Pod jesienną gwiazdą

Okładka książki Pod jesienną gwiazdą
Knut Hamsun Wydawnictwo: Czuły Barbarzyńca Cykl: Trylogia wędrowca (tom 1) literatura piękna
190 str. 3 godz. 10 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Cykl:
Trylogia wędrowca (tom 1)
Tytuł oryginału:
Under Hoststjaernen
Data wydania:
2021-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2021-01-01
Liczba stron:
190
Czas czytania
3 godz. 10 min.
Język:
polski
ISBN:
9788395676154
Tłumacz:
Anna Marciniakówna
Średnia ocen

                6,7 6,7 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Pod jesienną gwiazdą w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Pod jesienną gwiazdą

Średnia ocen
6,7 / 10
27 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
826
83

Na półkach: , , , , , ,

Długo musieliśmy poczekać na polski przekład tej książki (aż 115 lat), która wchodzi w skład tzw "Trylogii wędrowca", jednak dzięki wydawnictwu Czuły Barbarzyńca możemy zapoznać się z tym arcydziełem, mam nadzieję, że niebawem ukażą się kolejne tomy, bo nie mogę się wprost doczekać co będzie dalej.

W sumie od dawna już chciałem sięgnąć po coś Hamsun'a, ale przypadek sprawił, że ta pozycja stała się moją pierwszą, wypatrzyłem ją pośród tysiąca innych książek w Taniej Księgarni Dedalus, a że stwierdziłem, iż cena jest dość adekwatna wysupłałem tych parę dyszek, ale nie żałuję zakupu ani trochę, warto było.

Z tego co udało mi się wyczytać głównym bohaterem jest sam autor i opowieść ta zawiera cechy wyraźnie autobiograficzne, a informacja, że dodatkowo jest melancholijna zachęciły mnie do zagłębienia się w tę lekturę.

W skrócie proza ta przedstawia człowieka zmęczonego wielkomiejskim zgiełkiem, neurastenika, który ucieka na prowincję w celu odnalezienia równowagi, ciszy i spokoju w otaczające go przyrodzie, lubi wędrować po lesie czy odwiedzać cmentarze. Będąc na stancji u gospodyni spotyka starego druha z młodzieńczych lat i postanawia nająć się razem z nim do różnych prac, jak się okazuje bohaterowi nie brakuje umiejętności inżynierskich, w trakcie służby na dworze zakochuje się bez pamięci w żonie kapitana Falkenberg'a, a jego miłość przeradza się w obsesję i wbrew zdrowemu rozsądkowi, i odmowy ze strony chlebodawczyni szuka z nią kontaktu.

Mnie udało się wczuć w rolę głównego protagonisty, jego tułanie się z miejsca na miejsce jest metaforą do szukania sensu życia na tym marnym padole ziemskim, po drodze natrafia na różnych ludzi, z którymi jednak nie może złapać głębszych więzi i kolejno zaczyna się rozczarowywać, sens odnajduje w miłości, niestety ta pozostaje nieodwzajemniona.

Ze swojej strony mogę tylko polecić, jestem zachwycony, na pewno sięgnę po więcej twórczości Knut'a Hamsun'a.

Długo musieliśmy poczekać na polski przekład tej książki (aż 115 lat), która wchodzi w skład tzw "Trylogii wędrowca", jednak dzięki wydawnictwu Czuły Barbarzyńca możemy zapoznać się z tym arcydziełem, mam nadzieję, że niebawem ukażą się kolejne tomy, bo nie mogę się wprost doczekać co będzie dalej.

W sumie od dawna już chciałem sięgnąć po coś Hamsun'a, ale przypadek...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

