rozwiń zwiń

Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie

Okładka książki Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie
Hélène Thiollet Wydawnictwo: Karakter nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)
192 str. 3 godz. 12 min.
Kategoria:
nauki społeczne (psychologia, socjologia, itd.)
Format:
papier
Data wydania:
2017-03-13
Data 1. wyd. pol.:
2017-03-02
Liczba stron:
192
Czas czytania
3 godz. 12 min.
Język:
polski
ISBN:
9788365271372
Tłumacz:
Małgorzata Szczurek
Średnia ocen

                6,1 6,1 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie

Średnia ocen
6,1 / 10
100 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
76
22

Na półkach:

Tytuł książki oddaje niemal w całości jej treść. Jest to swego rodzaju podręcznik, książka popularnonaukowa, która rozprawia się z powszechnie cyrkulującymi w mediach mitami i opiniami (często całkowicie błędnymi) na temat migracji i migrantów.

Krótkie rozdziały, opisujące poszczególne zagadnienia, pozwalają na dość przejrzyste i łatwe zapoznanie się z problematyką migracji. Niemniej nie jest to tekst naukowy i dla osoby, która dobrze orientuje się w tematyce będzie to stanowczo za mało, a dla osoby niezbyt nią zainteresowanej tekst może okazać się zbyt "suchy" i podręcznikowy. W większości autorzy odnoszą się również do doświadczeń francuskich, co z jednej strony jest zaletą książki (staje się ona bardziej spójna), a z drugiej pomija przykłady z innych państw, dając potencjalny argument jej krytykom.
Fragment dotyczący Polski jest również wystarczający dla osoby dopiero zgłębiającej temat, ale niestety w kilku miejscach pojawiają się nieścisłości, spłycenia, a autorzy posługują się niezbyt precyzyjnym słownictwem, co wbrew pozorom ma niekiedy duże znaczenie (np. nie ma czegoś takiego jak "opiekun społeczny" lecz "pracownik socjalny", który jest prawnie "umocowany" i ma określone zadania i uprawnienia).
Reasumując książkę można polecić osobom chcącym zgłębić podstawy związane z zagadnieniem migracji. Ci mający nieco szerszą wiedzę na ten temat mogą być rozczarowani lub jedynie potwierdzą swoje przekonania.

Tytuł książki oddaje niemal w całości jej treść. Jest to swego rodzaju podręcznik, książka popularnonaukowa, która rozprawia się z powszechnie cyrkulującymi w mediach mitami i opiniami (często całkowicie błędnymi) na temat migracji i migrantów.

Krótkie rozdziały, opisujące poszczególne zagadnienia, pozwalają na dość przejrzyste i łatwe zapoznanie się z problematyką...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

361 użytkowników ma tytuł Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie na półkach głównych
  • 228
  • 125
  • 8
55 użytkowników ma tytuł Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie na półkach dodatkowych
  • 40
  • 3
  • 3
  • 3
  • 2
  • 2
  • 2

Tagi i tematy do książki Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Muzułmanie w Europie. Dzisiejsze kontrowersje wokół islamu. Nilüfer Göle
Muzułmanie w Europie. Dzisiejsze kontrowersje wokół islamu.
Nilüfer Göle
NIE W MOIM IMIENIU [RECENZJA, N. GOLE, MUZUŁMANIE W EUROPIE – DZISIEJSZE KONTROWERSJE WOKÓŁ ISLAMU] Recenzja ukazała się drukiem w lutowym numerze “Nowych Książek” (2/2017) Krakowskie wydawnictwo “Karakter” kojarzy się czytelnikom z ambitnymi specjalizacjami. Do takiej kategorii zaliczyć można jego nowy tom, który samym swoim powstaniem wkłada kij w mrowisko. W czasach politycznego i religijnego radykalizmu, dzielenia ludzi na lepszych i gorszych, tutejszych i przyjezdnych, łączenia słów “patriotyzm” i “ojczyzna” z “wróg” oraz “śmierć” książka Muzułmanie w Europie autorstwa tureckiej socjolożki Nilüfer Göle jawi się jako wyczekiwany głos rozsądku. Autorka stara się pokazać, iż Europa ma wielowiekową wspólną historię z islamem i muzułmanami. Przesłaniają ją jednak takie wydarzenia, jak te ze stycznia 2015 roku, kiedy we Francji zastrzelono dziesięć osób w redakcji “Charlie Hebdo”, zamordowano trzech policjantów (w tym jednego, z zimną krwią, leżącego na chodniku) i wzięto zakładników w koszernym sklepie, gdzie podczas wymiany ognia z francuskimi komandosami zginęli terroryści i czworo klientów. Nilüfer Göle stawia sobie za cel opisanie dynamiki skomplikowanych stosunków między mniejszością muzułmańską a społeczeństwami