Kuracjusz; Podróż norymberska

Okładka książki Kuracjusz; Podróż norymberska
Hermann Hesse Wydawnictwo: Media Rodzina literatura piękna
264 str. 4 godz. 24 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Data wydania:
2020-10-30
Data 1. wyd. pol.:
2020-10-30
Liczba stron:
264
Czas czytania
4 godz. 24 min.
Język:
polski
ISBN:
9788380088757
Tłumacz:
Małgorzata Łukasiewicz
Średnia ocen

                7,4 7,4 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Kuracjusz; Podróż norymberska w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Kuracjusz; Podróż norymberska

Średnia ocen
7,4 / 10
77 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1699
839

Na półkach: , , , , ,

Udając się w podróż pociągiem, wziąłem ze sobą książkę Hessego. Sprawiła ona, że czułem się wyjątkowo dobrze czytając o innym człowieku wybierającym ten sam sposób podróżowania, również introwertyku godzącym się na publiczne występy, chociaż nie mieściły się one w jego strefie komfortu.

Stukot kół pociągu, odwiedzane miasta i ludzie, ich ciche obserwowanie i znoszenie ich dziwactw (a może odwrotnie, radzenie sobie z własnymi dziwactwami w odniesieniu do przebywania w pobliżu innych ludzi), sprawiały, że lektura obu części książki była dla mnie czystą przyjemnością.

Osoby lubiące taką nieśpieszną atmosferę oraz narrację odnoszącą się zarówno do tego, co dzieje się wokół piszącego, jak również w jego głowie, znajdą w tym zestawie dzieł Hessego prawdziwą ucztę duchową.

Udając się w podróż pociągiem, wziąłem ze sobą książkę Hessego. Sprawiła ona, że czułem się wyjątkowo dobrze czytając o innym człowieku wybierającym ten sam sposób podróżowania, również introwertyku godzącym się na publiczne występy, chociaż nie mieściły się one w jego strefie komfortu.

Stukot kół pociągu, odwiedzane miasta i ludzie, ich ciche obserwowanie i znoszenie ich...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

219 użytkowników ma tytuł Kuracjusz; Podróż norymberska na półkach głównych
  • 122
  • 95
  • 2
48 użytkowników ma tytuł Kuracjusz; Podróż norymberska na półkach dodatkowych
  • 31
  • 4
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Kuracjusz; Podróż norymberska

Inne książki autora

Hermann Hesse
Hermann Hesse
Prozaik, poeta i eseista niemiecki o poglądach pacyfistycznych. Okazjonalnie również rysownik i malarz. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury w 1946 r. Z uzasadnienia jury otrzymał ją „za inspirującą twórczość, która w swoim rozwoju ku śmiałości i głębi reprezentuje zarówno klasyczne ideały humanisty, jak i wysokie wartości stylu”, za „szlachetnie podniosłą i różnorodną poezję, która zawsze wyróżniała się świeżością natchnienia i rzadko spotykaną czystością ducha”, a także za „talent epicki i dramatyczny”. Autor powieści o kontekście egzystencjalnym, nawiązujących do filozofii buddyjskiej oraz psychoanalizy, których tematem jest zazwyczaj samotne poszukiwanie harmonii i głębi duchowej w skłóceniu ze społeczeństwem (Wilk stepowy, Siddhartha). W opinii Tomasza Manna jego twórczość należy do „szczytowych i najczystszych dokonań naszej epoki”. Urodził się 2 lipca 1877 w miasteczku Calw w Wirtembergii jako drugie dziecko Johannesa Hessego i Marii Hesse z domu Gundert. Po latach sam tak opisywał swój rodzinny dom: „Tu modlono się i czytano Biblię, studiowano i uprawiano filozofię indyjską, tu grano wiele dobrej muzyki, tu wiedziano o istnieniu Buddy i Laozi, przyjmowano gości z wielu krajów (...), karmiono ubogich i święcono święta, tu blisko siebie przebywała wiedza i baśń. (...) Był to świat zdecydowanie niemiecki i protestancki, ale z perspektywą otwartą na całą ziemię, i był to świat zupełnie inny, zgodny w sobie i zdrowy”. Pisarz od dzieciństwa miał zatem styczność ze światopoglądem Dalekiego Wschodu; jego dziadek Hermann Gundert był ponadto indologiem, swego czasu misjonarzem w Indiach. Dzieciństwo Hesse spędził w rodzinnym Calw oraz w Bazylei. W latach 1890–1891 pobierał nauki w gimnazjum, a następnie wstąpił do seminarium teologii protestanckiej w Maulbronn. Jak wnioskują biografowie, pobyt w nim był dla przyszłego pisarza traumatycznym przeżyciem, mimo iż listy wysyłane do matki świadczyły z początku o czymś zupełnie innym. W marcu 1892 Hesse bez żadnego wyraźnego powodu uciekł z Maulbronn, wskutek czego został ukarany i wydalony z seminarium. Następnie przebywał w Bad Boll u znajomego teologa-egzorcysty; pobyt ten zakończył się jednak nieudanym zamachem samobójczym. W latach I wojny światowej pisarz głośno występował przeciw agresji militarnej państw, nakłaniając do humanizmu i poszanowania godności człowieka. Znalazł jednak niewielu zwolenników, spośród których należy przede wszystkim wymienić noblistę Romain Rollanda, a w kraju ogłoszono go zdrajcą narodu niemieckiego. W tym czasie zajął się też udzielaniem pomocy jeńcom wojennym. Po zakończeniu wojny Hesse popadł w kolejny kryzys osobowościowy, który skierował go w stronę psychoanalizy. Zetknięcie z teoriami Zygmunta Freuda a także Carla Gustava Junga miało również znaczący wpływ na jego dalszą twórczość literacką. Wskutek pogłębiających się melancholii i depresji oraz problemów małżeńskich poddał się ostatecznie psychoterapii u doktora B. Langa (ucznia samego Junga) w klinice "Sonnmatt" koło Lucerny. Wynikiem tych przeżyć są powieści Narcyz i Złotousty, Demian, a także Wilk stepowy, w których wpływ psychoanalizy jest szczególnie widoczny. W dziełach pisarza szczególnie odznaczają się też motywy zaczerpnięte z kultury