Lekturą września 2025 roku w Dyskusyjnym Klubie Książki w Rawie Mazowieckiej był „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” pióra Katarzyny Kobylarczyk, współczesnej (ur. 1980) rodzimej pisarki i reporterki.
Tytuł wyjaśnia tematykę w zupełności i nie ma się co nad tym dłużej rozwodzić – jest to zbiór zapisków autorki z serii wycieczek do Hiszpanii w pogoni za zaliczaniem kolejnych fiest, z których bogactwa i różnorodności ten kraj słynie. Jeśli liczycie na solidny reportaż ze zwiedzania, z poznawania kraju, w stylu Cejrowskiego, to się zawiedziecie. O zbliżeniu się do poziomu Mariusza Szczygła czy Ryszarda Kapuścińskiego nawet nie wspomnę. Ja, jak zwykle, książki nie szufladkowałem, dałem jej szansę nie oczekując niczego, w szczególności bycia reportażem, ale i tak niewiele jej to pomogło.
Czytało się to całkiem fajnie, specjalnie używam tego płytkiego słówka, gdyż idealnie oddaje ono głębię, a raczej jej brak, zarówno dzieła, jak i odczuć czytelniczych nim wywołanych. Owszem, język, styl i narracja przyjemne w odbiorze, choć i tutaj można się przyczepić do używania bez odnośników słów, których znaczenie znane jest tylko nielicznym. W drodze do artyzmu literackiego Kobylarczyk tak się zapędza w „poetyckość”, że aż momentami śmieszy. Na pocieszenie znajdziemy w tekście sporo ciekawostek, choć niekoniecznie o samych hiszpańskich fiestach. Ogólnie sam styl zwiedzania Hiszpanii w wykonaniu autorki jest dla mnie tak powierzchowny, że aż karykaturalny. Nie tylko, że ogranicza się do zaliczania kolejnych miejscówek, bo fiest już niekoniecznie, a przynajmniej nie dogłębniej, niż inni fototuryści, z których sama sobie dworuje. Zdarza się jej nawet wyprawa do zamku, z którego odwiedzenia rezygnuje, bo go nie może znaleźć(!). Przypomina mi to „podróżników” w stylu „gość, który widział wszystkie kraje świata, i nawet w niektórych wylądował”.
W książce znajdujemy prawdziwe perełki, jak poetycki wręcz fragment o tangu i starym flamenco, ale jest tego jak na lekarstwo i przez kontrast tym bardziej razi, czym ta książka mogła być, i czym nie jest. Większość rozdziałów wygląda tak – pojechaliśmy na fiestę, widzieliśmy albo się spóźniliśmy, i wróciliśmy. Niektóre rozdziały mają aż trzy strony (nie kartki!), a niektóre jedną. Wielka czcionka, co trzecia strona pusta i twarde okładki, jakby to było nie wiem jakie dzieło. Ja tego nie kupuję.
O dziwo, książka wywołała w klubie gorącą dyskusję. Nie! Niech się autorka nie cieszy. Nie była to konfrontacja między zachwyconymi i sceptykami, a między tymi, którzy uznali, iż bardzo im się podobała, a którzy byli w mniejszości, i tymi, którzy uznali, iż była tylko OK. Głosowanie wyglądało tak, iż książka:
nie podobała się – 0 głosów
była OK – 4 głosy
podobała się – 1 głos
bardzo się podobała – 2 głosy
zachwyciła – 0 głosów
Przekładając to na podsumowanie – można poczytać, jeśli nic innego nie ma pod ręką, ale skoro tyle jest rzeczy świetnych, a życie takie krótkie, więc...
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Lekturą września 2025 roku w Dyskusyjnym Klubie Książki w Rawie Mazowieckiej był „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” pióra Katarzyny Kobylarczyk, współczesnej (ur. 1980) rodzimej pisarki i reporterki.
Tytuł wyjaśnia tematykę w zupełności i nie ma się co nad tym dłużej rozwodzić – jest to zbiór zapisków autorki z serii wycieczek do Hiszpanii w pogoni za zaliczaniem...
Bardzo fajny zbiór krótkich reportaży, w których autorka zagłębia się w wyjątkowy aspekt kultury hiszpańskiej – fiesty.
Rozdziały typowo o fiestach czasem przeplatane są rozdziałami o wioskach lub kulturze, co stanowi przyjemną przerwę od tych niezwykle intensywnych hiszpańskich celebracji. Dzięki temu zbiór czyta się naprawdę lekko i bez nudy.
Autorka trafnie ilustruje turystyczny głód autentyczności. Przejedziemy cały kraj, poszukamy tubylców, spytamy ich gdzie znajdziemy prawdziwy hiszpański experience. Znam to bardzo dobrze. Czasem z tym głodem wiąże się zawód, co autorka także przytacza z dziennikarskim oddaniem.
Fiesty w Hiszpanii to faktycznie niesamowity fenomen. Co płynie w krwi Hiszpanów, że wymyślają imprezy tak absurdalne, czasem wręcz komiczne? Czy to faktycznie ich potrzeba buntu i wolności, jak teoretyzuje autorka? Coś w tym jest – kilka dni w roku, kiedy żadne zasady nie obowiązują i można wyrzucić z siebie najbardziej pierwotne, kłębiące się głęboko w środku emocje. Wyżyć się, ubawić, zmęczyć, wykończyć, upić. Podpalanie, ucieczka przed śmiercią, walki na landrynki. Wyobrażam sobie tę dzikość. Widzę to u Niemców – cały rok segregujących śmieci, ale w noc Sylwestrową zamieniających miasta w strefy wojny.
Zdecydowana większość fiest wywodzi się z tradycji religijnych. Hiszpanie bez mrugnięcia okiem angażują się w bieganie z wielką figurą Jezusa albo samobiczowanie się w pochodzie. Dla kogoś z zewnątrz to brzmi absurdalnie, ale dla lokalnej społeczności jest to coś co zawsze było i będzie. Nie kwestionują, tylko z wielką pasją oddają się poszanowaniu tradycji.
Dla mnie jest w tym wszystkim trochę szaleństwa. Choć jest w tym też trochę arogancji. Zniszczę miasto, zostawię górę śmieci. Ale może człowiek potrzebuje czasem tak odetchnąć? Nie wiem. Osobiście nie mogłam przebrnąć przez rozdziały o corridzie. O encierro czytałam z bólem serca. Nigdy nie zrozumiem konceptu znecania się nad zwierzęciem, przedłużania jego śmierci, czerpania z tego przyjemności i robienia z tego widowiska. Nigdy. Dla mnie tutaj kończy się człowieczeństwo. Ale całej reszty, w szczególności bitwy na landrynki i pochodu samobiczowników, chętnie bym doświadczyła.
Bardzo fajny zbiór krótkich reportaży, w których autorka zagłębia się w wyjątkowy aspekt kultury hiszpańskiej – fiesty.
Rozdziały typowo o fiestach czasem przeplatane są rozdziałami o wioskach lub kulturze, co stanowi przyjemną przerwę od tych niezwykle intensywnych hiszpańskich celebracji. Dzięki temu zbiór czyta się naprawdę lekko i bez nudy.
Krótka treściwa forma ujęta. Opisuje kilka niesamowitych, niebanalnych, niespotykanych nigdzie indziej na świecie fiest ulicznych. Możemy przeczytać o paradach z wielkimi makietami, rzucaniu szczurami czy gonitwie byków. Wyjątkowo lekkie pióro, interesujący punkt widzenia i pisania. Dużo informacji o Hiszpanii wyniosłam po lekturze tej książki.
Krótka treściwa forma ujęta. Opisuje kilka niesamowitych, niebanalnych, niespotykanych nigdzie indziej na świecie fiest ulicznych. Możemy przeczytać o paradach z wielkimi makietami, rzucaniu szczurami czy gonitwie byków. Wyjątkowo lekkie pióro, interesujący punkt widzenia i pisania. Dużo informacji o Hiszpanii wyniosłam po lekturze tej książki.
Ciekawy zbiór krótkich opisów hiszpańskich fiest. Można poczuć smak, zapach prowincjonalnych miejsc jak i wielkich hiszpańskich miast. Książkę czyta się bardzo dobrze, ze względu na plastyczne opisy, skondensowaną treść, niebanalne spojrzenie autorki.
Ciekawy zbiór krótkich opisów hiszpańskich fiest. Można poczuć smak, zapach prowincjonalnych miejsc jak i wielkich hiszpańskich miast. Książkę czyta się bardzo dobrze, ze względu na plastyczne opisy, skondensowaną treść, niebanalne spojrzenie autorki.
Reportaż, który miał być ekscytującym opisem hiszpańskich fiest okazał się nudnawym i powierzchowym ciągiem luźnych impresji Katarzyny Kobylarczyk. Oczywiście, autorka nie musiała bardzo wnikliwie i antropologicznie przedstawiać fenomentu fiesty, to miał prawo być jej osobisty zapis tego doświadczenia, ale efekt końcowy okazał się mierny. Chaotyczne przeskakiwanie od fiesty do fiesty, kilka pocztówkowych migawek z każdej z nich, do tego okraszonych pseudopoetyckim stylem sprawiło, że, sfrustrowana, nie mogłam doczekać się końca książki. Kilka fragmentów jest godnych zanotowania jak np. opis atmosfery miasteczek czy święto bębnów, ale nie wynagradzają one powtarzalnej i monotonnej narracji. Szkoda, bo temat był bardzo nośny, ale niestety w "Pyle" okazał się niewypałem. Nie polecam.
Reportaż, który miał być ekscytującym opisem hiszpańskich fiest okazał się nudnawym i powierzchowym ciągiem luźnych impresji Katarzyny Kobylarczyk. Oczywiście, autorka nie musiała bardzo wnikliwie i antropologicznie przedstawiać fenomentu fiesty, to miał prawo być jej osobisty zapis tego doświadczenia, ale efekt końcowy okazał się mierny. Chaotyczne przeskakiwanie od fiesty...
Spodziewałam się, że dowiem się czegoś nowego o tradycyjnych hiszpańskich świetach, tych bardziej i mniej znanych, a dostałam garść refleksji autorki z wizyt na różnych fiestach. Często tak chaotycznych i oderwanych od rzeczywistości, że nie wiedziałam o jakim wydarzeniu właścwie czytam. Styl niezmiernie mnie męczył. Miałam wrażenie, że to pamiętnik nastoletniej grafomanki. Brnęłam przez te kilkadziesiąt stron jakby to było niezwykle obszerne opracowanie naukowe.... Rzadko zdarza mi się być tak poirytowaną po lekturze jakiejkolwiek książki. Tym razem jestem totalnie rozczarowana:(. Jak dla mnie za mało "mięsa", za dużo bujania w obłokach jak na non-fiction. Nie polecam
Spodziewałam się, że dowiem się czegoś nowego o tradycyjnych hiszpańskich świetach, tych bardziej i mniej znanych, a dostałam garść refleksji autorki z wizyt na różnych fiestach. Często tak chaotycznych i oderwanych od rzeczywistości, że nie wiedziałam o jakim wydarzeniu właścwie czytam. Styl niezmiernie mnie męczył. Miałam wrażenie, że to pamiętnik nastoletniej grafomanki....
Przede wszystkim podoba mi się styl autorki - lekki i plastyczny. Fiesty rzeczywiście są opisane powierzchownie, nie jest to książka antropologiczna a raczej zbiór krótkich relacji. Nie uważam tego wadę za książki, wręcz przeciwnie. Książka daje nam możliwość zatopienia się w tajemniczym świecie i zachęca do dalszego zgłębiania kultur, pokazując ich bogactwo.
Przede wszystkim podoba mi się styl autorki - lekki i plastyczny. Fiesty rzeczywiście są opisane powierzchownie, nie jest to książka antropologiczna a raczej zbiór krótkich relacji. Nie uważam tego wadę za książki, wręcz przeciwnie. Książka daje nam możliwość zatopienia się w tajemniczym świecie i zachęca do dalszego zgłębiania kultur, pokazując ich bogactwo.
Fantastyczna lektura. Rewelacyjnie obrazuje pogląd na świat pierwszego pokolenia, wychowanego w Polsce po upadku komuny (autorka to rocznik 1980).
Całkowita impregnacja na tradycję, źródła kulturowe, wartości odziedziczone. Świat widziany przez pryzmat infantylnej antropologii, mocno podszytej new-age, postmodernizmem i zabobonami współczesności. Wielkie dziedzictwo duchowe sprowadzone do gromadzenia anegdot, sensacji, dziwactw i wynaturzeń. Wszystko to podane w wezbranym nurcie własnych, pożal się boże, przemyśleń, będących w gruncie rzeczy reprodukcją postępowych mitów, którymi nakarmiono autorkę gdy dorastała.