Europy, za punkt początkowy opowieści obierając wydarzenia z maja 1968 roku. Wówczas społeczeństwo francuskie doświadczyło kolejnej fali sekularyzacji – emancypacja kobiet czy mniejszości seksualnych przestały być pustym frazesem. Na czele rewolucji obyczajowej stają rysownicy i dziennikarze gazety “Charlie Hebdo” – wtedy pod nazwą “L’Hebdo Hara-Kiri”. Zyskali oni status legendy, albowiem ich “impertynenckie pióra zwalczające wszelkie formy hegemonii religijnej czy moralności publicznej” doskonale wpisywały się w proces zachodzących zmian. Islam wraz ze swoimi normami obyczajowymi pojawił się w latach dziewięćdziesiątych w społeczeństwie już zlaicyzowanym i seksualnie wyemancypowanym, toteż kolejne pokolenie grafików pracujących dla “Charlie Hebdo” uznało za właściwe naśladowanie walki starszych kolegów z kapłanami i wzięło na warsztat islam jako nową formę ucisku religijnego. Książka jest efektem badań prowadzonych przez naukowców z Wyższej Szkoły Nauk Społecznych na przestrzeni czterech lat (2009-2013) w dwudziestu jeden miastach Europy: Tuluzie, Stambule, Mediolanie, Bolonii, Londynie, Kolonii, Berlinie, Lyonie, Birmingham, Oslo, Rotterdamie, Treviso i Wiedniu. Badacze pojawiali się zatem tam, gdzie dochodziło do ważnych wydarzeń inspirowanych tarciami pomiędzy religiami – strajków, protestów i zamieszek. Metodologia polegała zaś na przeprowadzeniu ankiet, wywiadów i konfrontacji grupowych. Ostatnia forma wydaje się być najciekawszą – badacze zestawiali ze sobą osoby reprezentujące różne środowiska. Najwięcej skrajnych emocji zmaterializowało się w grupie, której uczestniczkami były między innymi reprezentantki włoskiej skrajnej prawicy z Ligi Północnej – debata polegała na zakrzyczeniu innych, wysuwaniu argumentów wielce uproszczonych (czasami nawet kłamliwych), obrażaniu wszystkich, którzy ośmielili się wyrazić swoje zdanie. Konkluzje wypływające z tych badań są jednak optymistyczne. Otóż dla większości muzułmanów przebywających w Europie praktykowanie islamu wymaga rewizji praw i przepisów tegoż, albowiem ich religijność musi dostosować się do kontekstu europejskiego, a więc świeckich reguł. Fanatyczne postawy á la ISIS i przemoc są odrzucane: Not in my name! Zdecydowana większość badanych zalicza się do klasy średniej (co jest jednym z zarzutów wysuwanych pod adresem autorki): 19-40 lat, pracujący w wolnych zawodach (architektura, adwokatura, reżyseria, medycyna, artyści, graficzy, raperzy), udzielający się w stowarzyszeniach i NGO-sach (organizacjach pozarządowych), znaleźli się także radni i posłowie. Skąd zatem tak daleko idące nieporozumienia między wyznawcami poszczególnych religii? Nilüfer Göle stara się je wyjaśnić, przybliżając Europejczykom świat muzułmańskich. Weźmy chociaż słowo “meczet” – kojarzy się nam ono z odpowiednikiem naszego kościoła czy świątyni. Tymczasem powinniśmy postrzegać meczet jako element tkanki miejskiej, albowiem wchodzi on w skład zespołu architektonicznego złożonego z wewnętrznego dziedzińca, krytego targu, madrasy, biblioteki, wieży z zegarem, fontanny, stołówki, przychodni zdrowia. Jednym słowem – jest to miejsce skupiające i organizujące lokalne życie społeczne. Inaczej też postrzegamy świętości – u nas pojęcie świętości zostało rozmyte, w islamie z kolei okrzepło. My, Europejczycy, nie wiemy już, co jest boskie, a co ludzkie, oni, muzułmanie, wiedzą to doskonale. Dlatego też krytykowanie Mahometa, rysunki czy dowcipy na jego temat wywołują oburzenie. Europejscy muzułmanie rozumieją jednak, że u nas – w przeciwieństwie do islamu – sztuka ma kwestionować, zadawać pytania i szydzić. Problemem są rozbieżności w uznaniu autorytetu. W islamie istnieje bowiem “wiele autorytetów religijnych. Władzę religijną mogą sprawować suficcy szajchowie, mufti, kadi (sędziowie trybunałów), nauczyciele w madrasach, chatib (imamowie wygłaszający chutby w meczecie), jak też osoby pełniące rozmaite inne funkcje, nominowane przez władze państwowe lub uznawane przez wspólnotę”. Koran nie precyzuje (a już tym bardziej nie narzuca) zasad noszenia chust – nakaz zasłaniania twarzy chusta nie należy do sfery religii (ibadat), ale do sfery stosunków społecznych (muamalat). Sam islam nie jest też jednorodny – istnieją cztery główne nurty prawodawstwa muzułmańskiego, a szariat każdy z wierzących