Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945

Okładka książki Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945
Thomas Mann Wydawnictwo: Ossolineum publicystyka literacka, eseje
232 str. 3 godz. 52 min.
Kategoria:
publicystyka literacka, eseje
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Deutsche Hörer!
Data wydania:
2018-09-30
Data 1. wyd. pol.:
2018-09-30
Liczba stron:
232
Czas czytania
3 godz. 52 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365588616
Tłumacz:
Małgorzata Łukasiewicz
Średnia ocen

                7,5 7,5 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945 w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945

Średnia ocen
7,5 / 10
23 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
1652
179

Na półkach: , ,

Głos wołającego na puszczy.

W roku 1940 Tomasz Mann otrzymał propozycję wygłaszania krótkich przemówień radiowych do swych rodaków w Niemczech. Robił to co miesiąc przez 5 następnych lat. Przemówienia te miały za zadanie zachęcać Niemców do oporu, dodawać otuchy przeciwnikom reżimu, w pewnym stopniu dostarczać informacji o istotnych wydarzeniach związanych z wojną.

Mann bez przerwy zmaga się w tych tekstach z pytaniem: jak to możliwe, że naród niemiecki dał się omamić takiej kanalii jak Hitler i popchnąć do zbrodni. W próbach zrozumienia tego fenomenu pojawia się rozpacz, bezradność, gniew, ale też nadzieja, że jakaś część narodu zachowała resztki człowieczeństwa, dzięki którym uda mu się odrodzić po wojnie.

„Przyznaję, że to, co zowie się narodowym socjalizmem, jest głęboko zakorzenione w niemieckim życiu. Jest to wybujała, zdegenerowana forma idei, które zawsze zawierały w sobie pierwiastek zabójczego zepsucia i bynajmniej nie były obce tym dawnym, dobrym Niemcom, kulturalnym i ogładzonym. Żyły tam sobie wykwintnie, zwały się „romantyzmem” i dla świata miały wiele uroków. Można by rzec, że zeszły na psy i że takie było ich przeznaczenie, skoro ostatecznie doszły do Hitlera. Wespół z wyborną adaptacją Niemiec do wieku techniki stanowią dziś wybuchową mieszankę, groźną dla całej cywilizacji. Tak, dzieje niemieckiego nacjonalizmu i rasizmu, których kulminacyjnym punktem był narodowy socjalizm, to długa, ponura historia; sięga daleko w przeszłość, zrazu jest interesująca, potem robi się coraz bardziej podła i szkaradna. Ale mylić te dzieje z dziejami samego ducha niemieckiego i utożsamiać je z nimi to jaskrawy pesymizm i błąd, który mógłby zagrażać pokojowi. Obcym powiadam: mam w sobie dość ufności i patriotyzmu, by Niemcom – tym, których oni kochają, Niemcom Dürera, Bacha, Goethego, Beethovena – przypisywać dłuższy oddech historyczny”.

Czy Mann kogoś w Niemczech przekonał? Czy do kogoś dotarł? Jaki był odzew na jego audycje? Nie wiadomo. Dziś jest to przede wszystkim dokument epoki, lecz pod pewnymi względami zaskakująco mało się niestety zestarzał.

Głos wołającego na puszczy.

W roku 1940 Tomasz Mann otrzymał propozycję wygłaszania krótkich przemówień radiowych do swych rodaków w Niemczech. Robił to co miesiąc przez 5 następnych lat. Przemówienia te miały za zadanie zachęcać Niemców do oporu, dodawać otuchy przeciwnikom reżimu, w pewnym stopniu dostarczać informacji o istotnych wydarzeniach związanych z wojną.

Mann...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

107 użytkowników ma tytuł Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945 na półkach głównych
  • 73
  • 33
  • 1
23 użytkowników ma tytuł Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945 na półkach dodatkowych
  • 16
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Tagi i tematy do książki Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945

