Pasja do filmu animowanego, a w szczególności do pewnych jego segmentów i stylistyk, potrafi tworzyć nowe wymiary, wynosić kulturę masową na coś dużo szerszego, rozleglejszego niżeli tylko na ,,poziom miałkiej rozrywki do ogarnięcia w czasie wolnym, gdy dzieci nie wrzeszczą za uszami i obiad na jutro już dawno ogarnięty”. Jeśli uwielbia się to, czemu człowiek oddaje się w swoim – jakże w dzisiejszych pędzących non-stop na 6-tym biegu rozpędzonych i zadyszanych w pogoni ku ciągłemu sukcesowi, zdobywaniu więcej i robienia więcej – nader cennym tak zwanym ,,czasie wolnym”, to nie istnieje coś takiego czy ktoś taki, jak znudzony lub ogarnięty w ramach swoich pasji i zainteresowań egzystencjalną pustką i niemocą geek. Pasja i towarzysząca jej dobra energia, mimo wszystko ten ,,wieczny optymizm” lub najgorzej ,,optymizm neutralny” to rzecz najważniejsza szczególnie w obecnym świecie, w którym dóbr w segmencie rozrywki mamy nieprzebraną wręcz masę, w której można ciągle odnajdywać coś dla siebie, trwając przy tym z odpowiednim umiarem, lub całkowicie negatywnie się w tym zatracić, kompletnie nie wiedząc ,,co w tym popkulturowym bagnie” ze sobą zrobić.
Jedną z nazwijmy to ,,umiejętności” praktycznych (choć to zdanie, może przyjmować nieco bardziej subiektywne namaszczenie opiniotwórcze) przydatnych geekom czy ogólnie pasjonatom danej części popkultury jest konsekwentność w wyborze ,,tego a tego”, co się chce doświadczać i głównie czerpać z tego określone profity, którymi przeważnie jest… osobista satysfakcja, radość i ,,dokarmianie” swej głodomorkowej pasji, którą szanujący się geek, cóż, uwielbia w ten sposób szanować. I co najważniejsze, konsekwentność jest wrogiem chaosu, a w dzisiejszych czasach, w tym dziwacznym szaleństwie na punkcie ,,filomozo-serialozy”, do której to dostęp jest tak łatwy, tak powszechny, nietrudno jest o ,,zachorowanie” na tego rodzaju zaraźliwe szaleństwo. Choroba nieustającej konsumpcji, stety bądź nie, jest wszechobecna i tyczy się to praktycznie każdej dziedziny naszego życia. Stąd ta konsekwentność oraz równowaga, by wiedzieć ,,co, jak i dlaczego się chce” robić i doświadczać w naszych drogich nam ponad wszystko pasjach. Rozwaga w popkulturowej dozie moich pasji, zwłaszcza – o czym lekko napomknąłem w akapicie powyżej – zaprowadziła mnie do przyjrzenia się ponownie pewnym odcinkom pewnego anime, a nie zmusiła do niepotrzebnego sięgania ,,co dzień to po nowe i nowe tytuły czy to filmu, czy jakiegokolwiek serialu, a by mieć więcej i chcieć więcej”, co z kolei pchnęło mnie do sięgnięcia po kolejny tom źródła na podstawie, którego właśnie ta serialowa produkcja z kraju kwitnącej wiśni powstała, a której to, jak zresztą w przypadku serialu i filmu animowanego tak u mnie jest, uwielbiałem i wciąż uwielbiam poświęcać swój czas.
