Hellsing t.2

Okładka książki Hellsing t.2
Kohta Hirano Wydawnictwo: J.P. Fantastica Cykl: Hellsing (tom 2) komiksy
190 str. 3 godz. 10 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Hellsing (tom 2)
Tytuł oryginału:
Hellsing
Data wydania:
2004-01-01
Data 1. wyd. pol.:
2004-01-01
Liczba stron:
190
Czas czytania
3 godz. 10 min.
Język:
polski
ISBN:
8389505649
Tłumacz:
Rafał Rzepka
Średnia ocen

                7,6 7,6 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Hellsing t.2 w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Hellsing t.2



książek na półce przeczytane 882 napisanych opinii 333

Oceny książki Hellsing t.2

Średnia ocen
7,6 / 10
447 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
668
664

Na półkach:

Gusta – tak, to one są bardzo ważnym elementem, wręcz wykładnikiem tego, jaką formę ostatecznie przyjmuje kultura, czy kultura masowa, jako ta integralna część tego co nazywamy rozrywką. I co istotne, jak mówi nam pewne porzekadło to ,,gusta zawsze pozostaną gustami”; zawsze będziemy na granicy subiektywno-obiektywnego ,,punktu widzenia" danego zjawiska, rzeczy, książki czy filmu, jak to zwykle bywa podczas oceniania czy recenzowania czegoś, co nas interesuje i zajmuje nasz jakże cenny w pędzącym na złamanie karku ku cywilizacyjnemu postępowi Świat. Już na przestrzeni jednego gatunku, tematu, danego Uniwersum nasze popkulturowe upodobania w gronie fanów czy zwykłych zjadaczy chleba doświadczających danego wątku, tytułu, stylu czy nurtu mogą wręcz meandrować w nieprzewidywalnym kierunku: zmieniać się bardzo szybko i znacząco. I weźmy na to duży temat w kulturowej ,,masówce”, najsolidniej owinięty wokół filmu i serialu, a obecnie nieco mniej w książce, czy komiksie. I jest to ,,wampiryzm" czy inaczej mówiąc wątek ,,strzyg” lub ,,krwiopijców”. Ten a'la ,,filmowy" element wszystkiego, co audiowizualne co tworzymy, w tym wampirzym przypadku mjsolidniej owinięty jest wokół gałęzi horroru, thrillera, fantasy, kryminału i temu podobne, niekiedy nawet z domieszką komedii.

Istnieje jednak pewna seria mangi, na podstawie której zrealizowano dwa wyjątkowo dobre seriale anime z wampiryzmem w roli głównej: "Hellsing" oraz "Hellsing: Ultimate". Za nim zasmakowałem pierwszego, a obecnie drugiego tomu japońskiego komiksu, który był podstawą, ot kanwą na bazie której zrealizowano ów serial, o tym samym co mangowy twór tytule: "Hellsing", któremu to poświęcam w większości ów tekst, wszystko to, co kojarzyło mi się ze strzygami, ghulami, ,,dziećmi nocy" i temu podobne mary, co budowało moją wiedzę i doświadczenie z tym szerokim wątkiem, tematem i informacjami w popkulturze, ,,smakowałem” naprawdę wielu różności tego motywu. Doszło kiedyś do takiej sytuacji, iż przypadkowo oglądnąłem pewien film, ni to komedię, ni to coś z kina kiczowatości pełnego bezguścia, ni to z jakiejkolwiek konkretnej parodii – tym tytułem okazała się produkcja: "Wampiry i Świry" z 2010 roku. I co ciekawe pamiętam ,,to coś" w miarę dobrze, mimo iż było to totalnie wybebeszające moje (i chyba wasze również, jeśli macie podobne zdanie o tym filmie) stabilne pojęcie o tym czym jest wampir i wampiryzm w popkulturze. Można uważać tą filmową inność za coś tak samo głupiego jak i fajnego, ale w sam raz wystarczającego na chillout i mega relaks; za coś, co jest w stanie jedynie popsuć nasze prywatne zdanie i opinię o ,,istotach nocy" w kinie i serialu. Z drugiej strony filmy czy nawet i seriale takie jak "Wampiry i Świry" są potrzebne dla każdego zorientowanego w temacie widza czy fana: w ten sposób nasze gusta i pasje są w stanie dość szybko się wyklarować, gdyż wtedy wiemy czego unikać a czego nie, na czym po prostu najzwyklej w świecie powinno się skupić. Krąg tematyczny i tytułowy się zwęża, a nas może ogarnąć jedynie spokój i zdecydowanie w tym przypadku ,,kinematograficzno-wampirowej” pasji. Ta niby-parodia, o której mowa udowodniła mi jeszcze jedno: zbyt mało wiem i nie wszystko widziałem z gatunku, podgatunku, czy samej subkultury w popkulturze, jeśli chodzi właśnie o wampiryzm i temu podobne monstra. Oczywiście "Wywiad z wampirem", kanon Lugosiego sprzed prawie 100 lat, "Van Helsing" z Jackmanem, wybitne "Dracula" Coppoli - to tylko cząstka tego, co w kinematografii jest w tym temacie wręcz klasyczne i piękne. Ale tak dziwne doświadczenie jak seans z "Wampiry i Świry" skierowało mnie ku re-watchowi "Hellsing: Ultimate" i doświadczeniu jeszcze jednego tytułu: ,,krwiopijczego" drugiego tomu mangi Kohty Hirano pt. "Hellsing", o którą tak niniejszym mi się rozchodzi.

Nie każdy z nas jest tym ,,największym, tym jedynym!” fanem, i to ortodoksem, wampirów, strzyg, czy lykanów w ,,masówce”. To również tyczy się i mnie; miłośnikiem Istot Nocy i różnych fantazyjnych monstrów (poza Godzillą!) w popkulturze, niestety, nie jestem, ale mam spory sentyment i szacunek do postaci Blade'a z Marvela, z serii filmów sprzed ery MCU z udziałem tej postaci, oraz do Alucarda, czyli głównego ni to antagonisty, ni to protagonisty bohatera mangi i anime, o których piszę. Siłą rzeczy, tą naturalną z racji takiej ,,alucardowej” pasji kwestią czasu będzie ogarnięcie wszystkich tomów Hellsinga od Pana Hirano. Na ten moment jednak zatrzymałem się na finale drugiego, z którego całości jestem niesłychanie zadowolony. A co do gustów, nas, popkulutorowiczów, o czym napomknąłem nieco wcześniej, po raz kolejny poprzez tom 2 alucardowych przygód w mandze potwierdza się to jak kapryśna, falująca w różnych kierunkach potrafi być natura naszego zdania, upodobań, gustów. Manga ta podkreśla siłę samego horroru w tym medium, samo to, że o wampirach właśnie i temu podobnych stworach grozy wciąż chcemy czytać i doświadczać ich różnorodności akurat w formie tak nieźle skrojonego japońskiego komiksu, który nie jest tym samym, co mega popularny ,,wampirzy” film lub serial live action. Ogólnie rzecz biorąc w kwestii porównania Uniwersum Hellsing, czyli zestawienia jego anime do mangi zyskałem ,,podwójne szczęście” – chodzi o fakt, iż lektura tomu 2 graficznej opowieści Hirano okazała się tak samo intensywnym i dobrym przeżyciem, co manga pilotowa autora, ba!, dużo lepszym doznaniem niżeli oglądanie anime tego Świata w wersji podstawowej w odcinkach odpowiadających temu, co znalazło się w tomach 1 i 2 owych komiksów. W ,,dwójce” dostajemy solidniejsze tąpnięcie w kwestii dynamiki akcji, szybkości narracji i jej płynności w takim tempie – choć to bardziej subiektywne wtrącenie - że aż zostałem bezdyskusyjne tym świetnym aspektem tytułu przyszpilony do ściany. Tak, drugi tom w kwestiach jakości i tempa przedstawiania historii w Świecie Hellsinga jeńców nie bierze, i takie do było dobre! Równie mocno, choć delikatnie, ot ciut gorzej ma się sprawa z szatą graficzną omawianego wydania niezrównanego Kohty Hirano.

Mówiąc w subkulturze animemango-geeków: tak zwana ,,kreska" w części drugiej mangowego Hellsinga w moim odczuciu okazała się zbyt ostra i nieco uboga w podaż czerni i kontrastu między strefami ,,bielszym” a tymi ciemniejszymi na kadrach. Aż nadto ,,krawędzista". Sylwetki postaci pozostają bez zmian w stosunku do tomu 1, wciąż są fantazyjnie kreślone, miejscami nie aż tak potężne jak to było w seriach anime Hellsinga. Ważne jest to, że grafika idzie krok w krok z tym, co kreuje niniejszym scenariusz. Czytelnik czuje tu pewną stabilność narracji - nie może mieć on powodów do nudy, tym bardziej, że sam wątek Alucarda i krnąbrnej jeszcze wtenczas Wiktorii zaczyna nabierać rumieńców. Wizualnie emocje stają się po prostu ,,większe” i pełniejsze, mimo iż ostrość ,,kreski” kieruje nas ku ,,głosie o zbytniej agresywności”. Do gry zaczynają wchodzić kolejni przeciwnicy Organizacji, którą (na szczęście) steruje Integra Hellsing, zaczyna się robić jeszcze żywiej i barwniej w tej kwestii w stosunku do pilota mangowej serii – aż strach pomyśleć o tym, co czeka nas w tym elemencie w kolejnych i kolejnych tomach. Tu dzieje się na tyle dobrze i dużo, że brakuje tylko monstrualnie klimatycznej ścieżki dźwiękowej z Ultimate albo serii podstawowej tego ,,animajca”.