poddaje samodzielnej wykładni. Większość badanych odrzuca małżeństwa aranżowane, kary cielesne, honorowe zabójstwa czy kamienowanie. Z książki dowiadujemy się także, że można łączyć islam z wegetarianizmem, naturopatią czy spożywaniem ekologicznych produktów. Göle ocenia krytycznie rolę mediów, które w kreowaniu emocji zajmują pozycje dychotomiczne. Działają na zasadzie tworzenia kontrastów i podsycają konflikt zamiast go gasić – jako przykład autorka podaje rasistowskie i prostackie teksty Oriany Fallaci oraz Michela Houllebecqa. Ten drugi, znany we Francji ze swego negatywnego stanowiska wobec maja 1968, opublikował w 2001 roku Platformę, powieść, której główny bohater nazywa islam “najgłupszą religią świata” i wyraża zadowolenie ze śmierci Palestyńczyków. Oriana Fallaci – ceniona korespondentka wojenna w Meksyku, Libanie i Wietnamie – napisała z kolei Wściekłość i dumę. Nilüfer Göle charakteryzuję tę książkę jako antymuzułmański manifest, nieudolnie odwołujący się do Huntingtona (“zderzenie cywilizacji”), przedstawiający islam jako nowego wroga Zachodu. Dlaczego wiele osób nie ma oporów, aby w ten sposób mówić o śmierci obywateli innych krajów czy wyznawcach innych religii, a jeśli stawia się w miejsce Palestyńczyka Polaka lub zamienia muzułmanina na katolika, czuje oburzenie? Czyżby aliena vitia in oculis habemus, a tergo nostra sunt? Ciekawie prezentuje się rozdział poświęcony współistnieniu islamu i judaizmu. Autorka pyta, czy żydzi nie stali niegdyś na pozycji zajmowanej dziś przez muzułmanów? Muzułmanie mają swój szariat, żydzi – halachę. Jedni oraz drudzy praktykują ubój rytualny i obrzezanie. Jednak ortodoksyjni żydzi – tak jak fanatyczni wyznawcy islamu – stanowią, zdaniem autorki, zdecydowaną mniejszość. Jeśli negujemy prawo do bycia wyznawców islamu, to wykażmy się jasnością myślenia oraz minimalną dawką konsekwencji i zanegujmy także zwyczaje żydowskie – koszerność, obrzezanie i ubój rytualny. Czyż nie jest aż nadto widoczne odstępstwo żydowskich zwyczajów od zwyczajów chrześcijańskiej Europy?öÖ Nilüfer Göle unika skrajnych założeń, jako Turczynka związana z europejskimi uczelniami wyższymi rozumie złożoność sytuacji. Jej książka nie jest mapą drogową ukazującą konkretne rozwiązania służące pokojowemu istnieniu wyznawców wielu religii, ale wnosi do dyskusji ważny punkt widzenia. Warto poświęcić jej kilka wieczorów, albowiem pomoże w dostrzeżeniu drugiego człowieka. Innego. Ale jednak takiego samego jak my.
Michał Kowalczyk - awatar Michał Kowalczyk
ocenił na 6 9 lat temu
Foucault w Warszawie Remigiusz Ryziński
Foucault w Warszawie
Remigiusz Ryziński
W roku 1958 Michel Foucault objął posadę dyrektora Ośrodka Kultury Francuskiej przy Uniwersytecie Warszawskim, napisał doktorat, po kilku miesiącach niespodziewanie wyjechał, a plotki głoszą, iż swój udział miała w tym tajemnicza historia z jakimś Jurkiem. Niemniej, w archiwach - od IPN-u, przez uniwersytety, prasę aż po rejestry hotelowe, trudno natrafić na jakikolwiek ślad po tym pobycie. Próba odkrycia jak to naprawdę było jest punktem wyjścia dla reportażu. Fakty biograficzne mieszają się tu ze spekulacjami, a tak naprawdę zarówno cała ta historia jak i sama postać Michela Foucault są jedynie pretekstem do opowiedzenia zupełnie czego innego - mianowicie jak to było być homoseksualnym mężczyzną w okresie PRL-u, kiedy słowo gej nie było jeszcze w użyciu, okolicznością podejrzaną było posiadanie herbaty w kuchennej szafce, a mama cieszyła się chociaż z tego, że jak już musisz mieć tego Stefana, to może ci chociaż nikt nie przylutuje, bo on cię obroni w razie czego, gdyż taki silny jest i męski. Ryziński portretuje tutaj środowisko z dwóch stron. Od wewnątrz, rozmawiając z żyjącymi jeszcze uczestnikami tych wydarzeń (m.in. z prawdopodobnie najstarszą polską drag queen), a także od zewnątrz, na postawie dokumentów IPN-u, donosów i raportów. Oprócz tego, znajdą się tu też opisy dotyczące życia "zwykłych" obywateli - z dzisiejszego punktu widzenia specyficznie humorystyczne wydają się zamieszczane w "Przekroju" rady dla idealnej żony czy wyjaśnienie ile właściwie wart jest dolar. Z jednej strony mamy więc zalążek biografii fascynującego człowieka, a z drugiej trochę historii Polski widzianej z niecodziennej perspektywy. Ogółem - dość ciekawa rzecz.
