Zjadanie Buddy. Życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin
(2020)
[Eat the Buddha: Life and Death in a Tibetan Town]
„Niniejsza książka to przede wszystkim spisana historia mówiona, zebrana ze wspomnień Tybetańczyków z Ngawy” (str. 323) – miasta w powiecie o tej samej nazwie, położonego w autonomicznej prefekturze Tybetańskiej i Qiang Ngawa (Aba), w prowincji Syczuan, na terenie Płaskowyżu Tybetańskiego, na południu historycznego regionu Amdo.
W trakcie gromadzenia materiałów, kolejnych rozmów i wyjazdów do Ngawy, zrodził się „[…] zamiar opowiedzenia jej dziejów przez historie życia zwykłych Tybetańczyków” (str. 353) – wraz z reporterką (1959), wsłuchujemy się w głosy dawnych i obecnych mieszkańców, reprezentujących różne generacje. Wielu z nich, pod wpływem sytuacji politycznej i z pobudek ekonomicznych, opuściło Tybet. Część bohaterów, nie godząc się z chińskimi rządami, odbiera sobie życie lub ginie w trakcie protestów*.
Reportaż podzielono na cztery części: lata szalonych kampanii Mao (1958-1976, z uwzględnieniem wcześniejszych dekad chińskiej wojny domowej); okres reform i względnej liberalizacji pod kierownictwem Deng Xiaopinga (1976-1989); czas porzucenia nadziei o demokratyzacji, przy jednoczesnym utrzymaniu prężnego rozwoju gospodarczego (1990-2014); zamordystyczne rządy Xi Jinpinga, który nie zamierza zwolnić fotelu przewodniczącego (2014-2020)**.
Zjadanie Buddy to typowy reportaż, ratujący od zapomnienia tragedie tysięcy Tybetańczyków. Skupia się na najtrudniejszych doświadczeniach i codziennych zmaganiach z opresyjnym systemem, oraz współżyciu z chińską większością, stopniowo zasiedlającą tereny etnicznie tybetańskie. Opowiada o dojmującym braku swobody, utrudniającym adoracje duchowego przywódcy***, zwykłe przemieszczenie czy wyjazd za granicę; pisze o prześladowaniach, nowoczesnej inwigilacji i wykluczeniu cyfrowym, marginalizacji języka oraz wymuszonej sinizacji. Odbywa się to przy jednoczesnej, stopniowej poprawie poziomu życia przeciętnego Tybetańczyka i zaawansowanych inwestycjach w infrastrukturę. Dziś, nikt nie niszczy już klasztorów – robi się z nich atrakcje turystyczne****. Tybetańczycy mogą awansować społecznie, uczyć się i rozwijać – pod warunkiem, że będą to robić w języku mandaryńskim. Przemyślane działania Partii prowadzą do stopniowego wynaradawiania, tracenia poczucia odrębności i wrastania w chińską codzienność*****.
__________________________
* Najmocniej wybrzmiewa historia księżniczki Gonpo, córki króla Mei. Niektórym postaciom poświęcono więcej miejsca, innym mniej, a część tylko dopełniają obszerniejsze narracje. Jednak wszystkie są ważne.
Opowieści mieszkańców Ngawy i okolicznych osad są równorzędne, wszyscy tworzą jedna społeczność dawnego królestwa. Część z nich uciekła do Indii, zasilając tybetańską społeczność skupioną wokół Dalajlamy, i to tam dzieliło się swoimi doświadczeniami (np. wspomniana Gonpo Tso).
** Siedzi tam do tej pory (stan na 2026), i chyba nigdzie się nie wybiera.
*** „XIV Dalajlama zapowiada, że będzie żył 113 lat w obecnym wcieleniu, czyli odejdzie w roku 2048 lub 2049. 10 marca 2011 oświadczył, że »dobrowolnie rezygnuje ze swojej dalszej reinkarnacji« […]” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tenzin_Gjaco).
**** W 2001 rząd przemianował Gyalthang (chiń. Zhongdian) w tybetańskiej autonomicznej prefekturze Diqing/Dêqên w Junanie na Shangri-La (!).