69 użytkowników ma tytuł Pod jesienną gwiazdą na półkach głównych
  • 35
  • 34
19 użytkowników ma tytuł Pod jesienną gwiazdą na półkach dodatkowych
  • 11
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Knut Hamsun
Knut Hamsun
Norweski pisarz, prekursor modernistycznych tendencji w powieści psychologicznej oraz egzystencjalnej, które w pełni ukształtowały się w drugiej połowie XX wieku. Hamsun był czwartym spośród siedmiorga dzieci ubogiego wiejskiego krawca. W młodości pracował jako czeladnik szewski, subiekt, kamieniarz i nauczyciel w szkole elementarnej. W latach osiemdziesiątych dwukrotnie wyjeżdżał do USA, gdzie zarabiał na chleb jako buchalter, motorniczy tramwaju, robotnik budowlany (swoje refleksje z pobytu w Ameryce opisał w Fra Det moderne Amerikas Aandsliv (1889)). Do Norwegii wrócił z podejrzeniami śmiertelnej choroby. W rodzinnym kraju odzyskał zdrowie. Pierwszą powieścią, która zyskała uznanie krytyków był Głód (norw. Sult, 1890, wyd. pol. 1892). W powieści Hamsun odchodzi od dziewiętnastowiecznego psychologicznego naturalizmu. Świat bohatera powieści został zredukowany do psychiki głodującego człowieka, uwikłanego w walkę o byt. Powieść jest prekursorem modernizmu w literaturze i zapowiedzią utworów Franza Kafki i innych pisarzy dwudziestowiecznych, którzy dostrzegali pustkę egzystencji wobec otaczającej cywilizacji. W Głodzie Hamsun odchodzi od dziewiętnastowiecznego modelu narracji – dialogi zastępuje opisami marzeń, urojeń i obsesjami głodującego. Również w kolejnych utworach Hamsun rezygnuje z interpretacji psychologicznej i refleksji filozoficzno-społecznej. Kolejny utwór Misteria (norw. Mysterier, 1892) był prawdopodobnie najwybitniejszym dziełem Hamsuna. Innym ważnym utworem z tego okresu była powieść Pan (1894). Po 1910 w twórczości Hamsuna coraz ważniejsze stają się odniesienia społeczne, a agresywność ustępuje miejsca melancholii. Arcydziełem w opiniach krytyków było Błogosławieństwo ziemi (norw. Markens Grøde, 1917), za którą w 1920 otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Zbuntowany wobec społeczeństwa włóczęga stał się bohaterem trylogii Hamsuna: Włóczęgi (1927, wydanie polskie 1929), August Powsinoga (1930, wydanie polskie 1931), A życie toczy się dalej (1933, wydanie polskie 1958). Duże uznanie wzbudził zbiór jego poezji Det vilde Kor (Dziki chór) (1904). Przed II wojną światową i w jej trakcie popierał Adolfa Hitlera i nazistów, za co po wojnie był sądzony i poddany ogólnonarodowemu ostracyzmowi. W 1942 Hamsun spotkał się z Hitlerem. W 1943 oddał nawet swój medal, będący częścią Nagrody Nobla, Josephowi Goebbelsowi na znak podziwu; jeszcze w maju 1945 roku opublikował artykuł gloryfikujący Hitlera. Po wojnie zbliżający się do 90. roku życia pisarz został skazany przez sąd za zdradę ojczyzny na bardzo wysoką grzywnę, która w istocie pozbawiła go całego majątku. Następnie osadzono go w szpitalu psychiatrycznym. Efektem pobytu w szpitalu była powieść Na zarośniętych ścieżkach (På gjengrodde Stier) (1949), napisana po wielu latach przerwy w twórczości. Przedstawiciel kierunku subiektywistycznego w prozie norweskiej. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1920 za książkę Błogosławieństwo ziemi. Jeden z członków komisji noblowskiej uzasadnił ten wybór, porównując twórczość Hamsuna do twórczości Hezjoda.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Nowele i opowiadania Herman Melville
Nowele i opowiadania
Herman Melville
Ach Hermanie, jakim cennym stałeś się dla mnie odkryciem, Ty dla mnie piszesz, tak w sercu, duszy czuję; ukazały się palce ręki ludzkiej i pisały za świecznikiem na wapnie ściany królewskiego pałacu. Twój styl doskonały jest taki, jak rześki wietrzyk w upale na rowerze przez Mierzeję, do ukochanej piosenki z ukochaną taniec, jak nocne pływanie pod gwiazdami, spacery po lesie z małymi bratankami, skrzydeł ptasich muskanie. Kim jest Bartleby? Pewnego ranka stanął nieruchomo w progu biura. Kopista - figura Chrystusowa? Brat najmniejszy? A może nie. Blady jak popiersie Cycerona, pracuje z początku niczym maszyna i nagle się zacina. I tylko wolałby nie, co powoduje tąpnięcia w rzeczywistości, świat jego szefa się przemienia, ten zaczyna odczuwać melancholię jak nigdy wcześniej, rozważa drugiego człowieka - kapitalista dostrzega brata; „Krążyły wokół mnie przeczucia dziwnych odkryć” Nawiedził go kopista jak duch jakiś. Nie zdecyduje, żeby nie, zdecydował, żeby tak, ale wolałby nie. Nie może ani powiedzieć, ani zrobić nic więcej, jeśli Bóg, jeśli Inny, będzie nadal prowadził go ku...Ech! On śpi, prawda? Bartleby! Poznaję pana - rzekł - i nie mam panu nic do powiedzenia. Wiem gdzie jestem. Pracował wcześniej w Biurze Martwych (niedoręczonych) listów i w listach świat mógł przejrzeć. Doskonałe...A potem Kukuryku czyli pianie szlachetnego koguta zwanego Beneventano i wychodzi chłop wczesnym rankiem we wsi i nic mu się świat nie podoba, snuje jakieś smętne gadki jak to teraz źle, wypadki kolejowe itp. I nagle rozlega się taaakie pianie koguta gdzieś w dolinie, że spojrzenie subito diametralnie mu się odmienia, świat lśni piękna blaskiem i potem szuka tego koguta, bo chce go mieć, a nie jest to sprawa prosta, bo wzgórza niosą ten ożywczy dźwięk, trzeba duży obszar obejść:)...dalej przepiękne opisy Wysp Zaklętych, czyli Galapagos, co tam sobie żyje w tym popiele, kto bowiem stopę raz już tam postawił, zdjąć jej nie zdoła, a pozostanie skazany na wieczne w oślep wędrowanie, a skała Rodondo, co z dala wygląda jak czarowna fregata, z bliższa, jak olbrzymi żagiel, bo cała w guanie, tam wiele półek i na każdej siedzi inny gatun; pingwiny, pelikany, goony, sieweczki, nurzyki, kurki Maryi Panny, demoniczny hałas, jedyne miejsce wytchnienia na bezkresnym oceanie; na wyspie Norfolk okrutna historia się wydarzyła, a bohaterką Hunilla, Indianka z Paity w Peru, umocniona przez swą niedolę, gdy wokół tylko niegasnące fale...Dwie świątynie i mistyczne chwile na wieży w kościele, gotyckie witraże bogato barwione wschodami zachodami słońca, solarnymi tęczami, księżycowymi, spadającymi gwiazdami...Tartar panien, fabryka papieru leżąca w Ciemnicy Diabła, opisy przyrody jak jakaś potężna symfonia i lodowate piekło wszędzie, a przy rzędach pustych stołów siedziały rzędami dziewczęta o pustych twarzach; w pustych dłoniach trzymały puste białe teczki i z pustym wzrokiem składały puste białe kartki (...) a przed oczami - zdało mi się, że widzę na tych wirujących walcach papierni przesuwające się w powolnym pochodzie, przyklejone do bladej