niedź - awatar niedź
ocenił na 6 8 miesięcy temu
Nowa Odyseja. Opowieść o kryzysie uchodźczym w Europie Patrick Kingsley
Nowa Odyseja. Opowieść o kryzysie uchodźczym w Europie
Patrick Kingsley
Bardzo ciekawy i dobrze napisany reportaż o kryzysie uchodźczym z lat 2014-15. Co ciekawe, książka jest pisana z perspektywy uchodźców - autor rozmawiał z wieloma osobami, którym przez pustynię i morze udało się dostać do Europy, sam też przemierzał z nimi różne szlaki przez Bałkany, towarzyszył swoim bohaterom do miejsca docelowego, poleciał za morze, by rozmawiać z przemytnikami i władzami... Pewnie znajdą się tacy, co książkę z tej perspektywy uznają za "zbyt poprawną politycznie", ja jednak uważam, że taki głos jest bardzo potrzebny, zwłaszcza że autor też nie krył się ze swoimi krytycznymi komentarzami odnośnie działań władz UE i państw członkowskich, których nieraz bezmyślne decyzje tylko pogłębiały kryzys. "Nowa Odyseja" to opowieść o ludziach, którzy doświadczyli w życiu takiego piekła, że długa droga przez pustynię, ryzyko porwania i wymuszenia okupu, tygodnie lub miesiące koczowania na wybrzeżu, aresztowania, rozłąka z rodziną na miesiące lub lata, podróż przez morze na pontonie, który w każdej chwili może zatonąć, nieznany czas oczekiwania w przepełnionych ośrodkach dla uchodźców, próby przedostania się z Grecji/Włoch w przemytniczych ciężarówkach na północ... Wszystko to wydaje się akceptowalne w porównaniu z tym, co się już przeżyło. Co się może przeżyć, jeśli się nie podejmie tego ryzyka. Takie zetknięcie z bardzo szczegółowymi doświadczeniami bohaterów reportażu pozwala lepiej zrozumieć decyzje podejmowane przez setki tysięcy uciekinierów. "Nową Odyseję" czyta się bardzo dobrze, choć czasem za dużo w niej autora, jego poglądów, opinii, własnych doświadczeń. Gdyby zostawić tu tylko wypowiedzi bohaterów przeplatane wiadomościami / historią / danymi statystycznymi, byłaby to naprawdę świetna książka. A tak wciąż jest bardzo dobra ;) Ciekawie byłoby też dostać nowsze wydanie, uzupełnione o wydarzenia z późniejszych lat - kto wie, może jeszcze się coś podobnego ukaże.