"Hellsing" no.2 to kolejne wydanie mangi, które zaraz po "Full Color Saiyan Saga, tom 1" (ostatnio przeze mnie czytane) posiada, co warto to jako zaletę tytułu wypunktować: piekielnie istotną, dla wybrednego i dokładnego fana, numerację stron. Może wydawać się to proste, a nawet zbyteczne, ale ostatecznie staje się to niezwykle pomocne dla każdego geeka, w sytuacji gdy w tomie tym zauważasz tak ciekawy element odnoszący się do poziomu mocy Alucarda i inkantacji, które wampirzy lord przywołuje, jak świetnie narysowane i dobrze dobrane w czerń odcienie fragmenty rysunku to potwierdzające. Odnośnie tego rodzaju i ogólnej specyfiki charakterystyki rysunku Pana Kochty, jak wspomniałem wcześniej ogólna szata graficzna może tu dawać nieco ,,lekko do życzenia", ale przy takich kreacjach Alucarda, o których piszę - i to świadczących o potędze i zmysłowości wyobraźni naszego mangaki - który uwalnia się spod pieczęci Hellsingów (przynajmniej chwilowo) i sprawia prawdziwe piekło jednemu z tzw. Braci, którzy są antagonistami tomu, powinniśmy być w stanie wybaczyć autorowi wiele, nawet te nie zawsze pasujące i odpowiednie do akcji, rodzaju fabuły, kreślonych wątków etc. konturówki i tuszowania. Delikatna kreska i odpowiedni dobór odpowiednio ciemnej czerni dla Alucarda, który zrzuca wszelakie ograniczenia swojej pierwotnej mocy, faktycznie pasują tu jak ulał. A to paradoksalnie jest ta konsekwentność – ta wiara w to, co i dlaczego się robi i czemu ma to służyć. Hirano uparcie trzymał się swojego stylu i wizji tego Uniwersum, a jak widać przyniosło to koniec końców pewne pozytywne skutki.

Scenariusz tomu punktuje w prostych, ale jednocześnie opartych o istotne dla rozwoju fabuły i treści w całym Uniwersum informacje, dialogach. W dymkach, które przyjmują tu różne formy w zależności od kontekstu i przebiegu akcji komiksu, autor nie patyczkuje się z intencją wlania w swoje postaci odrobiny szczerej brutalności, zwłaszcza bezwzględnego zła i emocjonalnej patologii bijącej od pewnych ,,antagonistycznych sylwetek”, patrz: wspomnianych ,,Braci”, które idealnie oddają to, czym i jacy są i dlaczego dokonują tak paskudnych i barbarzyńskich aktów agresji te właśnie postaci. Fakt, może to być przykład ,,mało inteligentnych” dialogów, ale dla tego Uniwersum, jego gatunku, tak prostych i agresywnych złoli takie ,,linijki tekstu” pasują idealnie, boostując te negatywne cechy u agresorów jeszcze bardziej.

A to, co z ,,braćmi” się stało… sami pomyślcie i dopiszcie sobie zakończenie, skoro taką mocą dysponuje Alucard, a ,,kamerdyner” Organizacji za bardzo mu nie ustępuje w swej sile i możliwościach. Na tym nie koniec: coraz bardziej, z tomu na tom, daje o sobie znać kreacja cynicznego, podłego i zawistnego, lubiącego bawić się w kotka i myszkę z wszystkim i wszystkimi co spotka na swej drodze, Alexandra Andersona, szefa XIII oddziału watykańskiego. To w końcu jego Jednostce przeznaczony jest również dodatek do tomu: ,,Crossfire”, którego za żadne skarby nie można przegapić!

Gusta – tak, to one są bardzo ważnym elementem, wręcz wykładnikiem tego, jaką formę ostatecznie przyjmuje kultura, czy kultura masowa, jako ta integralna część tego co nazywamy rozrywką. I co istotne, jak mówi nam pewne porzekadło to ,,gusta zawsze pozostaną gustami”; zawsze będziemy na granicy subiektywno-obiektywnego ,,punktu widzenia" danego zjawiska, rzeczy, książki czy...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

823 użytkowników ma tytuł Hellsing t.2 na półkach głównych
  • 751
  • 72
503 użytkowników ma tytuł Hellsing t.2 na półkach dodatkowych
  • 252
  • 131
  • 44
  • 37
  • 16
  • 8
  • 8
  • 7