Ja wiem, że wiele tradycyjnych świąt lokalnych w Hiszpanii niemal zatraciło swój wymiar religijny, że w dobie galopującej sekularyzacji zostały zredukowane do świeckich odpustów. Najbardziej dramatycznym przykładem są Sanfermines. Jeszcze 100 lat temu były wręcz misterium duchowym. Owszem, kontrowersyjnym, a dlaczego? Bo zdaniem wielu Nawarryjczyków dochodziło do przesadnej egzaltacji św. Fermina, która stanowiła zagrożenie dla jedynego prawdziwego patrona Nawarry, św. Franciszka Ksawerego. Ach, to były czasy! Dziś Sanfermines to po prostu pijacko-erotyczna orgia zdominowana przez żądnych zabawy Amerykanów i podobnej im hołoty z całego świata. Mieszkańcy Pampeluny znoszą szczanie po bramach i rzyganie do fontann tylko dlatego, że w tym okresie miasto zarabia niewiarygodne pieniądze.
Autorka mogłaby napisać książkę o tym, jak globalizacja i kultura masowa albo miażdżą wszystko, co zastaną na drodze, albo zmieniają we własną karykaturę. Ale wtedy musiałaby zrozumieć, że La Macarena to nie jest bogini Ery Wodnika, postać z galerii ezoterycznych zjaw czy figura terapii alternatywnej, i że 18. grudnia w całej Andaluzji dzieje się coś, co nie da się sprowadzić do interesującego zjawiska z dziedziny antropologii kulturowej. Ona tego nie rozumie, bo sama jest animatorką tej nowej mitologii. Powiedzieć, że siedzi za kierownicą tego walca, który miażdży przeszłość, to robić autorce chyba niezasłużone awanse. Powiedzmy, że na swoją skromną miarę kręci korbką własnej maszynki do mięsa, z której wypada doskonale rozrobiona intelektualna mielonka.
Fantastyczna lektura. Rewelacyjnie obrazuje pogląd na świat pierwszego pokolenia, wychowanego w Polsce po upadku komuny (autorka to rocznik 1980).
Całkowita impregnacja na tradycję, źródła kulturowe, wartości odziedziczone. Świat widziany przez pryzmat infantylnej antropologii, mocno podszytej new-age, postmodernizmem i zabobonami współczesności. Wielkie dziedzictwo...
Sądziłam, że to reportaż o hiszpańskich tradycyjnych festiwalach i imprezach, opisanych rzetelnie oraz ciekawie objaśnionych. Niestety dostałam jakieś luźne przemyślenia autorki, tekst pełen makaronizmów, przez co trudno było się skupić. Całość wydaje się strasznie chaotyczna, niektóre rozdziały próbowałam czytać bardzo powoli i ze zrozumieniem, ale i tak nie byłam pewna co czytam. Choć książka jest krótka, strasznie się przy niej namęczyłam. Nie odnalazłam w niej tej radości i życia jaka cechuje Hiszpanię.
Chwilami zastanawiałam się, dlaczego ta książka w ogóle została wydana. Tym razem Wydawnictwo Czarne mnie zawiodło.
Sądziłam, że to reportaż o hiszpańskich tradycyjnych festiwalach i imprezach, opisanych rzetelnie oraz ciekawie objaśnionych. Niestety dostałam jakieś luźne przemyślenia autorki, tekst pełen makaronizmów, przez co trudno było się skupić. Całość wydaje się strasznie chaotyczna, niektóre rozdziały próbowałam czytać bardzo powoli i ze zrozumieniem, ale i tak nie byłam pewna co...
Mam bardzo mieszane uczucia co do tej pozycji, stąd niższa ocena, mimo ciekawego tematu. Mase ciekawostek, zanurzonych w filozoficznym wodolejstwie> Nie mam pojęcia, czy to prawda, ale wyglądało mi to jakby ktoś zebrał wpisy z bloga podróżniczego. Gdyby nie kilka rzeczy które ze mną zostały (m.in.ludzie mchy, rzucanie landrynkami czy bieg z krzyżem) dałabym oczko niższą ocenę, za ten przedziwny styl narracji.
Mam bardzo mieszane uczucia co do tej pozycji, stąd niższa ocena, mimo ciekawego tematu. Mase ciekawostek, zanurzonych w filozoficznym wodolejstwie> Nie mam pojęcia, czy to prawda, ale wyglądało mi to jakby ktoś zebrał wpisy z bloga podróżniczego. Gdyby nie kilka rzeczy które ze mną zostały (m.in.ludzie mchy, rzucanie landrynkami czy bieg z krzyżem) dałabym oczko niższą...
Dla mnie zupełnie nowe i niezwykłe spojrzenie na Hiszpanię. Owszem, świadomość organizowania fiesty w tym kraju jest powszechna, ale że jest ich tyle, że każda z fiest ma swoją przyczynę, często szczególnego patrona, specyficzne zwyczaje to już informacja rzadka.
Świetnie mi się czytało te reportaże, bo są napisane lekkim przyjemnym językiem. Mnóstwo w nich historii, obyczajów, kolorów każdego rodzaju.
Dla mnie zupełnie nowe i niezwykłe spojrzenie na Hiszpanię. Owszem, świadomość organizowania fiesty w tym kraju jest powszechna, ale że jest ich tyle, że każda z fiest ma swoją przyczynę, często szczególnego patrona, specyficzne zwyczaje to już informacja rzadka.
Świetnie mi się czytało te reportaże, bo są napisane lekkim przyjemnym językiem. Mnóstwo w nich historii,...
„Pył z landrynek” to wyjątkowa kulturowa uczta; podróż po dalekich krańcach Europy i odległych zwyczajach świątecznych, tak odmiennych od znanych w Polsce. Katarzyna Kobylarczyk przemierzyła całą Hiszpanię, wyszukując w każdej odwiedzonej prowincji miast, miasteczek i wsi, w których mogła zobaczyć wyjątkowe zabawy, magiczne fiesty i poznać iberyjski mistycyzm chrześcijański. Efektem tej podróży jest skromna, lecz szalenie interesująca książka.
Oprócz walenckiego Las Fallas, podczas którego płoną figury, których nie powstydziliby się hiszpańscy surrealiści, oprócz pokutnych marszy czy otępiającego, hipnotyzującego bębnienia, Kobylarczyk przedstawia wiele innych wydarzeń, czasem szokujących, a czasem zaskakująco znanych. Opowiada o tradycyjnej bitwie na cukierki, odbywającej się co roku w Vilanovie i la Geltrú, po której pozostaje na ubraniach, ulicach, placach i fasadach budynków słodki, lepiący, landrynkowy pył. Przedstawia tradycyjne przepędzanie młodych, bojowych byków przez ulicę miasta, z najsłynniejszą gonitwą byków w Pampelunie, w prowincji Nawarra, wraz z następującą później korridą, w której czasem zdarzy się, że zginie człowiek, za to zawsze giną byki. Informuje czytelników o tradycji przywodzącej na myśl kaszubskie tańce z fetetronem, lecz w znacznie gorszej wersji – o sewillskiej procesji i dźwiganej podczas niej wielkiej platformie z Chrystusem tak ciężkim, że nieść go musi kilkudziesięciu mężczyzn.
Interesującym dodatkiem do książki jest niewielki słowniczek, objaśniającym występujące w treści słowa. Niektóre z nich weszły do polszczyzny i pod własną nazwą znane są u nas, jak choćby słynne korridy, uczestniczący w nich toreadorzy czy występujące w barach tancerki flamenco. Żeby jednak nie psuć gorącego ducha Hiszpanii zbędnymi, a czasem trudnymi do skrótowego opisania tłumaczeniami, autorka zdecydowała się pozostawić wiele słów w oryginale, do samodzielnego wzbogacenia swojego słownika i wiedzy.
Po lekturze „Pyłu z landrynek” uświadomić sobie można jak wiele nieznanych tradycji i zwyczajów kryje się w tak popularnym turystycznie kraju. Chociaż, jak sama autorka przyznaje, często nie dało się zobaczyć wszystkiego, czy to ze względu na ogromną ilość zwiedzających, czy też z innego, bardzo prozaicznego powodu. Szacuje się, że liczba organizowanych w Hiszpanii fiest sięga trzynastu tysięcy. Uczestnictwo we wszystkich jest najzwyczajniej niemożliwe, nawet przy pomocy popychającej nas z północy tramontany.
Po bardziej szczegółową recenzję zapraszam do siebie - https://kulturalnynihilista.pl/pyl-z-landrynek-hiszpanskie-fiesty-katarzyna-kobylarczyk-hiszpania-cz-2/
„Pył z landrynek” to wyjątkowa kulturowa uczta; podróż po dalekich krańcach Europy i odległych zwyczajach świątecznych, tak odmiennych od znanych w Polsce. Katarzyna Kobylarczyk przemierzyła całą Hiszpanię, wyszukując w każdej odwiedzonej prowincji miast, miasteczek i wsi, w których mogła zobaczyć wyjątkowe zabawy, magiczne fiesty i poznać iberyjski mistycyzm...
Zupełnie nie zgadzam się z niskimi ocenami tej książki. Zupełnie inna niż Strup. Napisana innym stylem. Autorka w lekki, niewymuszony sposób zaprasza nas do rzucenia okiem na dziwaczne, dla Polaków nie znane fiesty- małe i duże. Opisuje je a potem komentuje w bardzo celny, humorystyczny, trochę cyniczny sposób. Obraz Hiszpanii dla wnikliwych, ze świetnym poczuciem humoru. Polecam dla zainteresowanych tematem Hiszpanii! Nie zawiedziecie się!
Zupełnie nie zgadzam się z niskimi ocenami tej książki. Zupełnie inna niż Strup. Napisana innym stylem. Autorka w lekki, niewymuszony sposób zaprasza nas do rzucenia okiem na dziwaczne, dla Polaków nie znane fiesty- małe i duże. Opisuje je a potem komentuje w bardzo celny, humorystyczny, trochę cyniczny sposób. Obraz Hiszpanii dla wnikliwych, ze świetnym poczuciem humoru....
Nie jest to reportaż jak "Strup” tej samej autorki, o wojnie domowej w Hiszpanii. Tym razem nie ma tu zbyt wielu dat i faktów – byłoby dobrze, gdyby znalazły się w przypisach. Autorka – wzorem impresjonistów – maluje przed naszymi oczyma obrazy pełne słońca, barw i zapachów. Czułam się, jak bym sama odwiedzała jako turystka te fiesty. Jedyna zbrodnia – całkowity brak zdjęć! Brakowało mi też mapki miejscowości, które autorka odwiedziła. Niektóre były bardzo małe i nie do znalezienia bez googlowania. Stąd jedna gwiazdka mniej. Ale za atmosferę- zasłużone 9 *. Polecam wszystkim ciekawym Hiszpanii.
Nie jest to reportaż jak "Strup” tej samej autorki, o wojnie domowej w Hiszpanii. Tym razem nie ma tu zbyt wielu dat i faktów – byłoby dobrze, gdyby znalazły się w przypisach. Autorka – wzorem impresjonistów – maluje przed naszymi oczyma obrazy pełne słońca, barw i zapachów. Czułam się, jak bym sama odwiedzała jako turystka te fiesty. Jedyna zbrodnia – całkowity brak zdjęć!...
Dużo inspiracji do zagłębienia się w temat hiszpańskich fiest. Zgadzam się z przedmówca mi, że wiele z nich było w zasadzie tylko wspomnianych, a gdy człowiek się rozkręcał, to rozdział się kończył. Bardzo lubię cyniczny styl narracji autorki.
Dużo inspiracji do zagłębienia się w temat hiszpańskich fiest. Zgadzam się z przedmówca mi, że wiele z nich było w zasadzie tylko wspomnianych, a gdy człowiek się rozkręcał, to rozdział się kończył. Bardzo lubię cyniczny styl narracji autorki.
Hiszpańskie fiesty i lokalne obyczaje są chyba jednymi z najbardziej zaskakujących w Europie, procesje "ocalonych" niesionych w trumnach, defekujące figurki polityków, tomatina czy tak bardzo kontrowersyjna korrida poruszają swoją odmiennością, pozostają często niezrozumiałe dla osób z innych kręgów kulturowych. Czytałam książkę jako uzupełnienie przewodników przed podróżą przez Hiszpanie - pozwala spojrzeć nieco inaczej na lokalną rzeczywistość wsi i miasteczek jeśli chce się zobaczyć coś więcej niż główne atrakcje turystyczne i komercyjne szlaki.
Hiszpańskie fiesty i lokalne obyczaje są chyba jednymi z najbardziej zaskakujących w Europie, procesje "ocalonych" niesionych w trumnach, defekujące figurki polityków, tomatina czy tak bardzo kontrowersyjna korrida poruszają swoją odmiennością, pozostają często niezrozumiałe dla osób z innych kręgów kulturowych. Czytałam książkę jako uzupełnienie przewodników ...
