z bolesną przeszłością, pogodzeniem z losem. Mnie ta książka ujęła bogactwem kuchni japońskiej wykorzystującej lokalne i sezonowe produkty oraz pomysłem potrawy pomagającej osiągnąć równowagę w życiu. ☕☕☕ I choć detektywi z sukcesem tropią smaki, to wydaje mi się, że w rzeczywistości nie jest łatwo odtworzyć smak zapamiętany z przeszłości. Do dziś wspominam z dzieciństwa tabliczkę miodową "Maja", nie znalazłam nic podobnego, ale wciąż mam nadzieję i nie poddaję się 😁. Moja mama i ciocia próbowały ugotować danie z dzieciństwa, które serwowała im ich mama. Jakąś wariację kaszy na mleku (biedna wielodzietna rodzina) i choć obie świetnie gotowały, poniosły klęskę. Brakło zapewne jednej przyprawy - troski i miłości nieżyjącej już mamy.
an-ia1 - awatar an-ia1
ocenił na 7 4 miesiące temu
Fiołki Shin Kyung-Sook
Fiołki
Shin Kyung-Sook
Kontynuując moją przygodę z literaturą koreańską, sięgnęłam po „Fiołki” Shin Kyung-sook. Znowu poczułam, jak bardzo różni się ona od tego, do czego przyzwyczaiła mnie literatura zachodnia. To nie są książki, które gonią za fabułą czy efektownymi zwrotami akcji. Tutaj liczy się cisza, niedopowiedzenie, drobne gesty i myśli bohaterów. To nie jest powieść, która prowadzi nas od punktu A do punktu B. To raczej powolne zanurzanie się w życie bohaterki, która od początku istnieje gdzieś obok - obok ludzi, świata, a czasem nawet samej siebie. San dorasta w cieniu odrzucenia i ten cień nie znika wraz z dorosłością. Wręcz przeciwnie, staje się jej naturalnym środowiskiem. Jako młoda kobieta próbuje funkcjonować „normalnie”: pracuje, poznaje ludzi, podejmuje kolejne próby odnalezienia swojego miejsca. Trafia do kwiaciarni - miejsca pełnego życia, kolorów i delikatności. I w tym kontraście jest coś bardzo znaczącego. Bo im więcej wokół niej piękna i harmonii, tym wyraźniej widać jej wewnętrzne rozdarcie. To książka o potrzebie bliskości, która jednocześnie przeraża. O pragnieniu bycia zauważonym i o lęku przed tym, co się stanie, kiedy ktoś naprawdę spojrzy głębiej. W życiu San pojawia się impuls ktoś lub coś, co budzi w niej nadzieję na zmianę. Ale zamiast prostego rozwoju wydarzeń dostajemy coś znacznie bardziej niepokojącego: powolne przesuwanie się granicy między rzeczywistością a tym, co dopowiedziane przez emocje i wyobraźnię. I właśnie to było dla mnie najbardziej poruszające, ta niejednoznaczność. Czy to, co widzimy, naprawdę się wydarza? A może to tylko sposób, w jaki bohaterka radzi sobie z tym, czego nie potrafi przeżyć inaczej? Czytając, wielokrotnie łapałam się na tym, że nie zgadzam się z San. Że jej decyzje wydają mi się nieracjonalne, że jej bierność frustruje. Ale im dłużej trwała ta historia, tym bardziej przesuwał się punkt ciężkości. Z oceniania, w stronę próby zrozumienia. Bo trudno wymagać od kogoś stabilności, jeśli nigdy jej nie doświadczył. „Fiołki” są opowieścią o samotności, ale nie tej oczywistej. To samotność, która nie zawsze oznacza brak ludzi, tylko brak więzi. Brak poczucia, że jest się dla kogoś ważnym. To także historia o tym, jak przeszłość nie kończy się wtedy, kiedy powinna. Ona trwa, przekształca się i wpływa na teraźniejszość w sposób często niezauważalny. Nie jest to książka dynamiczna. Wydarzenia nie gonią tu wydarzeń, napięcie nie wynika z akcji, lecz z emocji. Z ciszy. Z niedopowiedzeń. I właśnie ta cisza bywa najtrudniejsza. Nie da się jej po prostu „lubić”. To historia, którą się przeżywa, a jej emocje trudno odłożyć na bok. Jednocześnie zmusza do zatrzymania się i spojrzenia uważniej - nie tylko na bohaterkę, ale też na ludzi wokół nas. Bo może „fiołki” są wszędzie. I może mijamy je codziennie, nie zdając sobie z tego sprawy.