***** Nad Wisłą, po 123 latach zaborów, sytuacja Tybetańczyków powinna być szczególnie dobrze rozumiana. A jednak pogodziliśmy się z istnieniem ChRL, i zamiast destabilizować ten chory twór, jako Zachód, wykarmiliśmy go na własnej piersi.
Ciekawostka: w Warszawie, na Woli, jest rondo Tybetu – pierwotnie to miało być rondo Wolnego Tybetu, ale ambasada ChRL zaprotestowała: Tybet nie może być wolny, musi być chiński. A my się do tego pokornie przychyliliśmy… (Ciekawostka w ciekawostce: przy rzeczonym rondzie, od strony Odolan, pobudowano patodeweloperskie osiedle Bliska Wola (de facto już na dalekiej Woli), które potocznie ochrzczono Hongkongiem, z uwagi na małe metraże i duże zagęszczenie… ale to już dziedzictwo pobrytyjskie, nie komunistyczne).
•
„Tematem mojej poprzedniej książki była Korea Północna*, która – przyznaję – intrygowała mnie częściowo dlatego, że była właściwie zamknięta dla gości z Zachodu Gdy już postanowiłam, że opisze jakieś tybetańskie miasto, skupiłam się na Ngawie. Chciałam się dowiedzieć, co aż tak szczególnego się tam znajduje, skoro rząd chiński chce to ukryć przed światem. Dlaczego tak wielu spośród mieszkańców Ngawy zdecydowało się unicestwić swoje ciało w jeden z najstraszniejszych możliwych sposobów?” (str. 9).
„[Od 2009] Do listopada 2019 roku samospaliło się stu pięćdziesięciu sześciu Tybetańczyków; mniej więcej jedna trzecia z nich pochodziła z Ngawy lub jej okolic” (str. 265).
__________________________
** Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej [Nothing to Envy: Ordinary Lives in North Korea] (2009, wyd. polskie: 2010). Reportaż pochłonąłem przed 2013, z ogromnym zainteresowaniem, i niestety – nic na jego temat nie wynotowałem. Szczególnie zapadła mi pamięć historia topienia psa (celem późniejszego spożycia przez wygłodniałego chłopca-tułacza). Z perspektywy dwudziestoparolatka który oglądał Defiladę (1989) Fidyka z mieszaniną niedowierzania i fascynacji, i miał wówczas ogromny głód informacji nt. KRLD, była to książka świeża i miażdżąca.
•
Nie trzeba być sinologiem, aby zwrócić uwagę na szereg błędów dotyczących kwestii merytorycznych, istotnych z punktu widzenia przedstawianego tematu, oraz przemilczenia faktycznego statusu terenów etnicznie tybetańskich, a znajdujących się poza Tybetańskim Regionem Autonomicznym (autonomii w ramach prefektur i powiatów)*. Obok błędów powstałych w translacji, tekst zawiera sporo powtórzeń, z rzadka zasadnych, i inne błędy konstrukcyjne (np. urwany wątek uciekiniera; brak daty początkowej mimo podania finalnej, która pada dopiero później; dublowanie informacji w sąsiadujących zdaniach).
Mimo, iż do tekstu wkradło się trochę pomyłek, które powinny zniknąć w redakcji lub zostać sprostowane w przypisach, rdzeń pracy został wykonany dobrze. Barbara Demick zebrała istotne informacje, przedstawiła je ciekawie i zrozumiale, a druga Barbara, Gadomska, dobrze oddała jej myśli (6/10 – gdyby nie błędy merytoryczne, ocena byłaby o punkt wyższa).
________________________
* Dopiero w przypisach końcowych i słowniczku pojawia się formalna nazwa autonomicznej prefektury Ngawa.