To jeden z gorszych reportaży jakie miałam okazję czytać, jeśli nie najgorszy. A potencjał był ogromny - Hiszpania plus fiesty, co mogło pójść nie tak? W tym przypadku to właściwie wszystko. Krótkie rozdziały ledwie sygnalizują daną tematykę - czytelnik wiele się z nich nie dowie (jeśli w ogóle czegokolwiek). Na każdej stronie widać negatywny stosunek autorki o wszystkiego co obserwuje - bardzo łatwo i chętnie ocenia otaczającą ją rzeczywistość, pomimo że w mojej opinii nie bardzo próbuje ją poznać czy zrozumieć. W ogóle odniosłam wrażenie, że reportażystka gardzi osobami, o których pisze, traktując ich jako dziwolągi kultywujące bezsensowne, jarmarczne obyczaje i tradycje. Wieczny pościg za fiestami ma odbicie w chaotycznej strukturze reportażu, gdzie rozdziały "ułożone" są bez ładu i składu, ot krótkie scenki rodzajowe okraszone niezbyt pochlebnym komentarzem autorki. Pomimo dość niewielkiej objętości, bardzo długo zajęło mi przeczytanie tej książki - najzwyczajniej nie bardzo miałam ochotę po nią sięgać. Do końca liczyłam jednak, że coś się zmieni, poprawi, chciałam dać jej szansę. Okazało się, że niepotrzebnie i niezasłużenie. Dla mnie ogromne rozczarowanie i zmarnowanie potencjału. Choć słyszałam, że kolejny reportaż o Hiszpanii tej autorki jest dużo lepszy - może kiedyś sięgnę i po niego. Nie wykluczam, ale póki co mi się do niego nie spieszy. A szkoda.
To jeden z gorszych reportaży jakie miałam okazję czytać, jeśli nie najgorszy. A potencjał był ogromny - Hiszpania plus fiesty, co mogło pójść nie tak? W tym przypadku to właściwie wszystko. Krótkie rozdziały ledwie sygnalizują daną tematykę - czytelnik wiele się z nich nie dowie (jeśli w ogóle czegokolwiek). Na każdej stronie widać negatywny stosunek autorki o...
Intrygująca książka, niezwykle wciągająca, choć niewątpliwie pozostawia także uczucie niedosytu. Autorka-reporterka przyjęła bowiem niezwykle ciekawy sposób snucia opowieści: na pograniczu reportażu, naiwnych wspomnień "travelblogerki", uczestniczki turystycznego spędu usiłującej (od czasu do czasu) przyjąć stanowisko niezaangażowanego obserwatora. Raz pisze o swoich odczuciach i rozczarowaniach (nie udało się czegoś zobaczyć, doświadczyć, odnaleźć) po to, żeby kilka wierszy lub opowieści dalej dystansować się od "tłumu turystów", "Niemców i Amerykanów" z zachowaniem jednak świadomości, że sama jest intruzem w świecie fiest, obrzędów i tradycji, obcych jej kulturowo i nie zawsze zrozumiałych.
Kobylarczyk potrafi jednak krytycznie ocenić przyjezdnych przyjmując okazjonalnie, lecz bardzo trafnie, perspektywę gospodarzy: Cudzoziemcy są szaleni z natury, mają wiecznie rozregulowane zegarki, boży głupcy, nigdy nie widzą, kiedy jeść, kiedy spać, kiedy podróżować. Popełniają zatem absurdalne pomyłki: Spójrz na zegarek, jest święta pora sjesty, wszyscy śpią, przypatrz się dobrze wskazówkom, jesteś o jakieś tysiąc sto lat spóźniony, znów pomyliłeś daty i miejsca, niczego tu nie znajdziesz, zabłądziłeś wśród bladożółtych kamieni. Rozczulająca w tym kontekście wydaje się tabliczka wypatrzona przez autorkę w jakiejś kawiarni: "To jest lokal dla ludzi na wakacjach. Pracują tylko dwie osoby. Nie spiesz się sam i nie poganiaj innych". Świadoma jest także tego, że zniknięcia najeźdźców-barbarzyńców nikt nie zauważa: Nie byli stąd, a to całkiem, jakby wcale ich nie było.
Muszę przyznać jednak, że niejednorodność postawy bywa równie intrygująca, jak irytująca - szczególnie kiedy tchnie specyficznym poczuciem wyższości: czy to wobec owego tłumu turystów (który osobiście powiększała), czy też wobec ludowo-parafialnych obrzędów, na pół egzotycznych, na pół znajomych (katolicka Polska wypadłaby zapewne całkiem wysoko w potencjalnym rankingu obrzędowych ciekawostek). Nie sposób jednak odmówić wdzięku tej surrealistycznej, onirycznej podróży po kraju, który wydaje się być tak dobrze znamy, a który wciąż jest dla nas nieodkrytą tajemnicą.
Czyta się ów zbiór reportaży jednym tchem, smakując barwny język i udane próby słowotwórstwa (rykoświstąkanie świstunów mnie rozwaliło!). Kobylarczyk przepięknie pisze o starym bębniarzu, który kiwał się ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko i prawdopodobnie kiedy indziej. Niektóre skojarzenia i opisy są magnetycznie baśniowe, inne lekko cyniczne lub powalająco rzeczowe, co interesująco kontrastuje z atmosferą hiszpańskich obrzędów, będących nie tylko zaprzeczeniem wszelkiego racjonalizmu, ale nawet gospodarności (tu na czele wypada wymienić sewilski Wielki Tydzień i palenie fallas w Walencji). Reporterka czasem naiwnie dziwi się niektórym zwyczajom i wcale swojego zaskoczenia nie kryje - jak typowa turystka, którą udało się zaskoczyć, choć przecież oczekiwała i szukała zaskoczenia. No bo jakże nie dziwić się takiemu oto obrzędowi:
W dniu Bożego Ciała głównymi ulicami tego miasteczka [Béjar] kroczyła procesja: dzieci w komunijnych sukienkach, ksiądz w odświętnym ornacie z Najświętszym Sakramentem pod haftowanym baldachimem, a zaraz za nim – mchy. Było ich zaledwie kilku: starsi mężczyźni, od stóp do czuba głowy owinięci w płaty świeżego mchu, ludzie pałuby, bezkształtne zielone niedźwiedzie. Kołysali się na boki, bo mech krępował im ruchy, i kroczyli z poważnymi i uroczystymi minami. Nikt się z nich nie śmiał. Wszystko było tak, jak miało być. Sacrum.
Oczywiście autorka oddaje należny hołd Hemingwayowi opisując także dwie najbardziej znane fiesty: korridę i gonitwę byków w Pampelunie. (Przy okazji zaznacza, że korrida komentowana jest w prasie tak, jakby to było coś między meczem a spektaklem teatralnym). Niewątpliwie jednak znacznie ciekawsze poznawczo okazują się fiesty, w trakcie których ludzie obrzucają się rzepą lub zwłokami szczurów, próbują urwać głowę gęsi zawieszonej na elastycznej linie, podpalają styropianowe figury większe od domów albo odbywają rytualną kąpiel z kozami. W San Vincente de la Sonsierra praktykuje się wielkopiątkową pokutną chłostę. W tym samym dniu w Calandzie rozbrzmiewają przez wiele godzin głośne bębny: bez chwili przerwy, aż do ogłuchnięcia i omdlenia rąk. Działają na wyobraźnię opisy koni wbiegających po prawie pionowym zboczu z młodzieńcami uczepionymi ich siodeł (i tabliczka ostrzegająca: Ryzyko stratowania. Dalej idziesz na własną odpowiedzialność.).
Nie brakuje świąt „cepeliowskich” w swoim charakterze, obchodzonych współcześnie głównie z myślą o turystach. Ciągle jednak przeważają fiesty organizowane na pamiątkę minionych wydarzeń, stanowiące rodzaj łączności z dawnymi tradycjami, nawet jeśli niosą ze sobą dawkę niebezpieczeństwa dla ludzkiego życia (na fiesty jeździ się trochę jak na wojnę), co zresztą jest nieodłącznym elementem hiszpańskich fiest, inaczej nie byłyby tym, czym są.
Trzeba być gotowym na tłum, na wielki ścisk, na rozpasane pijane miasto, na kłęby duszącego dymu, na wybuchy, na jęzory ognia, na potop wody i wina, na wrzask i ogłuszający hałas, na niebezpieczne zwierzęta, na widok krwi. Na niebezpieczeństwo. Na chaos. Tak chaos - przynajmniej pozorny - jest jakąś cechą tego wszystkiego. Chaos i tłum.
Nic zatem dziwnego, że - jak pisze Kobylarczyk - zakazywanie fiest ma w Hiszpanii długa tradycję. Już trzeci synod w Toledo w 589 r. (ten sam, który wprowadził do wyznania wiary formułę filioque i na którym władca wizygockiej Hiszpanii Rekkared porzucił arianizm na rzecz katolicyzmu) kategorycznie zabronił niereligijnych pieśni i tańców, które lud praktykował podczas świąt kościelnych. W średniowieczu anarchię fiest próbowali wziąć pod kontrolę zarówno chrzescijański król Alfons X Mądry, jak i emir Granady Jusuf I (nomen omen także zwany Mądrym). Alfonsowi nie podobały się zwłaszcza przebieranki i prześmiewcze teatrzyki. Jusuf uważał, że bandy kobiet i mężczyzn, które oblewają się na ulicach Granady perfumami i obrzucają słodkimi cytrynami, pomarańczami i naręczami kwiatów, sieją zgorszenie, a tancerki i muzycy zakłócają porządnym ludziom odpoczynek.
Tratowane landrynki, służące jako pociski w całkowicie świeckim obrzędzie bitwy na słodycze, dały tytuł owemu zbiorowi reportaży i są dowodem na to, jak wiele jesteśmy w stanie wymyślić, żeby się wyszaleć. Robią też wrażenie kwoty, jakie na te fiesty łoży państwo (lub lokalne samorządy), podobnie zresztą, jak informacja o samodzielnych wydatkach niektórych uczestników (w Walencji podczas fiesty ku czci św. Józefa 19 marca, kobiety paradują w ciężkich, haftowanych złotem sukniach za dwanaście tysięcy euro). Przybijają skutki środowiskowe organizacji niektórych imprez - autorka podaje, że w Walencji, w czasie jednej imprezy stopiono dziesięć ton gwoździ, spalono tysiąc ton kartonu, tyle samo past i klejów, dziewięćset ton drewna, trzysta ton farb i jakieś trzysta milionów euro...
Hiszpańskiemu świętowaniu daleko jest do normalności, przewidywalności i typowości, wpisującej się w obowiązujące kanony religijne i obyczajowe. Hiszpanie, nawiązując do tradycji sprzed kilkuset lat, odprawiają przedziwne ceremonie, które niepokojąco przypominają to, co znaleźć można na obrazach surrealistów, m.in. Salvadora Dali. Bycie z boku z pewnością pozwala autorce wiarygodnie oddać obcość i specyfikę kultury, którą opisuje, choć zarazem brak zaangażowania większego niż ciekawość zwiedzającego zbliża refleksje reporterki do "obrazków z podróży". Jednocześnie forma krótkich migawek z różnych regionów Hiszpanii (zapomniane iberyjskie miasteczka Katalonii, Andaluzji, Kastylii-La Manchy czy Estremadury), mieszanie regionów i tematów, wprowadzenie drobnych obserwacji (stara tancerka flamenco), śladów czarownic, mszy odprawianych w rycie mozarabskim, czy madryckich barów - tworzą szalony kalejdoskop, który z pozornego chaosu pozwala wykreować archetypiczny obraz hiszpańskiej fiesty.
Na tym tle urzekający okazuje się wyciszony rozdział Między Kartageną a Mazarrón. Stara tancerka flamenco - nie reportaż, nawet nie opowiadanie, ale przypowieść filozoficzna...
Autorka wskazuje, że nie zawsze można dotrzeć do genezy opisywanych świąt. Ani mieszkańcy, ani zapewne kulturoznawcy nie zgłębią już przyczyn, dla których w ostatnią niedzielę stycznia w miasteczku El Puig na linach przeciągniętych przez plac zawiesza się pudła, a młodzi mężczyźni próbują rozbić je kijami. Z niektórych pudeł wylatują słodycze, z innych - zdechłe szczury. Zwłokami rzuca się w zgromadzony tłum, tłum piszczy umiarkowanie, rozsuwa się na boki, czyjeś ręce podnoszą miękkie truchło, podtykają je pod nos dziewczynom i ciskają dalej, gdzieś w zaułki albo ku balkonom… Tak czci się kanonizowanego w siedemnastym wieku Piotra Nolasco, pamięć wypędzenia Saracenów z miasta, jakiejś niesprecyzowanej zarazy i być może coś jeszcze, trudno powiedzieć. Czasem naprawdę ciężko zgadnąć, o czym są niektóre hiszpańskie fiesty. Ta ze szczurami była jedną z najbardziej absurdalnych, jakie udało nam się znaleźć. Kobylarczyk próbuje tam gdzie to możliwe dopowiedzieć "skąd" i "dlaczego": W Calandzie mówi się, że romper la hora ma przypominac o chwili, kiedy skonał Chrystus, a w Jerozolimie zatrzęsła się ziemia.