napływającej masy, jeszcze bledsze oblicza wszystkich bladych dziewcząt, które ujrzałem tego ciężkiego dnia...i fantastyczna, magiczna, cudowna Dzwonnica, którą zbudował Wielki Bannadonna, jak wieża Babel; ambicja wprawia świat w stan iście apoplektycznego napięcia, a gdzie apopleksja, tam atak i upadek...genialne Benito Cereno wreszcie; co tam się dzieje na "Świętego Dominika" pokładzie, obrazy żywe, jakie napięcie, gra pozorów czy faktyczne nieszczęście? Kosmiczne pisanie Hermanie. Wszędzie niemo, cicho; wszędzie szaro. Ocean, choć ufałdowany w długie pasma fal, jakby znieruchomiał, a powierzchnia lśniła niczym ołów, ostygły i stężały w kowalskiej formie. Niebo zdało się obleczone w szarą opończę. Stadka niespokojnych szarych ptaków, rozproszone wśród stadek mgieł równie niespokojnych i szarych, jakby im pokrewnych, w nerwowym locie muskały niemal wodę niby jaskółki nad łąką przed nadejściem burzy: cienie już obecne, co zwiastują nadejście cieni znacznie głębszych... I Weranda, a z niej widok na istny raj, krainę baśni, gdzie na wzgórzu wśród pradawnych lasów pod dziewiczym sierpem księżyca tańczą wróżki, a tęcza opierając się swym dalszym końcem na srebrzystej poziomkowej polanie sprawia, iż rozkwitają kwiaty. Nie powiem więcej, musicie to cudo przeczytać nim otworzą się przed wami posępne Szeolu bramy. A, i Skrzypek niezwykły tam też się schował, uważajcie, bo kupicie skrzypki i zaczniecie pobierać gry nauki, życie zaczniecie od nowa. I wiele innych znakomitych. Ja i mój komin na koniec jeszcze wspomnę, wyborne czytanie, kto humor posiada i Słowo kocha - ileż stałego lądu zaanektowano tu pod komin, i jakiż ciężar dla ziemi! W istocie, ów tęgi handlarz, sędziwy Atlas, dlatego tylko mógł mężnie prostować się pod swym pradawnym brzemieniem, że ja i mój komin nie stanowiliśmy części tego ostatniego - niech owego Henryka VIII wśród kominów koniecznie zapozna. Jak pisał Wielki Herman niech się przekona. Kukuryku i papa.
Yulquen - awatar Yulquen
ocenił na 10 1 rok temu
Poddany Henryk Mann
Poddany
Henryk Mann
"Poddany" jest pierwszą częścią trylogii zatytułowanej "Cesarstwo". Akcja utworu rozgrywa się w latach 1896 - 1897. Główny bohater Diederich Hessling to właściciel fabryki i radny miasteczka Netzig. Dzięki retrospekcjom czytelnicy są świadkami jego szkolnej edukacji, w czasie której dzieci są poddawane indoktrynacji. Obserwujemy też jego poczynania w junkierskiej korporacji i cesarskim wojsku, gdzie jak mówi narrator, człowiek "spadł gwałtownie i nieuchronnie do roli wszy". Jesteśmy świadkami pierwszych wiernopoddańczych uniesień i wyczynów, którymi młody Hessling pragnie udowodnić swoje uwielbienie dla cesarza Wilhelma II. Hessling to prowincjonalny ultrapatriota o wąskich horyzontach, przeciętny pod każdym względem, odrażający i słaby moralnie, fanatyk silnej i bezwzględnej władzy. Przed taką władzą pada na twarz i w imię takiej władzy sam niszczy słabszych oraz uzależnionych od siebie, tyranizuje własną rodzinę, haniebnie uciska i wyzyskuje robotników pracujących w jego fabryce. Jest przykładem kapitalisty identyfikującego rzekome dobro ojczyzny z własnymi brudnymi interesami. Tropiąc na każdym kroku domniemanych czy rzeczywistych przeciwników tak zwanej "wielkości Niemiec", utrąca konkurentów handlowych przy pomocy politycznej denuncjacji i tą drogą dochodzi do fortuny oraz zaszczytów. Kreśląc portret swojego bohatera Mann sięgnął po satyrę, ironię a nawet groteskę. Książka jest momentami zabawna, ale też przerażająca. Gdy czytamy o Hesslingu przyklejającym się do ludzi i spraw nadających wartość jego banalnej egzystencji, zdajemy sobie sprawę, że czytamy o przeczuciu pisarza, który wykreował postać będącą prototypem przeciętnych ludzi, którzy dojdą do władzy w czasach panowania faszyzmu w Niemczech. Pisarz przedstawił też członków lokalnej społeczności prezydenta miasta, urzędników, wojskowych, bogatych przedsiębiorców mieszkających w Netzig, które jest jak mała dżungla, triumfują w nim siła i podłość, a uczciwość nie uchodzi bezkarnie. Powieść jest zjadliwą satyrą na rodzący się wówczas w Niemczech ultrapatriotyzm i nacjonalizm, który ostatecznie miał doprowadzić to państwo do błotnistych okopów I wojny światowej i katastrofalnej przegranej. Jest też satyrą na kult wodza i pychę narodowych ambicji terytorialnych, które doprowadziły do wybuchu II wojny światowej. Po dojściu Hitlera do władzy Henryk Mann wyemigrował z Niemiec, a jego książkę "Poddany", uznawaną wtedy za antyniemiecką, hitlerowcy palili na stosach.
Iwona ISD - awatar Iwona ISD
ocenił na 7 1 rok temu
Wielki Upadek Peter Handke
Wielki Upadek
Peter Handke
Tak szumi beznadzieja a kiedy szukający swojej tożsamości człowiek próbuje się w niej zaaklimatyzować, to doznaje Wielkiego Upadku. Nie jest to łatwe do zdefiniowania pojęcie. Stoi za nim chaos w czasie i przestrzeni, hałaśliwa teraźniejszość i wywołujący agresję amok określają jego granice. W zasadzie to nie można mówić o jakichkolwiek krawędziach poza tymi, które by wyznaczały kres stapiających się z centrum metropolii przedmieść. Przyda się tu bycie uważnym ponieważ wędrówka Petera Handkego nie przynosi na myśl absolutnie nic, a jednak przywoływane podczas niej obrazy wwiercają się w mózg i siłą swojego złudzenia zatapiają w pamięć. Nawet niewypowiedziane słowa świadczą o tym, że droga człowieka wrażliwego jest tym samym przemierzanym od niepamiętnych czasów szlakiem. A to dopiero początek szczegółowej obserwacji pomyłki, której Peter Handke poświęcił pięćdziesiąt pięć dni swojego życia. Chciałem doświadczyć sztuki oddziaływania na innych i całkiem nieoczekiwanie zacząłem dostrzegać kolejne przydawane tłumowi twarze. Każda z nich z pewnością zasługuje na imię ale to wcale nie jest istotne, gdyż zatrzymanie się przy nich na dłużej nie jest możliwe. Przyłapany na dźwiganiu ciężaru świata austriacki noblista ma o wiele większe zmartwienia, niż określanie tożsamości, której brakuje nawet bohaterowi jego książki. Udać się donikąd w pustkę. Nie umierać ale co najwyżej przeminąć. Jak dobrze te zdania pasują do bardzo trudnych do odczytania intencji autora. Uwiodła mnie jego donkiszoteria i próby określenia swojego miejsca w tłumie. Z pewnością ta podróż nie była jałowa, wyśmienicie wpisała się w tragedię ludzkiej egzystencji i nadała nowy wymiar zagubieniu człowieka. A przy okazji skonfrontowała ciszę z hałasem oraz przedmieścia z centrum miasta. Jak się odnaleźć wśród bezkształtnych lub nadzwyczaj wyraźnych i przerysowanych postaci? Najlepszym sposobem jest skopiowanie amoku