Jakob von Gunten. Dziennik
Jakob, dobrowolnie, w półrealnym instytucie nauki posłuszeństwa i podporządkowania, zamiast indywidualności i poczucia wolności, gdzie uczniowie mają stać się idealnymi służącymi - bezmyślnymi, zdyscyplinowanymi, pozbawionymi buntu a edukacja polega na powtarzaniu formułek i tresurze gestów...
debiutem Roberta Walsera była powieść „Rodzeństwo Tanner” (Geschwister Tanner, 1907), rok później ukazał się „Pomocnik” (Der Gehülfe, 1908) - „Jakob von Gunten” (1909) domyka tę wczesną trylogię o młodych mężczyznach wchodzących w świat instytucji i pracy.
***
Posłowie
W połowie 1905 roku dwudziestosiedmioletni Robert Walser, od dawna imający się różnych zajęć i podejmujący coraz to nowe posady (najczęściej urzędnika, kopisty, subiekta, niekiedy służącego), ukończył w Berlinie kurs dla profesjonalnych lokajów. Świeżo nabyte umiejętności miał okazję wkrótce wypróbować podczas kilkumiesięcznej służby w starym i (wnosząc z przedwojennych fotografii) raczej posępnym zamku rodziny von Hochberg w Dąbrowie Niemodlińskiej pod Opolem. Okres ten opisał w niewielkim utworze Tobold II.
Ma on, jak to u Walsera, cechy beletryzowanego wspomnienia i jest tym ciekawszy, że da się go potraktować jak epilog (jeden z wielu możliwych) książki, którą czytelnicy trzymają w rękach – Jakoba von Guntena.
Nająwszy się na służbę w hrabiowskiej rezydencji, Tobold, młody poeta, zostaje pouczony przez sekretarza pana hrabiego następującymi słowy:
Oczekujemy, że okaże się pan pilny, wierny, punktualny, układny, grzeczny, uczciwy, pracowity, obowiązkowy i zawsze posłuszny. Wygląda pan zadowalająco, miejmy nadzieję, że będzie się pan równie zadowalająco sprawował. Musi pan od tej chwili starannie tonować i uszlachetniać wszystkie swoje ruchy. Tu, na zamku, nie tolerujemy i nie będziemy tolerować natur kanciastych i hałaśliwych. Zechce pan to sobie łaskawie raz na zawsze zapamiętać. Musi pan przyjąć do wiadomości, że głosy są tu ściszone, a każdy gest wytworny wyważony.
Proszę pozbyć się wszystkiego, co w pańskim obejściu jest jeszcze szorstkie i twarde.
Pouczenie pana sekretarza nasz bohater (jak to zwykle bywa w utworach Walsera, gdzie szefowie sztorcują podwładnych, oczekując od nich poprawy, a ci odpłacają im jeszcze większym zuchwalstwem) puści mimo uszu, przyznając: „Stopniowo wyzbywałem się wszelkiej nieśmiałości, a za to stawałem się zuchwały, pewny siebie i arogancki”.
W jego wyznaniu jest jednak wiele przesady. Tobold, mimo początkowych niedociągnięć, wynikających tyleż z braku wyrobienia, co z nadmiaru inicjatywy i chęci popisywania się, ostatecznie sprawdził się jako lokaj, zbierał pochwały od przełożonych, a zamek hrabiego K. opuścił z dobrymi referencjami.
Można by rzec, odnalazł się w swojej roli, co wśród bohaterów Walsera, wolnych ptaków, których bieda zmusiła do tego, by nagięli się do rygorów rynku pracy i z entuzjazmem wypełniali swe obowiązki, bynajmniej nie stanowi reguły.
Czy odnalazłby się tam i nagiął Jakob von Gunten, niesforny absolwent Instytutu Benjamenty?