Obserwacje dotyczące Hiszpanii są traktowane w książce marginalnie (już sobie ostrzę zęby na kolejną książkę Kobylarczyk poświęconą temu państwu), ale trafiają się np. informacje o statusie Katalonii i języka katalońskiego czy też o laicyzacji kraju (podobno w 2005 r. tylko 57% dzieci było ochrzczonych i ta liczba wciąż spada). O ileż więcej uroku mają jednak wplecione w tekst reportażu miniwywody filozoficzne, jak choćby ten, który autorka przytacza (za Miguelem de Unamuno) opisując czar małych hiszpańskich miasteczek: Na pytanie, jak ów filozof znajduje czas, by robić tyle rzeczy, odpowiada on:
- To dlatego, że moje godziny są kwadratowe, a czasem sześcienne… Jak to możliwe?
[...] metr bieżący ma 10 decymetrów, podczas gdy metr kwadratowy ma ich 100, a metr sześcienny 1000 decymetrów sześciennych. Podobnie moja godzina kwadratowa ma 3600 minut kwadratowych, zaś moja godzina sześcienna 216 000 minut sześciennych. Trzeba szukać czasu o dwóch lub trzech wymiarach, równie szerokiego i głębokiego, jak długiego. A to najłatwiej osiągnąć zamykając się w maleńkich miasteczkach, które, jak się wydaje, nie poruszają się i nie idą z postępem.
Dla takich wyciszających fragmentów warto czasem przetrwać chaos hiszpańskiej fiesty ;-)
Intrygująca książka, niezwykle wciągająca, choć niewątpliwie pozostawia także uczucie niedosytu. Autorka-reporterka przyjęła bowiem niezwykle ciekawy sposób snucia opowieści: na pograniczu reportażu, naiwnych wspomnień "travelblogerki", uczestniczki turystycznego spędu usiłującej (od czasu do czasu) przyjąć stanowisko niezaangażowanego obserwatora. Raz pisze o swoich...
Nie wiem jak można tak wspaniały temat jak hiszpańskie fiesty zepsuć w tak perfekcyjny sposób. Książka "Pył landrynek. Hiszpańskie fiesty" kojarzy mi się z restauracją McDonalds, czyli szybko i nijako. Czytając ją miałem wrażenie, że autorka w biegu zaliczała fiesty, a na każdą z nich miała zaledwie po 5 minut, stąd też jest to książka niezwykle powierzchowna. W zasadzie to mogłaby zostać napisana nawet bez uprzedniego zaliczania tych wszystkich fiest, z punktu widzenia autorki byłoby to lepsze, gdyż nie poniosłaby kosztów zwiedzania hiszpańskiej prowincji. Wydaje się, że książka oparta na rzetelnej hiszpańskiej literaturze przedmiotu byłaby ciekawsza. Wynika to z tego, że autorka nie ma pojęcia jak rozmawiać z ludźmi, a przecież jest to kluczowa umiejętność do napisania w miarę udanego reportażu. Dwie gwiazdki przyznałem tylko dlatego, że książka jest krótka i nie straciłem na jej czytanie zbyt dużo czasu
Nie wiem jak można tak wspaniały temat jak hiszpańskie fiesty zepsuć w tak perfekcyjny sposób. Książka "Pył landrynek. Hiszpańskie fiesty" kojarzy mi się z restauracją McDonalds, czyli szybko i nijako. Czytając ją miałem wrażenie, że autorka w biegu zaliczała fiesty, a na każdą z nich miała zaledwie po 5 minut, stąd też jest to książka niezwykle powierzchowna. W zasadzie to...
Spodziewałam się wyczerpującego spojrzenia reporterki a otrzymałam ogólnikowe opowieści turystki, która tu była, tam była, na to tylko zerknęła, ale książkę napisała.
Podtytuł: "hiszpańskie fiesty" dał mi nadzieję na intrygujący zbiór reportaży dotyczących różnorodnych wydarzeń, mających miejsce w słonecznej i gorącej Hiszpanii. Opis wskazywał na to, że pogoń za fiestami dostarczy mi dzikości, magii chwili i opisów przenoszących mnie z miejsca na miejsce.
Owoc trzech lat zbierania materiałów jest moim zdaniem totalnym niewypałem.
Wydaje mi się, że te krótkie formy to raczej luźne notatki z dziennika lub wpisy dobre na bloga podróżniczego. Teoretycznie powinny być one bardzo ciekawe, praktycznie jest z tym już dużo gorzej. Według mnie nie są one dopracowane, przez co w książce pojawia się mnóstwo nieistotnych informacji. Historie poszczególnych wydarzeń zostały zmieszane z zachowaniami mieszkańców i dużą ilością osobistych uwag, niewnoszących nic do tekstu.
Styl pisania Katarzyny Kobylarczyk również pozostawia wiele do życzenia. Jest po prostu irytujący. Autorka ciągle używa denerwującej formy my, nie tłumacząc przy tym, kogo ma na myśli.
Autorka wprowadza zamęt. Często zaczyna jakiś temat i po chwili sama go urywa. Nie docieka, nie obchodzą jej szczegóły, woli uciekać niż zgłębiać dane zagadnienie. Kilkukrotnie odchodzi z niczym, porzucając temat. Biorąc pod uwagę, że to z założenia reportaż, jest to co najmniej dziwne.
Poza tym w "Pyle z landrynek" panuje chaos. Różne miejsca, daty, sytuacje. Brak jakiegokolwiek sensownego ułożenia zgromadzonych treści.
Moim zdaniem, hiszpańskie fiesty to temat z ogromnym potencjałem, którego Katarzynie Kobylarczyk nie udało się udźwignąć.
Na koniec dodam, że mnie zabrakło także zdjęć, które pokazywałyby te wszystkie wydarzenia.
Jestem rozczarowana.
Spodziewałam się wyczerpującego spojrzenia reporterki a otrzymałam ogólnikowe opowieści turystki, która tu była, tam była, na to tylko zerknęła, ale książkę napisała.
Podtytuł: "hiszpańskie fiesty" dał mi nadzieję na intrygujący zbiór reportaży dotyczących różnorodnych wydarzeń, mających miejsce w słonecznej i gorącej Hiszpanii. Opis wskazywał na...
Krótki, ale ciekawy - jak na wydawnictwo Czarne przystało - zbiór reportaży z przeróżnych, często zadziwiających, a nawet strasznych hiszpańskich fiest. Coś mniej oczywistego, a wartego przeczytania.
Krótki, ale ciekawy - jak na wydawnictwo Czarne przystało - zbiór reportaży z przeróżnych, często zadziwiających, a nawet strasznych hiszpańskich fiest. Coś mniej oczywistego, a wartego przeczytania.
Jako hispanofil nie mogę nie napisać nic innego: przeczytałem, nie połknąłem "Pył" od pierwszego a do ostatniego z. Jest genialna. Skondensowana i lakoniczna. W dobrym tego słowa znaczeniu.
Jako hispanofil nie mogę nie napisać nic innego: przeczytałem, nie połknąłem "Pył" od pierwszego a do ostatniego z. Jest genialna. Skondensowana i lakoniczna. W dobrym tego słowa znaczeniu.
Przeczytawszy tę książkę nie za bardzo wiedziałam co mam o niej myśleć. Myślałam, że poznam najważniejsze, najdziwniejsze, najbardziej hucznie obchodzone fiesty w Hiszpanii. Ich genezę, przebieg, kiedy są obchodzone. To co zaserwowala autorka to: kilka króciuteńkich wzmianek o fiestach (trochę szerzej opisano encierro)a reszta to jakiś bełkot. Jestem mocno zdegustowana,bo temat świetny, ale książka wyszła koszmarnie.Na całe szczęście jest krótka, więc nie trzeba się było z nią długo męczyć. Ogólnie - nie polecam.
Przeczytawszy tę książkę nie za bardzo wiedziałam co mam o niej myśleć. Myślałam, że poznam najważniejsze, najdziwniejsze, najbardziej hucznie obchodzone fiesty w Hiszpanii. Ich genezę, przebieg, kiedy są obchodzone. To co zaserwowala autorka to: kilka króciuteńkich wzmianek o fiestach (trochę szerzej opisano encierro)a reszta to jakiś bełkot. Jestem mocno zdegustowana,bo...
Jako dziecko często bawiłam się z babcią w skojarzenia. Pamiętam, że kiedy ona rzuciła hasłem ,,Hiszpania'' ja odpowiedziałam ,,słońce''. Teraz jednak odrzekłabym coś zgoła innego, ponieważ obecnie kraj ten jawi mi się jako płynąca absurdem kraina kontrastów. Od kilku lat próbuję zrozumieć mentalność rodaków Cervantesa, a mimo to, ze zdumiewającą wręcz częstotliwością, poznaję jakiś obyczaj, który wprawia mnie w stan głębokiej zadumy nad naturą ludzką.
Aby zyskać Wasze zrozumienie dla mojego niezrozumienia społeczeństwa tegoż państwa, pragnę się z Wami podzielić pewną ciekawostką:
Katalońskie dzieci z niecierpliwością wyczekują wigilijnego wieczoru, bowiem wtedy nie święty Mikołaj, a drewniany stworek Caga Tío (srający wujek) przynosi, czy raczej ,,wydala'' dla nich upominki w nagrodę za ,,dokarmianie'' i zapewnienie schronienia w okresie przedświątecznym.
Pomijam oczywiście to, że jest sierpień, a zwyczaj ten rozpowszechniony jest w Katalonii, która rządzi się swoimi, skrajnie niedorzecznymi, prawami. Musicie mnie jednak zrozumieć - odczuwałam przemożną chęć podzielenia się z Wami wiedzą, ponieważ większość ludzi nie kojarzy Hiszpanii z ,,el caganer'' (naprawdę warto sprawdzić!), a z fiestami. I cóż, zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. Są one przecież tak huczne i kolorowe, że przyćmiewają niemal wszystko inne. Nie można jednak zrozumieć tych widowisk na pograniczu masowej histerii jeśli wyrwie się z je ze społeczno-kulturowego kontekstu.
Powinnam chyba jednak wrócić do ,,Pyłu z landrynek''. Ta pozycja nie zaskoczyła mnie właściwie niczym, ale czytało się ją dość szybko, co w tym przypadku należy uznać za ogromny atut. Niemniej jednak po pewnym czasie autorka wpadła w jakiś schemat, a ja miałam ochotę pominąć niektóre fragmenty i jak najszybciej zakończyć czytanie. O większości z opisywanych fiest już gdzieś słyszałam, a nawet jeśli nie to myślałam tylko: ,,No tak. Można było się tego po nich spodziewać'', ponieważ moja fascynacja tą częścią świata trwa już dłuższy czas. Rozczarowała mnie ta lektura, odczuwam ogromny niedosyt, jednak należy przyznać Katarzynie Kobylarczyk, iż podjęła próbę zrozumienia Hiszpanów i analizowania fiest poprzez ich mentalność. Ponadto nie skupiła się tylko na największych, najważniejszych z nich, ale zajrzała też do zapomnianych przez boga i turystów wsi. Bardzo brakowało mi w tej pozycji zdjęć i lekkości pióra oraz celowości. Nie było fotografii ani dokładnych relacji, a próby w zrozumieniu społeczności hiszpańskiej pozostają tylko dość nieudolnymi próbami, przez co trudno doszukiwać się w tej książce wartości innych niż informacyjno-podróżnicze.
To trochę tak jakby ktoś dzielił się swoimi wrażeniami ze znajomymi. Tu byłam, to widziałam, zasłyszałam dwa słowa na temat historii tego święta. I tyle. Zdecydowanie zbyt mało w ,,Pyle...'' rozmów z Hiszpanami, przez co odniosłam wrażenie, że autorka jest kolejną, przypadkową turystką w tłumie, nie zaś reporterką.
Jako dziecko często bawiłam się z babcią w skojarzenia. Pamiętam, że kiedy ona rzuciła hasłem ,,Hiszpania'' ja odpowiedziałam ,,słońce''. Teraz jednak odrzekłabym coś zgoła innego, ponieważ obecnie kraj ten jawi mi się jako płynąca absurdem kraina kontrastów. Od kilku lat próbuję zrozumieć mentalność rodaków Cervantesa, a mimo to, ze zdumiewającą wręcz częstotliwością, ...
Lekturą września 2025 roku w Dyskusyjnym Klubie Książki w Rawie Mazowieckiej był „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” pióra Katarzyny Kobylarczyk, współczesnej (ur. 1980) rodzimej pisarki i reporterki.
Tytuł wyjaśnia tematykę w zupełności i nie ma się co nad tym dłużej rozwodzić – jest to zbiór zapisków autorki z serii wycieczek do Hiszpanii w pogoni za zaliczaniem kolejnych fiest, z których bogactwa i różnorodności ten kraj słynie. Jeśli liczycie na solidny reportaż ze zwiedzania, z poznawania kraju, w stylu Cejrowskiego, to się zawiedziecie. O zbliżeniu się do poziomu Mariusza Szczygła czy Ryszarda Kapuścińskiego nawet nie wspomnę. Ja, jak zwykle, książki nie szufladkowałem, dałem jej szansę nie oczekując niczego, w szczególności bycia reportażem, ale i tak niewiele jej to pomogło.