Handkego i według tego samego, co on wzoru, przepływanie pomiędzy krzykiem udręki i bezbronności. W jaki sposób znosić wyobcowanie w świecie "Wielkiego Upadku"? Dążyć do harmonii z nim. Grać rolę widza i słuchacza, a w końcu samego aktora. Ta austriacka powieść wymaga odczarowania. Nie musi być wymuszoną drogą "ostatniego człowieka". Może zawierać pytania o bycie autentycznym lub fałszywym ale w niekończącym się dniu należy dostrzec "przyszłość". Od niej się tu ucieka, zdawkowo wymawia wyobrażenia o niej. A jednak to może być jedyna okazja do uratowania ludzi. Tych wpisanych w historię wychodzenia z pokrętnej spirali istot. Dlatego też Peter Handke niezmiennie przez cały czas formatuje tę opowieść. Nadaje jej nową strukturę i wygląd po to, aby uczynić ją czytelniejszą w odbiorze. Aż w końcu, na progu czasu wydarzyło się coś, co niektórzy by określili mianem pełni lata. Jednak czytając "Wielki Upadek" w żadnym wypadku nie powinniśmy oczekiwać na jakiś wyznaczający kulminację środek czegokolwiek. Wystarczy, że się przenosimy pomiędzy sceneriami i wyobrażamy sobie szumy oraz szelesty. Chodzi o nasze spokojne dotarcie do celu, czyli swobodną lekturę powieści Handkego. Pomocna się w tym może wydać kontemplacja błysków, to zjawiskowa emanacja bezradności ciała i umysłu. Cóż, wielokrotnie opatrzona wykrzyknikami niezrozumiałości powieść jest jakby chodzeniem na wspak. Przód staje się tyłem, prawe lewym. Wyzbyte sensu myślenie dominuje krótkimi przebłyskami zadowolenia. Bo przecież o radość tu chodzi, bolesną lecz prawdziwą. Pomimo tego wszystkiego, co wcześniej napisałem, musicie mi uwierzyć na słowo.
czytający - awatar czytający
ocenił na 9 1 rok temu
Całusy Lenina Yan Lianke
Całusy Lenina
Yan Lianke
„Całusy Lenina” jest drugą książką tego autora, jaką przeczytałam i na pewno nie ostatnią. Yan Liank jest współczesnym pisarzem chińskim, mieszkającym w Chinach i piszącym krytycznie o współczesnych Chinach. Akcja tej powieści toczy się pod koniec XX wieku. Yan Liank, jak sam głosi, uprawia realizm transcendentalny. Uważa, że realizm w powieści zabija literaturę, prostacki realizm dusi literaturę. Utwory napisane pod banderą realizmu, wszystkie są do siebie podobne. Ocenę zostawiam czytelnikom. Natomiast trudno się dziwić pisarzowi, że chcąc ominąć chińską cenzurę, pisze w ten sposób swoje powieści. Niestety mimo to jego książek nie można znaleźć w chińskich księgarniach. Natomiast my dzięki jego powieściom możemy poznać prawdziwy obraz Chin. Powieść rozgrywa się w jednym z najbiedniejszych regionów Chin, w regionie Henan, z której autor pochodzi. Na granicy trzech powiatów, w górach Balou znajduje się nietypowa wioska Żywot. W wiosce mieszka sto dziewięćdziesiąt osób, w tym trzydziestu pięciu ślepych, czterdziestu siedmiu głuchych, trzydziestu trzech kulawych, jeszcze kilkudziesięciu bez rąk, z brakującym lub nadmiarem palców, karłów i ludzi z innymi przypadłościami. Opisana jest historia powstania tej dziwnej wioski. W czasie rewolucji przybywa do niej Babcia Mao ( rewolucjonistka, wtedy jeszcze młoda kobieta, acz kulawa) i staje się jej przywódczynią. Dzięki historii ludzi z tej wioski poznajemy, jaki wpływ na mieszkańców Chin miały kolejne fazy rewolucji w Chinach. Także wyjaśnia nam to stan wioski w czasie akcji tej powieści i pomysł Babci Mao. Drugim bohaterem tej powieści jest sekretarz Liu, z dość ciekawym życiorysem. Sekretarz Liu, aby uczynić swój powiat i ludzi tam mieszkających bogatszymi, ale też, aby przeskoczyć na następny szczebel swojej kariery, wpada na kuriozalny pomysł. W jakieś gazecie przeczytał, że po rozpadzie Związku Radzieckiego w Moskwie zastanawiają się nad dalszym losem Mauzoleum Lenina. Sekretarz Liu wymyślił, że odkupi od Rosjan mumię Lenina i umieści ją w wybudowanym Mauzoleum w górach Balou. W ten sposób miejsce to stanie się atrakcją turystyczną i odwiedzą mauzoleum miliony ludzi, zostawiając tysiące jenów w wybudowanych hotelach i restauracjach. Powiat i region wzbogacą się dzięki sprzedawanym biletom wstępu do Mauzoleum. Żeby zebrać fundusze na zakup mumii Lenina, organizuje z mieszkańców Żywot grupę cyrkową, która objeżdża różne miejscowości, dając przedstawienia. Oczywiście obiecuje występującym olbrzymie pieniądze. Jak ta historia skończy się dla wioski Żywot i dla sekretarza Liu? Powieść jest tragikomedią, gdzie śmiejemy się przez łzy. O poziomie intelektualnym urzędników świadczy już sam pomysł zdobycia pieniędzy. Na przykładzie starosty Liu poznajemy absurdalny i skorumpowany świat urzędników państwowych, gdzie na każdym poziomie jest podlizywanie i służalczość władzy wyższej i wyżywanie się na władzy niższej. W tej machinie zwykli ludzie, którzy bywają szczerzy i troskliwi, ale często brutalni, podstępni i nieuczciwi tak jak ich władze. Wspaniale są ukazani bohaterowie tej powieści, nie tylko pierwszoplanowi, ale też ci z dalszych planów. Obcujemy z ludźmi pełnymi czasami sprzecznych uczuć i pragnącymi po prostu lepszego życia. Genialna satyra na współczesne Chiny pod płaszczykiem absurdu, czarnego humoru, a jednocześnie pełna współczucia i empatii dla tych najsłabszych, wykluczonych. Książka nie jest łatwą lekturą. Autor często używa regionalizmów, a także pojęć dla Europejczyka niezrozumiałych. Dlatego po każdym rozdziale występują przypisy umieszczone przez samego autora, czasami dłuższe niż sam rozdział. Kolejne rozdziały opowiadają o aktualnych wydarzeniach, natomiast przypisy przedstawiają wcześniejsze wydarzenia. Książka ze wszech miar niezwykła, zabawna i przerażająca, niemożliwie zakręcona, ale jednocześnie prosta. Autor potrafi tak poprowadzić akcję, że z niecierpliwością czekamy na następne wydarzenia. Właśnie taką literaturę kocham, wyjątkową i niezwykłą.
jatymyoni - awatar jatymyoni
ocenił na 10 4 miesiące temu
Taipi Herman Melville
Taipi
Herman Melville