No właśnie, Jakob von Gunten. Książka, w której opisano jego losy, czy raczej dłuższy pobyt w przedziwnej placówce wychowawczej, trochę na wyrost zwanej Instytutem, ukazała się nieco wcześniej niż historia Tobolda, bo w 1909 roku w Berlinie – jako trzecia powieść Walsera po Rodzeństwie Tanner oraz Willi Pod Gwiazdą Wieczorną. Kiedy pisarz ją tworzył, wspomnienia z kursu lokajów musiały być wciąż świeże, co nie przeszkodziło mu zarzekać się w posłowiu, że utwór jest „w przeważającej części poetycką fantazją”. I rzeczywiście, jeżeli sprawozdanie Tobolda rzadko kiedy wychodzi poza realistyczne ramy, to opowieść o szkole dla lokajów jest przede wszystkim fantasmagorią, w której tu i ówdzie pobłyskują być może okruchy biografii Roberta Walsera.
Kwestia „ile jest Walsera w von Guntenie” nie jest zresztą aż tak istotna. Wiadomo, że pisarz w swoich utworach chętnie mylił tropy, podmieniał nazwiska, przybierał maski, kazał bohaterom (jak choćby von Guntenowi) pisać listy, fikcyjne życiorysy i pamiętniki, mieszał prawdę ze zmyśleniem, przyznawał, że idzie o opowieści autobiograficzne, by prędko z takich deklaracji się wycofywać. Tak jest też z jego służącymi, a przypomnieć warto, że żywot służącego stanowi jeden z wiodących tematów w prozie Walsera.
Jako służący u ekscentrycznej damy z ciężko chorym synkiem przepracował kilka tygodni Simon Tanner, pierwszoplanowy bohater Rodzeństwa, otwierając tym samym poczet Walserowskich sług, pomocników i asystentów. Tamta pierwsza służba (a może nie pierwsza, zważywszy, że wcześniej Walser powołał do życia niemałe grono biurowych wyrobników, pozbawionych inicjatywy i bez reszty zależnych od humorów surowych przełożonych) niewolna była zresztą od napięć natury erotycznej. W oczach Simona, i w jego masochistycznych fantazjach, mieszczańska chlebodawczyni stawała się panią i władczynią, zdolną nie tylko zbesztać, ale i spoliczkować swojego sługę. Ale i on sam mógł stanowić dla niej przelotną atrakcję: zarazem hardy i uniżony, kulturalny i trochę dziki, posłuszny i głodny najwymyślniejszych reprymend.
Podobnie uwikłany w emocje swoich państwa jest Józef Marti, asystent (czy pomagier, Gehülfe, jak stanowi niemiecki tytuł książki3) szalonego wynalazcy Toblera z Willi Pod Gwiazdą Wieczorną, a przy okazji powiernik jego żony. Chaotyczny i brutalny charakter pana domu, nie wspominając o jego nieudacznictwie, przysparza cierpień całej rodzinie.
Ale i egocentryzm pani Toblerowej ujemnie odbija się na psychice mieszkańców willi. Marti, sługa tyleż zuchwały i wygadany, co chwiejny i tchórzliwy, próbuje ingerować
w życie Toblerów i ich dzieci, ostatecznie jednak, niewiele rozumiejąc z dynamiki relacji między tak niepodobnymi do siebie małżonkami (albo rozumiejąc zbyt wiele), zadowala się zręcznym lawirowaniem. Schemat ten Walser powtórzy w Jakobie von Guntenie, tworząc parę postaci zarządzających instytucją – rodzeństwo Benjamentów. To wobec nich będzie orientował się tytułowy bohater, najbardziej fantasmagoryczne wcielenie Roberta Walsera.
Jak oddać ducha tej pięknej książki? W jakiejś mierze jest ona – na co niejednokrotnie zwracali uwagę krytycy – parodią klasycznego Bildungsroman, z tradycją sięgającą Wihelma Meistra. Stąd idea kształcenia i wychowania, nauki, tak bliska Goethemu, stąd obecność tematyki teatralnej:
Jakob i jego koledzy urządzają na lekcjach przedstawienia, idąc po trosze w ślady Wilhelma zmagającego się z inscenizacją Hamleta, a po trosze Walsera, który próbował swych sił w aktorskim fachu. Zarazem mamy tu parodię, czy wręcz karykaturę solidnej placówki wychowawczej, ponieważ w Instytucie Benjamenty oświeceniowe ideały Bildung ulegają odwróceniu.