Gabi Zet - awatar Gabi Zet
ocenił na 7 2 lata temu
Kuba. Syndrom wyspy Krzysztof Jacek Hinz
Kuba. Syndrom wyspy
Krzysztof Jacek Hinz
„(…) Los powiązał mnie z Kubą na zawsze, nie tylko jako obserwatora. Zaraziłem się od Kubańczyków syndromem wyspy, która wyznacza centrum wszechświata. Nie mogę się od niej uwolnić”. Bardzo dobry REPORTAŻ o Kubie napisany przez dziennikarza, korespondenta PAP, tłumacza i dyplomatę, który wiele lat spędził na wyspie, pełniąc tam różne funkcje zawodowe, w latach 1997 – 2001. Autor przybliża czytelnikowi życie na wyspie. Trafnie i rzeczowo opisuje skutki rewolucji i rządy Fidela Castro od 1959r., czasy po przewrocie, okres zimnej wojny, aż do zakończenia rządów Fidela. Pisze o wielkim entuzjazmie Kubańczyków po rewolucji i nastrojach podczas wielkiego kryzysu i wszechobecnego głodu. Opisuje bunty opozycjonistów i wielką legalną ucieczkę z wyspy do USA oraz nielegalne wypłynięcia „tratwiarzy”, podczas których Kubę oficjalnie opuściło ok. 200 tys. ludzi. Z własnej perspektywy wspomina jak wyglądała sytuacja społeczno – gospodarczo – bytowa w państwie, problemy z transportem, energią i dostępem do bieżącej wody, polityczne metody podporządkowania ludności (metoda zakręcania i odkręcania kurka, kartki na żywność, wieloletnie ciężkie więzienia) i wiele innych. Ale także rozwój państwa, jego architektury i kultury za czasów panowania Amerykanów i jego upadek za Castro. I mimo tego wszystkiego, totalitaryzmu, bezwzględnej dyktatury, eliminowania opozycjonistów, ogólnego zakłamania, biedy, zastraszania, kłamliwej propagandy i nagonki na inne państwa…, autor pisze o SYNDROMIE WYSPY, która wyznacza Kubańczykom centrum wszechświata, sprawiając że czują się tam szczęśliwi i nie chcą jej opuścić. Nawet więźniowie polityczni wolą przebywać w kubańskim więzieniu, niż zostać wydalonym z kraju. Fidel Castro był „doskonałym” przywódcą, którego kochały tłumy. Odpowiednio kierując polityką zagraniczną stworzył hermetyczne państwo, odcinając Kubę od reszty wszechświata, równocześnie podporządkowując sobie wszystkie struktury państwowe, bo wszystko na wyspie jest nadal państwowe. „(…) To co przybyszom z zewnątrz wydawało się anachronicznym światem, zatrzymanym w bańce czasu i hermetycznie zamkniętym na rozwój cywilizacyjny, dla nich było światem autentycznych wartości i silnych więzi międzyludzkich” (str. 28). Autor wielokrotnie wracał na Kubę, czekając na „ten moment” tj. na kolejny przewrót, obalenia Castro i socjalizmu…, ale nigdy się nie doczekał. Pisze również o tym, że obecnie Kuba powoli ale się zmienia, prawo mocno zliberyzowano, rozkwitła turystyka, ale to wciąż hermetyczna wyspa na której „panuje” socjalizm. Pod względem technicznym dla mnie ten reportaż napisany jest zbyt rzeczowo, „sucho”, bez emocji, w kontekście widzianym urzędującego tam polskiego dyplomaty. Informacje podawane są losowo, bez zachowanej chronologii, co sprawia wrażenie niespójności i chaosu. Każdy kolejny rozdział, to jakby jakaś historyjka, którą akurat przypomniał sobie autor. Może taki był zamiar autora. Ogólnie POLECAM!
Wileta - awatar Wileta
oceniła na 7 4 miesiące temu
Terremoto Jarosław Mikołajewski
Terremoto
Jarosław Mikołajewski
Pierwsze, co mnie zastanowiło to to, że Terremoto jest cieniutką książeczką, jak na tak rozległy temat, jakim są trzęsienia ziemi. Niby wiem, że czasami lepiej jest krócej, żeby dać przestrzeń czytelnikowi na rozkminy. Patrząc na (raptem) te nieco ponad sto stron zadawałam sobie pytanie – jak ujął temat autor, skoro zmieścił się w tak ograniczonej przestrzeni. Dość szybko doszłam do wniosku, że pomysł Mikołajewskiego mnie nie przekonuje. Za to odniosłam wrażenie, że to właściwie nie jest książka o trzęsieniach ziemi, tylko o tym co autor o nich sądzi i dlaczego dla niego są one ważne. Miałam później nadzieję, że Mikołajewski chociaż jakoś przekona mnie do siebie i zaciekawi, mimo że ton jego przemyśleń jest poetycki, specyficzny. Pełno tu przenośni i niedopowiedzeń. Rozdziały są krótkie, bez żadnych konkretów. I niestety ale momentami zalatuje grafomanią. Ostatecznie autorowi nie udało się mnie zainteresować. Opisy skutków trzęsień ziemi nie robiły na mnie wrażenia, chociaż przecież dochodziło tam do dramatów. Zasypani ludzie, zniszczone budynki stojące od wielu pokoleń, zniszczone życia i marzenia. I ta cała bezsilność, bo w końcu kogo winić za coś, na co nie ma się wpływu? 💥 Jak sobie poradzić? Chyba najmocniejszy fragment tej książki to ten, w którym autor pyta jakiegoś starszawego Włocha co dalej. A on odpowiada, że kiedyś chcieli przepisać ziemię w zniszczonym mieście dzieciom. Ale teraz to sam nie wie, bo jeśli tu się osiedlą to albo zabije ich trzęsienie ziemi albo lawina. Ta krótka rozmowa zrobiła na mnie największe wrażenie, bo jest prawdziwa aż do bólu. Ludzie żyjący na terenach zagrożonych nie znają dnia ani godziny. Można coś zaplanować, gdy jest dobrze… A jeśli jest dobrze przez wiele lat, to człowiek nawet zapomina, że ziemia może się zatrząść. Zyskuje poczucie bezpieczeństwa. A później okazuje się, że nie ma bezpiecznych miejsc. I co wtedy zrobić z marzeniami? Planami? Ziemią i domami? Dziedzictwem? A co zrobić, jeśli ktoś z bliskich w trzęsieniu ziemi zginął? Jak sobie poradzić z tym, że “zabił” ich rodzinny dom? Mikołajewski jednak niespecjalnie zadaje jakiekolwiek pytania w swoich tekstach. A przynajmniej ja ich nie wyczytałam. Autor skupia się na swoich odczuciach, chociaż do napisania tej opowieści korzysta z pomocy ludzi działających tam, na miejscu tragedii. Ja wiem, że wszystko jest subiektywne, i że papier wszystko zniesie, nawet poetyckie teksty tylko silące się na obiektywizm. Ale błagam, nie wszystko, co jest o faktach, musi być reportażem i Terremoto w moim odczuciu nim nie jest. To bardziej esej. Na każdą literaturę jest miejsce, przynajmniej w teorii, bo czasami to jednak szkoda papieru. Natomiast niech książka nie udaje tego, czym nie jest. Poezja i reportaż nie do końca idą ze sobą w parze, a na pewno nie w tym przypadku.