•
„W którymś momencie Chińczycy odkryli, że w buddyjskich klasztorach można znaleźć nie tylko skarby cywilizacji tybetańskiej, ale także rzeczy potencjalnie nadające się do jedzenia. Bębny zrobione ze skór zwierzęcych dawało się zjeść pod warunkiem długiego gotowania – żołnierze wiedzieli jak to zrobić, bo zjedli już własne pasy, rzemienie karabinów, skórzane torby i lejce. Teraz jedli nawet figurki wykonane z mąki jęczmiennej i masła. Piszą o tym Jianglin Li i Mathew Akester, uczeni, którzy dokładnie zbadali ten okres na podstawie odnalezionego pamiętnika. Jedna z przytaczanych przez nich anegdot pochodzi z pamiętników Wu Faxiana, byłego komisarza politycznego pierwszej armii Mao. Pisze on:
[…] Zabrał ze sobą kilka małych (figurek) Buddów, umył je do czysta, a następnie zalał woda i ugotował. Wszystkie były zrobione z mąki i naprawdę dobrze smakowały. (…)
[…]
Tybetańczycy, którzy przeżyli tamte czasy, mówią, że to, co Chińczycy jedli, to tormy, ofiary wotywne, które nie są właściwie figurkami Buddy. Jeśli jednak chodzi o Chińczyków, uważali oni, że dosłownie jedzą Buddę. Wiedzieli, że to świętokradztwo, ale mało ich to obchodziło” (str. 42-43)*.
__________________________
* Tytuł książki to jednocześnie tytuł rozdziału drugiego (str. 31).
•
UWAGI (wyd. I z 2021, tłum. Barbara Gadomska):
Z cyklu wydawca wie lepiej: „życie i śmierć w tybetańskim miasteczku” zmieniono na „życie tybetańskiego miasteczka w cieniu Chin”, a jak komunikuje autorka już na początku, aspekt śmierci jest przejmujący i istotny. Gdyby nie polityka ChRL, nie byłoby śmierci z powodu głodu, kul, w wyniku prześladowań, nie byłoby samospaleń.
Str. 7 – „Wschodnia część tybetańskiego płaskowyżu granicząca z prowincjami Syczuan, Qinghai, Gansu i Junan, jest teoretycznie dostępna dla każdego […]” – autorka wprowadza czytelnika w błąd: 1) wschodnia i południowa część Wyżyny Tybetańskiej znajduje się na terenie wymienionych prowincji; 2) odnośnie dostępności, chodzi jej o tę część Tybetu, która znajduje się poza Tybetańskim Regionem Autonomicznym, i w większości funkcjonuje jako autonomiczne prefektury. (Na str. 10 prostuje tę informację, ale nie w sposób pełny).
Tybetański Region Autonomiczny (https://pl.wikipedia.org/wiki/Tybet_(region)#/media/Plik:Historyczny_Tybet_Mapa-pl.png) to tylko południowo-zachodnia część historycznego Tybetu, który tworzą Amdo, Kham i Ü-Tsang, ponadto wpływy tybetańskie sięgają na drugą stronę Himalajów, do północnych Indii, Nepalu i Bhutanu, gdzie żyje ludność kulturowo i etnicznie bliska sąsiadom z Płaskowyżu. (Np. indyjski Ladakh to cześć historycznego Tybetu Zachodniego).
Po obaleniu cesarstwa, chińscy nacjonaliści traktowali zachodnie prowincje zamieszkałe przez Tybetańczyków jako integralną cześć Chin. Po objęciu władzy, komuniści dokonali reorganizacji tych terytoriów, nadając części ziem status prefektur autonomicznych: ok. połowy prowincji Syczuan stanowią prefektury autonomiczne Garzê i Ngawa, gdzie znajduje się tytułowe miasteczko o tej samej nazwie (Ngawa przypisana jest również tybetańskiemu ludowi Qiang). Ponadto w syczuańskiej prefekturze Liangshan utworzono autonomiczny powiat Muli. Większość prowincji Qinghai, biorącej swą nazwę od jeziora, to prefektury autonomiczne: Mongolsko-Tybetańska Prefektura Autonomiczna Haixi, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Haibei, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Hainan, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Huangnan, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Yushu, Tybetańska Prefektura Autonomiczna Golog (Golok, Guoluo). W prowincji Junan znajduje się Tybetańska Prefektura Autonomiczna Diqing, w Gansu Tybetańska Prefektura Autonomiczna Gannan i autonomiczny powiat Bairi (chiń. Tianzhu) w graniach miasta Wuwei. (Poza tym komuniści zajęli tę część Tybetu, która była niezależna, i utworzyli na jej obszarze Tybetański Region Autonomiczny).