indyjskiej, zwłaszcza wpływ miejscowych religii – hinduizmu i buddyzmu. Głośno potępiał niemiecki nacjonalizm i militaryzm, za co niemiecka prasa okrzyknęła go zdrajcą. W 1919 osiadł w Ticino w Szwajcarii, gdzie po dojściu do władzy Hitlera ukrywał m.in. Tomasza Manna i Martina Bubera. Po wojnie odmówił powrotu do Niemiec na stałe. W latach późniejszych krytykował niemieckie społeczeństwo za brak odpowiedzialności za hitlerowskie zbrodnie. Jedną z żon pisarza (był żonaty trzy razy) była Maria Bernoulli ze sławnej rodziny matematyków Bernoulli. Pierwszym opublikowanym utworem Hessego był wiersz Madonna, który ukazał się w piątym numerze „pisma o sztuce poetyckiej i krytyce” – "Deutsches Dichterheim" w 1896. W następnych latach na łamach pisma pojawiały się również inne próbki liryczne przyszłego noblisty. Swoją właściwą karierę pisarską Hesse zaczął od drukowania niskonakładowych tomików wierszy inspirowanych romantyczną literaturą niemiecką XIX wieku, zwłaszcza spod znaku takich autorów jak Johann Wolfgang Goethe, Jean Paul i Friedrich Hölderlin. Jego twórczość z tego okresu charakteryzował silny związek z modernizmem, kult estetyzmu, zainteresowanie muzyczną stroną wiersza oraz kontemplacja przyrody, typowe dla nastrojów fin de siècle’u. Poezja ta na długie lata zaważyła na postrzeganiu Hessego jako neoromantyka. Wiersze z tej wczesnej twórczości wydane zostały w Dreźnie w 1898 (nakład zaledwie 600 egzemplarzy) pod tytułem Romantyczne pieśni (Romantische Lieder). Jak wyznał autor wkrótce po ukazaniu się książki: „Traktuję je jako zakończenie pewnego okresu, który na moją przyszłą twórczość nie będzie miał wpływu”. W 1901 opublikował anonimowo kolejny zbiorek poezji – Pisma i wiersze pozostałe po Hermannie Lauscherze (Hinterlassene Schriften und Gedichte von Hermann Lauscher), który w 1907 ukazał się w formie uzupełnionej. Od czasu publikacji tego zbioru twórca na długo zarzucił pisanie poezji na rzecz prozy. W późniejszym czasie jego trzynaście nowych wierszy weszło w skład powieści Gra szklanych paciorków (1943). Wpisujące się w fabułę utwory asygnowane zostały jako Wiersze ucznia i studenta [Józefa Knechta], reprezentując tym samym typ liryki maski oraz poezji refleksyjno-filozoficznej utrzymanej w tendencji klasycystycznej. Wiersze te nawiązują do myśli buddyzmu, niosą ideał samodoskonalenia duchowego, stanowią rozrachunek z kulturą i humanizmem (znamienny wydaje się fakt, iż powstały w trakcie II wojny światowej). W Wierszach ucznia i studenta autor przełamuje nihilizm naznaczonej kryzysem duchowym współczesności XX wieku; po czasach upadku wartości głosi ideał powrotu do antycznej harmonii, wieszcząc nadejście epoki filozofów i magicznych znaków.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ameryka Franz Kafka
Ameryka
Franz Kafka
Nie można się bronić, jeśli druga strona nie ma dobrej woli. Autor posiada niezwykłą umiejętność opisywania miejsc i ludzi, których nigdy nie widział. Przykładowo, pisze bardzo żywo i realistycznie o Ameryce, w której nigdy nie był. Albo opisuje bezbłędnie zachowania znane mi z rynku pracy, NFZ czy sądów, chociaż też nigdy ich nie zobaczył. Realistyczność opisów Ameryki można dość łatwo wyjaśnić – książki, fotografie, opisy z ust innych osób. Ale realistyczność tej drugiej części tłumaczy jedynie fakt, że nie umiemy się nadal rozwinąć jako społeczeństwo i powtarzamy te same chore, patologiczne, przemocowe zachowania, które miały miejsce w sumie już sto lat temu (powieść ukazała się w latach 20., ale powstała około 1914 roku). Czytam świeżo po filmie Agnieszki Holland, wszystko mi kołuje w myślach, obrazy latają wewnątrz czaszki i ciężko je poskładać w jakiś sensowny tekst. Uderzyły mnie niesamowite, fotograficzne wręcz opisy miejsc, które pachną znajomo – Metropolis, Portier z Hotelu Atlantic, technokratyczne art deco z Hudsucker Proxy, Patsy jedzący ciastko na schodach albo żarówka młodego Vito Corleone. I to są wszystko wizje późniejsze, więc pytanie czy Ameryka była inspiracją, czy po prostu Kafka jakoś telegraficznie odebrał te prawdziwe obrazy z czyjejś głowy w swojej głowie i opisał? Ale to nie jest po prostu powieść o dawnej Ameryce, to byłoby zbyt normalne i pospolite. Jest więcej, dzieją się rzeczy dziwne, i znowu nie wiemy, czy śnimy, czy to rzeczywistość robi nas w trąbę. W dodatku powieść jest (znów) niedokończona, jak jakaś przeklęta interaktywna zabawa, gdzie samemu trzeba sobie dośpiewać zakończenie. Max Brod mówił, że ostatecznie Teatr Oklahomy miał być szczęśliwym zakończeniem. Ja tego nie kupuję, ta utopia mi pachnie sektą, które w sumie też są mocną częścią Ameryki. I ta sekta złapała Karla w swoje szpony. Prawdziwy tytuł to Der Verschollene, Zaginiony, i tak się właśnie można poczuć w trakcie czytania, jakby się było daleko od domu i bezpieczeństwa. Jest tu całe spektrum emocji, od złości, bezradności, strachu, lęku, frustracji, po momenty tak absurdalne, że w sumie trudno się nie roześmiać. Przykładowo, scena z rzygającym do windy Robinsonem - trochę jak moment w filmie Holland, gdy poważny dyrektor wygłasza peany na cześć instytucji, która jest taka niesamowicie zorganizowana, a tu z sufitu kapie woda do podstawionego na szybko garnka. Odnalazłam się w tych emocjach, odnalazłam się w korytarzach, które nie mają końca ani wyjścia (paradoks chyba, bo w nich raczej człowiek się gubi). Jedyne co mnie rozdrażniło, to wątek z Bruneldą, ale czuję, że gdyby była okazja, by go rozwinąć bardziej, może kryłoby się za nim coś więcej.