PrzeCzytana - awatar PrzeCzytana
oceniła na 6 8 miesięcy temu
A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny Sacha Batthyany
A co ja mam z tym wspólnego? Zbrodnia popełniona w marcu 1945. Dzieje mojej rodziny
Sacha Batthyany
Ciekawa acz dyskusyjna forma autoterapii Autora po objawieniu, że ciotka była hitlerowską entuzjastką zamordowania grupy Żydów w austriackim Rechnitz w marcu 1945 r., a pradziadek zatuszował taka małą zbrodnię wobec żydowskiej pary kilka miesięcy wcześniej w swym węgierskim majątku. Kolejna rzecz o tym, jak wiele jest pułapek pamięci, którą kształtując, deformujemy. „Przeszłość zdołamy pokonać tylko wtedy, jeśli będziemy bez końca przypominali to, co się wydarzyło” – to zdanie wydaje się dobrym mottem dla Batthyany’ego, potomka dwóch wielkich węgierskich rodów, bo babka de domo Esterhazy (”Bardzo dobrze” - jak mawiał Gombrowicz). No i Autor przypomina, nie kryjąc zbrodni swych rodaków, nie tylko z tamtego czasu, bo też i mało ich nie było. Pisze np. o kilkumiesięcznej obronie Budapesztu przed hordami ze Wschodu na przełomie 1944-1945 w sojuszniczym braterstwie broni tak wielbionych „bratanków” z SS i Wehrmachtem: „A co działo się z ludźmi, którzy obserwowali, jak budapesztańscy Żydzi - kobiety, dzieci i starcy, skuci ze sobą kajdankami - wpadali w lodowate nurty Dunaju? Rozstrzeliwano tylko pierwszego, który pociągał całą resztę za sobą. Dlaczego przechodnie nie zaczynali krzyczeć?”. Odpowiada mi sylwiczność tej opowieści, co robi dobrze nie tylko synapsom, ale i całej książce. Bo różne tu formy pisarskie, w tym pasjonujące pamiętniki babki oraz cudem ocalałej z Auschwitz Żydówki, córki właściciela sklepu obok jej majątku. Na losach obu kobiet rozciągnie jest cała narracja. Z jedną z nich Batthyany zdąży się jeszcze spotkać, ale…. Jest tu sporo dobrych miejsc, ale mimo wszystko, liczyłem na coś lepszego, bo do zagadnienia Holokaustu ta pozycja niewiele jednak wnosi. A ponadto kogoś tu za dużo – czyli Autora, a zwłaszcza jego psychoanalizy. Z drugiej jednak strony podoba mi się, że Autor nie oszczędza nie tylko swej rodziny - co najmniej za tchórzostwo w udzieleniu pomocy prześladowanym w czasie II wojny, choć można i należy zarzucić o wiele więcej - ale i samego siebie. „Bo wszystko zależy od tego, co człowiek sam jest gotów o sobie ujawnić. Co sam o sobie opowiada. Jaką prawdę na swój temat buduje. Którą prawdę zamierza innym przekazać, a którą woli przemilczeć”. „Moi krewni nikogo nie torturowali, do nikogo nie strzelali, nad nikim się nie znęcali. Oni byli tylko świadkami i nie reagowali, bo przestali myśleć, zapominając o własnej ludzkiej egzystencji, chociaż ze wszystkiego zdawali sobie sprawę”. Autor oskarża też i samego siebie, chyba słusznie, że wszystko, co robił dla ujawnienia gorzkiej prawdy i przekazania jej argentyńskiej rodzinie potomków ofiar - robił dla siebie samego. „Na tym polega ów tajemny pakt, zawierany przez nas, potomków, niezależnie od tego, czy jesteśmy wnukami sprawców, czy wnukami ofiar – my wszyscy czegoś dla siebie szukamy, przekopując ziemie i licząc na najcenniejszy