Inne książki autora

Kohta Hirano
Kohta Hirano
Mangaka, urodzony w Tokio. Sławę zdobył dzięki mandze ,,Hellsing".
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Balsamista #1 Mitsukazu Mihara
Balsamista #1
Mitsukazu Mihara
"Balsamisty" autorstwa Mitsukazu Mihary. To nie jest zwykła manga, to raczej jakieś mistyczne wejście do świata, w którym śmierć i życie splatają się w nierozerwalny węzeł. W tym tomie Mamiya Shinjirō, nasz główny bohater i profesjonalny balsamista, wprowadza nas w swoje codzienne doświadczenia ze śmiercią i pamięcią o zmarłych. **Wprowadzenie do Świata Shinjirō:** Ten pierwszy tom to takie wprowadzenie w świat Shinjirō - pokazuje, jak wygląda jego praca, jakie ma przemyślenia i jakie historie przewijają się przez jego zakład. Jest to świat, gdzie śmierć to nie koniec, ale nowa opowieść. Każda historia zmarłej osoby, z którą się spotykamy, to jakby osobny rozdział w życiu Shinjirō. **Szczegóły, które Rzucają się w Oczy:** Mamy tu kilka naprawdę wyrazistych postaci: od tragicznie zmarłej baletnicy, przez samolubnego modela, po zegarmistrza żyjącego wspomnieniami. Te postacie nie tylko tworzą tło dla pracy Shinjirō, ale też dodają głębi całej opowieści, pokazując różne aspekty śmierci i pamięci. **Styl i Atmosfera:** Mihara narysowała ten świat w sposób niezwykle sugestywny. Styl jest prosty, ale ma w sobie coś hipnotyzującego. Scenerie są skromne, co pozwala skupić się na emocjach i myślach postaci. Ten pierwszy tom jest jak otwieranie drzwi do czegoś dużo większego, dające poczucie, że to dopiero początek podróży. **Podsumowując:** Tom pierwszy "Balsamisty" to świetne wprowadzenie w uniwersum, gdzie śmierć i życie przeplatają się na każdym kroku. To nie tylko opowieść o pracy balsamisty, ale też o tym, jak różnie ludzie radzą sobie ze stratą i pamięcią. Daje mocne 8/10 za oryginalność, głęboką treść i styl, który wyróżnia się na tle innych mang. Jeśli szukasz czegoś, co zmusza do myślenia i czujesz się gotowy na podróż po mrocznych, ale fascynujących ścieżkach ludzkiej egzystencji, to "Balsamista" jest dla Ciebie.
GeekPiotr - awatar GeekPiotr
ocenił na 8 2 lata temu
Hellsing t.3 Kohta Hirano
Hellsing t.3
Kohta Hirano
Pasja do filmu animowanego, a w szczególności do pewnych jego segmentów i stylistyk, potrafi tworzyć nowe wymiary, wynosić kulturę masową na coś dużo szerszego, rozleglejszego niżeli tylko na ,,poziom miałkiej rozrywki do ogarnięcia w czasie wolnym, gdy dzieci nie wrzeszczą za uszami i obiad na jutro już dawno ogarnięty”. Jeśli uwielbia się to, czemu człowiek oddaje się w swoim – jakże w dzisiejszych pędzących non-stop na 6-tym biegu rozpędzonych i zadyszanych w pogoni ku ciągłemu sukcesowi, zdobywaniu więcej i robienia więcej – nader cennym tak zwanym ,,czasie wolnym”, to nie istnieje coś takiego czy ktoś taki, jak znudzony lub ogarnięty w ramach swoich pasji i zainteresowań egzystencjalną pustką i niemocą geek. Pasja i towarzysząca jej dobra energia, mimo wszystko ten ,,wieczny optymizm” lub najgorzej ,,optymizm neutralny” to rzecz najważniejsza szczególnie w obecnym świecie, w którym dóbr w segmencie rozrywki mamy nieprzebraną wręcz masę, w której można ciągle odnajdywać coś dla siebie, trwając przy tym z odpowiednim umiarem, lub całkowicie negatywnie się w tym zatracić, kompletnie nie wiedząc ,,co w tym popkulturowym bagnie” ze sobą zrobić. Jedną z nazwijmy to ,,umiejętności” praktycznych (choć to zdanie, może przyjmować nieco bardziej subiektywne namaszczenie opiniotwórcze) przydatnych geekom czy ogólnie pasjonatom danej części popkultury jest konsekwentność w wyborze ,,tego a tego”, co się chce doświadczać i głównie czerpać z tego określone profity, którymi przeważnie jest… osobista satysfakcja, radość i ,,dokarmianie” swej głodomorkowej pasji, którą szanujący się geek, cóż, uwielbia w ten sposób szanować. I co najważniejsze, konsekwentność jest wrogiem chaosu, a w dzisiejszych czasach, w tym dziwacznym szaleństwie na punkcie ,,filomozo-serialozy”, do której to dostęp jest tak łatwy, tak powszechny, nietrudno jest o ,,zachorowanie” na tego rodzaju zaraźliwe szaleństwo. Choroba nieustającej konsumpcji, stety bądź nie, jest wszechobecna i tyczy się to praktycznie każdej dziedziny naszego życia. Stąd ta konsekwentność oraz równowaga, by wiedzieć ,,co, jak i dlaczego się chce” robić i doświadczać w naszych drogich nam ponad wszystko pasjach. Rozwaga w popkulturowej dozie moich pasji, zwłaszcza – o czym lekko napomknąłem w akapicie powyżej – zaprowadziła mnie do przyjrzenia się ponownie pewnym odcinkom pewnego anime, a nie zmusiła do niepotrzebnego sięgania ,,co dzień to po nowe i nowe tytuły czy to filmu, czy jakiegokolwiek serialu, a by mieć więcej i chcieć więcej”, co z kolei pchnęło mnie do sięgnięcia po kolejny tom źródła na podstawie, którego właśnie ta serialowa produkcja z kraju kwitnącej wiśni powstała, a której to, jak zresztą w przypadku serialu i filmu animowanego tak u mnie jest, uwielbiałem i wciąż uwielbiam poświęcać swój czas. Tym ,,pewnym” anime oraz owym ,,źródłem”, o którym powyżej mowa staje się ,,Hellsing” – w wersji serialowej to tytuły ,,Hellsing” oraz wersja ,,Ultimate” a w wydaniu mangi, nazwijmy to, jest to ,,klasyczne” Hellsing, od którego tak naprawdę wszystko co w tym Świecie powstało do dnia dzisiejszego się na dobre zaczęło i ciągle w pewien sposób ewoluuje. Samo ,,Hellsing” to jedno z najoryginalniejszych Uniwersów tematycznych wywodzących się wprost z popkulturowego oceanu możliwości Japończyków, przeznaczonych dla nastoletnich i dorosłych widzów ze względu na ,,konkretną i nie patyczkującą się z niczym, nie biorącą jeńców na swój krwisty i wampirzy pokład” narrację; to przykład opowieści łączącej fantastykę, klimaty historyczne, wiktoriańskie z elementami średniowiecza czy współczesności, jak i horror oraz w miarę dynamicznie prowadzoną akcję z nutką intrygi w tle, gdzie wszystko to potrafi funkcjonować w miarę spójnej strukturze: fabule oraz rzeczywistości kreowanej wraz z postaciami i ich wątkami w tle. ,,Hellsing”, bez względu na to czy mówimy tu o medium komiksowym czy małoekranowym, jest profesorem, ot olimpijczykiem w opowiadaniu swej dość złożonej historii obrazem, poprzez który, nie inaczej, dostajemy pełną emocji i wyrazistości podrasowaną wersję przygód i licznych wątków z intensywnymi intrygami ,,polit-religijnymi w tle”. I są to te przygody, te opowieści, w tym przypadku wiążące pewne Organizacje Kościelne oraz coś temu przeciwnego: umarlaków, demony, strzygi, istoty nocy i zła, przy czym jeden z wampirów ,,chodzących za dnia” istot, pracuje ,,na usługach tejże Instytucji, której szefuje Sir Integra Hellsing. Gdyby nie warstwa graficzna, w tytule tym byłoby zbyt dużo i zbyt naraz – fabuła bez odpowiedniego rysunku w mandze i dozowania w tego rodzaju komiksie czerni, konturów, kadrów, kreślenia odpowiednimi zabiegami technicznymi przez mangaków emocji... by nie istniała. To samo można powiedzieć o serialu – montaż, reżyseria animacji klatka po klatce, dobór koloru, samej ścieżki dźwiękowej i temu podobne akcenty produkcyjne – bez odpowiednio zadbanych tego rodzaju aspektów w anime, ,,Hellsing” jako dość dobry i przykuwający uwagę na dłużej ,,animiec” by nie istniał. Dlatego też, z mojej perspektywy pasja do animacji, to pasja do opowieści ruchem, do obrazu; tak samo mam z komiksami czy mangami, z których adaptuje się potem takie tytuły jak ,,Hellsing” właśnie – bo w medium komiksowym ruch jest również istotny; to opowieść zaklętym w czasie ruchem, jakby wybrane klatki odtworzono na wybranym kadrze, umieszczono w zgrany sposób, aby rysunki przedstawić jako ciągłą i spójną historię, która ,,aktywnym ruchem”, ożywa, stając się nim dopiero w naszej wyobraźni. Refleksje, jak te powyżej, w których tkwi podstawa szacunku do pasji, którą jest animacja i jej pierwowzory, a głównie te wybrane konsekwentnie treści, zaprowadziły mnie do sięgnięcia po tom 3 komiksu pióra zdolnego jak zawsze Kohty Hirano, mangi pt. ,,Hellsing”. I tym razem nasz autor nie zawodzi, ciągnąc linię fabuły tytułu w sposób zrównoważony, raz bardziej dynamicznie, raz pozwalając sobie na nieco więcej dramatycznej, miejscami głębszej historii i kreację większej dozy informacji o tym Uniwersum w wybranym przez siebie kierunku. I ten kierunek nabiera coraz szerszych i bardziej namacalnych ,,kształtów” – w tomie trzecim widać wyłaniającą