Renegi Grene - awatar Renegi Grene
ocenił na 8 3 miesiące temu
Rosshalde Hermann Hesse
Rosshalde
Hermann Hesse
Coś czuję, że Hesse i Fiona Apple nieźle by się ze sobą dogadali. "Rosshalde" jest chyba najbardziej cyniczną i przygnębiającą powieścią Hessego. Choć nie jest pozbawiona pewnych bardziej optymistycznych elementów, to jednak jest ona o wiele smutniejsza i bardziej melancholijna niż nawet "Wilk stepowy". Powieść nie zawiera w sobie wątków filozoficznych jak inne książki Hessego; zamiast tego stanowi bardziej komentarz społeczny zastanawiający się nad zasadnością małżeństwa w sposób przypominający mi książki Virginii Woolf i Thomasa Hardy'ego. W "Rosshalde" nie ma prostych odpowiedzi, każda decyzja wiąże się z bólem i odrzuceniem obiektu miłości. Moją ulubioną postacią jest Adela; stoi ona w mocnym kontraście do Johanna, jako bardziej pragmatyczna i optymistyczna osoba, mimo to niepozbawiona własnego smutku. Ironia relacji jej, Johanna i Pierre'a polega na tym, że to Johann bardziej potrzebuje Pierre'a, ale jednocześnie nie jest w stanie zapewnić mu koniecznej opieki i stałej miłości, jaką daje mu Adela. Utożsamiałem się za to najbardziej z Albertem, jako niemal dorosłym dzieckiem rozbitego małżeństwa, które w jakikolwiek sposób próbuje poradzić sobie ze złą sytuacją rodzinną. Chciałbym, żeby jego postać została rozwinięta bardziej, zwłaszcza jeśli chodzi o incydent z rzutem nożem. O dziwo, książka kojarzyła mi się dość mocno z piosenką "Cosmonauts" Fiony Apple. Polecam, bo jest warta przesłuchania. Podobało mi się i polecam.
Fox - awatar Fox
ocenił na 8 3 miesiące temu
Owoce wiśni Osamu Dazai
Owoce wiśni
Osamu Dazai
To moja druga styczność z twórczością Dazai'a. Po "Zatraceniu", które wyrzuciło mnie z butów mieszaniną frustracji, złości i żalu jednocześnie, muszę przyznać, że Osamu Dazai miał wyjątkowy talent do zarówno solidnego wpieniania czytelnika, ale także budowania w nim wzruszenia, poczucia melancholii, choć przede wszystkim też znużenia. Być może nawet w niektórych z jego opowiadań dotarłam do granic swojej wrażliwości. A może to kwestia tego, że w życiu też nie miałam łatwo i obserwowanie kajania się narratora, którym bądź co bądź jest jakimś mniej lub bardziej podkręconym lutrem dla postaci autora, w którymś momencie przekroczyło znaną mi definicje wyrozumiałości. Nie mniej, szczerze uwielbiam za to Dazaia. Uwielbiam jego twórczość za kalejdoskop emocji, jakie jego utwory wywołują. I tak, są monotonne, traktują większości o tym samym, ale dzięki temu; dzięki tej intymności emocjonalnej, pozwalają dostrzec nas, ludzi, jako między innymi bardzo krnąbrne jednostki z zapędami do wpadania wciąż w te same bolączki, pomimo świadomości działań, jakich się podejmujemy. Osamu Dazai miał po prostu niebywały talent do obrazowania tego, co wszystkich nas w sobie denerwuje, załamuje i doprowadza nieraz do łez. Nie powiem jednak, że wszystkie opowiadania z tego zbioru przypadły mi do gustu. Moimi faworytem na pewni jest: "Sto widoków Fuji", które w moim odczuciu kreuje obraz narratora, jako człowieka innego niż wszyscy, bo analizującego krajobraz sławnej góry z kątów niekorzystnych. Trawionego poczuciem wyższości względem tych, który dostrzegają w niej piękno widziane tylko z tych kilku szczególnych miejsc. Hipokryzja płynąca z tego tytułu rozczula mnie do głębi. Chociaż nie wiem czy będzie dostrzegana w pełni przy jednorazowym zanurzeniu się tylko w to opowiadanie. Ostatni utwór natomiast, który z przyczyn zdecydowanie tragicznych nie został ukończony jest tym szczególnie ciekawy, że w zasadzie wyłamywał się już z ram poprzednich koncepcji. I chyba właśnie dlatego tak bardzo zapadł mi w pamięć. Nie tyle, że był ostatni, ale że przekazywał wizję zmiany nastawienia narratora. Cóż, fakt, że nie został nigdy ukończony w jeszcze bardziej dojmujący sposób przedstawia nieprostoliniową i niepłaską emocjonalność każdego z nas. Pewnie wrócę do tego zbioru, a wtedy też ta opinia wzbogaci się w kolejne, może trochę zbyt pompatyczne linijki tekstu. :)
Lonia - awatar Lonia
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Mróz Thomas Bernhard
Mróz
Thomas Bernhard
Zima. Śnieg. Mgła. Lodowaty, przenikliwy wiatr, który tnie policzki jak brzytwa. Świat zredukowany do bieli, ciszy i niemal absolutnego bezruchu. Taki krajobraz wyłania się z powieści Bernharda, który w Mróz (niem. Frost) z iście chirurgiczną precyzją rozszczepia rzeczywistość na mikroskopijne fragmenty, by z tych rozdrobnionych kawałków ułożyć portret samotności, szaleństwa i głębokiej — przerażająco głębokiej — nieufności wobec świata. Wielu czytelników, sięgając po Bernharda, oczekuje fabuły. Czegokolwiek, co w zwyczajnym rozumieniu moglibyśmy nazwać "historią". Bernhard jednak odmawia. Jego proza przypomina długi, monotonny, hipnotyczny monolog — czasem rozpaczliwy, czasem szyderczy, zawsze pełen gniewu i ironii. Mróz to dzieło, które — jeśli potraktować je dosłownie — mogłoby wydawać się wręcz antyliterackie. W istocie, to tekst radykalnie literacki, jeden z najczystszych przejawów obsesji Bernharda: obsesji na punkcie języka, upadku wartości i odczłowieczenia współczesnego człowieka. Nie znajdziemy tu klasycznej konstrukcji dramaturgicznej. Bohaterowie? Są