obszyte_slowami - awatar obszyte_slowami
ocenił na 7 20 dni temu
Uśmiech Shoko Choi Eun-young
Uśmiech Shoko
Choi Eun-young
Sporządzając listę najlepszych tytułów, jakie przeczytałam w tym roku, przypomniałam sobie, że – poza klubem książki – nie podzieliłam się z wami wrażeniami na temat tego zbioru opowiadań. Moja opinia zdążyła już trochę odleżeć, ale gdy spojrzałam na ilość zapisanych cytatów, uznałam, że chociażby z tego powodu warto się będzie nią podzielić i zostawić ten ślad. Kolejny raz przekonuję się, że wiele dzieł autorek z Korei dotyka jakiegoś wydarzenia historycznego; choć proza może być nawet osadzona i we współczesności, echo przeszłości zdaje się przenikać do codziennego funkcjonowania bohaterów. W siedmiu historiach zapoznajemy się z różnymi perspektywami, z których każda jest wyjątkowa; jest w nich i staruszka, i matka, i siostra. Kobiece postacie odsłaniają przed nami cenne wspomnienia. Choć według mnie pierwsza część zbioru jest znacznie mocniejsza niż druga, bardzo doceniam całość i do tej pory jestem w stanie przywołać uczucia, które towarzyszyły mi podczas lektury. Jak pewnie zwróciliście uwagę, imię z tytułów jest japońskie – ten wątek też się tu pojawia, a wiadomo, że relacje obu narodów nie należą do najłatwiejszych. Jest to opowiadanie rozpoczynające i razem z drugim stoją na szczycie mojego podium. Oba dotykają problemu kontaktów międzykulturowych, a te poszukiwanie wspólnego języka i zrozumienia, wydaje się stanowić tło wielu motywów. To fascynujące jak autorka sięga po różne punkty geograficzne, symbolizują też może trudność w osadzeniu się bohaterek i ich poszukiwania. Znajdziemy tu nawet odniesienia do Polski, co zawsze wywołuje uśmiech na mojej twarzy; mimo odległości wielu tysięcy kilometrów jak widać zawsze da się znaleźć punkty wspólne. Spotkałam się ze stwierdzeniem, że styl jest oszczędny w środkach i mało ozdobny. Ja jakoś nie zwróciłam na to uwagi, gdyż wciąż i wciąż trafiałam na doskonałe akapity, które w precyzyjny sposób mnie poruszały. Co więcej, patrząc na popularne w bookmediach zbiory opowiadań z krajów Azji, ten podobał mi się znacznie bardziej niż „Grobowa cisza, żałobny zgiełk” Ogawy. A wydaje mi się, że słychać o nim mniej. Oczywiście najlepiej samemu to ocenić. I do tego was zachęcam. ig: @tylkotrocheczytam
tylkotrocheczytam - awatar tylkotrocheczytam
ocenił na 9 3 miesiące temu
Dziennik pustki Emi Yagi
Dziennik pustki
Emi Yagi
Po lekturze tej książki mam mieszane uczucia. Temat ciekawy, ale potencjał trochę spalony jak dla mnie, zwłaszcza pod koniec, kiedy zamiast się rozwiązać, wątek się komplikuje, a czytelnik zostaje ze znakami zapytania i sam musi wymyślić o co w tej historii chodziło. Książka dzieli się na rozdziały odpowiadające tygodniom ciąży, ale nie wszystkim, niektóre są pominięte. Ja po skończeniu czytania zaczęłam się zastanawiać czy przypadkiem nie pominęłam jakiegoś fragmentu i dla tego może nie mogę załapać o co w tym wszystkim koniec końców chodziło. Mieszkająca w Tokio Shibata udaje ciążę (liczne opisy zabiegów, które bohaterka podejmuje, żeby wyglądać na ciężarną), potem okazuje się, że naprawdę jest w ciąży (co potwierdza USG), potem rodzi (opis rozpoczynającej się akcji porodowej), ale w końcu dziecka jednak nie ma (opis wykorzystywania multimediów z sieci jako własnych kiedy ktoś pyta jak się ma maluszek). I co czytelnik ma sobie pomyśleć? Gdyby jeszcze była to tylko relacja uczuć bohaterki, uznałabym, że wymyśliła ona kłamstwo, uwierzyła w nie i sama się w tym pogubiła. Ale ponieważ jest tu jeszcze świat zewnętrzny (koledzy z pracy, rodzina, koleżanki z aerobiku, lekarz i inni przypadkowi ludzie) jedyne co by wyjaśniało jakkolwiek sens tej historii, to chyba tylko to, że to wszystko to był sen głównej bohaterki, bo jak wiadomo w snach próżno czasem szukać logiki... zupełnie jak w tej książce. Opowieść zapowiadała się naprawdę dobrze, jednak zakończenie wygląda tak jakby autorka sama nie wiedziała jakie rozwiązanie powinna mieć tą historia, dlatego pozostawiła czytelnikowi wątek zagmatwany do samodzielnej interpretacji. Duży plus za kulturę japońską, o której można się mimochodem wiele z tej powieści dowiedzieć - od zwyczajów, przez kuchnię, po codzienny styl życia. Pod tym względem książki takie jak ta to naprawdę ciekawe pozycje.