Czytało się to całkiem fajnie, specjalnie używam tego płytkiego słówka, gdyż idealnie oddaje ono głębię, a raczej jej brak, zarówno dzieła, jak i odczuć czytelniczych nim wywołanych. Owszem, język, styl i narracja przyjemne w odbiorze, choć i tutaj można się przyczepić do używania bez odnośników słów, których znaczenie znane jest tylko nielicznym. W drodze do artyzmu literackiego Kobylarczyk tak się zapędza w „poetyckość”, że aż momentami śmieszy. Na pocieszenie znajdziemy w tekście sporo ciekawostek, choć niekoniecznie o samych hiszpańskich fiestach. Ogólnie sam styl zwiedzania Hiszpanii w wykonaniu autorki jest dla mnie tak powierzchowny, że aż karykaturalny. Nie tylko, że ogranicza się do zaliczania kolejnych miejscówek, bo fiest już niekoniecznie, a przynajmniej nie dogłębniej, niż inni fototuryści, z których sama sobie dworuje. Zdarza się jej nawet wyprawa do zamku, z którego odwiedzenia rezygnuje, bo go nie może znaleźć(!). Przypomina mi to „podróżników” w stylu „gość, który widział wszystkie kraje świata, i nawet w niektórych wylądował”.
W książce znajdujemy prawdziwe perełki, jak poetycki wręcz fragment o tangu i starym flamenco, ale jest tego jak na lekarstwo i przez kontrast tym bardziej razi, czym ta książka mogła być, i czym nie jest. Większość rozdziałów wygląda tak – pojechaliśmy na fiestę, widzieliśmy albo się spóźniliśmy, i wróciliśmy. Niektóre rozdziały mają aż trzy strony (nie kartki!), a niektóre jedną. Wielka czcionka, co trzecia strona pusta i twarde okładki, jakby to było nie wiem jakie dzieło. Ja tego nie kupuję.
O dziwo, książka wywołała w klubie gorącą dyskusję. Nie! Niech się autorka nie cieszy. Nie była to konfrontacja między zachwyconymi i sceptykami, a między tymi, którzy uznali, iż bardzo im się podobała, a którzy byli w mniejszości, i tymi, którzy uznali, iż była tylko OK. Głosowanie wyglądało tak, iż książka:
nie podobała się – 0 głosów
była OK – 4 głosy
podobała się – 1 głos
bardzo się podobała – 2 głosy
zachwyciła – 0 głosów
Przekładając to na podsumowanie – można poczytać, jeśli nic innego nie ma pod ręką, ale skoro tyle jest rzeczy świetnych, a życie takie krótkie, więc...
źródło: https://klub-aa.blogspot.com
Lekturą września 2025 roku w Dyskusyjnym Klubie Książki w Rawie Mazowieckiej był „Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty” pióra Katarzyny Kobylarczyk, współczesnej (ur. 1980) rodzimej pisarki i reporterki.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTytuł wyjaśnia tematykę w zupełności i nie ma się co nad tym dłużej rozwodzić – jest to zbiór zapisków autorki z serii wycieczek do Hiszpanii w pogoni za zaliczaniem...
Reportaże te nie niosą może ze sobą wielkiej dawki wiedzy ale dość dobrze przekazują hiszpańskiego ducha
Reportaże te nie niosą może ze sobą wielkiej dawki wiedzy ale dość dobrze przekazują hiszpańskiego ducha
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo fajny zbiór krótkich reportaży, w których autorka zagłębia się w wyjątkowy aspekt kultury hiszpańskiej – fiesty.
Rozdziały typowo o fiestach czasem przeplatane są rozdziałami o wioskach lub kulturze, co stanowi przyjemną przerwę od tych niezwykle intensywnych hiszpańskich celebracji. Dzięki temu zbiór czyta się naprawdę lekko i bez nudy.
Autorka trafnie ilustruje turystyczny głód autentyczności. Przejedziemy cały kraj, poszukamy tubylców, spytamy ich gdzie znajdziemy prawdziwy hiszpański experience. Znam to bardzo dobrze. Czasem z tym głodem wiąże się zawód, co autorka także przytacza z dziennikarskim oddaniem.
Fiesty w Hiszpanii to faktycznie niesamowity fenomen. Co płynie w krwi Hiszpanów, że wymyślają imprezy tak absurdalne, czasem wręcz komiczne? Czy to faktycznie ich potrzeba buntu i wolności, jak teoretyzuje autorka? Coś w tym jest – kilka dni w roku, kiedy żadne zasady nie obowiązują i można wyrzucić z siebie najbardziej pierwotne, kłębiące się głęboko w środku emocje. Wyżyć się, ubawić, zmęczyć, wykończyć, upić. Podpalanie, ucieczka przed śmiercią, walki na landrynki. Wyobrażam sobie tę dzikość. Widzę to u Niemców – cały rok segregujących śmieci, ale w noc Sylwestrową zamieniających miasta w strefy wojny.
Zdecydowana większość fiest wywodzi się z tradycji religijnych. Hiszpanie bez mrugnięcia okiem angażują się w bieganie z wielką figurą Jezusa albo samobiczowanie się w pochodzie. Dla kogoś z zewnątrz to brzmi absurdalnie, ale dla lokalnej społeczności jest to coś co zawsze było i będzie. Nie kwestionują, tylko z wielką pasją oddają się poszanowaniu tradycji.
Dla mnie jest w tym wszystkim trochę szaleństwa. Choć jest w tym też trochę arogancji. Zniszczę miasto, zostawię górę śmieci. Ale może człowiek potrzebuje czasem tak odetchnąć? Nie wiem. Osobiście nie mogłam przebrnąć przez rozdziały o corridzie. O encierro czytałam z bólem serca. Nigdy nie zrozumiem konceptu znecania się nad zwierzęciem, przedłużania jego śmierci, czerpania z tego przyjemności i robienia z tego widowiska. Nigdy. Dla mnie tutaj kończy się człowieczeństwo. Ale całej reszty, w szczególności bitwy na landrynki i pochodu samobiczowników, chętnie bym doświadczyła.
Bardzo fajny zbiór krótkich reportaży, w których autorka zagłębia się w wyjątkowy aspekt kultury hiszpańskiej – fiesty.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toRozdziały typowo o fiestach czasem przeplatane są rozdziałami o wioskach lub kulturze, co stanowi przyjemną przerwę od tych niezwykle intensywnych hiszpańskich celebracji. Dzięki temu zbiór czyta się naprawdę lekko i bez nudy.
Autorka trafnie ilustruje...
Fajnie się zaczynało, a potem Pani Kobylarczyk odpłynęła w swoje marzenia o pozostaniu Wielką Felietonistką i styl zrobił się nie do zniesienia.
Fajnie się zaczynało, a potem Pani Kobylarczyk odpłynęła w swoje marzenia o pozostaniu Wielką Felietonistką i styl zrobił się nie do zniesienia.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toKrótka treściwa forma ujęta. Opisuje kilka niesamowitych, niebanalnych, niespotykanych nigdzie indziej na świecie fiest ulicznych. Możemy przeczytać o paradach z wielkimi makietami, rzucaniu szczurami czy gonitwie byków. Wyjątkowo lekkie pióro, interesujący punkt widzenia i pisania. Dużo informacji o Hiszpanii wyniosłam po lekturze tej książki.
Krótka treściwa forma ujęta. Opisuje kilka niesamowitych, niebanalnych, niespotykanych nigdzie indziej na świecie fiest ulicznych. Możemy przeczytać o paradach z wielkimi makietami, rzucaniu szczurami czy gonitwie byków. Wyjątkowo lekkie pióro, interesujący punkt widzenia i pisania. Dużo informacji o Hiszpanii wyniosłam po lekturze tej książki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCiekawy zbiór krótkich opisów hiszpańskich fiest. Można poczuć smak, zapach prowincjonalnych miejsc jak i wielkich hiszpańskich miast. Książkę czyta się bardzo dobrze, ze względu na plastyczne opisy, skondensowaną treść, niebanalne spojrzenie autorki.
Ciekawy zbiór krótkich opisów hiszpańskich fiest. Można poczuć smak, zapach prowincjonalnych miejsc jak i wielkich hiszpańskich miast. Książkę czyta się bardzo dobrze, ze względu na plastyczne opisy, skondensowaną treść, niebanalne spojrzenie autorki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toChaotyczne i nudne opowiastki tak bardzo luźno związane z tytułem, że czytelnik może czuć się oszukanym.
Chaotyczne i nudne opowiastki tak bardzo luźno związane z tytułem, że czytelnik może czuć się oszukanym.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toReportaż, który miał być ekscytującym opisem hiszpańskich fiest okazał się nudnawym i powierzchowym ciągiem luźnych impresji Katarzyny Kobylarczyk. Oczywiście, autorka nie musiała bardzo wnikliwie i antropologicznie przedstawiać fenomentu fiesty, to miał prawo być jej osobisty zapis tego doświadczenia, ale efekt końcowy okazał się mierny. Chaotyczne przeskakiwanie od fiesty do fiesty, kilka pocztówkowych migawek z każdej z nich, do tego okraszonych pseudopoetyckim stylem sprawiło, że, sfrustrowana, nie mogłam doczekać się końca książki. Kilka fragmentów jest godnych zanotowania jak np. opis atmosfery miasteczek czy święto bębnów, ale nie wynagradzają one powtarzalnej i monotonnej narracji. Szkoda, bo temat był bardzo nośny, ale niestety w "Pyle" okazał się niewypałem. Nie polecam.
Reportaż, który miał być ekscytującym opisem hiszpańskich fiest okazał się nudnawym i powierzchowym ciągiem luźnych impresji Katarzyny Kobylarczyk. Oczywiście, autorka nie musiała bardzo wnikliwie i antropologicznie przedstawiać fenomentu fiesty, to miał prawo być jej osobisty zapis tego doświadczenia, ale efekt końcowy okazał się mierny. Chaotyczne przeskakiwanie od fiesty...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSpodziewałam się, że dowiem się czegoś nowego o tradycyjnych hiszpańskich świetach, tych bardziej i mniej znanych, a dostałam garść refleksji autorki z wizyt na różnych fiestach. Często tak chaotycznych i oderwanych od rzeczywistości, że nie wiedziałam o jakim wydarzeniu właścwie czytam. Styl niezmiernie mnie męczył. Miałam wrażenie, że to pamiętnik nastoletniej grafomanki. Brnęłam przez te kilkadziesiąt stron jakby to było niezwykle obszerne opracowanie naukowe.... Rzadko zdarza mi się być tak poirytowaną po lekturze jakiejkolwiek książki. Tym razem jestem totalnie rozczarowana:(. Jak dla mnie za mało "mięsa", za dużo bujania w obłokach jak na non-fiction. Nie polecam
Spodziewałam się, że dowiem się czegoś nowego o tradycyjnych hiszpańskich świetach, tych bardziej i mniej znanych, a dostałam garść refleksji autorki z wizyt na różnych fiestach. Często tak chaotycznych i oderwanych od rzeczywistości, że nie wiedziałam o jakim wydarzeniu właścwie czytam. Styl niezmiernie mnie męczył. Miałam wrażenie, że to pamiętnik nastoletniej grafomanki....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzede wszystkim podoba mi się styl autorki - lekki i plastyczny. Fiesty rzeczywiście są opisane powierzchownie, nie jest to książka antropologiczna a raczej zbiór krótkich relacji. Nie uważam tego wadę za książki, wręcz przeciwnie. Książka daje nam możliwość zatopienia się w tajemniczym świecie i zachęca do dalszego zgłębiania kultur, pokazując ich bogactwo.
Przede wszystkim podoba mi się styl autorki - lekki i plastyczny. Fiesty rzeczywiście są opisane powierzchownie, nie jest to książka antropologiczna a raczej zbiór krótkich relacji. Nie uważam tego wadę za książki, wręcz przeciwnie. Książka daje nam możliwość zatopienia się w tajemniczym świecie i zachęca do dalszego zgłębiania kultur, pokazując ich bogactwo.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFiesta reportażowa. Choć moglaby być bardziej poglebiona.
Fiesta reportażowa. Choć moglaby być bardziej poglebiona.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toFantastyczna lektura. Rewelacyjnie obrazuje pogląd na świat pierwszego pokolenia, wychowanego w Polsce po upadku komuny (autorka to rocznik 1980).
Całkowita impregnacja na tradycję, źródła kulturowe, wartości odziedziczone. Świat widziany przez pryzmat infantylnej antropologii, mocno podszytej new-age, postmodernizmem i zabobonami współczesności. Wielkie dziedzictwo duchowe sprowadzone do gromadzenia anegdot, sensacji, dziwactw i wynaturzeń. Wszystko to podane w wezbranym nurcie własnych, pożal się boże, przemyśleń, będących w gruncie rzeczy reprodukcją postępowych mitów, którymi nakarmiono autorkę gdy dorastała.