raczej głosami, zjawami, figurami filozoficznymi niż pełnokrwistymi postaciami. "Akcja"? Jeśli już, to rozgrywa się wyłącznie w umyśle czytelnika. Bernhard nie prowadzi nas za rękę, wręcz przeciwnie — wyrzuca w śnieżną zamieć i zmusza do samodzielnej walki o sens. Narratorem Mrozu jest młody student medycyny, wysłany przez swojego profesora do odizolowanej górskiej wioski Weng, by obserwować niejakiego Strauchera — malarza, uważanego przez profesora za obiekt klinicznego zainteresowania. Ów Straucher mieszka w karczmie, w której życie wydaje się zawieszone między snem a jawą. Z każdą kolejną stroną wchodzimy coraz głębiej w jego monolog, składający się z wykrzywionych wizji, gorzkich sądów o ludziach, sztuce, społeczeństwie, przyrodzie i samej istocie istnienia. Straucher nie jest zwykłym artystą odizolowanym od świata. On jawi się jako rodzaj antyproroka, który samym swoim istnieniem neguje jakikolwiek sens i znaczenie życia. Jego nienawiść do ludzi ma w sobie coś z chorej czułości; jego mizantropia to rodzaj nieustannej autoanalizy i rozkładu psychicznego. Wszystko wokół Strauchera wydaje się powtarzać: śnieg, biel, zimno. Krajobraz, którego monotonia staje się refrenem. Bernhard obsesyjnie powraca do tych samych obrazów — bieli, mrozu, mgły — jakby chciał przez nie wyrazić ostateczną pustkę, jaka czeka na końcu każdej myśli. Każdy opis to nie tyle obserwacja, ile przejaw stanów ducha. Jeżeli cokolwiek wyróżnia Bernharda, to właśnie struktura jego tekstu. Monolog Strauchera dominuje niemal absolutnie — narrator przestaje być podmiotem, staje się wyłącznie rejestratorem. Jego własny głos ginie pod lawiną zdań malarza. Z literackiego punktu widzenia to ryzykowny zabieg. Czytelnik pragnie zmiany rytmu, oddechu, odmiany. Bernhard świadomie odmawia. Wręcz przeciwnie — stosuje repetycje, długie frazy, zawiłe składniowo zdania, przypominające strumień świadomości. W ten sposób pisarz przekształca literaturę w doświadczenie niemal muzyczne, w którym motyw główny powtarza się, ale za każdym razem z nieco innym odcieniem. Podobnie jak u Beethovena czy Bacha, ta repetytywność ma wymiar niemal metafizyczny. Słowa są dla Bernharda jedynym narzędziem walki z nicością — a jednocześnie dowodem na jej istnienie. Bernhard w Mrozie nie szczędzi brutalnych sądów o sztuce i artystach. Straucher gardzi innymi malarzami, ale także sobą samym. Artysta w jego oczach to nie wybraniec, lecz człowiek przeklęty — świadomy swojej groteskowości, uwięziony w labiryncie obsesji i niemocy. Nie sposób nie dostrzec tu ironii Bernharda: w świecie Strauchera sztuka jest jednocześnie przekleństwem i jedynym możliwym aktem istnienia. Ostatecznie jednak zawsze przegrywa, bo każda próba wyrażenia czegokolwiek staje się karykaturą. Z tego punktu widzenia Mróz jest książką głęboko tragiczną. Nie tragiczną w sensie klasycznym, ale w sensie nowoczesnym — tragiczną dlatego, że odbiera nadzieję, demaskuje sztukę jako nieudolną próbę ucieczki od bezsensu. Nie bez powodu Bernhard umieszcza akcję w zimowej scenerii. Mróz jest tu nie tylko meteorologiczną rzeczywistością, ale także metaforą stanu ducha Strauchera i — szerzej — współczesnego człowieka. Biel nie niesie obietnicy czystości, ale raczej pustkę i nicość. Śnieg zasypuje wszystko, zaciera granice, redukuje świat do abstrakcyjnych kształtów. Bernhard z niesamowitą maestrią operuje tą metaforyką, budując wrażenie klaustrofobii i duchowego zamrożenia. Nie ma tu ani jednego momentu rozgrzania, żadnej ulgi. Nawet karczma, zwykle symbol ciepła i schronienia, jest miejscem przygnębiającej ciszy, w której ludzie zdają się być marionetkami — jakby przysypanymi śniegiem, martwymi za życia. W Mrozie nie ma psychologicznej głębi w tradycyjnym rozumieniu. Bernhardowi nie chodzi o zniuansowany portret psychologiczny Strauchera. Zamiast tego tworzy figurę symboliczną — człowieka rozbitego, chorego, nienawidzącego siebie i świata. Straucher nie próbuje się bronić, nie szuka usprawiedliwień. Jego monologi to ciągłe autooskarżenia i jednoczesne oskarżenia świata. Malarz rozumie siebie jako pasożyta i katatonika, żyjącego na marginesie życia społecznego i duchowego. Bernhard sugeruje, że wszyscy jesteśmy Straucherami. Wszyscy skazani na wewnętrzne rozpadanie się, na nieustanną autodestrukcję. To, co wydaje się być kryzysem jednego artysty, staje się uogólnionym stanem człowieka jako takiego. Jeżeli miałbym wskazać największą siłę Mrozu, to niewątpliwie jest nią język. Bernhard nie opowiada historii — on ją buduje poprzez rytm i strukturę zdań. Zdania Bernharda są długie, wielokrotnie złożone, rozrastają się w sposób niemal organiczny. Niektórzy czytelnicy mogą odczuwać zmęczenie, ale w tym właśnie tkwi jego cel: język ma działać jak zaciśnięta pętla, z której nie można się wydostać. Powtarzalność, tautologie, maniakalne dygresje — to wszystko przypomina trans, stan hipnotyczny. Autor pokazuje, że każde słowo jest jednocześnie próbą wyjścia z labiryntu i dowodem, że labirynt jest nieskończony. W Mrozie Bernhard w mistrzowski sposób balansuje między tragicznym patosem a gorzką groteską. Straucher, choć wydaje się prorokiem nicości, momentami jest też żałosny, niemal komiczny w swoim narcyzmie i pretensjach