Fullmetal Alchemist t. 2
,,Overlord IV" i ,,Fullmetal Alchemist: Brotherhood” to tytuły anime, które znajdują się w topce moich, ale i zapewne wielu z geeków również, seriali anime, które obejrzałem w ciągu ostatnich kilku lat. To przykłady jednych z najlepiej, najszerzej i najkonsekwentniej wykreowanych tytułów wśród seriali z kraju kwitnącej wiśni właśnie, które doświadczyłem w całym swoim popkulturowym życiu. Powiem więcej, tytuł o przygodach ,,Pana Ainza” jak i ta multiodcinkowa opowieść osadzona w alternatywnym Świecie, z motywami steampunkowymi i alchemią w tle o losach dwójki braci, Edwarda oraz Alphonse Elriców, to przykłady najbardziej stabilnie i jednocześnie otwarcie i rozlegle w świecie przedstawionym oraz najbardziej kompetentnie zrealizowanych serii anime tudzież najlepiej eksplorujących możliwości, które dają ich fabuły czy pojedyncze wątki.
I żeby było jeszcze ciekawiej omawiane powyżej animowane rewelacje nie są to typy produkcji, które są stricte świeżynkami sprzed roku czy 2 lat, które ogląda chyba każdy, bo ,,to coś jest nowe, ciekawe i trzeba obejrzeć”. Wiekowo stanowią przedział 10-15 lat łącznie, ale gdybyśmy podsumowali wiele współczesnych ,,animajców” i porównali do tej pary, to właśnie ona wyszła by zwycięsko pod każdym względem swej ,,lepsiejszości”: dynamika, kreska, bohaterowie, kapitalna oryginalność w koncepcji tworzenia wirtualnych czy alternatywnych światów z kalejdoskopowymi często mixami gatunkowymi, np. steampunkiem, horrorem i dark fantasy etc. Tak, ,,Overlord” i ,,FA: Brotherhood”, to czysta magia! Ale.. tam gdzie są ,,plusy dodatnie” są też i ,,plusy ujemne”. Najsolidniej spośród wad i licznych ,,ujemności” z tych anime mogę mieć odpowiednią ilość zastrzeżeń tylko i wyłącznie do ,,FA". W ,,Brotherhood” zabrakło zcentralizowanej i skupionej akcji i narracji: to nie JjK, AOT, czy Chainsaw Man, gdzie akcja i nietuzinkowa fabuła są najważniejsze i idą w parze, gnając do przodu sporym tempem, mega intensywnością, nie licząc się z tym jak opowiadana będzie cała historia. W tych mocno ,,rozenergetyzowanych” seriach, jakby to powiedział krytyk: ,,scenariusz się nie klei a całość jest mało spójna”, jednak dzięki mocy, którą ma ostra i szalona ,,kreska”, motywy walk z różnymi przeciwnikami i te tajemnice wokół licznych tematów, które potrafią się tu zadomowić sprawiają, że nie patrzy się na słabostki ichniejszej fabuły. W ,,Brotherhood" cała ta opowieść, od akcji, przez wątki, aż po wszystkie tajemnice związane z alchemią właśnie, wszystko to rozwija się swoim troszku koślawym tempem: jest powoli, raz dynamicznie, raz znowu dość nostalgicznie, jakby depresyjnie, a znowu kiedy indziej śmieszkowo. To jest dość specyficzne, nawet jak na rodzaj ,,alternatywnej rzeczywistości z gatunku steampunk/sci-fi" przystało, którą ta produkcja prezentuje. I to zboczenie fabuły, idące niczym w jakiś dziwny kierunek: w okolicach 3/4 sezonu (a jest on mówiąc łopatologicznie: turbo długi!) coś się zaczyna dziwnego dziać z tą serią: za dużo polityki i wątków społecznych zaczyna wchodzić w grę, a to i cała cała reszta tejże dziwnej części opowieści ,,Brotherhood”, bez dynamiki, którą mają podane wyżej serie nie zaszła tam gdzie finalnie swą kreacją caluśkiej fabuły zajść powinna.