Inne książki autora

Okładka książki Opowieści niesamowite z języka niemieckiego Ludwig Bechstein, Joseph von Eichendorff, Paul Ernst, Hanns Heinz Ewers, Friedrich Gerstäcker, Johann Wolfgang Goethe, Jeremias Gotthelf, Wilhelm Hauff, Paul Heyse, E.T.A. Hoffmann, Henryk Mann, Thomas Mann, Dauthendey Max, Gustav Meyrink, Paul Rohrer, Georg von Schlieben, Oskar A.H. Schmitz, Theodor Storm, Karl Hans Strobl, Ludwig Tieck, Friedrich de la Motte Fouqué, Heinrich von Kleist
Ocena 7,3
Opowieści niesamowite z języka niemieckiego Ludwig Bechstein, Joseph von Eichendorff, Paul Ernst, Hanns Heinz Ewers, Friedrich Gerstäcker, Johann Wolfgang Goethe, Jeremias Gotthelf, Wilhelm Hauff, Paul Heyse, E.T.A. Hoffmann, Henryk Mann, Thomas Mann, Dauthendey Max, Gustav Meyrink, Paul Rohrer, Georg von Schlieben, Oskar A.H. Schmitz, Theodor Storm, Karl Hans Strobl, Ludwig Tieck, Friedrich de la Motte Fouqué, Heinrich von Kleist
Thomas Mann
Thomas Mann
Mann urodził się w Lubece, mieście hanzeatyckim, wchodzącym w skład Cesarstwa Niemieckiego na prawach samodzielnego landu. Jego ojciec, Thomas Heinrich Johann Mann, pochodził ze starej hanzeatyckiej rodziny, zaś matka, Júlia da Silva Bruhns, z mieszanej niemiecko-brazylijsko-kreolskiej rodziny. Biografowie przyszłego noblisty lubili podkreślać sąsiadowanie w nim cech typowych dla powściągliwych ludzi z północy i żywiołowych z południa. Jego starszym bratem był urodzony w roku 1871 Heinrich Mann, który również został sławnym pisarzem. Ojciec Manna był bogatym hurtownikiem zbożowym i senatorem miasta Lubeki. Zmarł w roku 1891, kiedy Thomas miał zaledwie kilkanaście lat. Ojciec, kiedy zmuszony był poddać się poważnej operacji, której zresztą nie przeżył, napisał w pośpiesznie sporządzonym testamencie, że jego dochodowa firma ma zostać, w wypadku śmierci, zlikwidowana i że upłynnione fundusze przeznaczone zostaną na wykształcenie i życie rodziny. Senator Mann nakładał też na kuratorów obowiązek przeciwdziałania wczesnym próbom literackim chłopców. Jednakże obawy senatora w większym stopniu odnosiły się do skłonności Heinricha, nie zaś Thomasa. Po śmierci senatora rodzina przeprowadziła się do Monachium w Bawarii, gdzie Thomas pracował pewien czas w firmie rachunkowej i uczęszczał na Uniwersytet Ludwika i Maksymiliana jako wolny słuchacz. W Monachium mieszkał na stałe w latach 1891–1933. Pisarstwo coraz bardziej go pociągało. Podczas pobytu z Heinrichem we Włoszech miał już na koncie pierwsze napisane nowele. Część z nich opublikował i wydał w zbiorze (Mały pan Friedemann) jeszcze przed końcem XIX wieku. W roku 1900, w wieku lat 25, napisał swoją pierwszą powieść pt. Buddenbrookowie. Była to powieść-saga rodzinna o świetności i upadku możnego mieszczańskiego hanzeatyckiego rodu. Niewątpliwie dzieje jego własnej rodziny dostarczyły młodemu Mannowi cennego tworzywa do tego dzieła. Książka wyszła drukiem rok później w dwóch tomach, przynosząc autorowi wielki rozgłos. Rok później (1902) Mann wydał Królewską wysokość. W roku 1905 poślubił Katię Pringsheim, córkę profesora matematyki na Uniwersytecie Monachijskim. Małżeństwo to trwało aż do śmierci Thomasa i wydało sześcioro dzieci (Erikę, Klausa, Golo, Monikę, Elisabeth i Michaela). Klaus i Erika poszli w ślady ojca i zostali ludźmi pióra. Golo był znanym historykiem, zaś Michael grał na skrzypcach, a w późniejszych latach został historykiem literatury. Warto w tym miejscu dodać, że i Thomas Mann był bardzo muzykalnym, a jedna z jego późniejszych głośniejszych powieści, Doktor Faustus traktuje właśnie, wedle jego słów, o muzyce i polityce. Żona, która przez cały czas wspierała męża w jego twórczości, poświęciła swemu małżeństwu książkę Moje nienapisane wspomnienia. Katia Mann spisała i wydała je przy pomocy dzieci (Eriki, Golo i Michaela), gdy miała już ukończone 90 lat, ponad 20 lat po śmierci męża. Spełniła tym samym jego życzenia, by listów i pamiętników nie publikować aż do upłynięcia 20 lat od jego śmierci. Klaus popełnił samobójstwo w 1949, a Michael w 1976, wkrótce po zakończeniu pracy edytorskiej nad pamiętnikami ojca. Samobójstwa w najbliższej rodzinie Thomasa Manna zdarzały się często. W okresie młodości przeżył samobójstwa swoich sióstr (Carla w 1910 i Julia w 1927). U schyłku życia Mann wykazywał wiele serdeczności i opieki nad swoim wnukiem Frido – synem Michaela. Thomas Mann, uznawany za jednego z