kruszec, po czym zabieramy go sobie”. Końcówka wywarła na mnie duże wrażenie, bo na tytułowe pytanie odpowiedział bardziej niż uczciwie: „Otworzyłem mój notatnik, przeczytałem datę, którą zapisałem w hali odlotów na czystej kartce w lewym rogu. Obok umieściłem pytanie: "Czy zdobyłbyś się na ukrywanie Żydów?". A pod spodem odpowiedź: +Nie+". W jednym tylko narrator mocno się myli: gdy pisze, że ze Szwajcarii (gdzie od lat mieszka) „nikogo nie deportowano”. Owszem, Szwajcarzy w czasie istnienia III Rzeszy ochoczo i lojalnie wydawali swym niemieckim kuzynom wszystkich - jak to się dziś modnie mówi, nb. nie tylko w reżymowych mediach - „nielegalnych imigrantów”. Akurat nie odbywało się to w formie nieludzkich pushbackow, tylko eleganckiego odstawiania na przejście graniczne, gdzie już czekali stęsknieni za nimi Niemcy w czarnych mundurach…. A propos. Nie jest przypadkiem, że dawne węgierskie wiezienie Kistarcsa, gdzie węgierscy naziści więzili Żydów, a potem komuniści – „wrogów ludu”, za reżymu Orbana jeszcze niedawno było, jak pisze Autor, „jednym z największych aresztów deportacyjnych Europy”. Dziś to muzeum. „Całe zło przychodzi na Węgry zawsze z zewnątrz, czy to ze strony Niemców, Rosjan czy aliantów, tak to w każdym razie jest wpajane wszystkim zwiedzającym budapesztańskie muzea. Węgry były zawsze niewinne, zawsze stawały się ofiarą” – ironizuje Batthyany. Moim zdaniem „bratankowie” w pełni zasługują dziś na niechlubne miano największych rewizjonistów historii w Europie. Widmo tzw. „Wielkich Węgier” sprzed 1920 r. (gdzie niemal 2/3 mieszkańców było innych narodowości) wciąż im kołacze w rozpalonych głowach. Nie przypadkiem w cytowanym pamiętniku babka Autora tęskni za mapą „naszego dawnego państwa od Krakowa po Triest, od Południowego Tyrolu aż po Belgrad”. Nic dziwnego, że dziś Węgrzy nie są wielkimi zwolennikami Ukrainy, zwłaszcza iż liczą na „odbicie” Zakarpacia - , a jak Św. Stefan dozwoli, to i Siedmiogrodu, Słowacji i Baczki oraz Polskiego Spisza (!) - no i pomoc pana P. z Kremla. Ale czy to dziwi u najwierniejszych sojuszników Hitlera, którzy dostarczyli największy procentowo kontyngent do krematoriów Birkenau? Generalnie polecam tym, którzy postrzegają Węgry wyłącznie jako fajny kraj niezłego wina, zupy rybackiej i świetnych łaźni (to tradycje jeszcze rzymsko-tureckie…). Kilka cytatów Szwajcaria nadaje się idealnie do tego, by zacząć od początku, by strząsnąć z siebie dawne przeżycia, bo nic w tym kraju nie przypomina ani Hitlera, ani Stalina. Rozprawialiśmy o Stalinie, holokauście i masowych grobach – podczas gdy inni spokojnie jedli sobie w południe pizzę. Czy naprawdę jesteśmy tacy czyści, jak to staramy się wirtualnie pokazać? Jak bardzo niezłomni jesteśmy? Jak niezłomny jestem ja? Kto w końcu decyduje o tym, co jest prawdziwe, a co jest fałszywe? Kto może zamienić morderstwo na samobójstwo? Moja babka napisała: "Ten, kto ma władzę". W przeciwieństwie do naszej matki Agi, która Węgier nigdy naprawdę nie opuściła, Aron nie chciał już nigdy słyszeć o Polsce, odkąd oboje w 1948 r. przybili statkiem do Argentyny.