do wszechwiedzy. Ta niejednoznaczność jest fascynująca. Bernhard nie pozwala czytelnikowi na jednoznaczny osąd. Czy Straucher jest wielkim myślicielem? Szalonym artystą? Zwykłym, zgorzkniałym nieudacznikiem? Odpowiedź zmienia się co kilka stron — a czasem nawet w obrębie jednego akapitu. Cisza w Mrozie jest złudzeniem. Choć krajobraz wydaje się bezdźwięczny, Straucher nie pozwala na chwilę milczenia. Mówi, mówi i mówi. W tej gadatliwości Bernhard dostrzega rodzaj obrony — człowiek mówi, by nie słyszeć pustki. Język staje się więc substytutem istnienia. Dopóki Straucher mówi, istnieje. Gdyby zamilkł — umarłby, rozpadł się w śniegu i mgle. Bernhard sam był mizantropem, co widać niemal w każdym akapicie. Straucher mówi w jego imieniu — to wyraz nienawiści do mas, do konformizmu, do tanich ideałów, do hipokryzji. Ale to także nienawiść do siebie samego. W odróżnieniu od wielu współczesnych autorów, którzy oskarżają "społeczeństwo" z pozycji moralnej wyższości, Bernhard nie stawia się ponad. On grzęźnie w tym samym bagnie, które opisuje. Mróz nie jest książką dla każdego. To powieść wymagająca — emocjonalnie i intelektualnie. Ale dla tych, którzy odważą się wejść w jej lodowaty świat, może stać się przeżyciem transformującym. Nie ma tu ani grama fałszu, taniego pocieszenia czy literackiej kokieterii. Bernhard pisze jak chirurg: precyzyjnie, brutalnie, bez znieczulenia. Czytając Mróz dziś, w epoce mediów społecznościowych, autopromocji, wiecznego szumu, powtarzalności sloganów — trudno nie odczuć, że Straucher mógłby zamieszkać w dowolnej nowoczesnej metropolii. Jego nienawiść do ludzi i świata, jego ciągłe rozważania o upadku ducha są przerażająco aktualne. Mróz to książka paradoksalna: z jednej strony skrajnie zimna, wycofana, pełna pogardy, a z drugiej — gorąca od emocji, pełna gniewu, rozpaczy, pragnienia jakiegokolwiek sensu. To powieść, która męczy, drażni, odrzuca — ale też wciąga, hipnotyzuje i nie daje o sobie zapomnieć. Czy warto? Jeśli szukasz literatury "przyjemnej", dającej ukojenie — omijaj szerokim łukiem. Jeśli jednak chcesz wejść do lodowej jaskini umysłu i spojrzeć w najciemniejsze zakamarki ludzkiej jaźni — Mróz jest doświadczeniem koniecznym. Bernhard nie daje odpowiedzi, nie daje nadziei. Ale daje coś cenniejszego: bezlitosne, bezwzględne lustro. W tym lustrze możesz zobaczyć własne strachy, własny wstyd, własną bezradność. I właśnie dlatego — choć może brzmi to jak paradoks — Mróz jest jedną z najważniejszych książek XX wieku.
Bratyslawski - awatar Bratyslawski
ocenił na 10 8 miesięcy temu
Jakob von Gunten. Dziennik Robert Walser
Jakob von Gunten. Dziennik
Robert Walser
Jakob, dobrowolnie, w półrealnym instytucie nauki posłuszeństwa i podporządkowania, zamiast indywidualności i poczucia wolności, gdzie uczniowie mają stać się idealnymi służącymi - bezmyślnymi, zdyscyplinowanymi, pozbawionymi buntu a edukacja polega na powtarzaniu formułek i tresurze gestów... debiutem Roberta Walsera była powieść „Rodzeństwo Tanner” (Geschwister Tanner, 1907), rok później ukazał się „Pomocnik” (Der Gehülfe, 1908) - „Jakob von Gunten” (1909) domyka tę wczesną trylogię o młodych mężczyznach wchodzących w świat instytucji i pracy. *** Posłowie W połowie 1905 roku dwudziestosiedmioletni Robert Walser, od dawna imający się różnych zajęć i podejmujący coraz to nowe posady (najczęściej urzędnika, kopisty, subiekta, niekiedy służącego), ukończył w Berlinie kurs dla profesjonalnych lokajów. Świeżo nabyte umiejętności miał okazję wkrótce wypróbować podczas kilkumiesięcznej służby w starym i (wnosząc z przedwojennych fotografii) raczej posępnym zamku rodziny von Hochberg w Dąbrowie Niemodlińskiej pod Opolem. Okres ten opisał w niewielkim utworze Tobold II. Ma on, jak to u Walsera, cechy beletryzowanego wspomnienia i jest tym ciekawszy, że da się go potraktować jak epilog (jeden z wielu możliwych) książki, którą czytelnicy trzymają w rękach – Jakoba von Guntena. Nająwszy się na służbę w hrabiowskiej rezydencji, Tobold, młody poeta, zostaje pouczony przez sekretarza pana hrabiego następującymi słowy: Oczekujemy, że okaże się pan pilny, wierny, punktualny, układny, grzeczny, uczciwy, pracowity, obowiązkowy i zawsze posłuszny. Wygląda pan zadowalająco, miejmy nadzieję, że będzie się pan równie zadowalająco sprawował. Musi pan od tej chwili starannie tonować i uszlachetniać wszystkie swoje ruchy. Tu, na zamku, nie tolerujemy i nie będziemy tolerować natur kanciastych i hałaśliwych. Zechce pan to sobie łaskawie raz na zawsze zapamiętać. Musi pan przyjąć do wiadomości, że głosy są tu ściszone, a każdy gest wytworny wyważony. Proszę pozbyć się wszystkiego, co w pańskim obejściu jest jeszcze szorstkie i twarde. Pouczenie pana sekretarza nasz bohater (jak to zwykle bywa w utworach Walsera, gdzie szefowie sztorcują podwładnych, oczekując od nich poprawy, a ci odpłacają im jeszcze większym zuchwalstwem) puści mimo uszu, przyznając: „Stopniowo wyzbywałem się wszelkiej nieśmiałości, a za to stawałem się zuchwały, pewny siebie i arogancki”. W jego wyznaniu jest jednak wiele przesady. Tobold, mimo początkowych niedociągnięć, wynikających tyleż z braku wyrobienia, co z nadmiaru inicjatywy i chęci popisywania się, ostatecznie sprawdził