największych pisarzy niemieckich, miał dość skomplikowane życie prywatne. Pozornie był to typowy przykład mieszczańskiej rodziny niemieckiej, z wierną i oddaną żoną (Katia Mann), sześciorgiem dzieci, finansową zaradnością i zasobnością. W tym portrecie brak jednak jednej, bardzo ważnej informacji: pisarz był homoseksualistą lub biseksualistą. Wiele względów zmusiło go do nieupubliczniania tego. Sam wychowany w tradycyjnych zasadach mieszczańskich za niezbędne uznawał klasyczne podstawy rodziny niemieckiej. Wobec najbliższych i przyjaciół nie skrywał swych pasji, ale wobec świata zewnętrznego unikał demonstrowania swej orientacji seksualnej. Wielu badaczy już bardzo wcześnie zauważyło szereg podobieństw między doświadczeniami Manna-człowieka a głównymi bohaterami jego powieści i opowiadań. Baczna obserwacja samego siebie i zjawisk zachodzących wokół, służyła za kanwę jego literackich fikcji. W „Tonio Krugerze” postać Hansa Hansena to cień jego własnych doświadczeń romantycznych ze szkolnym kolegą Arminem Martensem. Pribislav Hippe z „Czarodziejskiej góry” to inny kolega lat szkolnych, Willri Timpe. Jedna z głównych miłości Manna, Paul Ehrenberg z monachijskiej Akademii Sztuk, odrodził się czterdzieści lat później jako Rudi Scherdtfeger w „Doktorze Faustusie”. Chłopiec ze „Śmierci w Wenecji” jest portretem autentycznego zdarzenia fascynacji pisarza młodym Polakiem, którego z uwielbieniem podpatrywał na plaży w Wenecji podczas rodzinnego urlopu w 1911 r. Wspomina o tym dość obszernie jego żona Katia w pamiętnikach opublikowanych wiele lat po śmierci męża. Dwoje dzieci pisarza, Erika i Klaus było homoseksualistami. W liście do Klausa z 1927 r. Thomas Mann domaga się wręcz, by syn (posiadający, naturalnie, przewagę młodości) nie obracał się w tych samych kręgach, co 17-letni Klaus Heuser, wobec którego on sam miał słabość. Pisarz napomina syna, że sam będąc sławnym, ale już starszym panem ma wszak prawo do doświadczania tych samych przygód, co syn i zadaje retoryczne pytanie: czy tylko ty masz być tym, który stale grzeszy? Autor obszernej monografii o Mannie, Anthony Heilbut stawia tezę, że doświadczenie homoseksualne pisarza było centralnym elementem jego twórczości. Homoseksualizm Manna był też dość rzeczowo udokumentowany przez dwóch innych znanych badaczy literatury europejskiej: Ronalda Haymana i Donalda Pratera, autorów monografii o pisarzu. Nie idą oni jednak tak daleko w ferowaniu opinii o wpływie homoseksualizmu Manna na jego twórczość. W czasie I wojny światowej Thomas Mann poparł, w przeciwieństwie do swego brata Heinricha, politykę wojenną Wilhelma II. Dał temu wyraz w swym monumentalnym eseju pt. Wyznania człowieka apolitycznego. Jednakże opinię zrewidował po pewnym czasie, czemu dał wyraz już w przedmowie do tego dzieła. Po wojnie Mann zdecydowanie popierał ustanowienie Republiki Weimarskiej oraz angażował się na rzecz kulturalnego pojednania pokonanych Niemiec z zagranicą. W tych latach powstała, między innymi, wielka biblijna tetralogia o Józefie oraz jego bodajże najsłynniejsza powieść Czarodziejska góra, będąca symbolicznym obrazem kryzysu duchowego Europy przed wybuchem wojny. Jej akcja rozgrywa się w odizolowanym od świata sanatorium w szwajcarskim Davos. W roku 1929 Mann otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Po raz pierwszy jako kandydat do niej był wymieniany już po ukazaniu się (1913) Śmierci w Wenecji, a od kilku lat przed jej przyznaniem niezmiennie znajdował się w gronie faworytów. Pisarz część swojej nagrody (2000 zł) przekazał na budowę podlegającej pod Parafię Ewangelicko-Augsburską w Rypinie niemieckojęzycznej szkoły kantorackiej w Obórkach, ukończonej w 1931 roku. Na podstawie zezwolenia polskich władz państwowych, na znak wdzięczności mieszkańców, w budynku szkolnym, obok portretów Józefa Piłsudskiego i Prezydenta RP Ignacego Mościckiego zawisł portret Manna. Mann, który należał do aktywnych przeciwników ruchu nazistowskiego, w chwili przejęcia przez Hitlera władzy w Niemczech znajdował się za granicą i tam też postanowił pozostać. Decyzja ta umocniła się w nim po pożarze Reichstagu w lutym 1933 roku niedługo po nominowaniu Hitlera na kanclerza Rzeszy. Stosunki z Mannami zerwał m.in. również noblista i dawny przyjaciel Gerhart Hauptmann, który pozostał w kraju. Początkowo rodzina Mannów mieszkała w Szwajcarii. Na początku 1936 Thomas