O wiele więcej, już nawet sądząc tak po pierwszym przeczytanym tomie mangi ,,Fullmetal Alchemist” tego autora na podstawie której stworzono całe dziedzictwo tak niezwykłej produkcji z kraju kwitnącej wiśni sprzed 15 lat, o której pamięć w świadomości mas fanów zaczyna coraz bardziej zanikać, ma nam do powiedzenia Hiromu Arakawa w drugim tomie tegoż to wieloczęściowego cyklu, który zna chyba większość szanujących się ,,popkulturowców” lubujących się w tytułach z kraju kwitnącej wiśni. To właśnie ten tom potwierdza nie tylko jakość fabularną i rysunkową rozdania pilotowego mangi, ale i fakt – choć wyda się to bardziej subiektywne – że manga Arakawy zaczyna być stopniowo tak samo dobra, a niekiedy z sygnałami że może stać się lepsza, jak seria anime ,,Brotherhood”, której o czym wspomniałem wyżej w ostatniej części odcinków całości zabrakło szczerości i konsekwentności w dopięciu historii na ten ,,konkretny i ostatni stabilny” guzik. Sequel pilota komiksowego o braciach, którzy złączeniu są silną więzią krwi i alchemicznymi tajemnicami, kontynuuje to, choć na początku przez początkowe strony nie wyglądało to na aż tak bezpośrednie, co fabularnie skończył ów tom 1: pojawia się Płomienny Alchemik. To przez postać Roya Mustanga Edward tak naprawdę zaczyna wprowadzać perspektywę w fabule tomu związaną z dość dużą intensywnością historii w tomie. Tak też się stało, to miało miejsce na przestrzeni całości tych około 190 stron treści. Można odnieść wrażenie, że to Edward Erlic jest osią całego tomu, a perspektywy, czyli wątki, rozszerzenie punktu widzenia na daną sprawę w opowieści (tak jak ta z Roy’em), ulegały zamianie i były urozmaicane. Mało tego, wraz z postępem fabularnym, czytelnik zaczyna stopniowo wchodzić, i zdaje mi się iż intensywniej niż w tomie pilotowym, w bardzo oryginalnie skonstruowane dla tego Świata zasady rządzące podstawowymi prawami przyrody, czyli ichniejszej Alchemii, która w tej rzeczywistości potrafi zastąpić liczne źródła energii, na której nasza Cywilizacja się opiera.
,,Alchemicy” w omawianym niniejszym, drugim już rozdaniu mangowej opcji tego Uniwersum, najbardziej w stosunku do poprzedniego tomu, różnią się jedną, może być to dla wielu z Was zmiana kosmetyczna, graficzną charakterystyką, i to na przestrzeni całości komiksu: aspekt koloru czarnego i szarego. Fakt, barw tych jest nie aż tak znacząco, ale jednak… jakby sprawia to wrażenie, że paradoksalnie ich głębi jest więcej: chodzi o ich równomierne rozmieszczenie, nie tylko dla zaakcentowania cienia, czy bardziej ,,monstrualnej w dynamice” scenki, ale przede wszystkim dla uwydatnienia w kolorze włosów, ściany tunelu, krawędzi budynków, wypełnień przestrzeni i temu podobne. To nie jest na pierwszy rzut oka zauważalne, ale… gdy wczytamy się w to, co tom opowiada nam warstwą obrazu, zauważymy że czerń jest tu intensywna tym, że tak naprawdę jej tu nie ma, bo scala się z całością treści, którą kreuje obraz. Jeden z największych walorów wydania; można mieć tylko nadzieję, że Arakawa ze swoją ekipą nie sprawią nam zawodu w tej kwestii, jeśli sięgniemy po tomy 3, 4, 5 etc. tejże alchemicznej a’la steampunkowo-dziewiętnastowiecznej w swym klimacie opowieści.