się konsekwentność twórczą, która będzie prowadzić fana w podróż do coraz to bardziej skomplikowanych, pełnych intensywniejszych emocji historii, wydarzeń, relacji, plus nie zapomnijmy w tym względzie o zwrotach akcji (tych w omawianej części mangi zdarzyło się kilka, lecz są one tu jedynie sądzę preludium do tego, co Kohta Hirano przygotował zapewne w tomach 4, 5, 6 i dalszych), które mogą niejednemu czytelnikowi albo poprawić albo pogorszyć humor. Całość opowieści tomu, ot jego główna linia fabuły, jest tak samo intensywna, co lekka, intrygująca, także pełna rozluźniającego humoru. W ostateczności nie jest ona tu wyraźnie skomplikowana; zaczyna się dość luźno, ale i zachwycająco – bo ów luz ma tu sens, jest grą wstępną do tego, co ,,tu się będzie wyprawiać!” - od rysunków, które zaczynają kreować Alucarda oraz Waltera rozmawiających o losie Victorii Seras, czyli o tym jak przetransportować ją na pewien obszar, a w pewnym momencie kończąc takowy wątej na ,,finiszu” tego transportu. Wplata się w to chytry ,,śmiechołek” – humor, który ma ciekawy design graficzny. Po wstępie, o samej Seras nie będzie aż tak głośno. Hirano przygotował po prostu grunt do tego, aby wyprowadzić narrację na nieco szersze w dynamice wody. Zaczyna się festiwal walk i piekła, który będą chciały sprawić sobie walczący nawzajem. Zaczyna się jatka i prawdziwa egzekucja, gdzie Hirano zdążył jdnak wprowadzić nawet trochę dramaturgii, zmieniając miejscami jej ,,nasycenie” poprzez epickie wstawki satyrycznego rysunku, jako swojego komentarza, jak i jednocześnie jako reakcji (przeważnie jest to Seras) postaci na dane zdarzenie. I tego nie da się zapomnieć. Tom 3 warto pamiętać jeszcze z jednego powodu: to w nim poznajemy omamionego wizją podboju świata, apodyktycznego, totalitarnego ,,spadkobiercę” hitlerowskich planów i zamiarów, tzw. ,,Majora”. Jego historia wbija się tu podstępnie, ale jeszcze nie rozwija w pełni skrzydeł – na to przyjdzie czas, co każdy oglądający wersję zwykłą bądź ,,Ultimate” tego Uniwersum, wie do czego będzie zdolny traktujący świat jak zabawę i jedno wielkie pole bitwy tenże ,,Major” właśnie. Nie ustępuje mu jednak elegancik w garniturze i kapeluszu, Tubalcain, którego pochodzenie i pozycja w światku przestępczym nie została do końca wyjaśniona; antagonista, który mimo tego ,,jak skończył!” podczas sekwencji rozrysowanych epicko (ach ta czerń i fizyczne przemiany oraz ,,uwolnienia” Alucarda z zaklęć, ta czysta furia i zło, z którym nic nie ma szans!) pojedynków z Sir Alucardem, pozostaje jedną wielką tajemnicą, tym bardziej, że warte zapamiętania będą jego tzw. ,,moce”: za pomocą talii kart potrafił ciskać we wroga rozmaite zaklęcia bądź pociski energetyczne. Teoretycznie dobra nasza, że ktoś taki został przez autora stworzony – dodatkowe ,,mięso armatnie” do ukazania, ot taki prowodyr, tego jak potężny może być Alucard. Oj, Panie Alucardzie, no co z ciebie wyrośnie. Tak, sam Alucard zaciekawił swoim stosunkiem do ,,wykonywanego zawodu". Dał się poznać, i to jest intrygujące, jako ktoś neutralny wobec tego ,,czy komuś robi krzywdę czy nie, bez względu na warunkowania moralne i inne dylematy”. Ów sługa Organizacji Hellsing – co jest bardzo istotne dla zrozumienia głębszego wymiaru tego (anty)bohatera, a zostało to przedstawione w tym tomie właśnie – podkreślił, iż jest swego rodzaju ,,egzekutorem”, przedłużeniem ,,palca bożej sprawiedliwości” Integry, której poleceń słucha, i cokolwiek stanie się z jej polecenia, jakie będą tego skutki, nawet dla niczemu winnych i bezbronnych ludzkich dusz, będzie to jej brzemieniem, jej winą bądź radością. Tom warty zapamiętania, warty śledzenia kolejnych wydań z cyklu.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 9 1 rok temu
Cowboy Bebop tom 1 Hajime Yatate
Cowboy Bebop tom 1
Hajime Yatate Yutaka Nanten
Ostatnio zastanawiałem się jaki sens ma wydawanie mang opartych na anime. Pierwsza i najtrafniejsza odpowiedź jaka przyszła mi na myśl, to pieniądze. Z jednej strony ucieszą się wszyscy fani, z drugiej strony twórca i wydawca zarobią nieco grosza. Niestety jednak takie adaptacje zazwyczaj nie wnoszą nic nowego do tematu, a przykładów jest sporo. Od każdej reguły są jednak wyjątki, choć i te nie unikną błędów. Doskonałym tego przykładem jest manga „Cowboy Bebop”. Powstała w wyniku popularności kultowego już anime, po tym jak wszystkie 26 odcinków zostało transmitowanych. Nie jest to jednak adaptacja animacji, a jej uzupełnienie, kolejna porcja przygód bohaterów, których wiele z nas zdążyło pokochać. Podobnie jak w anime, śledzimy losy załogi statku kosmicznego o nazwie „Bebop”, a jest to załoga bardzo charakterystyczna. W jej skład wchodzą Spike Spiegel, wiecznie palący papierosa i z głową w chmurach, Jet Black, kapitan statku, głos rozsądku, a często także kucharz, Faye Valentine, przebiegła i często samolubna, ale zawsze wraca na pokład oraz Ed, nastoletnia hackerka, którą najbardziej zdaje się interesować jedzenie i jej kompan, pies Ein, w którego przypadku należy powiedzieć, że pozory mylą. I tom mangi, to 5 historii rozpisanych na ponad 170 stronach. Opowiadania nie wiążą się ze sobą i ciężko umieścić je w jakimś konkretnym przedziale czasowym w odniesieniu do anime, ale najwierniejszym fanom z pewnością się to uda, gdyż nieraz wspominane są pewne fakty znane tylko z serialu. Jeśli nigdy nie mieliście do czynienia z anime, to rozpoczęcie swojej przygody od lektury mangi nie jest najlepszym pomysłem. Co prawda załoga statku Bebop funkcjonuje w zasadzie na tych samych zasadach co w przypadku serialu, to autorowi nie udaje się jednak w pełni oddać jego specyficznego i wciągającego klimatu. Z animacji dowiecie się jak członkowie załogi na nią trafili i jak kształtował się relacje między nimi. W mandze z kolei oglądamy już którąś akcję z rzędu i pewne elementy zostały pominięte jako coś oczywistego dla fanów franchise’u. Na nogi nie powalają także ilustracje i grafika. Pan Yutaka Nanten w zgrabny sposób wyjaśnia na samym końcu jak w ogóle doszło do powstania tego projektu i jak sam zaznacza, był fanem serialu, ale nigdy nie miał talentu do rysowania wszelkiego rodzaju nowych technologii i elementów pochodzących z przyszłości, a takowe się tu pojawiają. Niektóre postacie wydają się być wygładzone i uproszczone, pozbawione charakteru, który w anime wprost bił z ich twarzy. Autor postarał się jednak aby jego słabsze strony mogły schować się za mocniejszymi, a są to przede wszystkim ilustracje skupiające się na pojedynczych postaciach, a nie na skumulowanej masie ludzkiej. Co się tyczy pięciu historii zawartych w tomie, to zawierają one charakterystyczny humor, sceny pościgów i pojedynków, a także zwroty akcji z których zasłynął „Cowboy Bebop”. Spike idzie do więzienia by wyciągnąć stamtąd transwestytę/mężczyznę po operacji zmiany płci, cała trójka łowców nagród zostaje poszukiwana, a Faye rusza na misję przeznaczoną jedynie dla płci pięknej. Na kartach mangi czeka na was jednak o wiele więcej przygód. Podsumowując, pierwszy tom „Cowboy Bebop”, to absolutnie przyzwoity egzemplarz, który ponownie zaprasza nas do świata tak doskonale wykreowanego przez Shin’ichiro Watanabe i Studio Sunrise 2. Jest tu w zasadzie to wszystko co mogliśmy obejrzeć w kultowym anime, jedynie muzykę musicie jakoś odtworzyć we własnej wyobraźni. Nie oczekujcie tu jednak przełomowych historii i niesamowitych odkryć dotyczących naszych bohaterów. Wszystko co najlepsze można zobaczyć w serialu, a swoją drogą nie zawsze należy zaczynać z wysokiego C. Pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika Spike’a i spółki.
Marek Wasiński - awatar Marek Wasiński
ocenił na 7 4 lata temu
Highschool of the Dead tom 2 Daisuke Sato
Highschool of the Dead tom 2
Daisuke Sato Shouji Sato