Mann zrzekł się obywatelstwa niemieckiego oświadczając, że nie powróci do Niemiec. W roku 1937 przyjął z rodziną obywatelstwo Czechosłowacji, jednak niedługo potem przenieśli się do znacznie bezpieczniejszych Stanów Zjednoczonych, gdzie zamieszkał także Heinrich oraz inni znani niemieccy pisarze walczący z hitleryzmem (na przykład Bertolt Brecht). Początkowo mieszkali w Princeton w stanie New Jersey, gdzie Mann wykładał gościnnie na Uniwersytecie w Princeton. Niedługo potem przenieśli się do Kalifornii i wybudowali tam nowy dom. Pod koniec II wojny światowej Mann uzyskał obywatelstwo amerykańskie. Po upadku dyktatury Hitlera Mann dalej pozostał na emigracji w Stanach Zjednoczonych (potem wyjechał znów do Szwajcarii, w 1952), tylko dwa razy odwiedzając swoją ojczyznę (ostatni raz w roku swej śmierci, 1955). Zgodnie ocenia się, że Mann stworzył nowy typ powieści epickiej o charakterze intelektualnym i nierzadko ironicznym (jak jego powieść łotrzykowska i zarazem ostatnie dzieło Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla). W okresie Weimaru i po jego upadku Mann był orędownikiem demokracji i parlamentaryzmu oraz ogólnie pojętego humanizmu. Świadectwem jego zaangażowania politycznego jest też cykl mów radiowych do narodu niemieckiego w czasie wojny.
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Ślad wydawcy Roberto Calasso
Ślad wydawcy
Roberto Calasso
ODCISKI W PLASTELINIE KULTURY Zbiór esejów Roberto Calasso (ur. 1941) pod tytułem „Ślad wydawcy” jest jedną z bardzo unikatowych pozycji, pozwalających czytelnikowi zajrzeć za kulisy działalności wydawniczej. Trudno w moim przekonaniu o osobę bardziej kompetentną do napisania takiej książki, niż włoski pisarz, ponieważ Calasso jest nie tylko znakomitym eseistą, autorem książek poświęconych Kafce i Baudelaire’owi, ale również doświadczonym wydawcą, współzałożycielem jednego z najważniejszych włoskich wydawnictw – Adelphi. Co więcej, Calasso to jeden z nielicznych przypadków osób, które w branży wydawniczej osiągnęły sukces – jest to istotne zastrzeżenie, biorąc szczególnie pod uwagę to, co Włoch pisze w jednym z esejów – że na wydawaniu książek wielu już roztrwoniło swoje majątki. Na „Ślad wydawcy” składa się dwanaście tekstów, opublikowanych przez autora we włoskich czasopismach lub wygłoszonych przy różnych okazjach. Niestety, i to właściwie jedyny zarzut jaki ośmielam się sformułować wobec książki włoskiego eseisty – jak się wydaje, finalny układ tekstów w „Śladzie wydawcy” nie jest wynikiem koncepcji autora, a jedynie eklektycznym wyborem jego eseistyki, dokonanym przez osobę trzecią, co widać wyraźnie, gdy Calasso parokrotnie w swoim wywodzie posługuje się takimi samymi przykładami i ideami, nie wspominając o miejscu ich wcześniejszego użycia. Ale to jedynie uwaga na marginesie, która nie unieważnia licznych pozytywów. Grupa edytorów, która zakładała Adelphi, była zainspirowana działalnością Kurta Wolffa, który tuż przed pierwszą wojną światową zaczął wydawać „nowych pisarzy odznaczających się talentem literackim”. Swoistej idée fixe Niemca, światowa literatura zawdzięcza odkrycie takich nazwisk jak Kafka, Walser, Trakl czy Benn. Calasso, w nawiązaniu do serii „Der Jüngste Tag”, rozwija koncept „książki jedynej” – czyli pozycji nieoczywistej, „którą się czyta, wchodząc w krąg potężnej halucynacji”, „napisanej przez autora jedynego w swoim rodzaju, „któremu coś się przydarzyło i (…) to coś utrwaliło się w tekście”. Serią wydawniczą, która nadała wydawnictwu Adelphi rozgłos, była zainicjowana w 1965 roku „Biblioteca”, gdzie pierwszym tomem była powieść Alfreda Kubina „Po tamtej stronie” (warto nadmienić, że numerem trzy był „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego). Do dziś ukazało się w tej serii ponad siedemset tytułów, ze średnią częstotliwością półtorej książki na miesiąc. W kolejnych tekstach Calasso rozwija swoje myśli na temat profili wydawniczych, które to zjawisko w dobie bezrefleksyjnej pogoni za zyskiem i wynikami sprzedaży uważa za zanikające. Sporą część poświęca problematyce serii wydawniczej – rozumie ją w sposób odkrywczy i chyba, w porównaniu z większością współczesnych wydawców, unikatowy. A mianowicie jako „zdolność nadania takiej formy książkom, jakby były rozdziałami jednej i tej samej księgi”. Istotna jest również kwestia okładki, a w szczególności jej właściwego wyboru. Okładki