Fabuła, tak jak w przypadku otwarcia mangi serii: składa się z 4 rozdziałów. Krótko, prawda? Nic bardziej mylnego. To cztery symetryczne i nieco bardziej skupione w akcji i narracji części, i to na tyle ciekawej i złożonej historii, że nic tutaj mangowiczowi nie jest w stanie uciec. Brak ,,koślawych” kadrów to nie ujma – zmieniają one swe wymiary rozsądnie i intuicyjnie w stosunku do tego co niesie nam ,,mięsko treści” ze scenariusza i sama wizja twórcy na narysowanie sceny. Jednym słowem: świetna robota! Da się takowy plus fizycznych rozmiarów scen w tej mandze odczuć, nawet w bardziej subtelnych i emocjonalnych momentach: sekwencja retrospekcji Edwarda, jako jego sen, który silnie przeżywa, także gdy zalewa nas nieco niespodziewanie humor, choć ,,śmieszki” nie rwały się aż tak do fabuły i atmosfery tomu, jak w poprzednim tomie: a to daje nam do myślenia, iż powaga w narracji w żadnym wypadku nie szkodzi bardzo naturalnej i żywej aurze, które prezentują bracia Elricowie w całej mandze jak i w anime, o którym wspomniałem powyżej. W okolicach 2/5 całości pozycji z ust ,,brata w Zbroi” pada bardzo ważna definicja: wyjaśnienie z jego punktu widzenia czym jest alchemia, z dopowiedzeniem ze strony Edwarda po takiej scence z czym wiąże się cały świat tak istotnie od Alchemii uzależniony, i jaką cenę płacą ludzie, którzy nie patrzą na konsekwencje jej ,,użycia” – brzmi znajomo? Tak, to wyrzuty sumienia obu braci i żal zarówno do siebie i świata za to, jaki okazał się być. Zresztą tej scenie i tak specyficznej refleksji towarzyszy ciekawe graficzne wyciszenie: akcja trochę schodzi na bok, aby pokazać, że te postaci nie są jednowymiarowi, a mają bogatą, ciekawą historię, której przy takim gatunku, przy tak wydawać by się mogło przewidywalnej konstrukcji gatunkowej tej rzeczywistości (steampunk, fantastyka, alternatywna rzeczywistość i masa polityki) mogą pozazdrościć im inni bohaterowie z bardzo podobnych Uniwersów.
Grzechy. Tom drugi częściowo należy do nich. A ,,grzechy” występują tu w fizycznej postaci homunculusów, sztucznych bytów powstałych na wskutek mrocznych praktyk związanych z alchemią, co w tej rzeczywistości jest zakazane, albo przynajmniej niepożądane. W omawianym tomie pierwsze skrzypce w tej kwestii, również jako ważne ogniwo w budowie antagonisty tej serii grają grzechy: Obżarstwo oraz Żądza. Nie pchają się ze swoją rolą w fabułę za bardzo – zdaje się są przedstawiani powoli, dość tajemniczo, czyli tak jak na sposób ich powstania przystało. Arakawa miał gust i zmysł – wiedział, że budowanie historii i roli ,,Grzechów” dla całego Uniwersum Fullmetal Alchemist będzie dobre jeśli wtłoczy się to w formie powoli rozwijanej intrygi, podstępu, tajemnicy, która na dodatek będzie powiązana z Braćmi Elric.
Co ciekawe, to ,,Żądza” kończy tom, a raczej akt jej zemsty, albo czegoś innego, co na razie nie jest do końca jasne – wydaje się, że ,,Grzechy” w mandze będą działały pchane dziwnym, niewytłumaczalnym instynktem związanym z tym, jak stworzył ich… pewien Stwórca. A minusik? Znacząco dużo takowego, czy takowych ,,ujm", w części drugiej mangowych realiów tego Uniwersum nie ma. Pstryczek w nos za to, iż w scenariuszu za późno podano historię Ishvalu, która zapewne w dalszych tomach odegra istotną rolę.