Dewiza szkoły brzmi: „Mało, ale gruntownie”, i faktycznie, króluje tu regulamin, a nauka (czy też formowanie) polega na powtarzaniu wykutych na blachę formułek i kelnerskich gestów oraz na zaprowadzaniu dyscypliny, tak że każdy uczeń ma w końcu „okrutny wyraz twarzy, jak kapral w czasie musztry”. Wszystko dlatego, że Instytut nie obiecuje uczniom indywidualnego rozwoju, przeciwnie, za cel stawia sobie ukształtowanie doskonałych lokajów, zdatnych do służby u możnych. Sługa nie może być ani trochę fajtłapowaty, powinien być za to bezmyślny i niezdolny do buntu. Stąd zachęty pedagogów, by uczniowie umniejszali siebie, wręcz samoponiżali – ku satysfakcji przyszłych pracodawców, takich jak mieszczka z chorym dzieckiem z Rodzeństwa Tanner. Absolwenci Instytutu mają odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie – najniżej, jak się da. Pewnie z tego powodu metody wychowawcze Benjamenty i towarzyszący im tępy dryl, a nawet bicie, nawiązują do wyobrażeń Kleista o idealnym teatrze marionetek, gdzie tańczące lalki pozbawione są duszy i dlatego nie popełniają błędów. Druga zasada szkoły szlifującej styl przyszłych posługaczy brzmi: „Odzwyczaić od własnej natury”.
Tyle że z naturą rozstać się niełatwo. Instytut jest nie tylko szkołą lokajskiego drylu, ale miejscem dojrzewania, budzenia się pragnień i z trudem tłumionych popędów. Jakob von Gunten nie jest w nim zresztą sam. Grupa kilku bądź kilkunastu chłopców, czy raczej młodzieńców wkraczających w życie, stanowi coś w rodzaju rozwichrzonej wspólnoty odmiennych temperamentów i zapatrywań, przypominając bohaterów wydanej ledwie trzy lata przed Jakobem von Guntenem powieści Roberta Musila Niepokoje wychowanka Törlessa. Wprawdzie kadeci z Instytutu dla dorastającej młodzieży w odległej mieścinie ck monarchii wywodzą się z tzw. dobrych domów – inaczej niż uczniowie Instytutu Benjamenty, gdzie tylko Jakob może pochwalić się „zacnymi rodzicami” i przyimkiem von w nazwisku – jednak internatowa codzienność oraz towarzyszące jej mechanizmy rywalizacji, krystalizowania się hierarchii, jawnej i ukrytej przemocy są podobne, choć u Walsera zdecydowanie mniej drastyczne niż u Musila. Zwłaszcza relacja von Guntena z Krausem, niezbyt lotnym, za to zdyscyplinowanym uczniem, który naprawdę marzy o dobrej posadzie służącego, niewolna od dominacji ze strony zdolniejszego i skłonnego kwestionować instytutowe zasady Jakoba, ma w sobie coś niepokojąco asymetrycznego, choć nigdy nie stanie się czymś na podobieństwo związku Törlessa z podległym mu Basinim.