Bohaterem „Taipi” jest Tommo, młody amerykański żeglarz, uciekinier ze statku. Tommo wraz ze swoim przyjacielem trafia na ląd polinezyjskiej wyspy Nuka Hiva, gdzie obserwuje życie i zwyczaje panujące u tubylczej ludności. Opisuje ich skłonność do radowania się dniem, pogodną naturę, zwyczaje kulinarne, ceremonie religijne. Przedstawia sielankowy świat kultywujący tradycję i funkcjonowanie w zgodzie z naturą. W tym kontekście „Taipi” jest przede wszystkim spotkaniem z przygodą i egzotyczną kulturą. Dzięki walorom faktograficznym sprawia wrażenie książki podróżniczej, w którą wpleciono fikcyjne obrzędy i wydarzenia. Z tego też powodu rękopis „Taipi” był początkowo odrzucany przez wydawców, a gdy już ujrzał światło dzienne, z miejsca wyniósł nazwisko autora do grona najpoczytniejszych w kraju. I co ważne, książkę nadal czyta się świetnie, mimo upływającego czasu. Gdy jednak spojrzymy na tę powieść z perspektywy historycznej, okaże się ona krokiem milowym w rozwoju warsztatu autora i jednocześnie koniecznością, dzięki której później mogły powstać „Moby Dick” Czy „Billy Budd”. Książka została oparta na autentycznej historii jaką przeżył autor. Są tu jednak zawarte szczegóły, które kłócą się z prawdą. Melville spędził na wyspie miesiąc, w książce są ich aż cztery. Na prawdziwej wyspie nie ma jeziora, podczas gdy w książce Tommo płynie po takowym. Nie ma na niej też gór, po których bohater wraz z kolegą mogliby wspinać się po ucieczce ze statku. Te wszystkie, jak i parę innych elementów są zwykłymi kłamstwami, które Melville zaadaptował do swojej opowieści, aby poruszyć wyobraźnią czytelnika. „Taipi” nie jest zatem ani wycinkiem autobiografii, ani czystą fantazją. To swobodny miszmasz własnych doświadczeń, bujnej wyobraźni i wyczytanych gdzie indziej motywów. Wróćmy jednak do historii. Aby dobrze zrozumieć o jak odległych czasach mówimy, warto zdać sobie sprawę, że w 1846 roku na świat przyszedł Henryk Sienkiewicz, a swoje książki publikowali akurat Nathaniel Hawthorne, Honoré de Balzac, Charles Dickens, Fiodor Dostojewski, Aleksander Dumas czy George Sand. Herman Melville rozpoczynając pisanie swojego debiutu miał raptem 25 lat, a w momencie wydania, kończył 27 rok. Komu w obecnych czasach, w tak młodym wieku, chciałoby się pisać blisko 500-stronicową powieść? A przy tym ilu z obecnych absolwentów uniwersytetów (lub pracowników) mogłoby równać się z warsztatem Melville’a, który nie odebrał przecież nawet elementarnego wykształcenia? Jego bogate doświadczenia zawodowe (robotnik rolny, ekspedient, urzędnik bankowy), połączone z niesamowitą historią jaka spotkała go podczas wizyty na wyspie Nuka Hiva, zaowocowały powieścią, która swoją popularność zawdzięczała głównie niezrozumieniu. Każdy, kto zna późniejszego Melville’a wie, że jego książki należy czytać między wierszami. U autora „Moby Dicka” każda postać, każdy gest i wypowiadane słowo może kryć za sobą dodatkowe znaczenie. Czytając „Taipi” moją uwagę zwróciła przede wszystkim możliwość interpretacji wyspy Nuka Hiva jako swoistego Edenu. Szczęśliwi ludzie, brak trosk, święte drzewo – te wszystkie elementy układają mi się w obraz Raju przedstawiony w Biblii. Poszlak jest zresztą więcej. W opisie przeprawy Tomma i Toby’ego przez góry i wąwozy padają słowa o rajskich ogrodach doliny Taipi. A kogo spotykają bohaterowie najpierw? Chłopca i dziewczynkę, którzy są zupełnie nadzy z wyjątkiem niewielkiej przepaski z kory. Tylko jeśli napotkane dzieci są odwzorowaniem Adama i Ewy, kim jest para nowoprzybyłych? Tu znowu mogę wesprzeć się cytatem, który mówi, że przyjaciele muszą „czołgać się i pełzać na podobieństwo pary wężów”. Czy Tommo jest zatem tym złym, który ma wejść w nową społeczność i zarażać ją błędami rozwiniętych cywilizacji? Dużo pytań, mnóstwo poszlak i niedopowiedzeń. „Taipi” może być także rozpatrywane jako zestawienie dwóch światów. Tommo przybywa z Ameryki, gdzie doświadczył rozwoju, pogoni za pieniędzmi, edukacji. Rzeczywistość Taipisów pozbawiona jest tego typu trosk i uciech. Żyjąc spokojnie skupiają się przede wszystkim na drugim człowieku i relacjach, za nic mając władzę i chęć zysku. Zamieszczony w książce opis odkrycia w Gajach Tabu bezładnych szczątków ludzkiego szkieletu o kościach jeszcze wilgotnych, swego czasu wywołał nie lada sensację u recenzentów i czytelników. Wątek ten nadał Melville’owi łatkę człowieka żyjącego wśród kanibali. Takie odczytanie mógł zaproponować tylko człowiek oddalony od ludowych wierzeń. Szukanie sensacyjnych wizji ludożerstwa, rozumianego jako czynność o charakterze kulinarnym najlepiej pokazuje różnice kulturowe. U Taipisów był to prawdopodobnie rytuał powtórnego pochówku, rzecz normalna i powszechnie stosowana. Dla człowieka Zachodu ten epizod uwidaczniał krwawą naturę ‘dzikusów’. Kanibalizm nie był jedynym wątkiem rozpatrywanym jako sensacja i burzenie tabu. Kontrowersję wzbudzały między innymi kwestie erotyczne oraz nieprzychylny opis działalności misjonarzy, usiłujących nawracać tubylców. Co chciał nam powiedzieć Melville pisząc tę książkę? Czy jest to spowiedź człowieka z zewnątrz, który wchodząc w nowe otoczenie zasiał ziarno grzechu? A może jest to wyraz tęsknoty po powrocie do ‘normalnego’ życia? Może też, tak jak chcieli niektórzy, jest to książka podróżnicza, w której autor dał upust kreatywność jaka w nim drzemie? Nigdy się już nie dowiemy jakie były intencje. Zachęcam jednak gorąco do lektury, bo choć nie jest to książka tak wysmakowana, głęboka i otwarta na dyskusję jak późniejsze dzieła amerykańskiego mistrza, rzuca ona nowe światło na jego charakter i rozwój twórczy. A przy okazji jest pięknie wydana i opatrzona wyjątkowo trafnym posłowiem. Recenzja ukazała się pod adresem http://melancholiacodziennosci.blogspot.com/2020/02/recenzja-taipi-herman-melville.html
Melancholia  codzienności - awatar Melancholia codzienności
ocenił na 6 6 lat temu
Złoty latawiec Dezső Kosztolányi
Złoty latawiec
Dezső Kosztolányi
Sándor Márai tak pisał o Dezső Kosztolányi w swojej eseistycznej powieści „Ziemia! Ziemia!”, w której żegnał się na zawsze ze swoimi ukochanymi Węgrami: cyt.: „ wiedział, że pisać można tylko w stanie ekstazy, w transie, lecz jednocześnie z pełną determinacji świadomością, jak matematyk budujący równanie wyższego stopnia. Napisał kiedyś , że arcydzieło musi być zaplanowane jak zbrodnia. I każdego dnia popełniał kilka takich większych i mniejszych zbrodni.” Niezwykłe wręcz uznanie, jakim jeden pisarz jest w stanie obdzielić drugiego. „Pistolet wystrzelił”– tak rozpoczyna swoją powieść Dezső Kosztolányi „Złoty latawiec” wydaną po raz pierwszy drukiem w 1925 roku, której akcję umieścił w niewielkim, prowincjonalnym miasteczku Sárszeg, zagubionym gdzieś na obrzeżach Cesarstwa Austro-Węgierskiego na przełomie wieków. Co ciekawe, Sárszeg jest również miejscem akcji jego wcześniejszej powieści „Ptaszyna”. I to pierwsze zdanie staje się zapowiedzią wydarzeń, które wstrząsną opinią publiczną tego niewielkiego miasta i zachwieją jego dotychczasowym porządkiem społecznym, w którym wszystko dotychczas działo się według utrwalonych od lat schematów. Za pozornym spokojem i rutyną codzienności kryją się problemy, których nikt nie zauważa, przemoc i agresję powstrzymują jedynie sztywne konwenanse. Powieść o wielu znaczeniach, symbolice i różnorakich możliwościach interpretacyjnych. Melancholijna i nostalgiczna opowieść o świecie, który odchodzi, jest jednocześnie zapowiedzią nadchodzących zmian. Nie mylił się Sándor Márai w ocenie autora „Złotego latawca”, to znakomity pisarz i znakomita powieść.