Opinia
Wszechświat ,,mango-animeholików”, ot miłośników japońskiej popkultury… żyje, i obecnie ma się dobrze. Tak, wciąż jest to zbiorowisko niewyobrażalnej ilości i specyficznej jakości rozrywki, które nieustannie ewoluuje i, co zabrzmi dziwnie… nieustannie ma się dobrze. Japończycy nie zwalniają, mimo iż ogólnie znani są ze spokoju ducha i stoickiego wyrachowania w sytuacjach napływu pracy. To dość świadomi tego, jaką kulturę reprezentują, czemu się poświęcają, ludzie. To naród, który w kwestii popkultury stanowi swego rodzaju kolektyw – można by rzec, że są to nader wrażliwie na efekty swojej pracy jednostki - ,,jednostki”, które tworzą tę fantastyczną społeczność w organizmie twórców rozrywki w różnej formie: od książek, przez komiksy aż po filmy i gry video.
Każdy doświadczony z kulturą masową kraju kwitnącej wiśni entuzjasta, wie że zaangażowanie bez reszty w poznawanie, pielęgnowanie i przekazywanie walorów tych mediów wychodzących z ramienia japońskiej kultury właśnie, to rzecz nie do podrobienia. Tak, nasi wschodni przyjaciele, pokorni, szlachetni i lubujący się w życiu w swoim społeczeństwie w dającej im specyficzny porządek hierarchii, dali nam tak dużo, tak zróżnicowanie, tak rozmaicie, iż w połączeniu z obyczajami, tradycjami i ogólnym stylem ,,bycia i życia” tego narodu, wychodzi na to, że jakaś tam manga czy anime, które kojarzą się tak jakby z marszu z tym, co w ,,masówce” ci ludzie tworzą, to jedynie początek, malutka kropla w morzu tego, jaka w popkulturze Japonia okazuje się być wyjątkowa. I chyba nie ma co wybrzydzać, na to ,,jak dziwna jest Japonia” – na pewno dość znaczącą satysfakcję z tego, co ten kraj nam po prostu daje, odczują pragnący przygód bez liku nerdzi - przygód, które realizowane są w Japonii m.in. przez mangaków lub techników animacji i jej reżyserów. Barwne tytuły, mnoga ich ilość, zróżnicowany odbiorca, olbrzymia ilość gatunku, w którym się tworzy, specyficzny bohaterowie, często żyjący w rozbudowanym stworzonym do eksploracji Świecie, albo i w przestrzeni bardziej naturalnej, z większą dozą dramatyzmu w kreacji postaci. Wszystko to i jeszcze więcej oferuje nam, dla nas, nerdów!, świat mangi a także adaptacji mangi w formie seriali i filmów w konwencji anime. I chyba jednym z idealnych, ukazujących świetny efektywnie zrealizowany pomysł na świat przedstawiony, gatunek, na postaci, na opcję miksu dramatu bohaterów z przygodą i wątkami śledztwa i tymi z gatunku Urban-fantasy czy steampunk fantasy, Uniwersów zarówno w mandze oraz anime okazuje się ,,Fullmetal Alchemist”. Ta przestrzeń alternatywnej wizji ludzkości w określonym (tu bliskim latom 20-30-tym XX wieku) przedziale czasu, oferuje nam niezapomniany wymiar przygód, gdzie ze swego zadania wywiązuje się komiks oraz jego adaptacja, anime np. ,,Fullmetal Alchemist: Brotherhood”, które z 69 odcinkami na koncie okazuje się być na równi co manga tworem płodnym, ,,dokazującym" w barwne i nietuzinkowe historie i równie głęboko kreślone postaci Uniwersum.