Tym ,,pewnym” anime oraz owym ,,źródłem”, o którym powyżej mowa staje się ,,Hellsing” – w wersji serialowej to tytuły ,,Hellsing” oraz wersja ,,Ultimate” a w wydaniu mangi, nazwijmy to, jest to ,,klasyczne” Hellsing, od którego tak naprawdę wszystko co w tym Świecie powstało do dnia dzisiejszego się na dobre zaczęło i ciągle w pewien sposób ewoluuje. Samo ,,Hellsing” to jedno z najoryginalniejszych Uniwersów tematycznych wywodzących się wprost z popkulturowego oceanu możliwości Japończyków, przeznaczonych dla nastoletnich i dorosłych widzów ze względu na ,,konkretną i nie patyczkującą się z niczym, nie biorącą jeńców na swój krwisty i wampirzy pokład” narrację; to przykład opowieści łączącej fantastykę, klimaty historyczne, wiktoriańskie z elementami średniowiecza czy współczesności, jak i horror oraz w miarę dynamicznie prowadzoną akcję z nutką intrygi w tle, gdzie wszystko to potrafi funkcjonować w miarę spójnej strukturze: fabule oraz rzeczywistości kreowanej wraz z postaciami i ich wątkami w tle. ,,Hellsing”, bez względu na to czy mówimy tu o medium komiksowym czy małoekranowym, jest profesorem, ot olimpijczykiem w opowiadaniu swej dość złożonej historii obrazem, poprzez który, nie inaczej, dostajemy pełną emocji i wyrazistości podrasowaną wersję przygód i licznych wątków z intensywnymi intrygami ,,polit-religijnymi w tle”. I są to te przygody, te opowieści, w tym przypadku wiążące pewne Organizacje Kościelne oraz coś temu przeciwnego: umarlaków, demony, strzygi, istoty nocy i zła, przy czym jeden z wampirów ,,chodzących za dnia” istot, pracuje ,,na usługach tejże Instytucji, której szefuje Sir Integra Hellsing. Gdyby nie warstwa graficzna, w tytule tym byłoby zbyt dużo i zbyt naraz – fabuła bez odpowiedniego rysunku w mandze i dozowania w tego rodzaju komiksie czerni, konturów, kadrów, kreślenia odpowiednimi zabiegami technicznymi przez mangaków emocji... by nie istniała. To samo można powiedzieć o serialu – montaż, reżyseria animacji klatka po klatce, dobór koloru, samej ścieżki dźwiękowej i temu podobne akcenty produkcyjne – bez odpowiednio zadbanych tego rodzaju aspektów w anime, ,,Hellsing” jako dość dobry i przykuwający uwagę na dłużej ,,animiec” by nie istniał. Dlatego też, z mojej perspektywy pasja do animacji, to pasja do opowieści ruchem, do obrazu; tak samo mam z komiksami czy mangami, z których adaptuje się potem takie tytuły jak ,,Hellsing” właśnie – bo w medium komiksowym ruch jest również istotny; to opowieść zaklętym w czasie ruchem, jakby wybrane klatki odtworzono na wybranym kadrze, umieszczono w zgrany sposób, aby rysunki przedstawić jako ciągłą i spójną historię, która ,,aktywnym ruchem”, ożywa, stając się nim dopiero w naszej wyobraźni.
Refleksje, jak te powyżej, w których tkwi podstawa szacunku do pasji, którą jest animacja i jej pierwowzory, a głównie te wybrane konsekwentnie treści, zaprowadziły mnie do sięgnięcia po tom 3 komiksu pióra zdolnego jak zawsze Kohty Hirano, mangi pt. ,,Hellsing”. I tym razem nasz autor nie zawodzi, ciągnąc linię fabuły tytułu w sposób zrównoważony, raz bardziej dynamicznie, raz pozwalając sobie na nieco więcej dramatycznej, miejscami głębszej historii i kreację większej dozy informacji o tym Uniwersum w wybranym przez siebie kierunku. I ten kierunek nabiera coraz szerszych i bardziej namacalnych ,,kształtów” – w tomie trzecim widać wyłaniającą się konsekwentność twórczą, która będzie prowadzić fana w podróż do coraz to bardziej skomplikowanych, pełnych intensywniejszych emocji historii, wydarzeń, relacji, plus nie zapomnijmy w tym względzie o zwrotach akcji (tych w omawianej części mangi zdarzyło się kilka, lecz są one tu jedynie sądzę preludium do tego, co Kohta Hirano przygotował zapewne w tomach 4, 5, 6 i dalszych), które mogą niejednemu czytelnikowi albo poprawić albo pogorszyć humor. Całość opowieści tomu, ot jego główna linia fabuły, jest tak samo intensywna, co lekka, intrygująca, także pełna rozluźniającego humoru. W ostateczności nie jest ona tu wyraźnie skomplikowana; zaczyna się dość luźno, ale i zachwycająco – bo ów luz ma tu sens, jest grą wstępną do tego, co ,,tu się będzie wyprawiać!” - od rysunków, które zaczynają kreować Alucarda oraz Waltera rozmawiających o losie Victorii Seras, czyli o tym jak przetransportować ją na pewien obszar, a w pewnym momencie kończąc takowy wątej na ,,finiszu” tego transportu. Wplata się w to chytry ,,śmiechołek” – humor, który ma ciekawy design graficzny. Po wstępie, o samej Seras nie będzie aż tak głośno. Hirano przygotował po prostu grunt do tego, aby wyprowadzić narrację na nieco szersze w dynamice wody. Zaczyna się festiwal walk i piekła, który będą chciały sprawić sobie walczący nawzajem. Zaczyna się jatka i prawdziwa egzekucja, gdzie Hirano zdążył jdnak wprowadzić nawet trochę dramaturgii, zmieniając miejscami jej ,,nasycenie” poprzez epickie wstawki satyrycznego rysunku, jako swojego komentarza, jak i jednocześnie jako reakcji (przeważnie jest to Seras) postaci na dane zdarzenie. I tego nie da się zapomnieć.