były bodaj najskrupulatniej selekcjonowanymi częściami książek, publikowanych przez wydawnictwo Adelphi – ich funkcję widzi Calasso jako „odwróconą ekfrazę” dzieła (ekfraza – artystyczny, szczegółowy opis dzieła sztuki). Włoski pisarz skupia się również na filozofii pisania tekstów na drugiej stronie skrzydełka. Niejako mimochodem, Roberto Calasso zdaje również relacje ze swoich edytorskich inspiracji, pisząc między innymi o najpiękniejszej według niego książce, jaką kiedykolwiek wydano – „Hypnerotomachia Poliphili” („Miłosne zmagania we śnie”) anonimowego autora, opublikowaną w 1499 roku nakładem weneckiego wydawcy Aldusa Manucjusza. Wspomina też o ważnych w swoim życiu ludziach – mistrzach i przyjaciołach wydawcach, każdemu poświęcając krótki tekst w formie nekrologu. Niewielką, ale jakże istotną część książki stanowi niezwykle interesująca polemika z artykułem „Co się stanie z książkami?” Kevina Kelly’ego, który w „New York Timesie” przepowiada istnienie biblioteki uniwersalnej, „jedynej księgi świata”, gdzie każdy będzie miał dostęp do wszystkich tekstów i książek, jakie kiedykolwiek zostały napisane. W wizji Kelly’ego czytanie nabiera wspólnotowego wymiaru, a czytelnicy mogą dzielić się między sobą tym, co przeczytali, wraz z opracowanymi przypisami, glosami, komentarzami. Calasso uważa, że byłoby to zagrożenie dla funkcji wydawcy, którego rolę postrzega znacznie szerzej niż statystyczny odbiorca kultury – nie tylko jako menedżera lecz przede wszystkim jako arbitra, oceniającego jakość dzieła. Wtedy „wydawca może zejść ze sceny i nie będzie to ani dostrzeżone, ani opłakane”. Widać jak na dłoni, że dla Calasso działalność wydawnicza była czymś w rodzaju misji. Co chwalebne, wydaje się ona biegunowo odległa od tak bardzo popularnych w dzisiejszych czasach wydawnictw subsydiowanych, czy tak zwanego „vanity publishing” – nastawionych jedynie na zysk pseudowydawców, żerujących na twórczych i wrażliwych, a poniekąd naiwnych ludzi, którym z różnych powodów nie udaje się przebić do żadnego z wydawnictw z wyższej edytorskiej półki. Książki o książkach to bardzo specyficzny rodzaj lektur. Taki metapoziom literackiej refleksji z pewnością wymaga od autora erudycji i dużych umiejętności, aby nie zanudzić czytelnika, lub, co jeszcze gorsze, nie stać się jedynie kompilacją powszechnie znanych prawd. Na szczęście znakomite pióro Roberto Calasso, w połączeniu z jego niekwestionowanym doświadczeniem w branży wydawniczej sprawiają, że „Ślad wydawcy” to bardzo interesująca, warta przeczytania książka. Choć, co widać w tytule, prezentuje jedynie „ślad”, to z całą dobitnością uświadamia wagę takiego śladu, który, choćby najmniejszy z możliwych, odciska się w niebywale chybotliwej i plastycznej materii, jaką jest plastelina światowej kultury. Każdy źle postawiony krok może ją nieodwracalnie zdeformować. Trudno jest mi oprzeć się wrażeniu, że „Ślad wydawcy” to pozycja również zaliczająca się do „książek jedynych” – napisana przez człowieka, którego tożsamość wykracza daleko poza banalne określenie „pisarz”, opublikowana przez wydawnictwo, które jak żadne inne posiada jasno określony profil i konsekwentnie go realizuje, które kładzie nacisk na estetyczny wymiar publikowanych książek. Nie sądziłem, że można w tak zajmujący sposób opowiedzieć o historii edytorstwa, a co dopiero – jak w przypadku włoskiego pisarza – streścić niewielki jej wyimek i to jeszcze z jakże subiektywnego punktu widzenia. Roberto Calasso daje nam szansę spojrzeć na literaturę od drugiej, rzadko dostępnej zwykłym czytelnikom strony – od strony nerwów, flaków, kabli i sznurków. Pozwala zaobserwować ten niezwykle ważny i nierzadko trudny moment, w którym dzieło literackie nabiera dodatkowego wymiaru i staje się przedmiotem.
Tomasz Wojewoda - awatar Tomasz Wojewoda
oceniła na 8 7 lat temu
Koniec końca świata Jonathan Franzen
Koniec końca świata
Jonathan Franzen