W przypadku ,,FA”, dla mnie jak i dla innych anime-mango-krejzoli, wszystko co związane było i jest z poznawaniem tego Uniwersum od podstaw, cóż, zaczęło się od oglądania jego… i ten kierunek nie okazał się błędęm: adaptacji, czyli wchłaniania wyżej wymienionego bogatego w sporą i dobrze rozpisaną ilość epizodów anime. Nie jest to zła i pokraczna praktyka, ale wchłanianie przygód, które w multum odcinkach ukazuje nam adaptacja, aby potem ,,cofnąć się” do źródła i ogarnąć mangę, to całkiem fajny sposób na doświadczanie japońskiej popkultury. Teoretycznie ma to swoje plusy i minusy, ale ,,manga po anime” jest formą rozrywki wręcz stworzoną dla osób, które uwielbiają zaczynać zapoznawać się z danym Światem jakby w innej pokręconej kolejności, tak aby ostatecznie z odpowiednią dozą emocji poznawać pierwowzór, a to z kolei daje niezapomnianą, niczym jakieś tabu, które się odblokowuje, satysfakcję dowiadywania się… jak to wszystko się zaczęło. I tak, z dostępnością do prawie 70 odcinków ,,FA: Brotherhood” nie miałem problemu: kiedy serial oglądałem jaki czas temu, zrobiłem to za pomocą Netflixa; wówczas ,,Misja Braci” stanowiła jeden z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych ,,animajców” dostępnych do obejrzenia na tej platformie. I tak, gdy ,,Brotherhood” zostało ukończone, dostałem w swoje ręce tom 1, a potem drugi, aż w końcu i teraz tom 3 mangi z tego Wszechświata: Fullmetal Alchemist od Hiromu Arakawy.
Zanim odpowiednio wczytałem się w omawiany i recenzowany tom 3 ,,FA”, trochę jednak tego geekowskiego czasu upłynęło od skończenia mojej czytelniczej przygody z lekturą tomu 2. To nie była zabawa w kotka i myszkę z niepewnością, czy będę w miarę dobrze pamiętał to, co w cyklu no.2 serii się wydarzyło. Manga o nieustraszonych braciach alchemikach, to - tak mówiąc w skrócie - tak płynnie i ciekawie pisana i rysowana opowieść, że spora przerwa w lekturze komiksu tego Świata nie odjęła mi wiedzy i odpowiedniego kojarzenia stylistyki tego jak kreuje się Świat ,,FA”. Po dostaniu do moich spragnionych kolejnych rewelacji z mangowego wydania ,,Fullmetala” rąk tomu 3, i po kilkunastu pierwszych stronach tejże lektury, cóż, mówiąc dość delikatnie i bardzo, bardzo łopatologicznie: ,,FA” w takiej formie wciąż okazuje się dla mnie na tyle intrygujący, na tyle ciekawy, niekiedy prosty, ale i złożony oraz pełny emocji od humoru po zamyślenie, refleksję i także humor postaci, że trzecia z tegoż to alternatywnego cyklu manga to prawie że czysta zabawa, wzruszenie, rewelacja, i to do tego stopnia, iż stwierdzam śmiało: komiks w tych realiach, od tego mangaki, osadzony w tym oryginalnym Wszechświecie jest dla mnie jedną z najważniejszych pozycji w Kanonie moich ulubionych niekonwencjonalnych mang, także w Kanonie swych adaptacji.
Mimo iż tom no. 3 ,,Fullmetala” początkiem w intensywności akcji tak jakby… nie grzeszył, to cholibka, ,,na gdaczące pustosłowie!”, to jak rozwija się to wydanie, jak ów tom ewoluuje w akcji, a w szczególności w kontekście pojedynku ,,Braci” i ekipy z ,,Grzechami” i pewnymi ,,niespodziewanymi gośćmi na ich drodze poszukiwań" przechodzi (może i nie to najwyższe) co najmniej ,,okazałe pojęcie”. I dobra nasza, że poprzednie dwa tomy mangi, których doświadczyłem z tego Uniwersum nakreśliły podstawy historii tytułowych Alchemików, która z każdą kolejną stroną tomu 3 rozwija się w bardzo różnych kierunkach. Oczywiście o super-zastoju w fabule i spadku jakości ,,kreski” nie ma mowy! Tom został – nie spoilerując – tak napisany i graficznie pomyślany w swym rozwoju, iż nadaje się on zarówno dla wymagających dorosłych geeków, jak i nastolatków. Powiem więcej, bakcyla do serii mang złapie tu ten czytelnik, które kontynuował ,,Fullmetala” po drugim cyklu, ale jakby tylko z czystego ,,musu”, żeby np. nie tracić ciągłości, bez oczekiwań na polepszenie historii w kolejnym tomie. Po lekturze ,,trójki” ktoś taki może dojść do wniosku, że manga wraca na konkretne tory: humor jest wpisany w konstrukt dramatyczno-polityczno-fantastyczny fabuły, co dodatkowo przeciera szlaki przed kolejnymi tomami cyklu. Tak, mangowy ,,Fullmetal” to taki ciekawy mikrokosmos – jest stabilniejszy, ciekawszy, bardziej przykuwający uwagę od swojej anime serialowej adaptacji: od postaci tu wykreowanych, wątków, aż po elementy konstrukcji rzeczywistości, to w tych aspektach manga ,,FA” góruje nad swym ,,przeniesieniem do formy animacji”, tym bardziej, że element tajemnicy i próba rozwiązania zagadki Kamienia Filozoficznego przez tytułowych braci w komiksie smakuje dżyliony-fazylionów razy lepiej niż ,,kolorowe i wprawione w ruch” anime. Manga ,,FA” zawsze musi być doceniana, zawsze!