Tom 3 warto pamiętać jeszcze z jednego powodu: to w nim poznajemy omamionego wizją podboju świata, apodyktycznego, totalitarnego ,,spadkobiercę” hitlerowskich planów i zamiarów, tzw. ,,Majora”. Jego historia wbija się tu podstępnie, ale jeszcze nie rozwija w pełni skrzydeł – na to przyjdzie czas, co każdy oglądający wersję zwykłą bądź ,,Ultimate” tego Uniwersum, wie do czego będzie zdolny traktujący świat jak zabawę i jedno wielkie pole bitwy tenże ,,Major” właśnie. Nie ustępuje mu jednak elegancik w garniturze i kapeluszu, Tubalcain, którego pochodzenie i pozycja w światku przestępczym nie została do końca wyjaśniona; antagonista, który mimo tego ,,jak skończył!” podczas sekwencji rozrysowanych epicko (ach ta czerń i fizyczne przemiany oraz ,,uwolnienia” Alucarda z zaklęć, ta czysta furia i zło, z którym nic nie ma szans!) pojedynków z Sir Alucardem, pozostaje jedną wielką tajemnicą, tym bardziej, że warte zapamiętania będą jego tzw. ,,moce”: za pomocą talii kart potrafił ciskać we wroga rozmaite zaklęcia bądź pociski energetyczne. Teoretycznie dobra nasza, że ktoś taki został przez autora stworzony – dodatkowe ,,mięso armatnie” do ukazania, ot taki prowodyr, tego jak potężny może być Alucard.
Oj, Panie Alucardzie, no co z ciebie wyrośnie. Tak, sam Alucard zaciekawił swoim stosunkiem do ,,wykonywanego zawodu". Dał się poznać, i to jest intrygujące, jako ktoś neutralny wobec tego ,,czy komuś robi krzywdę czy nie, bez względu na warunkowania moralne i inne dylematy”. Ów sługa Organizacji Hellsing – co jest bardzo istotne dla zrozumienia głębszego wymiaru tego (anty)bohatera, a zostało to przedstawione w tym tomie właśnie – podkreślił, iż jest swego rodzaju ,,egzekutorem”, przedłużeniem ,,palca bożej sprawiedliwości” Integry, której poleceń słucha, i cokolwiek stanie się z jej polecenia, jakie będą tego skutki, nawet dla niczemu winnych i bezbronnych ludzkich dusz, będzie to jej brzemieniem, jej winą bądź radością. Tom warty zapamiętania, warty śledzenia kolejnych wydań z cyklu.