Sławek - awatar Sławek
ocenił na 7 1 miesiąc temu
Śmierć Wergilego Hermann Broch
Śmierć Wergilego
Hermann Broch
W próbach wyniesienia swojej twórczości ponad czasowość udało się Wergiliuszowi stworzyć przeznaczoną nieprzemijalności "Eneidę". Jednak zanim tego dokonał, samemu będąc naznaczonym piętnem śmierci, musiał się wielokrotnie zbliżać do nieskończoności wszechbytu i gubić w gęstwinie słów-obrazów, z których ostatecznie utkał swoje wiekopomne dzieło. Dlatego też wykorzystując rozterki starożytnego poety, Herman Broch wypełnił swoją książką pozostałą po Wergilim przestrzeń o nieskończonej ilości kierunków. "Śmierć Wergilego" może się wydawać jakby wyłączonym z toku życia przykładem przepaścistej formy literackiej. Zgadzam się z tym, to dzieło napisane bardziej dla wyostrzonego nasłuchiwania, niż śledzenia toczącej się bez pośpiechu akcji. To długie wpatrywanie się w rozpostarty ponad bytem wielowarstwowy obraz na którym sen i jawa stają się jednością. Określiłbym go nawet nasłuchiwaniem kroków zmierzającego do nieśmiertelności Wergiliusza. Tak mocno wyczuwa się tu wypełnioną ludźmi samotność wielkiego człowieka. Pośród ciszy i wywoływanych gorączką urojeń można odczuć wpływ bezczasu i bezprzestrzenności. A niezmiernie zawile i wyczerpująco opisał to właśnie Herman Broch. Fascynujące w tej książce staje się osobliwe urzeczenie śmiercią. Dzięki niemu do odbioru połączonych ze sobą filozoficznego traktatu i eposu, wdziera się niewyrażalne. Czytelnik zostaje postawiony przed próbą wysłania w świat ostatniego spojrzenia rzymskiego poety. Jednak zanim Wergili ostatni raz ogarnie wykreowaną przez Brocha wszechprzestrzeń istnienia, to można dostrzec jak człowiek bardzo może być zamknięty w swej doczesnej niedoskonałości. Modernistyczne dzieło austriackiego pisarza uzmysławia ogrom piękna symboliki czego przykładem staje się ukazanie znaczenia jaźni we wszechświecie. Na początku lektury odniosłem wrażenie, jakby "Eneida" i "Śmierć Wergilego" jednocześnie wyłoniły się z nieskończoności a podróż z nimi również miałaby ku niej prowadzić. Stapianie się ze sobą tych dwóch dzieł jest dla mnie czymś abstrakcyjnym i wymagającym niesamowitej uwagi ale nagroda w postaci odkrywania sensu bezkresnego dziania się, warta jest tego trudu. Droga do czystego zapomnienia, rozpłynięcie się w nim i przewrotne unicestwienie śmierci w sławie. W każdej możliwości jaką nam daje Herman Broch, możemy poznawać wyrażone w dziesiątkach paraboli ludzkie istnienie. Nawet jeśli to wszystko toczy się w pozornym bezruchu, to senny byt "Śmierci Wergilego" daje nam więcej, niż niejedno przyspieszenie. Każdy kolejny i z trudem przychodzący oddech jest jak oczekiwanie i nasłuchiwanie upływu bezlitosnego czasu. Jeszcze bardziej zachwycające staje się wychwytywanie powoli upadających w nicość słów. Tak jakby od tego zależało, które z nich będą żyć na wieki. A ja w tej powieści ciągle poszukiwałem tego jedynego i pierwszego słowa na drodze do nieprzemijalności. I za każdym razem w coraz bardziej mętniejącym obrazie dostrzegałem krystalicznie czystą głębię tego dzieła. Wielka jest jego zagadkowość i uznałbym je za wychodzące naprzeciw serii badań nad ładem wszelkiego bytu. Przepływające przez "Śmierć Wergilego" prądy życia mogą się wydać omamem ale należy pamiętać o ich nieustannym zamienianiu w eteryczność wszystkiego, co chociażby na chwilę mogłoby się wydać rzeczywiste. To dlatego wątek Eneasza i Dydony tak przyciąga swoim tragizmem. Dlatego też duet Plocji i Wergiliusza staje się trampoliną do skoku z przeszłości w przyszłość, z miejsc w których wygrywane na flecie przez fauna melodie zastąpione zostały pustką wszechświata. Tutaj można obejrzeć jak wszystkie twarze życia, jedna po drugiej runęły w przepaść. Nie wiem na ile Hermanowi Brochowi zależało na ukazaniu pozorów człowieczego życia ale finalne przedstawienie skruszonej w nicości jaźni okazało się wspaniałym elementem nieskończenie przepaścistego snu. W tym właśnie śnie dokonano postawienia ofiarnego kamienia świata i to w nim musiała się rozegrać "Śmierć Wergilego". Na granicy czasu, wyzwalająca z cierpienia i różnorodna bogactwem wspomnień.
czytający - awatar czytający
ocenił na 10 10 miesięcy temu
Jakob von Gunten. Dziennik Robert Walser
Jakob von Gunten. Dziennik
Robert Walser
Jakob, dobrowolnie, w półrealnym instytucie nauki posłuszeństwa i podporządkowania, zamiast indywidualności i poczucia wolności, gdzie uczniowie mają stać się idealnymi służącymi - bezmyślnymi, zdyscyplinowanymi, pozbawionymi buntu a edukacja polega na powtarzaniu formułek i tresurze gestów... debiutem Roberta Walsera była powieść „Rodzeństwo Tanner” (Geschwister Tanner, 1907), rok później ukazał się „Pomocnik” (Der Gehülfe, 1908) - „Jakob von Gunten” (1909) domyka tę wczesną trylogię o młodych mężczyznach wchodzących w świat instytucji i pracy. *** Posłowie W połowie 1905 roku dwudziestosiedmioletni Robert Walser, od dawna imający się różnych zajęć i podejmujący coraz to nowe posady (najczęściej urzędnika, kopisty, subiekta, niekiedy służącego), ukończył w Berlinie kurs dla profesjonalnych lokajów. Świeżo nabyte umiejętności miał okazję wkrótce wypróbować podczas kilkumiesięcznej służby w starym i (wnosząc z przedwojennych fotografii) raczej posępnym zamku rodziny von Hochberg w Dąbrowie Niemodlińskiej pod Opolem. Okres ten opisał w niewielkim utworze Tobold II. Ma on, jak to u Walsera, cechy beletryzowanego wspomnienia i jest tym ciekawszy, że da się go potraktować jak epilog (jeden z wielu możliwych) książki, którą czytelnicy trzymają w rękach – Jakoba von Guntena. Nająwszy się na służbę w hrabiowskiej rezydencji, Tobold, młody poeta, zostaje pouczony przez sekretarza pana hrabiego następującymi słowy: Oczekujemy, że okaże się pan pilny, wierny, punktualny, układny, grzeczny, uczciwy, pracowity, obowiązkowy i zawsze posłuszny. Wygląda pan zadowalająco, miejmy nadzieję, że będzie się pan równie zadowalająco sprawował. Musi pan od tej chwili starannie tonować i uszlachetniać wszystkie swoje ruchy. Tu, na zamku, nie tolerujemy i nie będziemy tolerować natur kanciastych i hałaśliwych. Zechce pan to sobie łaskawie raz na zawsze zapamiętać. Musi pan przyjąć do wiadomości, że głosy są tu ściszone, a