Nazwisko, ale też tytuł narobił sporo apetytu. Ale jak to często bywa, to co na wystawie i w reklamie prezentuje się tak, że jesteś w stanie za tym czymś, biec z wywalonym językiem na brodzie na drugi koniec miasta, okazuje się być jeżeli nie czymś banalnym to na pewno nie tym, czego mogłeś się spodziewać. I tutaj jest podobnie. Jest kilka niezłych esejów (w tym ten tytułowy) i trochę fragmentów, fraz, które robią wrażenie, ale ogólnie czytało się rzeczy bardziej ekscytujące. Właściwie po lekturze (książkę czytałem ponad 5 lat temu) pozostał mi w głowie jeden fragment, bo chyba ten sposób rozumowania w zasadzie pokrywa się z moim spojrzeniem na ten problem. Rzecz dotyczy oczywiście tzw. ofensywy ekologicznej, czyli tych wszystkich OZE, farm wiatrowych i innych patentów epoki związanych z globalnym ociepleniem i innym naukowymi lub trochę naukowymi diagnozami. Trochę długi, ale przesłanie chyba tę rozpiętość tłumaczy: "Możemy zdecydować się na oszpecającą agresywną terapię, stosując tamy na wszystkich rzekach i niszcząc wszystkie krajobrazy uprawami pod biopaliwa, elektrowniami słonecznymi i turbinami wiatrowymi, chcąc zyskać na czasie dodatkowe lata umiarkowanego ocieplenia. Możemy też podjąć kurację, która pozwala na wyższą jakość życia, kurację również zwalczającą chorobę, ale jednocześnie nieznacznego przyśpieszenia ludzkiej katastrofy, chroniącą obszary, na których żyją wciąż dzikie zwierzęta i rośliny. To drugie podejście ma tę zaletę, że gdyby pojawiło się cudowne lekarstwo, takie jak energia termojądrowa lub gdyby globalne wskaźniki i liczba ludności kiedykolwiek spadły, nadal będą istnieć nienaruszone ekosystemy, które da się uratować". Czyli, w sytuacji kiedy koniec jest nieuchronny, dylemat jest mało skomplikowany. Czy zamiast farmy wiatrowej usytuowanej na polu sąsiada, nie lepiej mieć za oknem (tak jak mam w chwili obecnej) bocianie gniazdo misternie kilkanaście lat temu budowane i co roku, z bocianim zapałem na wiosnę, tuż po przylocie modernizowane?
werblista - awatar werblista
oceniła na 6 10 miesięcy temu
Powrót do Reims Didier Eribon
Powrót do Reims
Didier Eribon
"Mógłbym powiedzieć, że z jednej strony stałem tym, kim byłem, a z drugiej - odrzuciłem to, kim powinienem być." 📗 Biografia i socjologiczny esej w jednym. Autor rozprawia się ze swoją przeszłością, którą porzucił w imię budowy własnej przyszłości. Kiedy jesteś młodym intelektualistą w świecie, w którym czytanie książek i szacunek do autorytetów to wstyd, a normą jest porzucanie szkoły tak szybko jak prawo pozwala. Kiedy masz poczucie seksualnej odmienności w świecie, w którym ludzi "innych" wytyka się palcami. Kiedy urodzisz się w takim świecie, skazany przez otoczenie na swoją nieuniknioną, marną I nieoryginalną przyszłość - jedynym sposobem na ucieczkę od tej przyszłości może wydawać całkowite odcięcie się od przeszłości. Tak zrobił autor i dzięki temu (jak sądził) umożliwił sobie sukces zawodowy i akceptację samego siebie. W książce jednak podejmuje refleksje nad tym czy całkowite odsunięcie się od swoich korzeni i jego silnie negatywne emocje, płynące m.in. z klasowego wstydu, były konieczne. Zastanawia się nad słusznością egoistycznej potrzeby porzucenia całości wraz z tym, co dobre lub przynajmniej godne uszanowania. 📗 Poznajemy historie członków rodziny autora, wywodzącego się z prowincjonalnej, niższej klasy robotniczej. Poznajemy ich i jego drogi życiowe. Książka pozwala lepiej zrozumieć czym jest świadomość i mentalność klasowa, jak istotne jest to gdzie i kiedy się wychowujemy oraz - co może w książce najmocniejsze - jak trudne bywa wyrwanie się z deterministycznej roli społecznej i jak łatwo nie docenić prób walki z tym narzutem. Odrębny rozdział książki został poświęcony preferencjom politycznym klasy robotniczej we Francji w kontekście zwrotu od socjalistycznej lub komunistycznej, prorobotniczej lewicy do rasistowskiej, antyimigracyjnej prawicy. Jak to się stało że "konflikt klasowy" ustąpił "konfliktowi rasowemu". Dlaczego program pozytywny, afirmacyjny, tożsamościowy przegrał z negatywnym, programem anty-, z odruchami etnicznymi. Kwestie motywacji politycznych, które poza tym rozdziałem pojawiają się w książce między innymi wątkami, to rzecz szczególnie istotna w czasach, gdy prawica staje się głównym nosicielem antysystemowego ludowego oporu. 📗 W kontekście polskim - książka pomaga docenić inkluzywność naszego systemu społeczno-gospodarczego. W kontekście politycznym - pomaga zrozumieć ruchy społeczne, mające swoje źródło na prowincji i wśród niezamożnych. W kontekście osobistym - podrzuca refleksję nad tym, czy czasem nie mamy nadmiernej skłonności do odrzucania części przeszłości, która nas zbudowała. 📗 Formalnie mieszają się tu opisy biograficzne autora z jego krótszymi lub dłuższymi eseistycznymi refleksjami socjologicznymi, filozoficznymi czy egzystencjalnymi. Nie zgadzam się z zarzutem, że książka jest przeintelektualizowana - moim zdaniem wszystko jest w granicach dobrego smaku, a szerokie refleksje autora są tu prawdziwą wartością dodaną (odwołania do autorów i tekstów zewnętrznych są jedynie dodatkiem). Ale to czysto kwestia preferencji. 📗 Zdecydowanie warto czytać. I z mojej perspektywy warto wracać, bo to typ książki, której odbiór dojrzewa i zmienia się z wiekiem odbiorcy.