Podsumowując: nacjonaliści nie mieli interesu w odtwarzaniu niezależnego Tybetu w granicach etnicznych, (https://en.wikipedia.org/wiki/Kham#/media/File:Tibetischer_Kulturraum_Karte.png), a komunistom też nie było to na rękę, dlatego utrzymali granice z czasów cesarstwa i rządów Kuomintangu, dodatkowo dokonując aneksji Ngari, Ü-Tsang i zachodniego Khamu.
Płaskowyż Tybetański (Wyżyna Tybetańska): „Granice Wyżyny Tybetańskiej są wyraźnie zarysowane przez potężne łańcuchy górskie. Na północy są to Kunlun, Ałtyn-Tag i Qilian Shan, na południu – Himalaje, na zachodzie – Pamir i Karakorum, na wschodzie – Hengduan Shan” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Wy%C5%Bcyna_Tybeta%C5%84ska). Sięgają poza Chiny.
Str. 16-17 – na mapie ChRL wyodrębniono Sinkiang i TRA… wziąwszy pod uwagę treść książki – nie ma to większego sensu. Mapa powinna ukazywać historyczny Tybet na tle obecnych prowincji ChRL i państw Subkontynentu Indyjskiego.
Str. 30/75 – „rosyjski dżip”, „dżipa”, „rosyjskim dżipie”, „dżip” – ten „jeep” to najpewniej radziecki gazik (ГАЗ-69).
Str. 31 – z kosmosu nie widać Wielkiego Muru…
Str. 193 – błędne użycie terminu „Chiny kontynentalne” w rozumieniu Chin właściwych, etnicznych, w opozycji do Tybetu.
Str. 195 – nie haracz, tylko mandat, ewentualnie łapówka za przymknięcie oka na „[…] zepsuty tylny reflektor albo niezapięty pas […]”.
Str. 197 – „Nie miał pojęcia kto jest prezydentem Chin [sic!]” – przewodniczącym, w ChRL nie ma urzędu prezydenta.
Str. 206 – zburzenie Drugiej Świątyni w Jerozolimie miało miejsce w roku 70, nie 66 (!).
Str. 287 – „[…] zniósł ograniczenie kadencyjności stanowiska prezydenta […]” – przewodniczącego (vide uwaga do str. 197).
W reportażu nie pojawia się ani razu nazwa Xikang (https://pl.wikipedia.org/wiki/Xikang), dotycząca prowincji istniejącej w latach 1939–1955, której zachód włączono do Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, a wschód do Syczuanu. Tam też znajduje się tytułowe miasteczko Ngawa.
Str. 10 – Louisa Vuittona – jeśli Louis Vuitton czyta się „lui witą”, to jaki sens ma deklinacja, której się nie używa, zapisana w dodatku w błędy sposób?; str. 40 i dalej – Chiang Kai-Shek – transkrypcja skopiowana 1:1 z amerykańskiego oryginału, w Polsce przyjęła się forma Czang Kaj-szek; str. 42 – podmieniony dwukropek i kropka (w angielskich tytułach, po części głównej, stawia się dwukropek; w polskich kropkę); str. 65 – „[…] arystokracji i klasztorów, które także posiadały znaczne połacie ziemi” – użycie „także” sugeruje wspomnienie jakichś innych latyfundystów… ale nic takiego nie pada; str. 75 – stosy dokumenty (dokumentów); str. 81 i dalej – nazwę kampanii Wielki Skok Naprzód zapisano dużymi literami, w przypadku innych wymienionych tylko pierwszy człon jest z dużej (?); str. 99 – „[…] ich udział w Hongchengu został usankcjonowany przez Mao […]” – słowo „Hongcheng” zostało tu użyte tak, jakby oznaczało jakiś proces, czynność, praktykę… tymczasem jest to imię jednego z bohaterów książki, Honchenga Taszi, (zapewne przybrał je od rodzinnej miejscowości, o takiej praktyce czytamy w książce 2-3 razy), na str. 290 mowa o frakcji Czerwonej Gwardii „Hongcheng” – po przeczytaniu ok. 200 stron