każdy gest wytworny wyważony. Proszę pozbyć się wszystkiego, co w pańskim obejściu jest jeszcze szorstkie i twarde. Pouczenie pana sekretarza nasz bohater (jak to zwykle bywa w utworach Walsera, gdzie szefowie sztorcują podwładnych, oczekując od nich poprawy, a ci odpłacają im jeszcze większym zuchwalstwem) puści mimo uszu, przyznając: „Stopniowo wyzbywałem się wszelkiej nieśmiałości, a za to stawałem się zuchwały, pewny siebie i arogancki”. W jego wyznaniu jest jednak wiele przesady. Tobold, mimo początkowych niedociągnięć, wynikających tyleż z braku wyrobienia, co z nadmiaru inicjatywy i chęci popisywania się, ostatecznie sprawdził się jako lokaj, zbierał pochwały od przełożonych, a zamek hrabiego K. opuścił z dobrymi referencjami. Można by rzec, odnalazł się w swojej roli, co wśród bohaterów Walsera, wolnych ptaków, których bieda zmusiła do tego, by nagięli się do rygorów rynku pracy i z entuzjazmem wypełniali swe obowiązki, bynajmniej nie stanowi reguły. Czy odnalazłby się tam i nagiął Jakob von Gunten, niesforny absolwent Instytutu Benjamenty? No właśnie, Jakob von Gunten. Książka, w której opisano jego losy, czy raczej dłuższy pobyt w przedziwnej placówce wychowawczej, trochę na wyrost zwanej Instytutem, ukazała się nieco wcześniej niż historia Tobolda, bo w 1909 roku w Berlinie – jako trzecia powieść Walsera po Rodzeństwie Tanner oraz Willi Pod Gwiazdą Wieczorną. Kiedy pisarz ją tworzył, wspomnienia z kursu lokajów musiały być wciąż świeże, co nie przeszkodziło mu zarzekać się w posłowiu, że utwór jest „w przeważającej części poetycką fantazją”. I rzeczywiście, jeżeli sprawozdanie Tobolda rzadko kiedy wychodzi poza realistyczne ramy, to opowieść o szkole dla lokajów jest przede wszystkim fantasmagorią, w której tu i ówdzie pobłyskują być może okruchy biografii Roberta Walsera. Kwestia „ile jest Walsera w von Guntenie” nie jest zresztą aż tak istotna. Wiadomo, że pisarz w swoich utworach chętnie mylił tropy, podmieniał nazwiska, przybierał maski, kazał bohaterom (jak choćby von Guntenowi) pisać listy, fikcyjne życiorysy i pamiętniki, mieszał prawdę ze zmyśleniem, przyznawał, że idzie o opowieści autobiograficzne, by prędko z takich deklaracji się wycofywać. Tak jest też z jego służącymi, a przypomnieć warto, że żywot służącego stanowi jeden z wiodących tematów w prozie Walsera. Jako służący u ekscentrycznej damy z ciężko chorym synkiem przepracował kilka tygodni Simon Tanner, pierwszoplanowy bohater Rodzeństwa, otwierając tym samym poczet Walserowskich sług, pomocników i asystentów. Tamta pierwsza służba (a może nie pierwsza, zważywszy, że wcześniej Walser powołał do życia niemałe grono biurowych wyrobników, pozbawionych inicjatywy i bez reszty zależnych od humorów surowych przełożonych) niewolna była zresztą od napięć natury erotycznej. W oczach Simona, i w jego masochistycznych fantazjach, mieszczańska chlebodawczyni stawała się panią i władczynią, zdolną nie tylko zbesztać, ale i spoliczkować swojego sługę. Ale i on sam mógł stanowić dla niej przelotną atrakcję: zarazem hardy i uniżony, kulturalny i trochę dziki, posłuszny i głodny najwymyślniejszych reprymend. Podobnie uwikłany w emocje swoich państwa jest Józef Marti, asystent (czy pomagier, Gehülfe, jak stanowi niemiecki tytuł książki3) szalonego wynalazcy Toblera z Willi Pod Gwiazdą Wieczorną, a przy okazji powiernik jego żony. Chaotyczny i brutalny charakter pana domu, nie wspominając o jego nieudacznictwie, przysparza cierpień całej rodzinie. Ale i egocentryzm pani Toblerowej ujemnie odbija się na psychice mieszkańców willi. Marti, sługa tyleż zuchwały i wygadany, co chwiejny i tchórzliwy, próbuje ingerować w życie Toblerów i ich dzieci, ostatecznie jednak, niewiele rozumiejąc z dynamiki relacji między tak niepodobnymi do siebie małżonkami (albo rozumiejąc zbyt wiele), zadowala się zręcznym lawirowaniem. Schemat ten Walser powtórzy w Jakobie von Guntenie, tworząc parę postaci zarządzających instytucją – rodzeństwo Benjamentów. To wobec nich będzie orientował się tytułowy bohater, najbardziej fantasmagoryczne wcielenie Roberta Walsera. Jak oddać ducha tej pięknej książki? W jakiejś mierze jest ona – na co niejednokrotnie zwracali uwagę krytycy – parodią klasycznego Bildungsroman, z tradycją sięgającą Wihelma Meistra. Stąd idea kształcenia i wychowania, nauki, tak bliska Goethemu, stąd obecność tematyki teatralnej: Jakob i jego koledzy urządzają na lekcjach przedstawienia, idąc po trosze w ślady Wilhelma zmagającego się z inscenizacją Hamleta, a po trosze Walsera, który próbował swych sił w aktorskim fachu. Zarazem mamy tu parodię, czy wręcz karykaturę solidnej placówki wychowawczej, ponieważ w Instytucie Benjamenty oświeceniowe ideały Bildung ulegają odwróceniu. Dewiza szkoły brzmi: „Mało, ale gruntownie”, i faktycznie, króluje tu regulamin, a nauka (czy też formowanie) polega na powtarzaniu wykutych na blachę formułek i kelnerskich gestów oraz na zaprowadzaniu dyscypliny, tak że każdy uczeń ma w końcu „okrutny wyraz twarzy, jak kapral w czasie musztry”. Wszystko dlatego, że Instytut nie obiecuje uczniom indywidualnego rozwoju, przeciwnie, za cel stawia sobie ukształtowanie doskonałych lokajów, zdatnych do służby u możnych. Sługa nie może być ani trochę fajtłapowaty, powinien być za to bezmyślny i niezdolny do buntu. Stąd zachęty pedagogów, by uczniowie umniejszali siebie, wręcz samoponiżali – ku satysfakcji przyszłych pracodawców, takich jak mieszczka z chorym dzieckiem z Rodzeństwa Tanner. Absolwenci Instytutu mają odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie – najniżej, jak się da. Pewnie z tego powodu metody wychowawcze Benjamenty i towarzyszący im tępy dryl, a nawet bicie, nawiązują do wyobrażeń Kleista o idealnym teatrze marionetek, gdzie tańczące lalki pozbawione są duszy i dlatego nie popełniają błędów. Druga zasada szkoły szlifującej styl przyszłych posługaczy brzmi: „Odzwyczaić od własnej natury”. Tyle że z naturą rozstać się niełatwo. Instytut jest nie tylko szkołą lokajskiego drylu, ale miejscem dojrzewania, budzenia się pragnień i z trudem tłumionych popędów. Jakob von Gunten nie jest w nim zresztą sam. Grupa kilku bądź kilkunastu chłopców, czy raczej młodzieńców wkraczających w życie, stanowi coś w rodzaju rozwichrzonej wspólnoty odmiennych temperamentów i zapatrywań, przypominając bohaterów wydanej ledwie trzy lata przed Jakobem von Guntenem powieści Roberta Musila Niepokoje wychowanka Törlessa. Wprawdzie kadeci z Instytutu dla dorastającej młodzieży w odległej mieścinie ck monarchii wywodzą się