Ja wiem, że wiele tradycyjnych świąt lokalnych w Hiszpanii niemal zatraciło swój wymiar religijny, że w dobie galopującej sekularyzacji zostały zredukowane do świeckich odpustów. Najbardziej dramatycznym przykładem są Sanfermines. Jeszcze 100 lat temu były wręcz misterium duchowym. Owszem, kontrowersyjnym, a dlaczego? Bo zdaniem wielu Nawarryjczyków dochodziło do przesadnej egzaltacji św. Fermina, która stanowiła zagrożenie dla jedynego prawdziwego patrona Nawarry, św. Franciszka Ksawerego. Ach, to były czasy! Dziś Sanfermines to po prostu pijacko-erotyczna orgia zdominowana przez żądnych zabawy Amerykanów i podobnej im hołoty z całego świata. Mieszkańcy Pampeluny znoszą szczanie po bramach i rzyganie do fontann tylko dlatego, że w tym okresie miasto zarabia niewiarygodne pieniądze.
Autorka mogłaby napisać książkę o tym, jak globalizacja i kultura masowa albo miażdżą wszystko, co zastaną na drodze, albo zmieniają we własną karykaturę. Ale wtedy musiałaby zrozumieć, że La Macarena to nie jest bogini Ery Wodnika, postać z galerii ezoterycznych zjaw czy figura terapii alternatywnej, i że 18. grudnia w całej Andaluzji dzieje się coś, co nie da się sprowadzić do interesującego zjawiska z dziedziny antropologii kulturowej. Ona tego nie rozumie, bo sama jest animatorką tej nowej mitologii. Powiedzieć, że siedzi za kierownicą tego walca, który miażdży przeszłość, to robić autorce chyba niezasłużone awanse. Powiedzmy, że na swoją skromną miarę kręci korbką własnej maszynki do mięsa, z której wypada doskonale rozrobiona intelektualna mielonka.
Fantastyczna lektura. Rewelacyjnie obrazuje pogląd na świat pierwszego pokolenia, wychowanego w Polsce po upadku komuny (autorka to rocznik 1980).
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCałkowita impregnacja na tradycję, źródła kulturowe, wartości odziedziczone. Świat widziany przez pryzmat infantylnej antropologii, mocno podszytej new-age, postmodernizmem i zabobonami współczesności. Wielkie dziedzictwo...
Ciekawe tematy, ale w dużej mierze potraktowane powierzchownie. Irytująca, zbyt ekspresyjna narracja.
Ciekawe tematy, ale w dużej mierze potraktowane powierzchownie. Irytująca, zbyt ekspresyjna narracja.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSądziłam, że to reportaż o hiszpańskich tradycyjnych festiwalach i imprezach, opisanych rzetelnie oraz ciekawie objaśnionych. Niestety dostałam jakieś luźne przemyślenia autorki, tekst pełen makaronizmów, przez co trudno było się skupić. Całość wydaje się strasznie chaotyczna, niektóre rozdziały próbowałam czytać bardzo powoli i ze zrozumieniem, ale i tak nie byłam pewna co czytam. Choć książka jest krótka, strasznie się przy niej namęczyłam. Nie odnalazłam w niej tej radości i życia jaka cechuje Hiszpanię.
Chwilami zastanawiałam się, dlaczego ta książka w ogóle została wydana. Tym razem Wydawnictwo Czarne mnie zawiodło.
Sądziłam, że to reportaż o hiszpańskich tradycyjnych festiwalach i imprezach, opisanych rzetelnie oraz ciekawie objaśnionych. Niestety dostałam jakieś luźne przemyślenia autorki, tekst pełen makaronizmów, przez co trudno było się skupić. Całość wydaje się strasznie chaotyczna, niektóre rozdziały próbowałam czytać bardzo powoli i ze zrozumieniem, ale i tak nie byłam pewna co...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toMam bardzo mieszane uczucia co do tej pozycji, stąd niższa ocena, mimo ciekawego tematu. Mase ciekawostek, zanurzonych w filozoficznym wodolejstwie> Nie mam pojęcia, czy to prawda, ale wyglądało mi to jakby ktoś zebrał wpisy z bloga podróżniczego. Gdyby nie kilka rzeczy które ze mną zostały (m.in.ludzie mchy, rzucanie landrynkami czy bieg z krzyżem) dałabym oczko niższą ocenę, za ten przedziwny styl narracji.
Mam bardzo mieszane uczucia co do tej pozycji, stąd niższa ocena, mimo ciekawego tematu. Mase ciekawostek, zanurzonych w filozoficznym wodolejstwie> Nie mam pojęcia, czy to prawda, ale wyglądało mi to jakby ktoś zebrał wpisy z bloga podróżniczego. Gdyby nie kilka rzeczy które ze mną zostały (m.in.ludzie mchy, rzucanie landrynkami czy bieg z krzyżem) dałabym oczko niższą...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toBardzo ciekawe wrażenia autorki z opisu świąt hiszpańskich, również nieznanych.
Bardzo ciekawe wrażenia autorki z opisu świąt hiszpańskich, również nieznanych.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDla mnie zupełnie nowe i niezwykłe spojrzenie na Hiszpanię. Owszem, świadomość organizowania fiesty w tym kraju jest powszechna, ale że jest ich tyle, że każda z fiest ma swoją przyczynę, często szczególnego patrona, specyficzne zwyczaje to już informacja rzadka.
Świetnie mi się czytało te reportaże, bo są napisane lekkim przyjemnym językiem. Mnóstwo w nich historii, obyczajów, kolorów każdego rodzaju.
Dla mnie zupełnie nowe i niezwykłe spojrzenie na Hiszpanię. Owszem, świadomość organizowania fiesty w tym kraju jest powszechna, ale że jest ich tyle, że każda z fiest ma swoją przyczynę, często szczególnego patrona, specyficzne zwyczaje to już informacja rzadka.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toŚwietnie mi się czytało te reportaże, bo są napisane lekkim przyjemnym językiem. Mnóstwo w nich historii,...
„Pył z landrynek” to wyjątkowa kulturowa uczta; podróż po dalekich krańcach Europy i odległych zwyczajach świątecznych, tak odmiennych od znanych w Polsce. Katarzyna Kobylarczyk przemierzyła całą Hiszpanię, wyszukując w każdej odwiedzonej prowincji miast, miasteczek i wsi, w których mogła zobaczyć wyjątkowe zabawy, magiczne fiesty i poznać iberyjski mistycyzm chrześcijański. Efektem tej podróży jest skromna, lecz szalenie interesująca książka.
Oprócz walenckiego Las Fallas, podczas którego płoną figury, których nie powstydziliby się hiszpańscy surrealiści, oprócz pokutnych marszy czy otępiającego, hipnotyzującego bębnienia, Kobylarczyk przedstawia wiele innych wydarzeń, czasem szokujących, a czasem zaskakująco znanych. Opowiada o tradycyjnej bitwie na cukierki, odbywającej się co roku w Vilanovie i la Geltrú, po której pozostaje na ubraniach, ulicach, placach i fasadach budynków słodki, lepiący, landrynkowy pył. Przedstawia tradycyjne przepędzanie młodych, bojowych byków przez ulicę miasta, z najsłynniejszą gonitwą byków w Pampelunie, w prowincji Nawarra, wraz z następującą później korridą, w której czasem zdarzy się, że zginie człowiek, za to zawsze giną byki. Informuje czytelników o tradycji przywodzącej na myśl kaszubskie tańce z fetetronem, lecz w znacznie gorszej wersji – o sewillskiej procesji i dźwiganej podczas niej wielkiej platformie z Chrystusem tak ciężkim, że nieść go musi kilkudziesięciu mężczyzn.
Interesującym dodatkiem do książki jest niewielki słowniczek, objaśniającym występujące w treści słowa. Niektóre z nich weszły do polszczyzny i pod własną nazwą znane są u nas, jak choćby słynne korridy, uczestniczący w nich toreadorzy czy występujące w barach tancerki flamenco. Żeby jednak nie psuć gorącego ducha Hiszpanii zbędnymi, a czasem trudnymi do skrótowego opisania tłumaczeniami, autorka zdecydowała się pozostawić wiele słów w oryginale, do samodzielnego wzbogacenia swojego słownika i wiedzy.
Po lekturze „Pyłu z landrynek” uświadomić sobie można jak wiele nieznanych tradycji i zwyczajów kryje się w tak popularnym turystycznie kraju. Chociaż, jak sama autorka przyznaje, często nie dało się zobaczyć wszystkiego, czy to ze względu na ogromną ilość zwiedzających, czy też z innego, bardzo prozaicznego powodu. Szacuje się, że liczba organizowanych w Hiszpanii fiest sięga trzynastu tysięcy. Uczestnictwo we wszystkich jest najzwyczajniej niemożliwe, nawet przy pomocy popychającej nas z północy tramontany.
Po bardziej szczegółową recenzję zapraszam do siebie - https://kulturalnynihilista.pl/pyl-z-landrynek-hiszpanskie-fiesty-katarzyna-kobylarczyk-hiszpania-cz-2/
„Pył z landrynek” to wyjątkowa kulturowa uczta; podróż po dalekich krańcach Europy i odległych zwyczajach świątecznych, tak odmiennych od znanych w Polsce. Katarzyna Kobylarczyk przemierzyła całą Hiszpanię, wyszukując w każdej odwiedzonej prowincji miast, miasteczek i wsi, w których mogła zobaczyć wyjątkowe zabawy, magiczne fiesty i poznać iberyjski mistycyzm...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZupełnie nie zgadzam się z niskimi ocenami tej książki. Zupełnie inna niż Strup. Napisana innym stylem. Autorka w lekki, niewymuszony sposób zaprasza nas do rzucenia okiem na dziwaczne, dla Polaków nie znane fiesty- małe i duże. Opisuje je a potem komentuje w bardzo celny, humorystyczny, trochę cyniczny sposób. Obraz Hiszpanii dla wnikliwych, ze świetnym poczuciem humoru. Polecam dla zainteresowanych tematem Hiszpanii! Nie zawiedziecie się!
Zupełnie nie zgadzam się z niskimi ocenami tej książki. Zupełnie inna niż Strup. Napisana innym stylem. Autorka w lekki, niewymuszony sposób zaprasza nas do rzucenia okiem na dziwaczne, dla Polaków nie znane fiesty- małe i duże. Opisuje je a potem komentuje w bardzo celny, humorystyczny, trochę cyniczny sposób. Obraz Hiszpanii dla wnikliwych, ze świetnym poczuciem humoru....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie jest to reportaż jak "Strup” tej samej autorki, o wojnie domowej w Hiszpanii. Tym razem nie ma tu zbyt wielu dat i faktów – byłoby dobrze, gdyby znalazły się w przypisach. Autorka – wzorem impresjonistów – maluje przed naszymi oczyma obrazy pełne słońca, barw i zapachów. Czułam się, jak bym sama odwiedzała jako turystka te fiesty. Jedyna zbrodnia – całkowity brak zdjęć! Brakowało mi też mapki miejscowości, które autorka odwiedziła. Niektóre były bardzo małe i nie do znalezienia bez googlowania. Stąd jedna gwiazdka mniej. Ale za atmosferę- zasłużone 9 *. Polecam wszystkim ciekawym Hiszpanii.
Nie jest to reportaż jak "Strup” tej samej autorki, o wojnie domowej w Hiszpanii. Tym razem nie ma tu zbyt wielu dat i faktów – byłoby dobrze, gdyby znalazły się w przypisach. Autorka – wzorem impresjonistów – maluje przed naszymi oczyma obrazy pełne słońca, barw i zapachów. Czułam się, jak bym sama odwiedzała jako turystka te fiesty. Jedyna zbrodnia – całkowity brak zdjęć!...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toDużo inspiracji do zagłębienia się w temat hiszpańskich fiest. Zgadzam się z przedmówca mi, że wiele z nich było w zasadzie tylko wspomnianych, a gdy człowiek się rozkręcał, to rozdział się kończył. Bardzo lubię cyniczny styl narracji autorki.
Dużo inspiracji do zagłębienia się w temat hiszpańskich fiest. Zgadzam się z przedmówca mi, że wiele z nich było w zasadzie tylko wspomnianych, a gdy człowiek się rozkręcał, to rozdział się kończył. Bardzo lubię cyniczny styl narracji autorki.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toHiszpańskie fiesty i lokalne obyczaje są chyba jednymi z najbardziej zaskakujących w Europie, procesje "ocalonych" niesionych w trumnach, defekujące figurki polityków, tomatina czy tak bardzo kontrowersyjna korrida poruszają swoją odmiennością, pozostają często niezrozumiałe dla osób z innych kręgów kulturowych. Czytałam książkę jako uzupełnienie przewodników przed podróżą przez Hiszpanie - pozwala spojrzeć nieco inaczej na lokalną rzeczywistość wsi i miasteczek jeśli chce się zobaczyć coś więcej niż główne atrakcje turystyczne i komercyjne szlaki.