Opinia
Gusta – tak, to one są bardzo ważnym elementem, wręcz wykładnikiem tego, jaką formę ostatecznie przyjmuje kultura, czy kultura masowa, jako ta integralna część tego co nazywamy rozrywką. I co istotne, jak mówi nam pewne porzekadło to ,,gusta zawsze pozostaną gustami”; zawsze będziemy na granicy subiektywno-obiektywnego ,,punktu widzenia" danego zjawiska, rzeczy, książki czy filmu, jak to zwykle bywa podczas oceniania czy recenzowania czegoś, co nas interesuje i zajmuje nasz jakże cenny w pędzącym na złamanie karku ku cywilizacyjnemu postępowi Świat. Już na przestrzeni jednego gatunku, tematu, danego Uniwersum nasze popkulturowe upodobania w gronie fanów czy zwykłych zjadaczy chleba doświadczających danego wątku, tytułu, stylu czy nurtu mogą wręcz meandrować w nieprzewidywalnym kierunku: zmieniać się bardzo szybko i znacząco. I weźmy na to duży temat w kulturowej ,,masówce”, najsolidniej owinięty wokół filmu i serialu, a obecnie nieco mniej w książce, czy komiksie. I jest to ,,wampiryzm" czy inaczej mówiąc wątek ,,strzyg” lub ,,krwiopijców”. Ten a'la ,,filmowy" element wszystkiego, co audiowizualne co tworzymy, w tym wampirzym przypadku mjsolidniej owinięty jest wokół gałęzi horroru, thrillera, fantasy, kryminału i temu podobne, niekiedy nawet z domieszką komedii.
Istnieje jednak pewna seria mangi, na podstawie której zrealizowano dwa wyjątkowo dobre seriale anime z wampiryzmem w roli głównej: "Hellsing" oraz "Hellsing: Ultimate". Za nim zasmakowałem pierwszego, a obecnie drugiego tomu japońskiego komiksu, który był podstawą, ot kanwą na bazie której zrealizowano ów serial, o tym samym co mangowy twór tytule: "Hellsing", któremu to poświęcam w większości ów tekst, wszystko to, co kojarzyło mi się ze strzygami, ghulami, ,,dziećmi nocy" i temu podobne mary, co budowało moją wiedzę i doświadczenie z tym szerokim wątkiem, tematem i informacjami w popkulturze, ,,smakowałem” naprawdę wielu różności tego motywu. Doszło kiedyś do takiej sytuacji, iż przypadkowo oglądnąłem pewien film, ni to komedię, ni to coś z kina kiczowatości pełnego bezguścia, ni to z jakiejkolwiek konkretnej parodii – tym tytułem okazała się produkcja: "Wampiry i Świry" z 2010 roku. I co ciekawe pamiętam ,,to coś" w miarę dobrze, mimo iż było to totalnie wybebeszające moje (i chyba wasze również, jeśli macie podobne zdanie o tym filmie) stabilne pojęcie o tym czym jest wampir i wampiryzm w popkulturze. Można uważać tą filmową inność za coś tak samo głupiego jak i fajnego, ale w sam raz wystarczającego na chillout i mega relaks; za coś, co jest w stanie jedynie popsuć nasze prywatne zdanie i opinię o ,,istotach nocy" w kinie i serialu. Z drugiej strony filmy czy nawet i seriale takie jak "Wampiry i Świry" są potrzebne dla każdego zorientowanego w temacie widza czy fana: w ten sposób nasze gusta i pasje są w stanie dość szybko się wyklarować, gdyż wtedy wiemy czego unikać a czego nie, na czym po prostu najzwyklej w świecie powinno się skupić. Krąg tematyczny i tytułowy się zwęża, a nas może ogarnąć jedynie spokój i zdecydowanie w tym przypadku ,,kinematograficzno-wampirowej” pasji. Ta niby-parodia, o której mowa udowodniła mi jeszcze jedno: zbyt mało wiem i nie wszystko widziałem z gatunku, podgatunku, czy samej subkultury w popkulturze, jeśli chodzi właśnie o wampiryzm i temu podobne monstra. Oczywiście "Wywiad z wampirem", kanon Lugosiego sprzed prawie 100 lat, "Van Helsing" z Jackmanem, wybitne "Dracula" Coppoli - to tylko cząstka tego, co w kinematografii jest w tym temacie wręcz klasyczne i piękne. Ale tak dziwne doświadczenie jak seans z "Wampiry i Świry" skierowało mnie ku re-watchowi "Hellsing: Ultimate" i doświadczeniu jeszcze jednego tytułu: ,,krwiopijczego" drugiego tomu mangi Kohty Hirano pt. "Hellsing", o którą tak niniejszym mi się rozchodzi.