z tzw. dobrych domów – inaczej niż uczniowie Instytutu Benjamenty, gdzie tylko Jakob może pochwalić się „zacnymi rodzicami” i przyimkiem von w nazwisku – jednak internatowa codzienność oraz towarzyszące jej mechanizmy rywalizacji, krystalizowania się hierarchii, jawnej i ukrytej przemocy są podobne, choć u Walsera zdecydowanie mniej drastyczne niż u Musila. Zwłaszcza relacja von Guntena z Krausem, niezbyt lotnym, za to zdyscyplinowanym uczniem, który naprawdę marzy o dobrej posadzie służącego, niewolna od dominacji ze strony zdolniejszego i skłonnego kwestionować instytutowe zasady Jakoba, ma w sobie coś niepokojąco asymetrycznego, choć nigdy nie stanie się czymś na podobieństwo związku Törlessa z podległym mu Basinim. Przede wszystkim Jakob musi odnaleźć się między rodzeństwem Benjamentów, tak jak Józef Marti musiał manewrować między Toblerami. Różnica między instytutem a willą nieudanego przemysłowca jest jednak zasadnicza. Zamiast dysfunkcyjnego małżeństwa, które wysługuje się pomagierem, otrzymujemy dwie relacje erotyczne: między panem Benjamentą a Jakobem oraz między Jakobem a panną Benjamenta. To, że opryskliwy i emocjonalnie niestabilny dyrektor placówki zakochuje się w nowo przybyłym uczniu, staje się jasne na długo przed tym, jak sam mu to zakomunikuje, mówiąc: „[...] powziąłem do ciebie dziwną, całkiem szczególną, w obecnej chwili nieprzezwyciężalną skłonność”. Jakob od początku jest faworytem „pana przełożonego” i jego oczkiem w głowie, jednak fascynacja pedagogiczna prędko przeradza się w miłosną, faworyt staje się ukochanym, czego długo zdaje się nie dostrzegać, albo interpretuje, w ramach ekonomii sił między uczniem a podziwianym przezeń nauczycielem, jako okazywanie szacunku prymusowi. Niewykluczone, że we właściwym rozeznaniu uczuć dyrektora przeszkadza Jakobowi druga fascynacja. Jakob otóż prędko zakochuje się w swojej nauczycielce, czyli pannie Benjamenta, przy czym afekt ten i rodzące się pod jego wpływem uczucie (w filmowej interpretacji braci Quay stroną inicjującą jest nauczycielka, która pragnie Jakoba) dalece wykracza poza masochistyczną fantazję czy cichy kult niedostępnej władczyni. Jakob kocha Lisę jak kobietę i jak cierpiącą istotę: „Te oczy! Gdy człowiek na nie patrzy, to jakby spoglądał w jakieś otchłanie lęku i głębi”, doprowadzając do tego, że nauczycielka wprowadzi go na „wewnętrzne apartamenty” szkoły i własnych tęsknot. Trzeci bok trójkąta, relacja pomiędzy rodzeństwem Benjamentów, stanowi tajemnicę. Wiadomo, że oboje zamieszkują „wewnętrzne apartamenty”, zdani na siebie jako para przeciwieństw: on olbrzymi i ekspansywny, mimo że najlepsze lata ma już za sobą, ona delikatna i wycofana, podobna do anioła. Oboje władczy, choć każde na swój sposób, oboje w stanie rozdrażnienia, jakby ostatecznego napięcia nerwów, on wybuchowy i sfrustrowany, ona chorobliwie blada i drążona przez smutek. Życie Instytutu pulsuje zgodnie z rytmem psychicznym tych dwojga, połączonych więzią, która przywodzi na myśl Zagładę domu Usherów Edgara Allana Poego. Czy Walser czytał to opowiadanie? Nie wiadomo. Stylistyka grozy nie była mu całkiem obca, czego świadectwem są dwa drobne utwory prozą – Porzucona i Schwendimann. Ale nawet jeżeli nie czytał, intuicja go nie zawiodła: funkcjonowanie placówki zależy od kruchej równowagi między bratem a siostrą. Wydaje się, że uległa ona zaburzeniu niedługo po pojawieniu się Jakoba von Guntena. Tyle że inaczej niż u Poego, gdzie degradacja bliźniąt przebiega równolegle, u Walsera w miarę gaśnięcia siostry ego brata rośnie, budzą się (także pod wpływem zauroczenia Jakobem) drzemiące w nim moce. Panna Benjamenta umiera, jak sama mówi, bo nie zaznała w życiu miłości. Powiernikiem jej tajemnicy, jakże by inaczej, jest Jakob, zakochany w niej młodzieniec. Ale nie on jeden odczuwa do nauczycielki coś więcej niż przywiązanie. Tak naprawdę jest ona równie droga wszystkim uczniom, co podsumuje Kraus we wzruszającym przemówieniu nad jej ciałem: „Śpij, spoczywaj słodko, uwielbiana nasza pani”. Na właściwe czuwanie przy siostrze, gdy pozostali uczniowie opuszczą mury Instytutu, pan Benjamenta zaprosi tylko Jakoba. W obecności zmarłej (czy aby na pewno? – tak jak u Poego przedwczesna śmierć siostry wcale nie jest oczywista) zawrą swoje przymierze. Pan Benjamenta, kiedyś potężny, następnie zdegradowany biurową mitręgą, odzyskuje siły. Jakob opuści wraz z nim martwą placówkę i uda się w świat, żeby uciec od kultury i roztopić się w kosmosie – przynajmniej takie są plany. Czy się ziszczą? Zakończenie, skądinąd może nadmiernie ekspresjonistyczne, nie pozwala dać jednoznacznej odpowiedzi. Co jest tu snem, co marzeniem, a co koszmarem ostatecznej zatraty? „Jeśli zginę i zmarnieję, co właściwie zginie i zmarnieje?” – pyta sam siebie Jakob von Gunten. Gdy zadaje sobie to pytanie, Instytut Benjamenty, stanowiący przez chwilę cały świat, już nie istnieje. Ale czy istniał w ogóle? Powiedziane jest, że „Instytut Benjamenty cieszył się dawniej większym rozgłosem i uznaniem”. Kto wie, może tak było. Teraz jest wyraźnie podupadły i to bynajmniej nie dlatego, że świat nie potrzebuje wytresowanych służących. Jakaś niemoc zagościła w placówce, a zjawienie się von Guntena co najwyżej przyśpieszyło rozkład. Dyrektor szkoły przeważnie czyta gazety, pogrążony w zgnuśnieniu. Jego siostra coraz częściej płacze, nieobecna duchem. Absolwenci odchodzą, w ich miejsce nie przyjmuje się nowych. W gruncie rzeczy wcale nie jest jasne, czy Instytut, ów „przedsionek pokojów mieszkalnych i paradnych sal życia”, wciąż żyje. Wszystko jest tu przejściowe, nietrwałe, zawieszone w powietrzu: czuwanie, jedzenie, spanie i nauka. Wszystko pogrążone we śnie: „[...] panowie wychowawcy i nauczyciele śpią albo pomarli, albo są w letargu, albo zamienili się w kamienie”. Nic dziwnego, że pewnego dnia szkoła skojarzy się Jakobowi z domem umarłych. A polskim czytelnikom zmierzch i upadek Instytutu Benjamenty, a wcześniej ów osobliwy stan zawieszenia między jawą a snem oraz życiem i nieżyciem, tudzież sekrety wychowawców, starannie poukrywane w niedostępnych dla uczniów pomieszczeniach budynku, może przypominać dwie książki, których Walser znać nie mógł, ale mógł je wyśnić: Sanatorium pod Klepsydrą i Akademię pana Kleksa. Ich wielbiciele na pewno na Walserze się nie zawiodą. A może odnajdą u Benjamentów swoje miejsce, choćby na krótką chwilę?
MrOrinow - awatar MrOrinow
ocenił na 8 1 miesiąc temu

Cytaty z książki Pod jesienną gwiazdą

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Pod jesienną gwiazdą