Będąc miłośnikiem tworów popkultury wszelakiej maści, w tym najbardziej anime i mangi z kraju kwitnącej wiśni, nie da się ominąć ,,wąskim" czy ,,szerokim" łukiem lub, co najgorsze, całkowicie zapomnieć wielu wysmakowanych produktów w gatunku sci-fi, sci-fi postapokalipsa, horror i dreszczowiec, czy horror post-apokalipsa. Zwłaszcza jeśli jest się tym upartym pasjonatem tajemniczych, wykreowanych dla sedna dobrej i wciągającej rozrywki Światów, jego postaci, dynamicznej narracji, a nawet fanem nie stroniącym od teoretyzowania i główkowania odnośnie wielu aspektów, elementów, postaci etc. w danym Uniwersum takowego gatunku. I nie da się nie być w tej kwestii spełnionym, ot klasycznie kimś ,,zwycięskim!", kto z dumą rzuca przed siebie słowa: ,,Veni, vidi, vici!” Bycie świadomą tego, jaką kulturę się reprezentuje, czemu się poświęca czas jednostką, i to tą jednostką, która jako część społeczności, przykładowo, fandomu mang i anime, a szerzej: takowych sci-fi czy jak to niniejszym piszę horroru lub dostawione w te nurty post-apo gatunków, ją zwyczajnie reprezentuje i w ten sposób tworzy świadomy swoich potrzeb kolektyw, to... fantastyczna sprawa. Na pewno tak się czuje każdy ,,anime-mangoholik” bez reszty zaangażowany w poznawanie, pielęgnowanie i przekazywanie walorów tych mediów wychodzących z ramienia japońskiej kultury. I to jest w tym wszystkim fantastyczne. I tak, w oczekiwaniu na jakiś ,,konkretny”, bo równy fabularnie, wciągający poprzez swą dynamikę przedstawiania całej gamy wydarzeń, mający płynne efekty specjalne komputerowe, praktyczne, a także montaż, film kinowy w materii fantastyki naukowej zmiksowanej specyficznie z horrorem, rozpoczynającym poprzez taką a nie inną konstrukcję scenariusza w danym dziele apokalipsę ludzkości spowodowaną przez mózgożerne wygłodniałe Zombie, postanowiłem jednak nie zwlekać i zająć się lekturą i jej omówieniem oraz niniejszym zrecenzowaniem: drugiego tomu mangi "Highschool Of The Dead" autorstwa Daisuke Sato oraz Shouji Sato. Ich pierwsze ,,rozdanie” z tym komiksem okazało się dość zadowalające, ale z kilkoma drobnymi potknięciami w odbiorze całokształtu przez czytelnika tomu no.1. Poznaliśmy, mimo iż było to oczywiste i przewidywalne jeśli chodzi o rozwój narracji i jej dalsze reperkusje dla tegoż to ,,Świata wstępującego do bram Zagłady”, co tak naprawdę w Uniwersum HOTD był tym stricte najpoważniejszym flagowym zagrożeniem. A były nimi ,,Zimni”, ,,Sztywni”, czy po prostu ,,Zombie” – którzy stanowili dla naszych postaci, przeważnie młodych bohaterów, wśród których ,,młodzieżą” zdaje się być jeden z wychowawców z Liceum, do którego uczęszcza nasza alejka głównych protagonistów, prowodyr do zmian w pojęciu tego, co w życiu jest najważniejsze; prowodyr do sprawdzenia tego, kto tak naprawdę we współczesnym wymiarze rozwiniętej i ,,łatwej cywilizacji” ma szansę na przetrwanie. W końcu tom 1 ,,HOTD” był bardzo intensywnym, lekko ograniczonym kursem przygotowującym tych młodych ludzi wieku około-licealnego – do początków dni apokalipsy, w których najważniejsze będzie po prostu… przetrwanie, gdzie każda własność, choćby i bardzo prywatna, intymna i ważna dla jednostki będzie pojęciem iluzorycznym, niczym anarchia lub kradzież. Tomy kolejne HOTD być może będą prawdziwą jazdą bez trzymanki i cholernie cierpkim sprawdzianem z lekcji survivalowych. W końcu wygrają najsilniejsi albo ci najbystrzejsi, a tylko frajerzy mogą w rzeczywistości, która chyli się prawdopodobnie ku upadkowi mieć totalne szczęście i przetrwać wykorzystując słabości innych i swoją zewnętrzną, ale bardzo charyzmatyczną ,,sztuczność”. I tym kimś nie oszukujmy się był Koichi Shidou, ktoś kogo mangowicze oraz animeholicy tego Uniwersum nie do końca polubili, a który w szczególności w tomie pierwszym mangi potrafił wprowadzić, mimo iż brzydkiego i agresywnego, to jednak: sporo zamieszania nadającego nieoczekiwanie większego tętna samej akcji, którą smakujemy w tym mangowym medium HOTD. Nie tylko w tomie drugim komiksu od ,,panów Sato” nauczyciel Shidou interesował mnie swoją osobą, jako postaci, która w tych konkretnych rozdziałach kolejnego cyklu mangi może nabroić i porobić ciekawego chaosu narracyjno-informacyjnego. Na pewno byli to ,,ci inni”, jeszcze nie odkryci ludzcy adwersarze, na których mogą natknąć się główni bohaterowie. I tak ,,zombie licealne realia” w tym wydaniu weszły w nieco inny dryg i tempo ukazywania kolejnych wycinków z ,,zombie-postApo” wymiaru rozgrywki jak i rozrywki, który dla tych śmiałków stawał się coraz bardziej… zbyt rzeczywisty. Na ruszt weszło sporo ,,mięska ecchi” - mimo iż w stosunku do tomu 1-ego sama dynamika w stu procentach znaczenia tego słowa dla istoty czegoś, co fabularnie kreuje się w fikcyjnej rzeczywistości, się po prostu poprawiła. Autorzy sprytnie ,,wtłoczyli” ledwo co zakryte fragmenty nie tyle co dziewczęcej, a raczej kobiecej - bo brak koloru jak dla zwykłego komiksu sporo w tej kwestii ,,odczytania ecchi” zaburza – intymności. Wyszło to na tyle dostatecznie nieodpychająco, że gdy mangowicz zaangażuje się w same wydarzenia tego tomu, ich eksplozję poprzez świetnie rozrysowane sceny i polokowane kadry na planszach, to raczej marudzić na ,,cycuchy i majteczki” nie będzie, ba!, prędzej na to puści oko niż wytknie panom Sato to prosto w twarz. I co istotne, samo HOTD to chyba najlepsze – mimo kosmetycznej tylko wadzie w postaci infantylności Ecchi i niekiedy głupotek podejmowanych przez najważniejsze postaci tej ,,Zombie młodzieżowej dramy” – cokolwiek komiksowego w tematyce szeroko pojętego Zombizmu, co istnieje na rynku popkultury. Z tego tematu, od naszych zawadiacko do post-apo horroru podchodzących Japończyków, wyziera niezobowiązująca i pędząca na złamanie karku rozrywka, bez żadnych smuteczków i płaczu, że danego bohatera nie ma już wśród nas, jak to miało miejsce chociażby w komiksach „Żywe Trupy” czy seriali na podstawie tego Uniwersum. Świetna zabawa z podstawowymi, a nie jakimiś głębokimi emocjami to w tej kwestii podstawa, tym bardziej jeśli dynamika przeważa, a intrygi i tajemnicy dostaje fan tu na deser. Tom drugi omawianej mangi stroni dość klarownie od skromności. I to co naprawdę może tu zadziwić lubiącego takowe ,,zombie multigatunkowe klimaty” geeka to… chaos idący w parze z bezpardonowością tempa ,,mielonych łbów sztywnych” i kreowanej nieprzewidywalnie narracji. Tak, brzmi to dziwnie, ale gdy wczyta się, ba!, wejrzy w bardzo drobiazgowy, lekki kreską, ale i ostry rysunek widoczny w sferze wizualnej tomu, to zrozumie się, że nie trzeba ,,pierdyliarda” linijek tekstu w dialogach w dymkach nad czy wokół postaci danej sceny. Nie, rysunek i inteligentnie do takiego scenariusza, do tak specyficznych postaci dobrane w ograniczonych ilościach dialogi (także jakość ich fizycznego przedstawienia, dostosowana do gatunku i stylu rysowania oraz specyfiki rzeczywistości) robią najlepszą robotę. I gdy stanowią tu jedność, a stanowią, to da się ten chaos polubić. Fabule i całej tu kreowanej rzeczywistości towarzyszy sporo z ,,amerykańskości”. Tu każdy chciał zaistnieć, i mieć swoje 5 minut, które miało się okazać najważniejsze. Takashi i Kouta momentami zdawali się za bardzo ,,rozpychać”… odrzucali w ten sposób na dalszy plan istotę tego, co robią inni bohaterowie. Postaci żeńskie, cóż, bywało i tak, że zostały zepchnięte nie przez mężczyzn tej opowieści, a… twórców mangi, którzy postanowili ,,za bardzo skupić się” na ich krągłościach i atrybutach kobiecości, które naprawdę są ,,solidneee!". Oczywiście zachowano granice rozsądku w takowym graficznym ,,uwydatnianiu” naszych bohaterek, bo przynajmniej ich cechy cielesne, które tak się uwypuklały sprytnie wykorzystano np. w scenach wspólnej kąpieli dziewczyn, czy przypadkowych ,,niby śmieszkowych” dotknięć w danej scenie, do której logicznie autorzy doprowadzili (np. rozgrywały się one w miejscach, które postaci czuły się stosunkowo bezpieczne, były w stabilnym towarzystwie, czyli ,,jak u siebie”) – dotknięć lub szturchnięć głowy Takashiego lub nieco rzadziej Kouty w pośladek lub krągły i obfity biust kobiety… czyli ich towarzyszek z drużyny przetrwania. Najlepsze jest to, że pierwsze dwa tomy mangi HOTD, co szczególnie uwydatnia dopiero tom 2, iż cała post-apokaliptyczna historia trwa w tym Świecie około 24h. Ale dopiero jest to doba... Można się kłócić, bo ów gatunek dla mangi jak i anime nie jest tym prawdziwym post-apo… jest jedynie wstępem do apokalipsy, być może ,,papierkiem lakmusowym”, ot próbą kontrolną tego, czy ludzkość rzeczywistości tej serii zdołała ,,odroczyć’ wyrok na cywilizacji i zapobiec epoce po zagładzie. I na moment finału omawianej mangi paczka, a raczej ,,Zgraja” Takashiego (choć moim zdaniem jest on umownym głównym charakterem; nie przewodzi w ilości kadrów w tomie na których jest rozmieszczony, co oznacza, że twórcy postawili na kreację przetrwania jednostki, ale na zasadzie współpracy w stadzie, i to w zaprzyjaźnionym i niepodzielonym niczym, bo w epoce, która może zakończyć żywot współczesnej zbiorowości gatunku ludzkiego: ,,w kupie siła!”) radzi sobie cholernie dobrze, ba!, potrafili przetrwać chwilową rozłąkę oraz postępujący chaos - czyli twórcy spisują się na takowe akty tomu no.2 dość dobrze i w miarę logicznie. Może i zabrzmi to trochę infantylnie, ale mimo wszystko te kilkanaście pierwszych rozdziałów mangi tegoż to Uniwersum to opowieść o miejscami przewrotnej i z lekka ,,przelukrowanej i przesłodzonej" (no bo w końcu odbiorca docelowy miał być niniejszym specyficzny) ale jednak… współpracy między członkami grupy i jej konsekwentności, i to współpracy w bardzo niekorzystnych warunkach... w niekorzystnych czasach. I kto by pomyślał, że ,,Syndrom rządzy mordu" - tak zostanie nazwany Zombizm w tym świecie; kto by przewidział, że w dodatku do tomu pojawi się omówienie, ot legenda, do absolutnie wszystkich broni ręcznych użytych przez postaci tych kilku rozdziałów... Wszystkich: od zwykłego klucza do dużych śrub aż po różnego rodzaju broń palną!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 7 2 lata temu