się jako lokaj, zbierał pochwały od przełożonych, a zamek hrabiego K. opuścił z dobrymi referencjami. Można by rzec, odnalazł się w swojej roli, co wśród bohaterów Walsera, wolnych ptaków, których bieda zmusiła do tego, by nagięli się do rygorów rynku pracy i z entuzjazmem wypełniali swe obowiązki, bynajmniej nie stanowi reguły. Czy odnalazłby się tam i nagiął Jakob von Gunten, niesforny absolwent Instytutu Benjamenty? No właśnie, Jakob von Gunten. Książka, w której opisano jego losy, czy raczej dłuższy pobyt w przedziwnej placówce wychowawczej, trochę na wyrost zwanej Instytutem, ukazała się nieco wcześniej niż historia Tobolda, bo w 1909 roku w Berlinie – jako trzecia powieść Walsera po Rodzeństwie Tanner oraz Willi Pod Gwiazdą Wieczorną. Kiedy pisarz ją tworzył, wspomnienia z kursu lokajów musiały być wciąż świeże, co nie przeszkodziło mu zarzekać się w posłowiu, że utwór jest „w przeważającej części poetycką fantazją”. I rzeczywiście, jeżeli sprawozdanie Tobolda rzadko kiedy wychodzi poza realistyczne ramy, to opowieść o szkole dla lokajów jest przede wszystkim fantasmagorią, w której tu i ówdzie pobłyskują być może okruchy biografii Roberta Walsera. Kwestia „ile jest Walsera w von Guntenie” nie jest zresztą aż tak istotna. Wiadomo, że pisarz w swoich utworach chętnie mylił tropy, podmieniał nazwiska, przybierał maski, kazał bohaterom (jak choćby von Guntenowi) pisać listy, fikcyjne życiorysy i pamiętniki, mieszał prawdę ze zmyśleniem, przyznawał, że idzie o opowieści autobiograficzne, by prędko z takich deklaracji się wycofywać. Tak jest też z jego służącymi, a przypomnieć warto, że żywot służącego stanowi jeden z wiodących tematów w prozie Walsera. Jako służący u ekscentrycznej damy z ciężko chorym synkiem przepracował kilka tygodni Simon Tanner, pierwszoplanowy bohater Rodzeństwa, otwierając tym samym poczet Walserowskich sług, pomocników i asystentów. Tamta pierwsza służba (a może nie pierwsza, zważywszy, że wcześniej Walser powołał do życia niemałe grono biurowych wyrobników, pozbawionych inicjatywy i bez reszty zależnych od humorów surowych przełożonych) niewolna była zresztą od napięć natury erotycznej. W oczach Simona, i w jego masochistycznych fantazjach, mieszczańska chlebodawczyni stawała się panią i władczynią, zdolną nie tylko zbesztać, ale i spoliczkować swojego sługę. Ale i on sam mógł stanowić dla niej przelotną atrakcję: zarazem hardy i uniżony, kulturalny i trochę dziki, posłuszny i głodny najwymyślniejszych reprymend. Podobnie uwikłany w emocje swoich państwa jest Józef Marti, asystent (czy pomagier, Gehülfe, jak stanowi niemiecki tytuł książki3) szalonego wynalazcy Toblera z Willi Pod Gwiazdą Wieczorną, a przy okazji powiernik jego żony. Chaotyczny i brutalny charakter pana domu, nie wspominając o jego nieudacznictwie, przysparza cierpień całej rodzinie. Ale i egocentryzm pani Toblerowej ujemnie odbija się na psychice mieszkańców willi. Marti, sługa tyleż zuchwały i wygadany, co chwiejny i tchórzliwy, próbuje ingerować w życie Toblerów i ich dzieci, ostatecznie jednak, niewiele rozumiejąc z dynamiki relacji między tak niepodobnymi do siebie małżonkami (albo rozumiejąc zbyt wiele), zadowala się zręcznym lawirowaniem. Schemat ten Walser powtórzy w Jakobie von Guntenie, tworząc parę postaci zarządzających instytucją – rodzeństwo Benjamentów. To wobec nich będzie orientował się tytułowy bohater, najbardziej fantasmagoryczne wcielenie Roberta Walsera. Jak oddać ducha tej pięknej książki? W jakiejś mierze jest ona – na co niejednokrotnie zwracali uwagę krytycy – parodią klasycznego Bildungsroman, z tradycją sięgającą Wihelma Meistra. Stąd idea kształcenia i wychowania, nauki, tak bliska Goethemu, stąd obecność tematyki teatralnej: Jakob i jego koledzy urządzają na lekcjach przedstawienia, idąc po trosze w ślady Wilhelma zmagającego się z inscenizacją Hamleta, a po trosze Walsera, który próbował swych sił w aktorskim fachu. Zarazem mamy tu parodię, czy wręcz karykaturę solidnej placówki wychowawczej, ponieważ w Instytucie Benjamenty oświeceniowe ideały Bildung ulegają odwróceniu. Dewiza szkoły brzmi: „Mało, ale gruntownie”, i faktycznie, króluje tu regulamin, a nauka (czy też formowanie) polega na powtarzaniu wykutych na blachę formułek i kelnerskich gestów oraz na zaprowadzaniu dyscypliny, tak że każdy uczeń ma w końcu „okrutny wyraz twarzy, jak kapral w czasie musztry”. Wszystko dlatego, że Instytut nie obiecuje uczniom indywidualnego rozwoju, przeciwnie, za cel stawia sobie ukształtowanie doskonałych lokajów, zdatnych do służby u możnych. Sługa nie może być ani trochę fajtłapowaty, powinien być za to bezmyślny i niezdolny do buntu. Stąd zachęty pedagogów, by uczniowie umniejszali siebie, wręcz samoponiżali – ku satysfakcji przyszłych pracodawców, takich jak mieszczka z chorym dzieckiem z Rodzeństwa Tanner. Absolwenci Instytutu mają odnaleźć swoje miejsce w społeczeństwie – najniżej, jak się da. Pewnie z tego powodu metody wychowawcze Benjamenty i towarzyszący im tępy dryl, a nawet bicie, nawiązują do wyobrażeń Kleista o idealnym teatrze marionetek, gdzie tańczące lalki pozbawione są duszy i dlatego nie popełniają błędów. Druga zasada szkoły szlifującej styl przyszłych posługaczy brzmi: „Odzwyczaić od własnej natury”. Tyle że z naturą rozstać się niełatwo. Instytut jest nie tylko szkołą lokajskiego drylu, ale miejscem dojrzewania, budzenia się pragnień i z trudem tłumionych popędów. Jakob von Gunten nie jest w nim zresztą sam. Grupa kilku bądź kilkunastu chłopców, czy raczej młodzieńców wkraczających w życie, stanowi coś w rodzaju rozwichrzonej wspólnoty odmiennych temperamentów i zapatrywań, przypominając bohaterów wydanej ledwie trzy lata przed Jakobem von Guntenem powieści Roberta Musila Niepokoje wychowanka Törlessa. Wprawdzie kadeci z Instytutu dla dorastającej młodzieży w odległej mieścinie ck monarchii wywodzą się z tzw. dobrych domów – inaczej niż uczniowie Instytutu Benjamenty, gdzie tylko Jakob może pochwalić się „zacnymi rodzicami” i przyimkiem von w nazwisku – jednak internatowa codzienność oraz towarzyszące jej mechanizmy rywalizacji, krystalizowania się hierarchii, jawnej i ukrytej przemocy są podobne, choć u Walsera zdecydowanie mniej drastyczne niż u Musila. Zwłaszcza relacja von Guntena z Krausem, niezbyt lotnym, za to zdyscyplinowanym uczniem, który naprawdę marzy o dobrej posadzie służącego, niewolna od dominacji ze strony zdolniejszego i skłonnego kwestionować instytutowe zasady Jakoba, ma w sobie coś niepokojąco asymetrycznego, choć nigdy nie stanie się czymś na podobieństwo związku Törlessa z podległym mu Basinim. Przede wszystkim Jakob musi odnaleźć się między rodzeństwem Benjamentów, tak jak Józef Marti musiał manewrować między Toblerami. Różnica między instytutem a willą nieudanego przemysłowca jest jednak zasadnicza. Zamiast dysfunkcyjnego małżeństwa, które wysługuje się pomagierem, otrzymujemy dwie relacje erotyczne: między panem Benjamentą a Jakobem oraz między Jakobem a panną Benjamenta. To, że opryskliwy i emocjonalnie niestabilny dyrektor placówki zakochuje się w nowo przybyłym uczniu, staje się jasne na długo przed tym, jak sam mu to zakomunikuje, mówiąc: „[...] powziąłem do ciebie dziwną, całkiem szczególną, w obecnej chwili nieprzezwyciężalną skłonność”. Jakob od początku jest faworytem „pana przełożonego” i jego oczkiem w głowie, jednak fascynacja pedagogiczna prędko przeradza się w miłosną, faworyt staje się ukochanym, czego długo zdaje się nie dostrzegać, albo interpretuje, w ramach ekonomii sił między uczniem a podziwianym przezeń nauczycielem, jako okazywanie szacunku prymusowi. Niewykluczone, że we właściwym rozeznaniu uczuć dyrektora przeszkadza Jakobowi druga fascynacja. Jakob otóż prędko zakochuje się w swojej nauczycielce, czyli pannie Benjamenta, przy czym afekt ten i rodzące się pod jego wpływem uczucie (w filmowej interpretacji braci Quay stroną inicjującą jest nauczycielka, która pragnie Jakoba) dalece wykracza poza masochistyczną fantazję czy cichy kult niedostępnej władczyni. Jakob kocha Lisę jak kobietę i jak cierpiącą istotę: „Te oczy! Gdy człowiek na nie patrzy, to jakby spoglądał w jakieś otchłanie lęku i głębi”, doprowadzając do tego, że nauczycielka wprowadzi go na „wewnętrzne apartamenty” szkoły i własnych tęsknot. Trzeci bok trójkąta, relacja pomiędzy rodzeństwem Benjamentów, stanowi tajemnicę. Wiadomo, że oboje zamieszkują „wewnętrzne apartamenty”, zdani na siebie jako para przeciwieństw: on olbrzymi i ekspansywny, mimo że najlepsze lata ma już za sobą, ona delikatna i wycofana, podobna do anioła. Oboje władczy, choć każde na swój sposób, oboje w stanie rozdrażnienia, jakby ostatecznego napięcia nerwów, on wybuchowy i sfrustrowany, ona chorobliwie blada i drążona przez smutek. Życie Instytutu pulsuje zgodnie z rytmem psychicznym tych dwojga, połączonych więzią, która przywodzi na myśl Zagładę domu Usherów Edgara Allana Poego. Czy Walser czytał to opowiadanie? Nie wiadomo. Stylistyka grozy nie była mu całkiem obca, czego świadectwem są dwa drobne utwory prozą – Porzucona i Schwendimann. Ale nawet jeżeli nie czytał, intuicja go nie zawiodła: funkcjonowanie placówki zależy od kruchej równowagi między bratem a siostrą. Wydaje się, że uległa ona zaburzeniu niedługo po pojawieniu się Jakoba von Guntena. Tyle że inaczej niż u Poego, gdzie degradacja bliźniąt przebiega równolegle, u Walsera w miarę gaśnięcia siostry ego brata rośnie, budzą się (także pod wpływem zauroczenia Jakobem) drzemiące w nim moce. Panna Benjamenta umiera, jak sama mówi, bo nie zaznała w życiu miłości. Powiernikiem jej tajemnicy, jakże by inaczej, jest Jakob, zakochany w niej młodzieniec. Ale nie on jeden odczuwa do nauczycielki coś więcej niż przywiązanie. Tak naprawdę jest ona równie droga wszystkim uczniom, co podsumuje Kraus we wzruszającym przemówieniu nad jej ciałem: „Śpij, spoczywaj słodko, uwielbiana nasza pani”. Na właściwe czuwanie przy siostrze, gdy pozostali uczniowie opuszczą mury Instytutu, pan Benjamenta zaprosi tylko Jakoba. W obecności zmarłej (czy aby na pewno? – tak jak u Poego przedwczesna śmierć siostry wcale nie jest oczywista) zawrą swoje przymierze. Pan Benjamenta, kiedyś potężny, następnie zdegradowany biurową mitręgą, odzyskuje siły. Jakob opuści wraz z nim martwą placówkę i uda się w świat, żeby uciec od kultury i roztopić się w kosmosie – przynajmniej takie są plany. Czy się ziszczą? Zakończenie, skądinąd może nadmiernie ekspresjonistyczne, nie