bluliente - awatar bluliente
ocenił na 7 2 miesiące temu
Kontratak Sohn Won-Pyung
Kontratak
Sohn Won-Pyung
Temat powieści „Kontratak” wydawał się bardzo interesujący. Problemy pokolenia trzydziestolatków w Korei ze słabymi szansami na zrobienie kariery czy choćby zdobycie satysfakcjonującej pracy. Rekrutacje do firm, w których wydaje się, że wszystko poszło świetnie, a jednak pracy się nie dostaje z niejasnych powodów. Odpowiedź typu „oddzwonimy” i nie oddzwaniają. Zołzowaci przełożeni, którzy już zapomnieli, jak to jest być młodym i niedoświadczonym. Powszechny mobbing, powszechne wykorzystywanie pozycji przełożonego, by obarczać stażystów pracą znacznie wykraczającą poza zakres obowiązków. Brak perspektyw. Chamstwo przełożonych wyższych rangą. Oceny pracownicze, kiedy to łatwo można wykończyć kogoś przy pomocy ukartowanych intryg. Podlizywanie się dyrekcji i zgoda na zachowanie nieetyczne, ale dobrze widziane przez „górę”. No i na końcu podłe koleżanki, które wykorzystując swoją przewagę psychiczną w jakimś sensie zmuszają te słabsze do nadstawiania głowy w trudnych sytuacjach. „Kontratak” opowiada o trzydziestolatkach koreańskich, ale problemy występują w wielu miejscach, także w Polsce. Lektura mediów społecznościowych czy reportaży socjologicznych, filmy i seriale, a nawet doświadczenia własne, własnych dzieci, kolegów czy znajomych dostarczają wielu przykładów na to, że zdobycie i utrzymanie pracy, szczególnie w korporacji, to niemal jak walka na froncie. Trzeba mieć w sobie dużo samozaparcia, a najlepiej dobre „plecy”. Twarde reguły świata kapitalistycznego w XXI wieku to nie jest sielanka. Powieść Sohn Won-Pyung wpisuje się w bardzo aktualny problem, a autorka po znakomitym „Almond” wydawała się predystynowana do zajęcia się tematem. Niestety, wyszło tak sobie. Głównie dlatego, że bohaterka powieści Ji-hye i jej przyjaciele, Gyu-ok, Sam Nam i Mu-in wydają się naprawdę jacyś amorficzni, nieogarnięci i niezdolni do walki o swoje. Szczególnie Ji-hye pozwala się wykorzystywać właściwie od zawsze, na każdym polu. Tymczasem w dzikim świecie stosunków kapitalistycznych są wygrani i są przegrani; nie podejmujesz walki, nie wykazujesz się twardością, odpornością, wystarczającą dawką egoizmu – to nie masz szans. W każdym razie nie masz szans na karierę. Bardzo dobitnie pokazuje to przykład utalentowanego scenarzysty Mu-in, który nie potrafi obronić prawa własności do swoich scenariuszy, notorycznie podkradanych przez wytwórnie filmowe i bardziej bezwzględnych kolegów. Tytułowy kontratak, który przyjaciele podejmują, by walczyć z niesprawiedliwością na rynku pracy, też jest jakiś nijaki, bez ikry, a przede wszystkim bez szans na osiągnięcie celu. Toteż ich próby kończą się bez sukcesu, nieciekawie. Myślę, że jak już kontratakować, to trzeba akcję dobrze przemyśleć i przede wszystkim mieć pomysł na skuteczny suspens i medialny rozgłos. Inaczej szkoda wysiłku. Ciekawe było umieszczenie po tekście wyjaśnień historycznej sytuacji w Korei Południowej, która była przecież państwem rządzonym przez dyktaturę wojskową, a jej sukces gospodarczy opierał się w dużej mierze na monopolizacji gospodarki przez słynne czebole, takie jak Samsung, LG czy Hyundai. Rzecz jasna, wiązało się to z wyzyskiem tysięcy zwykłych Koreańczyków, eksploatowanych ponad miarę. Tu jako dygresja: Koreańczycy są bardzo dobrze wykształconym i pracowitym narodem. Typowy gorzki dowcip mówi, że studenci koreańscy, którzy śpią codziennie aż 6 godzin, to straszne leniuchy, bo marnują na sen czas, który mogliby przeznaczyć na naukę czy pracę; porządny Koreańczyk nie sypia dłużej ni 5 godzin. Jednak rys historyczny wydał mi się dosyć zagmatwany i trudny do przyswojenia przez czytelników nie zorientowanych w temacie. W każdym razie polecam.