Highschool of the Dead tom 1 Daisuke Sato
Highschool of the Dead tom 1
Daisuke Sato Shouji Sato
Świetna manga w tematyce zombie, a w połączeniu z miejscem akcji, jakim jest japońskie liceum wypada to naprawdę klimatycznie. Początek wydaje się mocno naiwny, jakby fantazja nastoletniego, nieszczęśliwie zauroczonego chłopaka: „Wyobrażę sobie, że szkołę atakuje zombie i wyciągam ją z klasy w środku lekcji, ratując ją.” Założę się, że tak też powstał pomysł na tę fabułę - autor w czasach wyobrażał sobie, jak to ratuje damę z opresji. Akcja od samego początku, dużo napięcia i emocji, a bohaterowie nie są miękkimi kluchami. Przyjemnie się to czytało, jeśli chodzi o fabułę. Natomiast jeśli chodzi o naturę czysto techniczną tej mangi - nie wiem, czy to polskie wydawnictwo wprowadziło taką decyzję, czy też w innych wersjach językowych też tak jest, ale te teksty są tak rozciągnięte, że musiałam na początku przyzwyczaić oczy. Czcionka jest rozciągnięta wzdłuż, przez to litery były nienaturalnie wąskie. Podobno już nie wydają tej mangi po polsku, nie zdziwię się, jeśli to przez tę czcionkę. Śmiać mi się też chciało, ilekroć widziałam anatomię jednej z postaci - pielęgniarki szkolnej. Rysownik zrobił jej piersi niczym wymiona krowy. Miały nawet taki kształt. Niby wiem, że to ecchi, ale ohyda. Przesadził. Poza tym nie było za dużo innych elementów ecchi (styl projektowania postaci kobiecych, przeseksualizowywanie ich, ukazywanie ich w kusych stylizacjach, a nawet bez). I dobrze. 7.5/10
MagicznyKokietek - awatar MagicznyKokietek
ocenił na 8 1 rok temu
Death Note #1: Nuda Tsugumi Ohba
Death Note #1: Nuda
Tsugumi Ohba Takeshi Obata
Zawsze bałem się tej chwili, kiedy wracam do źródła czegoś, co już wcześniej mnie poraziło, bo przecież dobrze znam to uczucie, gdy anime przewraca cię na drugą stronę i zostawia z sercem bijącym szybciej niż wskazówki zegara, dobrze pamiętam japoński film, ten prawdziwy, nie zachodni karykaturalny klon, film który pachniał ulicą Tokio i miał w sobie ciężar spojrzeń, które mogłyby kroić szkło, i dlatego byłem pewien, że manga okaże się tylko szkicem, surowym zapisem, który już został wyciśnięty i przetłumaczony na język obrazu i dźwięku, a więc nic nowego, nic mocniejszego, nic więcej. A jednak od pierwszych stron zrozumiałem, że się pomyliłem, bo papier daje przewagę, cisza między kadrami dźwięczy mocniej niż cała ścieżka dźwiękowa, zatrzymany rysunek wpatruje się w ciebie dłużej niż dowolna scena animowana, a spojrzenia Obaty potrafią wwiercać się w duszę w sposób, którego ekran nigdy nie odda. Tytuł pierwszego tomu brzmi Nuda i to szyderstwo, prowokacja, bo prawdziwej nudy nie ma tu ani sekundy, to raczej detonacja, która rozciąga się w czasie i stopniowo niszczy poczucie zwyczajności, kiedy chłopak dostaje w ręce notes o boskiej mocy, niby banalny przedmiot, a jednak od razu wiadomo, że każde imię, które tam zapisze, będzie wyrokiem, że świat już nie wróci na swoje tory i że wszystko zaczyna się zmieniać. W anime była to gra intelektów, w filmie coś na kształt mrocznego spektaklu, a manga sprawia, że stajesz się świadkiem cichej obsesji, w której drżenie dłoni i zarys liter mają wagę życia i śmierci. Rysunki bywają przesadne, twarze wygięte w grymasach, czasem aż bliskie grotesce, ale właśnie to teatralne napięcie daje poczucie obcowania z rzeczywistością wypaczoną, nienaturalną, która musi wyglądać tak a nie inaczej, bo historia o notesie śmierci nie może być zwyczajna, musi być przerysowana, przyciężka, niepokojąca. A w tej przesadzie jest prawda, bo kiedy patrzysz na oczy Lighta, gdy zapisuje pierwsze imię, czujesz coś więcej niż moralny dylemat, czujesz zwykłą fizyczność śmierci, atrament na papierze, drżenie powieki, rytm oddechu, ciemność w pokoju oświetlonym lampą. Pierwszy tom nie daje jeszcze pełni tej opowieści, to dopiero rozstawienie figur na planszy, zapowiedź, że gra będzie śmiertelnie poważna, ale już tutaj widać, jak idealnie wyważona jest ta konstrukcja, jak napięcie sączy się z każdej strony. I chociaż znałem już przebieg wydarzeń, znałem zakończenia i zwroty akcji, to czytając mangę miałem wrażenie, że wracam do źródła rzeki, której bieg znałem na pamięć, ale której początkowa woda okazała się czystsza, ostrzejsza, lodowata i bardziej prawdziwa niż wszystko, co powstało później. Anime pozostaje genialne, film japoński solidny i wierny, ale dopiero manga pozwala Death Note oddychać pełnią, daje intymność i ciszę, które sprawiają, że cała historia wbija się w czytelnika jak igła i zostaje na długo. I jeśli autorzy nazwali ten tom Nuda, to chyba tylko po to, żeby zakpić z odbiorcy, bo prawdziwa nuda umiera już na pierwszej stronie, a potem zostaje tylko to dziwne przyspieszenie serca, które trzyma do samego końca.
Bob - awatar Bob
ocenił na 9 6 miesięcy temu
The Innocent Avi Arad
The Innocent
Avi Arad Junichi Fujisaku Ko Yasung
Historii na temat duszy ludzkiej w szeroko pojętej popkulturze jest całe mnóstwo, od książek, filmów na mangach kończąc. Nie jeden tytuł skupiał się na bohaterach, którzy zginęli tragiczną śmiercią, a ich bezcielesny byt pozostawał na ziemi, nie mogąc zaznać odkupienia, do momentu aż osoby odpowiedzialne za ich cierpienia nie dosięgnie ręka sprawiedliwości. Właśnie tego rodzaju fabularna treść znajduje się w mandze The Innocent pozycji, która ma już swoje lata na karku, ale nadal jest warta przeczytania. Głównym bohaterem tytułu jest prywatny detektyw Ash, który zajął się sprawą, którą nikt nie powinien się interesować. Szybko został on oskarżony, o której zbrodnię nie popełnił, a błyskawiczny proces kończy się wyrokiem skazującym go na śmierć. Jego dusza skalana wieloma grzechami nie mogła odrodzić się ponownie, dostał on jednak szansę od Rady Aniołów na odkupienie swoich win. Miał on powrócić na ziemię i stać się opiekunem ludzi podobnych do siebie. Zadanie które otrzymał, jednak niespecjalnie go interesuje, jedynym jego celem jest zemsta na osobach, które doprowadziły do jego śmierci. Nie ma co ukrywać, że pod względem fabularnym mamy tutaj do czynienia z dziełem dobrym, ale dość mało odtwórczym (tytuł powiela wiele sprawdzonych schematów). Próba pokazania głębszej treści w postaci poruszenia tematyki grzechu i odkupienia duszy jest tutaj dość mocno przytłoczona przez główny sensacyjny wątek. Zdecydowanie nie jest to wada tytułu, wręcz przeciwnie skonstruowanie stosunkowo prostej i zamkniętej jednotomowej historii, w której istotną rolę odgrywa akcja, a wszystkie wątki są należycie wyjaśnione sprawia, że całość czyta się naprawdę przyjemnie. Jeśli szuka ktoś postaci złożonych, których enigmatyczność nadaje całemu tytułowi należytego klimatu, będzie mocno zawiedziony. Twórcy w swoich założeniach postawili na pewną prostotę i akcyjny charakter tytułu. Od samego początku mamy wyraźny podział na dobrą i złą stronę. Postacie zaliczająca się do tych „mrocznych” to pod wieloma względami schematyczne „czarne charaktery”, które mają nadać tytułowi odrobiny tajemniczości i klimatu thrillera (z różnym skutkiem). Sam Ash również nie należy do bohaterów, o których można byłoby napisać, że są innowacyjni. Mamy tutaj do czynienia z połączeniem Constantina i Punishera, czyli postacią, która nie zważa na nic na swojej drodze i jest gotowa do poświęcenia wszystkiego, aby tylko dokonać zemsty. Trudno nie odnieść wrażenia, że postacie ociekają tutaj dość „amerykańskim” klimatem. Z drugiej strony nie ma się jednak temu, co dziwić skoro w pomysł stworzenia tytułu był zaangażowany Aviego Arad - założyciela amerykańskiego Marvel Studios. Cała recenzja na: https://www.popkulturowykociolek.pl/2020/02/the-innocent-recenzja-mangi.html