Autentyczność postaci i świetnie wykreowane ,,alternatywne realia" budowanego w ,,Alchemikach" Świata w stosunku do naszej rzeczywistości – to piekielnie mocna strona nie tylko tego tomu (i to po raz kolejny! W kreacji całego grona, zarówno antagonistów, protagonistów, postaci częściowo neutralnych, za którą to uważam ,,Bliznę", co w jego przypadku potwierdza niniejszym omawiana część mangowych przygód ,,Braci”, twórcy osiągnęli praktycznie płynną i stabilną konsekwentność!), ale i całego cyklu. Scar, Grzechy, spotykani z początku i w dalszej części tomu, poboczni bohaterowie – to wszystko ciągnie tą fabułę z gracją i energią do przodu! Niespodzianek, owszem, nie brakuje, co znowu jest cenne dla odbiorcy: sprawia że chce się pozostać z tą mangą w kolejnych i kolejnych rozdziałach, aż do zakończenia calutkiej serii. Na, nazwijmy to ,,arenie niespodziewanych potyczek” Eda i Ala pojawia się pewien odziany w dziwną płytową zbroję, ,,zaklęty" przeciwnik, a grzechy ,,Żądza” i ,,Obżarstwo (w zależności od tłumaczenia)” podążają tropem naszych ,,MC", co samo w sobie podnosi to pożądane ciśnienie i napięcie. Wszystko to jest wypadkową poszukiwania braci Elriców, nie inaczej, Kamienia Filozoficznego, ot sekretnego składnika, którego użycie pomoże im przywrócić matkę do życia a im samym ciała do właściwej postaci. W tym tomie widać to wyraźnie; nawet wątki polityczne wpasowują się w to, co muszą zrobić. To ta dwójka i ich towarzysze podzielający ich misję są z perspektywy linii fabuły najważniejsi.
Ostatnie strony tomu 3 to stosunkowo lekkie zakończenie: akcja spowalnia, a zatrzymuje się na – nie spoilerując – pewnej zagadce, która wtłacza lekki suspensik w całość mangi. Co warte uwagi, dość duża ilość stron z całości zajmuje akcja, w tym walki oraz ich reperkusje czy intensywniejsze momenty poszukiwań Eda i Ala. A poboczne ,,mikro-komiksy", tak: śmiechostki na zakończenie wydania, które może i nic nie wniosą do Uniwersum, ale na pewno poprawią niejednemu czytelnikowi humor.
Wszechświat ,,mango-animeholików”, ot miłośników japońskiej popkultury… żyje, i obecnie ma się dobrze. Tak, wciąż jest to zbiorowisko niewyobrażalnej ilości i specyficznej jakości rozrywki, które nieustannie ewoluuje i, co zabrzmi dziwnie… nieustannie ma się dobrze. Japończycy nie zwalniają, mimo iż ogólnie znani są ze spokoju ducha i stoickiego wyrachowania w sytuacjach...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to