Ewa Szulc - awatar Ewa Szulc
ocenił na 6 30 dni temu
Drabina Eugenia Kuzniecowa
Drabina
Eugenia Kuzniecowa
Drabina to książka pozornie cicha, a w istocie boleśnie głośna. Nie krzyczy, nie oskarża wprost, nie domaga się współczucia. Zamiast tego cierpliwie układa kolejne szczeble doświadczenia, po których czytelnik musi wspinać się sam, bez poręczy, bez gwarancji, że na górze czeka jakiekolwiek ocalenie. Niczym Tolik ( główny bohater )wchodzący do swojej sypialni po drabinie ... No właśnie. To proza o wojnie, ale pozbawiona wojennej retoryki, o uchodźstwie, ale bez sentymentalnych skrótów, o stracie, która nie potrzebuje wielkich słów, bo i tak wypełnia wszystko. Kuzniecowa pisze o świecie rozszczelnionym. O rzeczywistości, w której normalność przestała być stanem trwałym, a stała się chwilowym przywilejem. Drabina nie opowiada o heroizmie ani o wielkich gestach. Interesuje ją codzienność pęknięta na pół, życie „pomiędzy”: pomiędzy domem a obcym miejscem, pomiędzy językiem ojczystym a obcym, pomiędzy pamięcią a koniecznością zapomnienia, żeby w ogóle przetrwać. Tytułowa drabina nie jest tu obietnicą awansu ani drogi ku górze. To raczej konstrukcja prowizoryczna, chwiejna, zbita z doraźnych decyzji, kompromisów i strat. Niczym te pomidory w fontannie, które skradły moje serce. Każdy szczebel kosztuje tutaj: energię, godność, poczucie ciągłości własnego życia. Wspinaczka nie daje satysfakcji, nie prowadzi do triumfu, jest raczej ruchem wymuszonym, próbą utrzymania się nad przepaścią. Język autorki jest prosty, ale nie banalny. Zdania są klarowne, pozbawione ornamentów, a jednocześnie nasycone emocją, która nie potrzebuje podkreśleń. Autorka nie moralizuje, nie tłumaczy świata czytelnikowi, pokazuje go takim, jaki jest: nieuporządkowany, niesprawiedliwy, pełen drobnych okrucieństw i jeszcze drobniejszych aktów czułości. To właśnie ta powściągliwość sprawia, że Drabina działa tak silnie: dramat rozgrywa się w półtonach, w niedopowiedzeniach, w rzeczach, które „po prostu się dzieją”. Relacje międzyludzkie przedstawione w książce są kruche i niestabilne, jak wszystko, co powstaje w warunkach zagrożenia. Bliskość bywa chwilowa, pomoc niepewna, a solidarność często obciążona zmęczeniem i strachem. Kuzniecowa nie idealizuje ani ofiar, ani tych, którzy pomagają. Pokazuje ludzi zmęczonych, zagubionych, czasem egoistycznych, czasem zaskakująco dobrych, zawsze jednak prawdziwych. Szczególnie przejmujące jest to, jak Drabina opowiada o tożsamości. O tym, jak łatwo ją stracić, gdy trzeba porzucić miejsce, język, rytm życia. Bohaterowie noszą w sobie dawny świat jak ciężki bagaż: nie mogą go zostawić, ale też nie potrafią z nim iść dalej bez bólu. Pamięć nie daje ukojenia, raczej przeszkadza, potyka, ciągnie w dół. To książka pozbawiona łatwego finału. Nie oferuje katharsis, nie zamyka ran. Zostawia czytelnika w stanie zawieszenia, dokładnie tam, gdzie znajduje się jej świat. Drabina nie próbuje dawać nadziei na siłę. Jeśli jakaś nadzieja się tu pojawia, jest cicha, nieśmiała, związana z trwaniem, nie z wygraną. To jedna z tych książek, które czyta się z poczuciem, że literatura spełnia swoją najważniejszą funkcję: nie pozwala odwrócić wzroku. Bez patosu, bez oskarżeń, bez manifestu. Po prostu pokazuje, jak wygląda życie, gdy grunt usuwa się spod nóg, a człowiek mimo wszystko próbuje się wspinać. Dziękuję Wydawnictwu ZNAK za egzemplarz recenzencki z roku 2024 :)
Mariola Sternahl - awatar Mariola Sternahl
ocenił na 7 2 miesiące temu

Cytaty z książki Sto kwiatów

Więcej
Genki Kawamura Sto kwiatów Zobacz więcej
Genki Kawamura Sto kwiatów Zobacz więcej
Genki Kawamura Sto kwiatów Zobacz więcej
Więcej