Nie każdy z nas jest tym ,,największym, tym jedynym!” fanem, i to ortodoksem, wampirów, strzyg, czy lykanów w ,,masówce”. To również tyczy się i mnie; miłośnikiem Istot Nocy i różnych fantazyjnych monstrów (poza Godzillą!) w popkulturze, niestety, nie jestem, ale mam spory sentyment i szacunek do postaci Blade'a z Marvela, z serii filmów sprzed ery MCU z udziałem tej postaci, oraz do Alucarda, czyli głównego ni to antagonisty, ni to protagonisty bohatera mangi i anime, o których piszę. Siłą rzeczy, tą naturalną z racji takiej ,,alucardowej” pasji kwestią czasu będzie ogarnięcie wszystkich tomów Hellsinga od Pana Hirano. Na ten moment jednak zatrzymałem się na finale drugiego, z którego całości jestem niesłychanie zadowolony. A co do gustów, nas, popkulutorowiczów, o czym napomknąłem nieco wcześniej, po raz kolejny poprzez tom 2 alucardowych przygód w mandze potwierdza się to jak kapryśna, falująca w różnych kierunkach potrafi być natura naszego zdania, upodobań, gustów. Manga ta podkreśla siłę samego horroru w tym medium, samo to, że o wampirach właśnie i temu podobnych stworach grozy wciąż chcemy czytać i doświadczać ich różnorodności akurat w formie tak nieźle skrojonego japońskiego komiksu, który nie jest tym samym, co mega popularny ,,wampirzy” film lub serial live action. Ogólnie rzecz biorąc w kwestii porównania Uniwersum Hellsing, czyli zestawienia jego anime do mangi zyskałem ,,podwójne szczęście” – chodzi o fakt, iż lektura tomu 2 graficznej opowieści Hirano okazała się tak samo intensywnym i dobrym przeżyciem, co manga pilotowa autora, ba!, dużo lepszym doznaniem niżeli oglądanie anime tego Świata w wersji podstawowej w odcinkach odpowiadających temu, co znalazło się w tomach 1 i 2 owych komiksów. W ,,dwójce” dostajemy solidniejsze tąpnięcie w kwestii dynamiki akcji, szybkości narracji i jej płynności w takim tempie – choć to bardziej subiektywne wtrącenie - że aż zostałem bezdyskusyjne tym świetnym aspektem tytułu przyszpilony do ściany. Tak, drugi tom w kwestiach jakości i tempa przedstawiania historii w Świecie Hellsinga jeńców nie bierze, i takie do było dobre! Równie mocno, choć delikatnie, ot ciut gorzej ma się sprawa z szatą graficzną omawianego wydania niezrównanego Kohty Hirano.
Mówiąc w subkulturze animemango-geeków: tak zwana ,,kreska" w części drugiej mangowego Hellsinga w moim odczuciu okazała się zbyt ostra i nieco uboga w podaż czerni i kontrastu między strefami ,,bielszym” a tymi ciemniejszymi na kadrach. Aż nadto ,,krawędzista". Sylwetki postaci pozostają bez zmian w stosunku do tomu 1, wciąż są fantazyjnie kreślone, miejscami nie aż tak potężne jak to było w seriach anime Hellsinga. Ważne jest to, że grafika idzie krok w krok z tym, co kreuje niniejszym scenariusz. Czytelnik czuje tu pewną stabilność narracji - nie może mieć on powodów do nudy, tym bardziej, że sam wątek Alucarda i krnąbrnej jeszcze wtenczas Wiktorii zaczyna nabierać rumieńców. Wizualnie emocje stają się po prostu ,,większe” i pełniejsze, mimo iż ostrość ,,kreski” kieruje nas ku ,,głosie o zbytniej agresywności”. Do gry zaczynają wchodzić kolejni przeciwnicy Organizacji, którą (na szczęście) steruje Integra Hellsing, zaczyna się robić jeszcze żywiej i barwniej w tej kwestii w stosunku do pilota mangowej serii – aż strach pomyśleć o tym, co czeka nas w tym elemencie w kolejnych i kolejnych tomach. Tu dzieje się na tyle dobrze i dużo, że brakuje tylko monstrualnie klimatycznej ścieżki dźwiękowej z Ultimate albo serii podstawowej tego ,,animajca”.