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 6 6 lat temu
Fullmetal Alchemist t. 3 Hiromu Arakawa
Fullmetal Alchemist t. 3
Hiromu Arakawa
Wszechświat ,,mango-animeholików”, ot miłośników japońskiej popkultury… żyje, i obecnie ma się dobrze. Tak, wciąż jest to zbiorowisko niewyobrażalnej ilości i specyficznej jakości rozrywki, które nieustannie ewoluuje i, co zabrzmi dziwnie… nieustannie ma się dobrze. Japończycy nie zwalniają, mimo iż ogólnie znani są ze spokoju ducha i stoickiego wyrachowania w sytuacjach napływu pracy. To dość świadomi tego, jaką kulturę reprezentują, czemu się poświęcają, ludzie. To naród, który w kwestii popkultury stanowi swego rodzaju kolektyw – można by rzec, że są to nader wrażliwie na efekty swojej pracy jednostki - ,,jednostki”, które tworzą tę fantastyczną społeczność w organizmie twórców rozrywki w różnej formie: od książek, przez komiksy aż po filmy i gry video. Każdy doświadczony z kulturą masową kraju kwitnącej wiśni entuzjasta, wie że zaangażowanie bez reszty w poznawanie, pielęgnowanie i przekazywanie walorów tych mediów wychodzących z ramienia japońskiej kultury właśnie, to rzecz nie do podrobienia. Tak, nasi wschodni przyjaciele, pokorni, szlachetni i lubujący się w życiu w swoim społeczeństwie w dającej im specyficzny porządek hierarchii, dali nam tak dużo, tak zróżnicowanie, tak rozmaicie, iż w połączeniu z obyczajami, tradycjami i ogólnym stylem ,,bycia i życia” tego narodu, wychodzi na to, że jakaś tam manga czy anime, które kojarzą się tak jakby z marszu z tym, co w ,,masówce” ci ludzie tworzą, to jedynie początek, malutka kropla w morzu tego, jaka w popkulturze Japonia okazuje się być wyjątkowa. I chyba nie ma co wybrzydzać, na to ,,jak dziwna jest Japonia” – na pewno dość znaczącą satysfakcję z tego, co ten kraj nam po prostu daje, odczują pragnący przygód bez liku nerdzi - przygód, które realizowane są w Japonii m.in. przez mangaków lub techników animacji i jej reżyserów. Barwne tytuły, mnoga ich ilość, zróżnicowany odbiorca, olbrzymia ilość gatunku, w którym się tworzy, specyficzny bohaterowie, często żyjący w rozbudowanym stworzonym do eksploracji Świecie, albo i w przestrzeni bardziej naturalnej, z większą dozą dramatyzmu w kreacji postaci. Wszystko to i jeszcze więcej oferuje nam, dla nas, nerdów!, świat mangi a także adaptacji mangi w formie seriali i filmów w konwencji anime. I chyba jednym z idealnych, ukazujących świetny efektywnie zrealizowany pomysł na świat przedstawiony, gatunek, na postaci, na opcję miksu dramatu bohaterów z przygodą i wątkami śledztwa i tymi z gatunku Urban-fantasy czy steampunk fantasy, Uniwersów zarówno w mandze oraz anime okazuje się ,,Fullmetal Alchemist”. Ta przestrzeń alternatywnej wizji ludzkości w określonym (tu bliskim latom 20-30-tym XX wieku) przedziale czasu, oferuje nam niezapomniany wymiar przygód, gdzie ze swego zadania wywiązuje się komiks oraz jego adaptacja, anime np. ,,Fullmetal Alchemist: Brotherhood”, które z 69 odcinkami na koncie okazuje się być na równi co manga tworem płodnym, ,,dokazującym" w barwne i nietuzinkowe historie i równie głęboko kreślone postaci Uniwersum. W przypadku ,,FA”, dla mnie jak i dla innych anime-mango-krejzoli, wszystko co związane było i jest z poznawaniem tego Uniwersum od podstaw, cóż, zaczęło się od oglądania jego… i ten kierunek nie okazał się błędęm: adaptacji, czyli wchłaniania wyżej wymienionego bogatego w sporą i dobrze rozpisaną ilość epizodów anime. Nie jest to zła i pokraczna praktyka, ale wchłanianie przygód, które w multum odcinkach ukazuje nam adaptacja, aby potem ,,cofnąć się” do źródła i ogarnąć mangę, to całkiem fajny sposób na doświadczanie japońskiej popkultury. Teoretycznie ma to swoje plusy i minusy, ale ,,manga po anime” jest formą rozrywki wręcz stworzoną dla osób, które uwielbiają zaczynać zapoznawać się z danym Światem jakby w innej pokręconej kolejności, tak aby ostatecznie z odpowiednią dozą emocji poznawać pierwowzór, a to z kolei daje niezapomnianą, niczym jakieś tabu, które się odblokowuje, satysfakcję dowiadywania się… jak to wszystko się zaczęło. I tak, z dostępnością do prawie 70 odcinków ,,FA: Brotherhood” nie miałem problemu: kiedy serial oglądałem jaki czas temu, zrobiłem to za pomocą Netflixa; wówczas ,,Misja Braci” stanowiła jeden z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych ,,animajców” dostępnych do obejrzenia na tej platformie. I tak, gdy ,,Brotherhood” zostało ukończone, dostałem w swoje ręce tom 1, a potem drugi, aż w końcu i teraz tom 3 mangi z tego Wszechświata: Fullmetal Alchemist od Hiromu Arakawy. Zanim odpowiednio wczytałem się w omawiany i recenzowany tom 3 ,,FA”, trochę jednak tego geekowskiego czasu upłynęło od skończenia mojej czytelniczej przygody z lekturą tomu 2. To nie była zabawa w kotka i myszkę z niepewnością, czy będę w miarę dobrze pamiętał to, co w cyklu no.2 serii się wydarzyło. Manga o nieustraszonych braciach alchemikach, to - tak mówiąc w skrócie - tak płynnie i ciekawie pisana i rysowana opowieść, że spora przerwa w lekturze komiksu tego Świata nie odjęła mi wiedzy i odpowiedniego kojarzenia stylistyki tego jak kreuje się Świat ,,FA”. Po dostaniu do moich spragnionych kolejnych rewelacji z mangowego wydania ,,Fullmetala” rąk tomu 3, i po kilkunastu pierwszych stronach tejże lektury, cóż, mówiąc dość delikatnie i bardzo, bardzo łopatologicznie: ,,FA” w takiej formie wciąż okazuje się dla mnie na tyle intrygujący, na tyle ciekawy, niekiedy prosty, ale i złożony oraz pełny emocji od humoru po zamyślenie, refleksję i także humor postaci, że trzecia z tegoż to alternatywnego cyklu manga to prawie że czysta zabawa, wzruszenie, rewelacja, i to do tego stopnia, iż stwierdzam śmiało: komiks w tych realiach, od tego mangaki, osadzony w tym oryginalnym Wszechświecie jest dla mnie jedną z najważniejszych pozycji w Kanonie moich ulubionych niekonwencjonalnych mang, także w Kanonie swych adaptacji. Mimo iż tom no. 3 ,,Fullmetala” początkiem w intensywności akcji tak jakby… nie grzeszył, to cholibka, ,,na gdaczące pustosłowie!”, to jak rozwija się to wydanie, jak ów tom ewoluuje w akcji, a w szczególności w kontekście pojedynku ,,Braci” i ekipy z ,,Grzechami” i pewnymi ,,niespodziewanymi gośćmi na ich drodze poszukiwań" przechodzi (może i nie to najwyższe) co najmniej ,,okazałe pojęcie”. I dobra nasza, że poprzednie dwa tomy mangi, których doświadczyłem z tego Uniwersum nakreśliły podstawy historii tytułowych Alchemików, która z każdą kolejną stroną tomu 3 rozwija się w bardzo różnych kierunkach. Oczywiście o super-zastoju w fabule i spadku jakości ,,kreski” nie ma mowy! Tom został – nie spoilerując – tak napisany i graficznie pomyślany w swym rozwoju, iż nadaje się on zarówno dla wymagających dorosłych geeków, jak i nastolatków. Powiem więcej, bakcyla do serii mang złapie tu ten czytelnik, które kontynuował ,,Fullmetala” po drugim cyklu, ale jakby tylko z czystego ,,musu”, żeby np. nie tracić ciągłości, bez oczekiwań na polepszenie historii w kolejnym tomie. Po lekturze ,,trójki” ktoś taki może dojść do wniosku, że manga wraca na konkretne tory: humor jest wpisany w konstrukt dramatyczno-polityczno-fantastyczny fabuły, co dodatkowo przeciera szlaki przed kolejnymi tomami cyklu. Tak, mangowy ,,Fullmetal” to taki ciekawy mikrokosmos – jest stabilniejszy, ciekawszy, bardziej przykuwający uwagę od swojej anime serialowej adaptacji: od postaci tu wykreowanych, wątków, aż po elementy konstrukcji rzeczywistości, to w tych aspektach manga ,,FA” góruje nad swym ,,przeniesieniem do formy animacji”, tym bardziej, że element tajemnicy i próba rozwiązania zagadki Kamienia Filozoficznego przez tytułowych braci w komiksie smakuje dżyliony-fazylionów razy lepiej niż ,,kolorowe i wprawione w ruch” anime. Manga ,,FA” zawsze musi być doceniana, zawsze! Autentyczność postaci i świetnie wykreowane ,,alternatywne realia" budowanego w ,,Alchemikach" Świata w stosunku do naszej rzeczywistości – to piekielnie mocna strona nie tylko