Hiszpańskie fiesty i lokalne obyczaje są chyba jednymi z najbardziej zaskakujących w Europie, procesje "ocalonych" niesionych w trumnach, defekujące figurki polityków, tomatina czy tak bardzo kontrowersyjna korrida poruszają swoją odmiennością, pozostają często niezrozumiałe dla osób z innych kręgów kulturowych. Czytałam książkę jako uzupełnienie przewodników ...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toTo jeden z gorszych reportaży jakie miałam okazję czytać, jeśli nie najgorszy. A potencjał był ogromny - Hiszpania plus fiesty, co mogło pójść nie tak? W tym przypadku to właściwie wszystko. Krótkie rozdziały ledwie sygnalizują daną tematykę - czytelnik wiele się z nich nie dowie (jeśli w ogóle czegokolwiek). Na każdej stronie widać negatywny stosunek autorki o wszystkiego co obserwuje - bardzo łatwo i chętnie ocenia otaczającą ją rzeczywistość, pomimo że w mojej opinii nie bardzo próbuje ją poznać czy zrozumieć. W ogóle odniosłam wrażenie, że reportażystka gardzi osobami, o których pisze, traktując ich jako dziwolągi kultywujące bezsensowne, jarmarczne obyczaje i tradycje. Wieczny pościg za fiestami ma odbicie w chaotycznej strukturze reportażu, gdzie rozdziały "ułożone" są bez ładu i składu, ot krótkie scenki rodzajowe okraszone niezbyt pochlebnym komentarzem autorki. Pomimo dość niewielkiej objętości, bardzo długo zajęło mi przeczytanie tej książki - najzwyczajniej nie bardzo miałam ochotę po nią sięgać. Do końca liczyłam jednak, że coś się zmieni, poprawi, chciałam dać jej szansę. Okazało się, że niepotrzebnie i niezasłużenie. Dla mnie ogromne rozczarowanie i zmarnowanie potencjału. Choć słyszałam, że kolejny reportaż o Hiszpanii tej autorki jest dużo lepszy - może kiedyś sięgnę i po niego. Nie wykluczam, ale póki co mi się do niego nie spieszy. A szkoda.
To jeden z gorszych reportaży jakie miałam okazję czytać, jeśli nie najgorszy. A potencjał był ogromny - Hiszpania plus fiesty, co mogło pójść nie tak? W tym przypadku to właściwie wszystko. Krótkie rozdziały ledwie sygnalizują daną tematykę - czytelnik wiele się z nich nie dowie (jeśli w ogóle czegokolwiek). Na każdej stronie widać negatywny stosunek autorki o...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toIntrygująca książka, niezwykle wciągająca, choć niewątpliwie pozostawia także uczucie niedosytu. Autorka-reporterka przyjęła bowiem niezwykle ciekawy sposób snucia opowieści: na pograniczu reportażu, naiwnych wspomnień "travelblogerki", uczestniczki turystycznego spędu usiłującej (od czasu do czasu) przyjąć stanowisko niezaangażowanego obserwatora. Raz pisze o swoich odczuciach i rozczarowaniach (nie udało się czegoś zobaczyć, doświadczyć, odnaleźć) po to, żeby kilka wierszy lub opowieści dalej dystansować się od "tłumu turystów", "Niemców i Amerykanów" z zachowaniem jednak świadomości, że sama jest intruzem w świecie fiest, obrzędów i tradycji, obcych jej kulturowo i nie zawsze zrozumiałych.
Kobylarczyk potrafi jednak krytycznie ocenić przyjezdnych przyjmując okazjonalnie, lecz bardzo trafnie, perspektywę gospodarzy: Cudzoziemcy są szaleni z natury, mają wiecznie rozregulowane zegarki, boży głupcy, nigdy nie widzą, kiedy jeść, kiedy spać, kiedy podróżować. Popełniają zatem absurdalne pomyłki: Spójrz na zegarek, jest święta pora sjesty, wszyscy śpią, przypatrz się dobrze wskazówkom, jesteś o jakieś tysiąc sto lat spóźniony, znów pomyliłeś daty i miejsca, niczego tu nie znajdziesz, zabłądziłeś wśród bladożółtych kamieni. Rozczulająca w tym kontekście wydaje się tabliczka wypatrzona przez autorkę w jakiejś kawiarni: "To jest lokal dla ludzi na wakacjach. Pracują tylko dwie osoby. Nie spiesz się sam i nie poganiaj innych". Świadoma jest także tego, że zniknięcia najeźdźców-barbarzyńców nikt nie zauważa: Nie byli stąd, a to całkiem, jakby wcale ich nie było.
Muszę przyznać jednak, że niejednorodność postawy bywa równie intrygująca, jak irytująca - szczególnie kiedy tchnie specyficznym poczuciem wyższości: czy to wobec owego tłumu turystów (który osobiście powiększała), czy też wobec ludowo-parafialnych obrzędów, na pół egzotycznych, na pół znajomych (katolicka Polska wypadłaby zapewne całkiem wysoko w potencjalnym rankingu obrzędowych ciekawostek). Nie sposób jednak odmówić wdzięku tej surrealistycznej, onirycznej podróży po kraju, który wydaje się być tak dobrze znamy, a który wciąż jest dla nas nieodkrytą tajemnicą.
Czyta się ów zbiór reportaży jednym tchem, smakując barwny język i udane próby słowotwórstwa (rykoświstąkanie świstunów mnie rozwaliło!). Kobylarczyk przepięknie pisze o starym bębniarzu, który kiwał się ze wzrokiem utkwionym gdzieś daleko i prawdopodobnie kiedy indziej. Niektóre skojarzenia i opisy są magnetycznie baśniowe, inne lekko cyniczne lub powalająco rzeczowe, co interesująco kontrastuje z atmosferą hiszpańskich obrzędów, będących nie tylko zaprzeczeniem wszelkiego racjonalizmu, ale nawet gospodarności (tu na czele wypada wymienić sewilski Wielki Tydzień i palenie fallas w Walencji). Reporterka czasem naiwnie dziwi się niektórym zwyczajom i wcale swojego zaskoczenia nie kryje - jak typowa turystka, którą udało się zaskoczyć, choć przecież oczekiwała i szukała zaskoczenia. No bo jakże nie dziwić się takiemu oto obrzędowi:
W dniu Bożego Ciała głównymi ulicami tego miasteczka [Béjar] kroczyła procesja: dzieci w komunijnych sukienkach, ksiądz w odświętnym ornacie z Najświętszym Sakramentem pod haftowanym baldachimem, a zaraz za nim – mchy. Było ich zaledwie kilku: starsi mężczyźni, od stóp do czuba głowy owinięci w płaty świeżego mchu, ludzie pałuby, bezkształtne zielone niedźwiedzie. Kołysali się na boki, bo mech krępował im ruchy, i kroczyli z poważnymi i uroczystymi minami. Nikt się z nich nie śmiał. Wszystko było tak, jak miało być. Sacrum.
Oczywiście autorka oddaje należny hołd Hemingwayowi opisując także dwie najbardziej znane fiesty: korridę i gonitwę byków w Pampelunie. (Przy okazji zaznacza, że korrida komentowana jest w prasie tak, jakby to było coś między meczem a spektaklem teatralnym). Niewątpliwie jednak znacznie ciekawsze poznawczo okazują się fiesty, w trakcie których ludzie obrzucają się rzepą lub zwłokami szczurów, próbują urwać głowę gęsi zawieszonej na elastycznej linie, podpalają styropianowe figury większe od domów albo odbywają rytualną kąpiel z kozami. W San Vincente de la Sonsierra praktykuje się wielkopiątkową pokutną chłostę. W tym samym dniu w Calandzie rozbrzmiewają przez wiele godzin głośne bębny: bez chwili przerwy, aż do ogłuchnięcia i omdlenia rąk. Działają na wyobraźnię opisy koni wbiegających po prawie pionowym zboczu z młodzieńcami uczepionymi ich siodeł (i tabliczka ostrzegająca: Ryzyko stratowania. Dalej idziesz na własną odpowiedzialność.).
Nie brakuje świąt „cepeliowskich” w swoim charakterze, obchodzonych współcześnie głównie z myślą o turystach. Ciągle jednak przeważają fiesty organizowane na pamiątkę minionych wydarzeń, stanowiące rodzaj łączności z dawnymi tradycjami, nawet jeśli niosą ze sobą dawkę niebezpieczeństwa dla ludzkiego życia (na fiesty jeździ się trochę jak na wojnę), co zresztą jest nieodłącznym elementem hiszpańskich fiest, inaczej nie byłyby tym, czym są.
Trzeba być gotowym na tłum, na wielki ścisk, na rozpasane pijane miasto, na kłęby duszącego dymu, na wybuchy, na jęzory ognia, na potop wody i wina, na wrzask i ogłuszający hałas, na niebezpieczne zwierzęta, na widok krwi. Na niebezpieczeństwo. Na chaos. Tak chaos - przynajmniej pozorny - jest jakąś cechą tego wszystkiego. Chaos i tłum.
Nic zatem dziwnego, że - jak pisze Kobylarczyk - zakazywanie fiest ma w Hiszpanii długa tradycję. Już trzeci synod w Toledo w 589 r. (ten sam, który wprowadził do wyznania wiary formułę filioque i na którym władca wizygockiej Hiszpanii Rekkared porzucił arianizm na rzecz katolicyzmu) kategorycznie zabronił niereligijnych pieśni i tańców, które lud praktykował podczas świąt kościelnych. W średniowieczu anarchię fiest próbowali wziąć pod kontrolę zarówno chrzescijański król Alfons X Mądry, jak i emir Granady Jusuf I (nomen omen także zwany Mądrym). Alfonsowi nie podobały się zwłaszcza przebieranki i prześmiewcze teatrzyki. Jusuf uważał, że bandy kobiet i mężczyzn, które oblewają się na ulicach Granady perfumami i obrzucają słodkimi cytrynami, pomarańczami i naręczami kwiatów, sieją zgorszenie, a tancerki i muzycy zakłócają porządnym ludziom odpoczynek.
Tratowane landrynki, służące jako pociski w całkowicie świeckim obrzędzie bitwy na słodycze, dały tytuł owemu zbiorowi reportaży i są dowodem na to, jak wiele jesteśmy w stanie wymyślić, żeby się wyszaleć. Robią też wrażenie kwoty, jakie na te fiesty łoży państwo (lub lokalne samorządy), podobnie zresztą, jak informacja o samodzielnych wydatkach niektórych uczestników (w Walencji podczas fiesty ku czci św. Józefa 19 marca, kobiety paradują w ciężkich, haftowanych złotem sukniach za dwanaście tysięcy euro). Przybijają skutki środowiskowe organizacji niektórych imprez - autorka podaje, że w Walencji, w czasie jednej imprezy stopiono dziesięć ton gwoździ, spalono tysiąc ton kartonu, tyle samo past i klejów, dziewięćset ton drewna, trzysta ton farb i jakieś trzysta milionów euro...
Hiszpańskiemu świętowaniu daleko jest do normalności, przewidywalności i typowości, wpisującej się w obowiązujące kanony religijne i obyczajowe. Hiszpanie, nawiązując do tradycji sprzed kilkuset lat, odprawiają przedziwne ceremonie, które niepokojąco przypominają to, co znaleźć można na obrazach surrealistów, m.in. Salvadora Dali. Bycie z boku z pewnością pozwala autorce wiarygodnie oddać obcość i specyfikę kultury, którą opisuje, choć zarazem brak zaangażowania większego niż ciekawość zwiedzającego zbliża refleksje reporterki do "obrazków z podróży". Jednocześnie forma krótkich migawek z różnych regionów Hiszpanii (zapomniane iberyjskie miasteczka Katalonii, Andaluzji, Kastylii-La Manchy czy Estremadury), mieszanie regionów i tematów, wprowadzenie drobnych obserwacji (stara tancerka flamenco), śladów czarownic, mszy odprawianych w rycie mozarabskim, czy madryckich barów - tworzą szalony kalejdoskop, który z pozornego chaosu pozwala wykreować archetypiczny obraz hiszpańskiej fiesty.
Na tym tle urzekający okazuje się wyciszony rozdział Między Kartageną a Mazarrón. Stara tancerka flamenco - nie reportaż, nawet nie opowiadanie, ale przypowieść filozoficzna...
Autorka wskazuje, że nie zawsze można dotrzeć do genezy opisywanych świąt. Ani mieszkańcy, ani zapewne kulturoznawcy nie zgłębią już przyczyn, dla których w ostatnią niedzielę stycznia w miasteczku El Puig na linach przeciągniętych przez plac zawiesza się pudła, a młodzi mężczyźni próbują rozbić je kijami. Z niektórych pudeł wylatują słodycze, z innych - zdechłe szczury. Zwłokami rzuca się w zgromadzony tłum, tłum piszczy umiarkowanie, rozsuwa się na boki, czyjeś ręce podnoszą miękkie truchło, podtykają je pod nos dziewczynom i ciskają dalej, gdzieś w zaułki albo ku balkonom… Tak czci się kanonizowanego w siedemnastym wieku Piotra Nolasco, pamięć wypędzenia Saracenów z miasta, jakiejś niesprecyzowanej zarazy i być może coś jeszcze, trudno powiedzieć. Czasem naprawdę ciężko zgadnąć, o czym są niektóre hiszpańskie fiesty. Ta ze szczurami była jedną z najbardziej absurdalnych, jakie udało nam się znaleźć. Kobylarczyk próbuje tam gdzie to możliwe dopowiedzieć "skąd" i "dlaczego": W Calandzie mówi się, że romper la hora ma przypominac o chwili, kiedy skonał Chrystus, a w Jerozolimie zatrzęsła się ziemia.