Przede wszystkim Jakob musi odnaleźć się między rodzeństwem Benjamentów, tak jak Józef Marti musiał manewrować między Toblerami. Różnica między instytutem a willą nieudanego przemysłowca jest jednak zasadnicza. Zamiast dysfunkcyjnego małżeństwa, które wysługuje się pomagierem, otrzymujemy dwie relacje erotyczne: między panem Benjamentą a Jakobem oraz między Jakobem a panną Benjamenta. To, że opryskliwy i emocjonalnie niestabilny dyrektor placówki zakochuje się w nowo przybyłym uczniu, staje się jasne na długo przed tym, jak sam mu to zakomunikuje, mówiąc: „[...] powziąłem do ciebie dziwną, całkiem szczególną, w obecnej chwili nieprzezwyciężalną skłonność”. Jakob od początku jest faworytem
„pana przełożonego” i jego oczkiem w głowie, jednak fascynacja pedagogiczna prędko przeradza się w miłosną, faworyt staje się ukochanym, czego długo zdaje się nie dostrzegać, albo interpretuje, w ramach ekonomii sił między uczniem a podziwianym przezeń nauczycielem, jako okazywanie szacunku prymusowi. Niewykluczone, że we właściwym rozeznaniu uczuć dyrektora przeszkadza Jakobowi druga fascynacja. Jakob otóż prędko zakochuje się w swojej nauczycielce, czyli pannie Benjamenta, przy czym afekt ten i rodzące się pod jego wpływem uczucie (w filmowej interpretacji braci Quay stroną inicjującą jest nauczycielka, która pragnie Jakoba) dalece wykracza poza masochistyczną fantazję czy cichy kult niedostępnej władczyni. Jakob kocha Lisę jak kobietę i jak cierpiącą istotę: „Te oczy! Gdy człowiek na nie patrzy, to jakby spoglądał w jakieś otchłanie lęku i głębi”, doprowadzając do tego, że nauczycielka wprowadzi go na „wewnętrzne apartamenty” szkoły i własnych tęsknot.
Trzeci bok trójkąta, relacja pomiędzy rodzeństwem Benjamentów, stanowi tajemnicę. Wiadomo, że oboje zamieszkują „wewnętrzne apartamenty”, zdani na siebie jako para przeciwieństw: on olbrzymi i ekspansywny, mimo że najlepsze lata ma już za sobą, ona delikatna i wycofana, podobna do anioła. Oboje władczy, choć każde na swój sposób, oboje w stanie rozdrażnienia, jakby ostatecznego napięcia nerwów, on wybuchowy i sfrustrowany, ona chorobliwie blada i drążona przez smutek. Życie Instytutu pulsuje zgodnie z rytmem psychicznym tych dwojga, połączonych więzią, która przywodzi na myśl Zagładę domu Usherów Edgara Allana Poego. Czy Walser czytał to opowiadanie? Nie wiadomo. Stylistyka grozy nie była mu całkiem obca, czego świadectwem są dwa drobne utwory prozą – Porzucona i Schwendimann. Ale nawet jeżeli nie czytał, intuicja go nie zawiodła: funkcjonowanie placówki zależy od kruchej równowagi między bratem a siostrą. Wydaje się, że uległa ona zaburzeniu niedługo po pojawieniu się Jakoba von Guntena. Tyle że inaczej niż u Poego, gdzie degradacja bliźniąt przebiega równolegle, u Walsera w miarę gaśnięcia siostry ego brata rośnie, budzą się (także pod wpływem zauroczenia Jakobem) drzemiące w nim moce.
Panna Benjamenta umiera, jak sama mówi, bo nie zaznała w życiu miłości. Powiernikiem jej tajemnicy, jakże by inaczej, jest Jakob, zakochany w niej młodzieniec. Ale nie on jeden odczuwa do nauczycielki coś więcej niż przywiązanie. Tak naprawdę jest ona równie droga wszystkim uczniom, co podsumuje Kraus we wzruszającym przemówieniu nad jej ciałem: „Śpij, spoczywaj słodko, uwielbiana nasza pani”. Na właściwe czuwanie przy siostrze, gdy pozostali uczniowie opuszczą mury Instytutu, pan Benjamenta zaprosi tylko Jakoba. W obecności zmarłej (czy aby na pewno? – tak jak u Poego przedwczesna śmierć siostry wcale nie jest oczywista) zawrą swoje przymierze. Pan Benjamenta, kiedyś potężny, następnie zdegradowany biurową mitręgą, odzyskuje siły. Jakob opuści wraz z nim martwą placówkę i uda się w świat, żeby uciec od kultury i roztopić się w kosmosie – przynajmniej takie są plany. Czy się ziszczą? Zakończenie, skądinąd może nadmiernie ekspresjonistyczne, nie pozwala dać jednoznacznej odpowiedzi.