tego tomu (i to po raz kolejny! W kreacji całego grona, zarówno antagonistów, protagonistów, postaci częściowo neutralnych, za którą to uważam ,,Bliznę", co w jego przypadku potwierdza niniejszym omawiana część mangowych przygód ,,Braci”, twórcy osiągnęli praktycznie płynną i stabilną konsekwentność!), ale i całego cyklu. Scar, Grzechy, spotykani z początku i w dalszej części tomu, poboczni bohaterowie – to wszystko ciągnie tą fabułę z gracją i energią do przodu! Niespodzianek, owszem, nie brakuje, co znowu jest cenne dla odbiorcy: sprawia że chce się pozostać z tą mangą w kolejnych i kolejnych rozdziałach, aż do zakończenia calutkiej serii. Na, nazwijmy to ,,arenie niespodziewanych potyczek” Eda i Ala pojawia się pewien odziany w dziwną płytową zbroję, ,,zaklęty" przeciwnik, a grzechy ,,Żądza” i ,,Obżarstwo (w zależności od tłumaczenia)” podążają tropem naszych ,,MC", co samo w sobie podnosi to pożądane ciśnienie i napięcie. Wszystko to jest wypadkową poszukiwania braci Elriców, nie inaczej, Kamienia Filozoficznego, ot sekretnego składnika, którego użycie pomoże im przywrócić matkę do życia a im samym ciała do właściwej postaci. W tym tomie widać to wyraźnie; nawet wątki polityczne wpasowują się w to, co muszą zrobić. To ta dwójka i ich towarzysze podzielający ich misję są z perspektywy linii fabuły najważniejsi. Ostatnie strony tomu 3 to stosunkowo lekkie zakończenie: akcja spowalnia, a zatrzymuje się na – nie spoilerując – pewnej zagadce, która wtłacza lekki suspensik w całość mangi. Co warte uwagi, dość duża ilość stron z całości zajmuje akcja, w tym walki oraz ich reperkusje czy intensywniejsze momenty poszukiwań Eda i Ala. A poboczne ,,mikro-komiksy", tak: śmiechostki na zakończenie wydania, które może i nic nie wniosą do Uniwersum, ale na pewno poprawią niejednemu czytelnikowi humor.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 8 1 rok temu
Magiczni Wojownicy - Slayers t. 1 Shoko Yoshinaka
Magiczni Wojownicy - Slayers t. 1
Shoko Yoshinaka
Świat magii nie zna granic Mamy ludzi walczących z orkami, szkołę czarodziejów, a gadające przedmioty. Mogłoby się zatem wydawać, że fantastyka to gatunek, w którym nie da się już nic nowego i oryginalnego wymyślić, ale ciągle można odnaleźć książkę, film, czy komiks, który nas oczaruje. W moim przypadku zrobili to „Magiczni Wojownicy”. O „Magicznych Wojownikach”, czyli Slayersach mogliście usłyszeć już pod koniec lat 90. kiedy to w bloku japońskich animacji na RTL 7 można było obejrzeć serial nie gorszy od samego Dragon Balla. Wszystko zaczęło się jednak od opowiadań przygodowo-fantastycznych Hajime Kanzakiego. Po ich sukcesie przyszła pora na mangę. W 2003 r. wydawnictwo J.P.F. uraczyło nas pierwszym tomem tej mangi, na który składa się pięć rozdziałów, w tym kolorowy wstęp. W nim poznajemy główną bohaterkę serii, mistrzynię czarnej magii, Linę Inverse. Jej cel jest prosty. Łupić złoczyńców i poznawać arkana magii. Jak przy okazji dobrze się naje i wyśpi, to też będzie dobrze. Już od samego początku można zorientować się, że będzie to historia pełna przygody, ale także komedii. W pierwszym tomie nie napotkamy poważniejszych wątków, ani nawet motywu przewodniego ośmio-tomowej mangi. Dużo śmiechu i walki, a to przede wszystkim za sprawą niepowtarzalnych głównych bohaterów. O Linie nieco już wspomniałem, ale warto dodać, że to jeszcze nastolatka. Na dodatek wyczulona na punkcie braku rozwiniętych atutów kobiecości. Lepiej nie mówić przy niej, że jest płaska jak deska. Zupełnie przypadkiem dołącza do niej blondwłosy rycerz, Gourry który z początku nie bierze jej na poważnie i cały czas chce ją bronić, co dla Liny jest strasznie upierdliwe. Do tego trzeba dołączyć całe grono postaci epizodycznych. Niech o talencie komediowym autora świadczy fakt, że w pierwszym rozdziale pojawia się jeden złoczyńca za drugim, jeden podobny do drugiego, a wszyscy to chytrzy bracia. Mocnym punktem zaprezentowanych w tomiku przygód jest dopracowanie walk. Ataki miecza i magii zapadają w pamięć, a bohaterowie często muszą posługiwać się swoim sprytem, a nie siłą. Shoko Yoshinaka zdecydowanie poczuł klimat tej baśniowej historii, co zobaczycie na jej kartach. Gdy dodamy do tego żarty z bohaterów, złoczyńców oraz okoliczności w których się znaleźli, powstaje wybuchowa mieszanka! Kolejnym atutem są zwroty akcji, które zdarzają się w każdym opowiadaniu i zaskoczą najbardziej oczytane osoby. Niby jakiś zwykły dziadek twierdzi, że zaprowadzi bohaterów do doliny smoków. Wydaje się, że może to być pułapka, a tu nagle okazuje się, że sam jest jednym z nich! Jeśli jesienny klimat negatywnie wam się udzielił i poszukujecie pozycji, która będzie dla was po prostu dobrym sposobem na ożywienie się i zrelaksowanie, „Magiczni Wojownicy” to tytuł stworzony na wszelaką chandrę, a to dopiero początek!
Marek Wasiński - awatar Marek Wasiński
ocenił na 6 4 lata temu
Chobits t.2 Nanase Ohkawa
Chobits t.2
Nanase Ohkawa Mokona Apapa Tsubaki Nekoi Satsuki Igarashi
Historia o tym, że prawdziwe szczęście można znaleźć… na śmietniku. Chobits, jedna z najbardziej rozpoznawalnych mang grupy CLAMP, rozważająca zagadnienie, czy sztuczna inteligencja potrafi kochać, mimo upływu czasu wciąż jest warta, żeby po nią sięgnąć. Hideki Motosuwa przenosi się ze wsi do Tokio, aby chodzić do szkoły przygotowawczej na studia. W tak dużym mieście czuje się obco, zwłaszcza, że jest zbyt biedny by pozwolić sobie na to co mają wszyscy inni dookoła – nowoczesne komputery. W tej historii przybierają one humanoidalne kształty i noszą nazwę perseconów. Ich możliwości natomiast przypominają… nowoczesne smartfony. Ku jego zaskoczeniu znajduje jeden… na śmietniku! Komputer ma wygląd ślicznej, nastoletniej dziewczyny, Hideki więc nie do końca wierząc swojemu szczęściu zabiera ją do domu. Tam w końcu udaje mu się ją uruchomić. Tak poznajemy Chii. Poza parą głównych bohaterów czeka nas plejada także innych postaci, które również wiele wnoszą do historii m.in. koleżanka Hidekiego Yumi, jego nauczycielka Shimizu, genialny chłopiec Minoru, itd. Manga należy do gatunku ecchi i romansu jednak z obowiązkowym dla tytułów grupy CLAMP drugim dnem. Początkowo zaczyna się od lekkiej komedii obejmujących wspólne życia dobrodusznego prawiczka i jego słodkiego, dopiero uczącego się świata komputerka. Z czasem historia zaczyna się pogłębiać i zmuszać czytelnika do zastanawiania się nad cięższymi zagadnieniami, takimi jak uczucia sztucznej inteligencji, czy maszyny zastąpią kiedyś ludzi oraz o poszukiwaniu tej jednej jedynej dla każdego osoby. Jest to bardzo charakterystyczne dla autorek zaczynać serię lekko, komediowo by z tomu na tom coraz bardziej plątać fabułę i wprowadzać poważniejsze klimaty. Odpowiedzi nie zostaną podane na tacy, czytelnik na wiele z nich po zakończeniu lektury będzie musiał sam sobie odpowiedzieć. Obecnie Chobits może wydawać się na pierwszy rzut oka nieco przestarzałe, technika powiem poszła znacznie do przodu. Jednak uważam, że historia jest niezwykle uniwersalna, może nawet bardziej aktualna niż była kiedyś. Kiedy manga powstawała sztuczna inteligencja była tylko ideą, obecnie urzeczywistnia się coraz bardziej. Konstruuje się także humanodialne komputery, którym co prawda jeszcze bardzo daleko do perseconów, jednak kto wie jak to będzie w przyszłości? Chobits pod względem graficznym uważam za prawdziwą perełkę. Prześliczne postacie, stroje, nawet element ecchi został moim zdaniem wykonany z wyczuciem i starannością potrafiąc doskonale udowodnić, że epatowanie naokoło wielkimi piersi nie jest niezbędne, żeby bawić i żeby się podobało czytelnikom. Wydania mangi na rynku polskim podjęło się wydawnictwo JPF. Wydanie jest bardzo ładne, można spotkać je w dwóch wariantach z i bez obwoluty, jednak po tylu latach klej w niektórych tomach trzyma już nieco słabiej i muszę uważać, żeby nie otwierać grzbietów zbyt mocno. Tłumaczenie nie każdemu może przypaść do gustu (kwestia imion), mnie na szczęście nie przeszkadzało w odbiorze w żaden sposób – czytało się bardzo przyjemnie. Polecam każdemu kto chce przeczytać dobrą, wciągającą historię, która zmusza do zastanowienia się nad pewnymi zagadnieniami i jednocześnie chce nakarmić oczy piękną grafiką. Ocena: 9/10
Kosz_z_Książkami - awatar Kosz_z_Książkami
ocenił na 9 8 lat temu

Cytaty z książki Hellsing t.2

Bądź pierwszy

Dodaj cytat z książki Hellsing t.2