Obserwacje dotyczące Hiszpanii są traktowane w książce marginalnie (już sobie ostrzę zęby na kolejną książkę Kobylarczyk poświęconą temu państwu), ale trafiają się np. informacje o statusie Katalonii i języka katalońskiego czy też o laicyzacji kraju (podobno w 2005 r. tylko 57% dzieci było ochrzczonych i ta liczba wciąż spada). O ileż więcej uroku mają jednak wplecione w tekst reportażu miniwywody filozoficzne, jak choćby ten, który autorka przytacza (za Miguelem de Unamuno) opisując czar małych hiszpańskich miasteczek: Na pytanie, jak ów filozof znajduje czas, by robić tyle rzeczy, odpowiada on:
- To dlatego, że moje godziny są kwadratowe, a czasem sześcienne… Jak to możliwe?
[...] metr bieżący ma 10 decymetrów, podczas gdy metr kwadratowy ma ich 100, a metr sześcienny 1000 decymetrów sześciennych. Podobnie moja godzina kwadratowa ma 3600 minut kwadratowych, zaś moja godzina sześcienna 216 000 minut sześciennych. Trzeba szukać czasu o dwóch lub trzech wymiarach, równie szerokiego i głębokiego, jak długiego. A to najłatwiej osiągnąć zamykając się w maleńkich miasteczkach, które, jak się wydaje, nie poruszają się i nie idą z postępem.
Dla takich wyciszających fragmentów warto czasem przetrwać chaos hiszpańskiej fiesty ;-)
Intrygująca książka, niezwykle wciągająca, choć niewątpliwie pozostawia także uczucie niedosytu. Autorka-reporterka przyjęła bowiem niezwykle ciekawy sposób snucia opowieści: na pograniczu reportażu, naiwnych wspomnień "travelblogerki", uczestniczki turystycznego spędu usiłującej (od czasu do czasu) przyjąć stanowisko niezaangażowanego obserwatora. Raz pisze o swoich...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toNie wiem jak można tak wspaniały temat jak hiszpańskie fiesty zepsuć w tak perfekcyjny sposób. Książka "Pył landrynek. Hiszpańskie fiesty" kojarzy mi się z restauracją McDonalds, czyli szybko i nijako. Czytając ją miałem wrażenie, że autorka w biegu zaliczała fiesty, a na każdą z nich miała zaledwie po 5 minut, stąd też jest to książka niezwykle powierzchowna. W zasadzie to mogłaby zostać napisana nawet bez uprzedniego zaliczania tych wszystkich fiest, z punktu widzenia autorki byłoby to lepsze, gdyż nie poniosłaby kosztów zwiedzania hiszpańskiej prowincji. Wydaje się, że książka oparta na rzetelnej hiszpańskiej literaturze przedmiotu byłaby ciekawsza. Wynika to z tego, że autorka nie ma pojęcia jak rozmawiać z ludźmi, a przecież jest to kluczowa umiejętność do napisania w miarę udanego reportażu. Dwie gwiazdki przyznałem tylko dlatego, że książka jest krótka i nie straciłem na jej czytanie zbyt dużo czasu
Nie wiem jak można tak wspaniały temat jak hiszpańskie fiesty zepsuć w tak perfekcyjny sposób. Książka "Pył landrynek. Hiszpańskie fiesty" kojarzy mi się z restauracją McDonalds, czyli szybko i nijako. Czytając ją miałem wrażenie, że autorka w biegu zaliczała fiesty, a na każdą z nich miała zaledwie po 5 minut, stąd też jest to książka niezwykle powierzchowna. W zasadzie to...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJestem rozczarowana.
Spodziewałam się wyczerpującego spojrzenia reporterki a otrzymałam ogólnikowe opowieści turystki, która tu była, tam była, na to tylko zerknęła, ale książkę napisała.
Podtytuł: "hiszpańskie fiesty" dał mi nadzieję na intrygujący zbiór reportaży dotyczących różnorodnych wydarzeń, mających miejsce w słonecznej i gorącej Hiszpanii. Opis wskazywał na to, że pogoń za fiestami dostarczy mi dzikości, magii chwili i opisów przenoszących mnie z miejsca na miejsce.
Owoc trzech lat zbierania materiałów jest moim zdaniem totalnym niewypałem.
Wydaje mi się, że te krótkie formy to raczej luźne notatki z dziennika lub wpisy dobre na bloga podróżniczego. Teoretycznie powinny być one bardzo ciekawe, praktycznie jest z tym już dużo gorzej. Według mnie nie są one dopracowane, przez co w książce pojawia się mnóstwo nieistotnych informacji. Historie poszczególnych wydarzeń zostały zmieszane z zachowaniami mieszkańców i dużą ilością osobistych uwag, niewnoszących nic do tekstu.
Styl pisania Katarzyny Kobylarczyk również pozostawia wiele do życzenia. Jest po prostu irytujący. Autorka ciągle używa denerwującej formy my, nie tłumacząc przy tym, kogo ma na myśli.
Autorka wprowadza zamęt. Często zaczyna jakiś temat i po chwili sama go urywa. Nie docieka, nie obchodzą jej szczegóły, woli uciekać niż zgłębiać dane zagadnienie. Kilkukrotnie odchodzi z niczym, porzucając temat. Biorąc pod uwagę, że to z założenia reportaż, jest to co najmniej dziwne.
Poza tym w "Pyle z landrynek" panuje chaos. Różne miejsca, daty, sytuacje. Brak jakiegokolwiek sensownego ułożenia zgromadzonych treści.
Moim zdaniem, hiszpańskie fiesty to temat z ogromnym potencjałem, którego Katarzynie Kobylarczyk nie udało się udźwignąć.
Na koniec dodam, że mnie zabrakło także zdjęć, które pokazywałyby te wszystkie wydarzenia.
Jestem rozczarowana.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toSpodziewałam się wyczerpującego spojrzenia reporterki a otrzymałam ogólnikowe opowieści turystki, która tu była, tam była, na to tylko zerknęła, ale książkę napisała.
Podtytuł: "hiszpańskie fiesty" dał mi nadzieję na intrygujący zbiór reportaży dotyczących różnorodnych wydarzeń, mających miejsce w słonecznej i gorącej Hiszpanii. Opis wskazywał na...
Krótki, ale ciekawy - jak na wydawnictwo Czarne przystało - zbiór reportaży z przeróżnych, często zadziwiających, a nawet strasznych hiszpańskich fiest. Coś mniej oczywistego, a wartego przeczytania.
Krótki, ale ciekawy - jak na wydawnictwo Czarne przystało - zbiór reportaży z przeróżnych, często zadziwiających, a nawet strasznych hiszpańskich fiest. Coś mniej oczywistego, a wartego przeczytania.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJako hispanofil nie mogę nie napisać nic innego: przeczytałem, nie połknąłem "Pył" od pierwszego a do ostatniego z. Jest genialna. Skondensowana i lakoniczna. W dobrym tego słowa znaczeniu.
Jako hispanofil nie mogę nie napisać nic innego: przeczytałem, nie połknąłem "Pył" od pierwszego a do ostatniego z. Jest genialna. Skondensowana i lakoniczna. W dobrym tego słowa znaczeniu.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toPrzeczytawszy tę książkę nie za bardzo wiedziałam co mam o niej myśleć. Myślałam, że poznam najważniejsze, najdziwniejsze, najbardziej hucznie obchodzone fiesty w Hiszpanii. Ich genezę, przebieg, kiedy są obchodzone. To co zaserwowala autorka to: kilka króciuteńkich wzmianek o fiestach (trochę szerzej opisano encierro)a reszta to jakiś bełkot. Jestem mocno zdegustowana,bo temat świetny, ale książka wyszła koszmarnie.Na całe szczęście jest krótka, więc nie trzeba się było z nią długo męczyć. Ogólnie - nie polecam.
Przeczytawszy tę książkę nie za bardzo wiedziałam co mam o niej myśleć. Myślałam, że poznam najważniejsze, najdziwniejsze, najbardziej hucznie obchodzone fiesty w Hiszpanii. Ich genezę, przebieg, kiedy są obchodzone. To co zaserwowala autorka to: kilka króciuteńkich wzmianek o fiestach (trochę szerzej opisano encierro)a reszta to jakiś bełkot. Jestem mocno zdegustowana,bo...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJako dziecko często bawiłam się z babcią w skojarzenia. Pamiętam, że kiedy ona rzuciła hasłem ,,Hiszpania'' ja odpowiedziałam ,,słońce''. Teraz jednak odrzekłabym coś zgoła innego, ponieważ obecnie kraj ten jawi mi się jako płynąca absurdem kraina kontrastów. Od kilku lat próbuję zrozumieć mentalność rodaków Cervantesa, a mimo to, ze zdumiewającą wręcz częstotliwością, poznaję jakiś obyczaj, który wprawia mnie w stan głębokiej zadumy nad naturą ludzką.
Aby zyskać Wasze zrozumienie dla mojego niezrozumienia społeczeństwa tegoż państwa, pragnę się z Wami podzielić pewną ciekawostką:
Katalońskie dzieci z niecierpliwością wyczekują wigilijnego wieczoru, bowiem wtedy nie święty Mikołaj, a drewniany stworek Caga Tío (srający wujek) przynosi, czy raczej ,,wydala'' dla nich upominki w nagrodę za ,,dokarmianie'' i zapewnienie schronienia w okresie przedświątecznym.
Pomijam oczywiście to, że jest sierpień, a zwyczaj ten rozpowszechniony jest w Katalonii, która rządzi się swoimi, skrajnie niedorzecznymi, prawami. Musicie mnie jednak zrozumieć - odczuwałam przemożną chęć podzielenia się z Wami wiedzą, ponieważ większość ludzi nie kojarzy Hiszpanii z ,,el caganer'' (naprawdę warto sprawdzić!), a z fiestami. I cóż, zdziwiłabym się, gdyby było inaczej. Są one przecież tak huczne i kolorowe, że przyćmiewają niemal wszystko inne. Nie można jednak zrozumieć tych widowisk na pograniczu masowej histerii jeśli wyrwie się z je ze społeczno-kulturowego kontekstu.
Powinnam chyba jednak wrócić do ,,Pyłu z landrynek''. Ta pozycja nie zaskoczyła mnie właściwie niczym, ale czytało się ją dość szybko, co w tym przypadku należy uznać za ogromny atut. Niemniej jednak po pewnym czasie autorka wpadła w jakiś schemat, a ja miałam ochotę pominąć niektóre fragmenty i jak najszybciej zakończyć czytanie. O większości z opisywanych fiest już gdzieś słyszałam, a nawet jeśli nie to myślałam tylko: ,,No tak. Można było się tego po nich spodziewać'', ponieważ moja fascynacja tą częścią świata trwa już dłuższy czas. Rozczarowała mnie ta lektura, odczuwam ogromny niedosyt, jednak należy przyznać Katarzynie Kobylarczyk, iż podjęła próbę zrozumienia Hiszpanów i analizowania fiest poprzez ich mentalność. Ponadto nie skupiła się tylko na największych, najważniejszych z nich, ale zajrzała też do zapomnianych przez boga i turystów wsi. Bardzo brakowało mi w tej pozycji zdjęć i lekkości pióra oraz celowości. Nie było fotografii ani dokładnych relacji, a próby w zrozumieniu społeczności hiszpańskiej pozostają tylko dość nieudolnymi próbami, przez co trudno doszukiwać się w tej książce wartości innych niż informacyjno-podróżnicze.
To trochę tak jakby ktoś dzielił się swoimi wrażeniami ze znajomymi. Tu byłam, to widziałam, zasłyszałam dwa słowa na temat historii tego święta. I tyle. Zdecydowanie zbyt mało w ,,Pyle...'' rozmów z Hiszpanami, przez co odniosłam wrażenie, że autorka jest kolejną, przypadkową turystką w tłumie, nie zaś reporterką.
Jako dziecko często bawiłam się z babcią w skojarzenia. Pamiętam, że kiedy ona rzuciła hasłem ,,Hiszpania'' ja odpowiedziałam ,,słońce''. Teraz jednak odrzekłabym coś zgoła innego, ponieważ obecnie kraj ten jawi mi się jako płynąca absurdem kraina kontrastów. Od kilku lat próbuję zrozumieć mentalność rodaków Cervantesa, a mimo to, ze zdumiewającą wręcz częstotliwością, ...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to