Łukasz Starzewski - awatar Łukasz Starzewski
ocenił na 6 2 lata temu
Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce Paweł Brykczyński
Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce
Paweł Brykczyński
Pierwsza ukończona książka 2025 roku (zaczęta w zeszłym, ale w większości przeczytana tym). Książka niedługa, ale za to bardzo ciekawa. Autor opisuje w niej sprawę zabójstwa pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej, jednak ze szczególnym uwzględnieniem ówcześnie panującego klimatu społeczno-politycznego i długofalowych skutków tego morderstwa. Stawia on dwie główne tezy: 1) śmierć Narutowicza była efektem konfliktu między zwolennikami nacjonalizmu "etnicznego" i doktryny polskiej większości" (endecji), a nacjonalizmu "państwowego/obywatelskiego" (lewicy i zwolenników Piłsudskiego); 2) czyn Niewiadomskiego paradoksalne doprowadził do mniej lub bardziej świadomego przyjęcia antysemickiej "doktryny polskiej większości" przez większość sceny politycznej II RP. We Wprowadzeniu przedstawia skrótowo tło walki prawicy i lewicy w Polsce (w tym na tle ogólnoeuropejskim) oraz źródła antysemityzmu endecji, który odegrał kluczową rolę w wydarzeniach grudniowych 1922 (jednocześnie odrzuca obraz Polski jako kraju inherentnie antysemickiego z wcześniejszych zachodnich publikacji na rzecz bardziej zniuansowanego obrazu). Ten temat kontynuowany jest w I rozdziale ('"Precz z Żydami!"'). Na podstawie relacji prasowych, wspomnień i opracowań przedstawia klimat towarzyszący wyborom pierwszego Prezydenta RP, który kulminował w rozruchach po ogłoszeniu zwycięstwa Narutowicza bitwą na pl. Trzech Krzyży w Warszawie. Kolejny rozdział ('Od protestów do zabójstwa') pokazuje dalszą nagonkę antysemicką i protesty, a także pierwsze rozłamy wśród tych, którzy doprowadzili do wyboru Narutowicza (np. PSL-Piast). Rozdział kończy się opisem zabójstwa i pogrzebu prezydenta. W trzecim i czwartym ('Nienawiść a walka wyborcza' i '"Żydowski prezydent!"') autor pokazuje głębiej źródła i rozwój antysemityzmu Narodowej Demokracji, poczynając od rewolucji 1905 i przegranej Dmowskiego w wyborach do Dumy w 1912. Gdy się czyta fragmenty prasy prawicowej, sprawiają wrażenie jakby mogły pochodzić ze współczesnych szurskich tekstów głoszących, że Żydzi i masoni rządzą światem ("Judeo-Polonia", "zażydzenie" odmieniane przez wszystkie przypadki, itd.). W tym drugim szczególnie pokazane jest to jak Narutowicz, kandydat PSL-Wyzwolenie, zasłużony inżynier i z pochodzenia litewski ziemianin, stał się "Żydowskim prezydentem". Tutaj też autor wyjaśnia "doktrynę polskiej większości" w myśl której każdy głosujący razem z "Żydami" (czyt. Blokiem Mniejszości Narodowych) wyłączony zostaje z grupy "polskiej większości" - etnicznych Polaków, do których władza w Polsce musi należeć. Pokazuje też, że po początkowym szoku i próbie wyparcia powiązania z Niewiadomskim, morderca został skwapliwie przyjęty przez endecję jako bohater i męczennik. Jego czyn, choć straszny i zbrodniczy, był "moralnie konieczny" dla sprawy przetrwania Polski. Ostatni rozdział ('Klęska idei narodu państwowego') pokazuje, że nadzieje lewicy o porażce prawicy okazały się płonne - wyniesienie zabójcy na sztandary i jego antysemicka mowa skutecznie wpłynęły długofalowo na poglądy wśród polityków. Prawica utwierdziła się w swoim stanowisku, a "doktryna polskiej większości" znalazła oddźwięk nie tylko w PSL-Piast, który uznał za niebezpieczne sprzeciwianie się jej, ale także na lewicy, która ustąpiła z aktywnej walki o prawa mniejszości w obawie, że przyniesie to więcej szkody niż pożytku (a nawet sama przyjęła pewne subtelne antysemickie klisze). Trochę długo, ale naprawdę uważam książkę za wartą przeczytania. Pokazuje szczegółowo nie tylko kwestie polityczne, ale, może przede wszystkim, też wydźwięk i odbiór społeczny całej sprawy. Książka jest solidnie podbudowana bibliograficznie, zwłaszcza od strony źródeł prasowych. Jeśli chodzi o wady, to może za bardzo skupiła się na samej Warszawie kosztem reszty Polski, chociaż jest to trochę zrozumiałe biorąc pod uwagę, że większość akcji tamtych wydarzeń toczyła się w stolicy. Bardzo polecam i pewnie wkrótce wezmę się za "Zabójstwo Narutowicza" od Ośrodka Karta.
Szuwaks - awatar Szuwaks
ocenił na 9 1 rok temu

Cytaty z książki Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Migracje, migranci. O czym warto wiedzieć, by wyrobić sobie własne zdanie