Co jest tu snem, co marzeniem, a co koszmarem ostatecznej zatraty? „Jeśli zginę i zmarnieję, co właściwie zginie i zmarnieje?” – pyta sam siebie Jakob von Gunten. Gdy zadaje sobie to pytanie, Instytut Benjamenty, stanowiący przez chwilę cały świat, już nie istnieje. Ale czy istniał w ogóle?
Powiedziane jest, że „Instytut Benjamenty cieszył się dawniej większym rozgłosem i uznaniem”. Kto wie, może tak było. Teraz jest wyraźnie podupadły i to bynajmniej nie dlatego, że świat nie potrzebuje wytresowanych służących. Jakaś niemoc zagościła w placówce, a zjawienie się von Guntena co najwyżej przyśpieszyło rozkład. Dyrektor szkoły przeważnie
czyta gazety, pogrążony w zgnuśnieniu. Jego siostra coraz częściej płacze, nieobecna duchem. Absolwenci odchodzą, w ich miejsce nie przyjmuje się nowych. W gruncie rzeczy wcale nie jest jasne, czy Instytut, ów „przedsionek pokojów mieszkalnych i paradnych sal życia”, wciąż żyje. Wszystko jest tu przejściowe, nietrwałe, zawieszone w powietrzu:
czuwanie, jedzenie, spanie i nauka. Wszystko pogrążone we śnie: „[...] panowie wychowawcy i nauczyciele śpią albo pomarli, albo są w letargu, albo zamienili się w kamienie”. Nic dziwnego, że pewnego dnia szkoła skojarzy się Jakobowi z domem umarłych. A polskim czytelnikom zmierzch i upadek Instytutu Benjamenty, a wcześniej ów osobliwy stan zawieszenia między jawą a snem oraz życiem i nieżyciem, tudzież sekrety wychowawców, starannie poukrywane w niedostępnych dla uczniów pomieszczeniach budynku, może przypominać dwie książki, których Walser znać nie mógł, ale mógł je wyśnić: Sanatorium pod Klepsydrą i Akademię pana Kleksa.
Ich wielbiciele na pewno na Walserze się nie zawiodą. A może odnajdą u Benjamentów swoje miejsce, choćby na krótką chwilę?
Opinia
Udając się w podróż pociągiem, wziąłem ze sobą książkę Hessego. Sprawiła ona, że czułem się wyjątkowo dobrze czytając o innym człowieku wybierającym ten sam sposób podróżowania, również introwertyku godzącym się na publiczne występy, chociaż nie mieściły się one w jego strefie komfortu.
Stukot kół pociągu, odwiedzane miasta i ludzie, ich ciche obserwowanie i znoszenie ich dziwactw (a może odwrotnie, radzenie sobie z własnymi dziwactwami w odniesieniu do przebywania w pobliżu innych ludzi), sprawiały, że lektura obu części książki była dla mnie czystą przyjemnością.
Osoby lubiące taką nieśpieszną atmosferę oraz narrację odnoszącą się zarówno do tego, co dzieje się wokół piszącego, jak również w jego głowie, znajdą w tym zestawie dzieł Hessego prawdziwą ucztę duchową.
Udając się w podróż pociągiem, wziąłem ze sobą książkę Hessego. Sprawiła ona, że czułem się wyjątkowo dobrze czytając o innym człowieku wybierającym ten sam sposób podróżowania, również introwertyku godzącym się na publiczne występy, chociaż nie mieściły się one w jego strefie komfortu.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toStukot kół pociągu, odwiedzane miasta i ludzie, ich ciche obserwowanie i znoszenie ich...