"Hellsing" no.2 to kolejne wydanie mangi, które zaraz po "Full Color Saiyan Saga, tom 1" (ostatnio przeze mnie czytane) posiada, co warto to jako zaletę tytułu wypunktować: piekielnie istotną, dla wybrednego i dokładnego fana, numerację stron. Może wydawać się to proste, a nawet zbyteczne, ale ostatecznie staje się to niezwykle pomocne dla każdego geeka, w sytuacji gdy w tomie tym zauważasz tak ciekawy element odnoszący się do poziomu mocy Alucarda i inkantacji, które wampirzy lord przywołuje, jak świetnie narysowane i dobrze dobrane w czerń odcienie fragmenty rysunku to potwierdzające. Odnośnie tego rodzaju i ogólnej specyfiki charakterystyki rysunku Pana Kochty, jak wspomniałem wcześniej ogólna szata graficzna może tu dawać nieco ,,lekko do życzenia", ale przy takich kreacjach Alucarda, o których piszę - i to świadczących o potędze i zmysłowości wyobraźni naszego mangaki - który uwalnia się spod pieczęci Hellsingów (przynajmniej chwilowo) i sprawia prawdziwe piekło jednemu z tzw. Braci, którzy są antagonistami tomu, powinniśmy być w stanie wybaczyć autorowi wiele, nawet te nie zawsze pasujące i odpowiednie do akcji, rodzaju fabuły, kreślonych wątków etc. konturówki i tuszowania. Delikatna kreska i odpowiedni dobór odpowiednio ciemnej czerni dla Alucarda, który zrzuca wszelakie ograniczenia swojej pierwotnej mocy, faktycznie pasują tu jak ulał. A to paradoksalnie jest ta konsekwentność – ta wiara w to, co i dlaczego się robi i czemu ma to służyć. Hirano uparcie trzymał się swojego stylu i wizji tego Uniwersum, a jak widać przyniosło to koniec końców pewne pozytywne skutki.
Scenariusz tomu punktuje w prostych, ale jednocześnie opartych o istotne dla rozwoju fabuły i treści w całym Uniwersum informacje, dialogach. W dymkach, które przyjmują tu różne formy w zależności od kontekstu i przebiegu akcji komiksu, autor nie patyczkuje się z intencją wlania w swoje postaci odrobiny szczerej brutalności, zwłaszcza bezwzględnego zła i emocjonalnej patologii bijącej od pewnych ,,antagonistycznych sylwetek”, patrz: wspomnianych ,,Braci”, które idealnie oddają to, czym i jacy są i dlaczego dokonują tak paskudnych i barbarzyńskich aktów agresji te właśnie postaci. Fakt, może to być przykład ,,mało inteligentnych” dialogów, ale dla tego Uniwersum, jego gatunku, tak prostych i agresywnych złoli takie ,,linijki tekstu” pasują idealnie, boostując te negatywne cechy u agresorów jeszcze bardziej.
A to, co z ,,braćmi” się stało… sami pomyślcie i dopiszcie sobie zakończenie, skoro taką mocą dysponuje Alucard, a ,,kamerdyner” Organizacji za bardzo mu nie ustępuje w swej sile i możliwościach. Na tym nie koniec: coraz bardziej, z tomu na tom, daje o sobie znać kreacja cynicznego, podłego i zawistnego, lubiącego bawić się w kotka i myszkę z wszystkim i wszystkimi co spotka na swej drodze, Alexandra Andersona, szefa XIII oddziału watykańskiego. To w końcu jego Jednostce przeznaczony jest również dodatek do tomu: ,,Crossfire”, którego za żadne skarby nie można przegapić!
Gusta – tak, to one są bardzo ważnym elementem, wręcz wykładnikiem tego, jaką formę ostatecznie przyjmuje kultura, czy kultura masowa, jako ta integralna część tego co nazywamy rozrywką. I co istotne, jak mówi nam pewne porzekadło to ,,gusta zawsze pozostaną gustami”; zawsze będziemy na granicy subiektywno-obiektywnego ,,punktu widzenia" danego zjawiska, rzeczy, książki czy...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to