PModzelewski - awatar PModzelewski
ocenił na 8 9 dni temu
Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne Rebecca Solnit
Zew włóczęgi. Opowieści wędrowne
Rebecca Solnit
Historia chodzenia to historia wolności, mówi Rebecca Solnit w Zewie włóczęgi. Obserwując dzieje świata – coś w tym jest. A że jest to oczywiste? Nie szkodzi. O oczywistościach zawsze wiemy najmniej. Przełom lat 2010 i 2011. Mohamed Bouazizi, z braku lepszych perspektyw, podpala się na ulicy Bin Arus. Niedługo później w kolejnych państwach północnej Afryki (państwach w większości muzułmańskich) rozpoczynają się gwałtowne i masowe protesty przeciwko władzy. W krótszej lub dłuższej perspektywie prowadzi to do wojen domowych czy obalenia autokratycznych reżimów. Jednak najprostsza idea protestu to przede wszystkim wychodzenie na ulicę. Można stwierdzić, że do arabskiej wiosny doszło dzięki chodzeniu. Protesty przeciw ACTA? Chodzone. A cofając się w historię – czy szturm na Pałac Zimowy w Petersburgu nie był wielkim biegiem ku wolności (przynajmniej wtedy tak uważano)? Bolesław Prus promował z kolei jazdę na rowerze (zakurzona i zapomniana nowelka Ze wspomnień cyklisty) jako sposób pozbycia się czarnej żółci z organizmu i źródło nowych pomysłów. Chociaż sam z chodzeniem nie miał zbyt wiele wspólnego, oddalał się od domu raczej na niewielkie odległości. Mniej patetycznie – nawet przejście z salonu do kuchni ma swoje głębokie znaczenie. Chodzeniem i pochodnymi stoi cały świat. Nie da się od tego uciec. Chodząc myślimy, biegając – produkujemy endorfiny (ponoć). Wszystkie wcześniejsze zdania można uznać za banalne. Ale Rebecca Solnit udowadnia, że “wszyscy o wszystkim mało wiemy”, o chodzeniu zaś wiemy szczególnie mało. Aspekty polityczny i historyczny są tylko jednymi z wielu. Filozofia, religia, biologia, antropologia… Znów: rozwinięcie chodzenia pod kątem tych dziedzin może wydawać się proste. Niekoniecznie. Bo opis tego jak chodzimy, dlaczego chodzimy, po co chodzimy, tak naprawdę definiuje całe nasze życie. Czy bez pójścia do kościoła będziemy ludźmi wierzącymi? Czy muzułmanin nie biorąc udziału w pielgrzymce z Mekki do Medyny będzie prawdziwym muzułmaninem? Zew włóczęgi wymaga powolnego i dokładnego spaceru z wytężoną uwagą. Czytelnik musi chwytać szczegóły. Lektura (chyba każdej książki, nie tylko tej) nie powinna być jazdą bez trzymanki na autostradzie czy, absolutnie nie, lotem samolotem. Wraca Solnit z pytaniem: jak zmieniły nas nowe formy transportu? Samochód i samolot, czyli najbardziej bezduszne środki lokomocji, nie sprzyjają zbyt wielu refleksjom. Wręcz przeciwnie: generują niepotrzebny stres, o zanieczyszczeniu środowiska już nie wspominając. A co z telefonami? Chodzenie z nimi jest zaprzeczeniem idei chodzenia. Telefon przed oczyma uniemożliwia myślenie, obserwowanie świata, dostrzeganie szczegółów. A prawdziwym horrorem jest jazda samochodem z nawigacją… Nie sposób odnaleźć się w rzeczywistości znanej tylko z dwuwymiarowych uliczek Google’owskich map. Czasem trzeba się rozejrzeć. Chwycić detal. Orientacji w przestrzeni można się nauczyć, ale bez smartfona przed nosem. Przygoda w samochodzie? Niemożliwe. Rebecca Solnit mówi wprost: nie bójmy się chodzić. Czy to w sprawach ważnych, czy banalnych, przypomnijmy sobie, że nogi nie służą wyłącznie do przemieszczania się od kanapy do lodówki, ale że każdemu napięciu mięśni w nogach możemy nadać nowe znaczenie. Nawet przysłowiowe snucie po ulicach. Banały? A czy ktoś kiedykolwiek zastanowił się nad najbardziej prozaiczną rzeczą, jaką jest chodzenie? Warto wejść w tę książkę całym sobą.
ZaMałoRegałów - awatar ZaMałoRegałów
ocenił na 6 1 rok temu
Style radykalnej woli Susan Sontag
Style radykalnej woli
Susan Sontag