niejasność zyskuje sens (!); str. 116 – drugi raz to samo co str. wcześniej (115) nt. zniknięcia ulicznych handlarzy (błąd konstrukcyjny); str. 124 – z zaskoczeniem zobaczył (spostrzegł); str. 175 – wypełnionych kadzidłem (wypełnionych dymem z kadzidła); str. 220 – o tym, że Shenzhen leży nieopodal Hongkongu już było, a także o tym, że to tutaj w latach osiemdziesiątych rozpoczęto wdrażać kapitalizm (wcześniej pojawiły się i inne przypomnienia, ale były bardziej na miejscu); str. 230 – w domu-w domu; str. 236 – przykrycie głowy (nakrycie…); str. 253 – niego (nich); str. 277 – powtórzenie informacji o filii klasztoru założonej w ‘90 – zbędne, czytelnik raczej ma to w pamięci; str. 298 – powtórzenie informacji o udziale samobójców z Ngawy (1/3 całości), oraz że Meruma wzięła swą nazwę od dynastii Mei; str. 293 – niepotrzebne powtórzenie informacji o pobycie Cegjama w Indiach; str. 344 – region (regionu).
Opinia
Polacy jednak potrafią pisać reportaże. Co i rusz się o tym przekonuję, a zwłaszcza kiedy przeczytam książkę taką jak ta poświęcona życiu w Korei Południowej. Napisał ją młody polski kulturoznawca, który wiele lat jako student spędził w Korei, dzięki czemu mógł dotknąć tego, co zwykle umyka tym, którzy są tam tylko na chwilę, bo zwiedzali albo znają kraj z opowieści innych. Zdecydowanie Roman Husarski dobrze poznał Koreę, bo pisze nie o tym, co ją wyróżnia kiedy o niej mówimy, ale pisze o tym, co zwykle jest ukryte dla oczu zewnętrznej publiczności, a dostrzegane dopiero wtedy, kiedy poznajemy ją mieszkając w tym miejscu. Pisze więc o rzeczach, których trudno szukać w innych reportażach. Mnie w szczególności zadziwił wątek religii i w ogóle religijności Koreańczyków, bo zwykle myśląc o Korei wyobrażamy sobie, że jest to kraj na wskroś przesiąknięty azjatyckimi systemami religijnymi, a jednak to chrześcijanie stanowią tam większość wyznawców. Chrześcijanie, którzy z jednej strony wpisali się w misję prozelityzmu, z drugiej konkurują między sobą o dusze Koreańczyków. Jest sporo o braciach zza północnej granicy, ale z perspektywy uciekinierów, którzy nie zawsze i nie wszędzie są mile witani i szybko adaptują się do życia, jakie zapewnia Korea Południowa. Jest też sporo o kolonializmie i dziedzictwie zniewolenia japońskiego, jakie noszą w sobie Koreańczycy, a także o relacjach między indywidualizmem a duchem wspólnoty, w którym ten pierwszy musi ustąpić pola potrzebom kolektywu. Książkę naprawdę polecam, bo potrafi wniknąć daleko głębiej niż reportaż filmowy dostępny na platformie YouTube. To lektura, która otwiera oczy na mniej znane aspekty życia w Korei Południowej i pozwala zrozumieć tamtejszą codzienność z perspektywy osoby, która rzeczywiście tam mieszkała i odczuła na własnej skórze lokalne realia.
Polacy jednak potrafią pisać reportaże. Co i rusz się o tym przekonuję, a zwłaszcza kiedy przeczytam książkę taką jak ta poświęcona życiu w Korei Południowej. Napisał ją młody polski kulturoznawca, który wiele lat jako student spędził w Korei, dzięki czemu mógł dotknąć tego, co zwykle umyka tym, którzy są tam tylko na chwilę, bo zwiedzali albo znają kraj z opowieści innych....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to