pozwala dać jednoznacznej odpowiedzi. Co jest tu snem, co marzeniem, a co koszmarem ostatecznej zatraty? „Jeśli zginę i zmarnieję, co właściwie zginie i zmarnieje?” – pyta sam siebie Jakob von Gunten. Gdy zadaje sobie to pytanie, Instytut Benjamenty, stanowiący przez chwilę cały świat, już nie istnieje. Ale czy istniał w ogóle? Powiedziane jest, że „Instytut Benjamenty cieszył się dawniej większym rozgłosem i uznaniem”. Kto wie, może tak było. Teraz jest wyraźnie podupadły i to bynajmniej nie dlatego, że świat nie potrzebuje wytresowanych służących. Jakaś niemoc zagościła w placówce, a zjawienie się von Guntena co najwyżej przyśpieszyło rozkład. Dyrektor szkoły przeważnie czyta gazety, pogrążony w zgnuśnieniu. Jego siostra coraz częściej płacze, nieobecna duchem. Absolwenci odchodzą, w ich miejsce nie przyjmuje się nowych. W gruncie rzeczy wcale nie jest jasne, czy Instytut, ów „przedsionek pokojów mieszkalnych i paradnych sal życia”, wciąż żyje. Wszystko jest tu przejściowe, nietrwałe, zawieszone w powietrzu: czuwanie, jedzenie, spanie i nauka. Wszystko pogrążone we śnie: „[...] panowie wychowawcy i nauczyciele śpią albo pomarli, albo są w letargu, albo zamienili się w kamienie”. Nic dziwnego, że pewnego dnia szkoła skojarzy się Jakobowi z domem umarłych. A polskim czytelnikom zmierzch i upadek Instytutu Benjamenty, a wcześniej ów osobliwy stan zawieszenia między jawą a snem oraz życiem i nieżyciem, tudzież sekrety wychowawców, starannie poukrywane w niedostępnych dla uczniów pomieszczeniach budynku, może przypominać dwie książki, których Walser znać nie mógł, ale mógł je wyśnić: Sanatorium pod Klepsydrą i Akademię pana Kleksa. Ich wielbiciele na pewno na Walserze się nie zawiodą. A może odnajdą u Benjamentów swoje miejsce, choćby na krótką chwilę?
MrOrinow - awatar MrOrinow
ocenił na 8 1 miesiąc temu
Dom kłamczuchów. Opowiadania wybrane Dezső Kosztolányi
Dom kłamczuchów. Opowiadania wybrane
Dezső Kosztolányi
Dom kłamczuchów Dezso Kosztolanyi To było tak, że jeden ktoś polecił pewną książkę, a drugi ktoś zaczął zachwalać jej autora i inną jego powieść. Oczy mi zablyszczały i rzuciłam się w wir poszukiwań obu uznając skadinąd słusznie, że rzecz jest warta zachodu. Żeby nie robić reklamy napiszę tylko, że śledztwo z poszukiwaniem przeprowadziłam na stronie e- biblioteki, bo odwykłam od papieru, a i lenistwo okazuje się z wiekiem coraz silniejsze na tle innych innych wad. No i znalazłam, ale tylko jedną z polecanych i teraz, po lekturze muszę to napisać: Dziękuję!! Żeby ująć sprawę po swojemu czyli inaczej, napiszę w ten sposób. Wyobraźcie się elegancki kredens. Na wygiętych nóżkach, połyskujący lakierem, z kunsztownymi rzeźbieniami, bogaty w intarsje, inkrustacje. Małe cudeńko, do którego podchodzi się nieśmiale, żeby broń Boże nie uszkodzić, nie zepsuć, nie zniszczyć. Można i chce się w niego wpatrywać i wgapiać, bo choć to mebel, to wyjątkowy i niepowtarzalny. Żaden z niego ikeowski regał, żadna masówka, co zeszła z taśmy. Mnóstwo teraz tych kiepskich ..mebli, czyli powtarzalnych w treści książek, które zapiszą się w pamięci na czas do zamknięciami okładki. Ten moj wyobrażony kredens ma mnóstwo szuflad, szufladek i szufladeczek, a każda przyozdobiona piękna rączką, zmyślnym uchwytem. Aż korci, żeby do każdej szuflady zajrzeć, zagrzebać siew jej wnętrzu, zanurzyć w niej rękę, wskoczyć do środka I chwilę pobawić się w chowanego. Chodzi tylko o to, by mieć czas, gdy nikt nie będzie przeszkadzać, wołać, przypominać o czymś mało istotnym, bo chce się czytać i nie przerywać. Wskakuje się fo pierwszej szufladki, rozgości, zje tę duchową strawę, a potem chwila zadumy- rodzaj deseru i hops do innej skrytki! Tam czeka znowu pochłonięcie albo wchłanianie jak wody w suchą gabkę, jak w wysuszoną upalem ziemię. I znowu refleksja, zastanowienie się i tak po wielokroć, bo szuflad jest tyle, że można skakać wiele razy i nic nie stoi na przeszkodzie, by powtórzyć przygodę i wrócić do tej samej opowieści. Zaręczam, że powroty nie będą nudne, bo to niemożliwe. W szufladach są pudełeczka, pudełka, błyskotki, a każdego chce się dotknąć, pooglądać i potrzymać w ręku. Są tam też małe i duże lusterka, by się poprzeglądać, bo zawartość każdej szufladki to my i coś o nas. Myślę sobie, że autor musiał lubić patrzeć, słuchać i obserwować, by potem przetworzyć w kolejnym etapie tego procesu i ubrać w zdania. Tak mogło być, bo powstały małe skarby, mini klejnoty i wcale nie przesadzam i nie wpadam nadmierny zachwyt. Celowo nie piszę o treści, bo to opowiadania. Są obserwacją, refleksją i wnioskiem z podsumowaniem. Jest o człowieku i tym, jaki jest albo jaki się zdaje być. Bo może być dobry i zły, z zaletami i z mnóstwem przywar. Jeśli ktoś czepliwy zarzuci mi reklamę staroci, co pogryziona jest przez korniki, nadgryziona zębem czasu, nieprzystająca do naszych czasów, to od razu napiszę, że to błędne myślenie. Zmienia się pokój, jego wystrój, ale lokator czyli człowiek jest nadal ten sam. Taka jest ta książka, ta moja uhm..komoda pełna szuflad i skarbów.
xymenka - awatar xymenka
oceniła na 10 7 miesięcy temu

Cytaty z książki Kuracjusz; Podróż norymberska

Więcej
Hermann Hesse Kuracjusz; Podróż norymberska Zobacz więcej
Więcej