Żeby być dobrym pisarzem, trzeba być sprawnym obserwatorem. Czujnym, obecnym i pełnym wyjątkowego zaangażowania. Taka jest wówczas Susan Sontag. Kobieta, która swoją przenikliwością w myśleniu uwiodła mnie (nie bez powodu) jak i wielu czytelników na całym świecie. Jeżeli miałbym sprowadzić tą książkę do wspólnego mianownika, określając ją jednym i jedynym słowem. Użyłbym miana „transgresji”. Zaciekawiony czytelnik spytałby: Hola, hola, czym jest ta tajemnicza „transgresja”? Ja wówczas, śpieszę z pomocą by jak najklarowniej to wytłumaczyć. Jean Durancon w jednym z esejów na temat Bataille, (który sam ukuł to znaczenie) tłumaczy to tak: „jest czymś co nie istnieje w sobie, co nie może mieć imienia własnego. Jest tym co wymaga nowego sposobu myślenia, spojrzenia.” Te ostatnie zdanie daje nam do myślenia w kontekście całej książki. To co prezentuje Susan, wymaga właśnie tego nowego spojrzenia. Swoistego katharsis, które pozwoli nam zrewidować temat z czystej na swój sposób nieskazitelnej strony, wyzwolonej spośród europejskiego bądź amerykańskiego egocentrycznego sposobu myślenia, który w tej kwestii jest wyjątkowo zabójczy. Czym jest cisza. Decyzją? Karą? Czy cisza może istnieć bez punktu odniesienia? Czy cisza jest inherentną częścią dzieła filmowego, sztuki? Pytania te, które zalewają czytelnika od pasa w dół, nie pozostawiając dla niego żadnej jednoznacznej odpowiedzi, do momentu gdy on sam swoim doświadczeniem nie doprowadzi do zrozumienia tego, czym tak naprawdę dla niego jest cisza. Abstrakcyjność szerzonych definicji i ich punktów odniesienia skłania czytelnika do wzięcia tego we własne ręce, które jako jedyne pomogą uzyskać satysfakcjonującą dla nas odpowiedź. W kolejnym segmencie części pierwszej, mamy wyraźny przeskok tematyczny. Z dywagacji na temat estetyki ciszy skłaniamy się ku „wyobraźni pornograficznej”. Temat ten w Polsce jest wyraźnie przykryty płachtą tabu, tutaj natomiast otrzymuje swój zasłużony rozgłos. Susan rozgranicza tu wówczas powieści pornograficzne, odróżniając przysłowiową szmirę od dzieł, które pomimo swoich wyjątkowych walorów artystycznych, nie zapisały się w odpowiedni sposób na łamach historii. Sięgając po de Sade i Bataille podejmuje w sposób niecodzienny gruntowną analizę. Z zacięciem stara się pokazać czytelnikowi, tą niedostępną a tym samym nieobecną perspektywę, która dla wielu z nas może być czymś świeżym. Jej śmiałość i brak lęku przed tak zamkniętym społecznie tematem, jest w moim mniemaniu nieoceniona. Kolejny temat podejmuje zagadnienie myśli Emila Ciorana. Konserwatysty, pesymisty, wielbiciela Schopenhauera i Nietzschego, który swą aforystyczną formą wciąż jest obecny w świadomości części z nas. To nie ta sama pierwszorzędność co w poprzednich esejach, ale również warto go przeczytać. Następna część obejmuje Bergmana i Godarda. Artystów, którzy stanowią dla siebie zupełne przeciwieństwo. Pierwszy z nich, w wysublimowany, dokładny i w pełni zaplanowany sposób komponuje swoje filmowe dzieła, oponując tym samym do drugiego z przytoczonych reżyserów, który fragmentarycznie, ale w pełni intertekstualnie i nieprzewidywalnie skleja swoje dzieła z porozrzucanych obrazów. (Tak, tak. Już zwalniam. Wiem, że muszę już kończyć) W przedostatniej części Susan pokazuje status społeczeństwa USA u kresu lat 60. W sposób bliski książce Henriego Millera „Pamiętać, by pamiętać”, pokazuje część ludności ameryki, jako wyobcowany naród. Pełen sprzeczności, alienacji i wrodzonej niechęci do zmian (nie na naszą stronę), która bierze się z krwawej tradycji kolonizatorskiej. Jej imperialistyczne zapędy sprawiły, że jedynym spoiwem trzymającym naród sam w sobie nie jest solidarność, a próżność. Refleksja ta powinna dać nam wiele do myślenia. Książkę tą zamyka esej o Wietnamie, pełen niewysławialnego na swój sposób poczucia odrębności kultury, obyczajów i ludzi wokół których kręci się cała ta historia. Wokół bezbronnych Wietnamczyków, którzy pomimo trudów wojny, cierpienia i bólu, nie zatracili czegoś takiego jak człowieczeństwo i wewnętrzne samo z siebie płynące dobro. Ich hermetyczna kultura stanowi spoiwo ich solidarności i ciepła jakim ogarniają nawet najgorszego wroga. Sądzę, że możemy się dużo od nich nauczyć. I czuje, że nie jestem w tym jedyny.
Robert Kwaśniak - awatar Robert Kwaśniak
ocenił na 10 5 lat temu

Cytaty z książki Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945

Więcej
Thomas Mann Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945 Zobacz więcej
Thomas Mann Niemieccy słuchacze! Przemówienia radiowe z lat 1940–1945 Zobacz więcej
Więcej