Fullmetal Alchemist t. 3

Okładka książki Fullmetal Alchemist t. 3
Hiromu Arakawa Wydawnictwo: J.P. Fantastica Cykl: Fullmetal Alchemist (tom 3) komiksy
202 str. 3 godz. 22 min.
Kategoria:
komiksy
Format:
papier
Cykl:
Fullmetal Alchemist (tom 3)
Tytuł oryginału:
Hagane no Renkinjutsushi
Data wydania:
2006-08-01
Data 1. wyd. pol.:
2006-08-01
Data 1. wydania:
2005-09-13
Liczba stron:
202
Czas czytania
3 godz. 22 min.
Język:
polski
ISBN:
8374710586
Tłumacz:
Paweł Dybała
Średnia ocen

                8,2 8,2 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Fullmetal Alchemist t. 3 w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Opinia społeczności i

Fullmetal Alchemist t. 3



książek na półce przeczytane 768 napisanych opinii 69

Oceny książki Fullmetal Alchemist t. 3

Średnia ocen
8,2 / 10
585 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
668
664

Na półkach:

Wszechświat ,,mango-animeholików”, ot miłośników japońskiej popkultury… żyje, i obecnie ma się dobrze. Tak, wciąż jest to zbiorowisko niewyobrażalnej ilości i specyficznej jakości rozrywki, które nieustannie ewoluuje i, co zabrzmi dziwnie… nieustannie ma się dobrze. Japończycy nie zwalniają, mimo iż ogólnie znani są ze spokoju ducha i stoickiego wyrachowania w sytuacjach napływu pracy. To dość świadomi tego, jaką kulturę reprezentują, czemu się poświęcają, ludzie. To naród, który w kwestii popkultury stanowi swego rodzaju kolektyw – można by rzec, że są to nader wrażliwie na efekty swojej pracy jednostki - ,,jednostki”, które tworzą tę fantastyczną społeczność w organizmie twórców rozrywki w różnej formie: od książek, przez komiksy aż po filmy i gry video.

Każdy doświadczony z kulturą masową kraju kwitnącej wiśni entuzjasta, wie że zaangażowanie bez reszty w poznawanie, pielęgnowanie i przekazywanie walorów tych mediów wychodzących z ramienia japońskiej kultury właśnie, to rzecz nie do podrobienia. Tak, nasi wschodni przyjaciele, pokorni, szlachetni i lubujący się w życiu w swoim społeczeństwie w dającej im specyficzny porządek hierarchii, dali nam tak dużo, tak zróżnicowanie, tak rozmaicie, iż w połączeniu z obyczajami, tradycjami i ogólnym stylem ,,bycia i życia” tego narodu, wychodzi na to, że jakaś tam manga czy anime, które kojarzą się tak jakby z marszu z tym, co w ,,masówce” ci ludzie tworzą, to jedynie początek, malutka kropla w morzu tego, jaka w popkulturze Japonia okazuje się być wyjątkowa. I chyba nie ma co wybrzydzać, na to ,,jak dziwna jest Japonia” – na pewno dość znaczącą satysfakcję z tego, co ten kraj nam po prostu daje, odczują pragnący przygód bez liku nerdzi - przygód, które realizowane są w Japonii m.in. przez mangaków lub techników animacji i jej reżyserów. Barwne tytuły, mnoga ich ilość, zróżnicowany odbiorca, olbrzymia ilość gatunku, w którym się tworzy, specyficzny bohaterowie, często żyjący w rozbudowanym stworzonym do eksploracji Świecie, albo i w przestrzeni bardziej naturalnej, z większą dozą dramatyzmu w kreacji postaci. Wszystko to i jeszcze więcej oferuje nam, dla nas, nerdów!, świat mangi a także adaptacji mangi w formie seriali i filmów w konwencji anime. I chyba jednym z idealnych, ukazujących świetny efektywnie zrealizowany pomysł na świat przedstawiony, gatunek, na postaci, na opcję miksu dramatu bohaterów z przygodą i wątkami śledztwa i tymi z gatunku Urban-fantasy czy steampunk fantasy, Uniwersów zarówno w mandze oraz anime okazuje się ,,Fullmetal Alchemist”. Ta przestrzeń alternatywnej wizji ludzkości w określonym (tu bliskim latom 20-30-tym XX wieku) przedziale czasu, oferuje nam niezapomniany wymiar przygód, gdzie ze swego zadania wywiązuje się komiks oraz jego adaptacja, anime np. ,,Fullmetal Alchemist: Brotherhood”, które z 69 odcinkami na koncie okazuje się być na równi co manga tworem płodnym, ,,dokazującym" w barwne i nietuzinkowe historie i równie głęboko kreślone postaci Uniwersum.

W przypadku ,,FA”, dla mnie jak i dla innych anime-mango-krejzoli, wszystko co związane było i jest z poznawaniem tego Uniwersum od podstaw, cóż, zaczęło się od oglądania jego… i ten kierunek nie okazał się błędęm: adaptacji, czyli wchłaniania wyżej wymienionego bogatego w sporą i dobrze rozpisaną ilość epizodów anime. Nie jest to zła i pokraczna praktyka, ale wchłanianie przygód, które w multum odcinkach ukazuje nam adaptacja, aby potem ,,cofnąć się” do źródła i ogarnąć mangę, to całkiem fajny sposób na doświadczanie japońskiej popkultury. Teoretycznie ma to swoje plusy i minusy, ale ,,manga po anime” jest formą rozrywki wręcz stworzoną dla osób, które uwielbiają zaczynać zapoznawać się z danym Światem jakby w innej pokręconej kolejności, tak aby ostatecznie z odpowiednią dozą emocji poznawać pierwowzór, a to z kolei daje niezapomnianą, niczym jakieś tabu, które się odblokowuje, satysfakcję dowiadywania się… jak to wszystko się zaczęło. I tak, z dostępnością do prawie 70 odcinków ,,FA: Brotherhood” nie miałem problemu: kiedy serial oglądałem jaki czas temu, zrobiłem to za pomocą Netflixa; wówczas ,,Misja Braci” stanowiła jeden z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych ,,animajców” dostępnych do obejrzenia na tej platformie. I tak, gdy ,,Brotherhood” zostało ukończone, dostałem w swoje ręce tom 1, a potem drugi, aż w końcu i teraz tom 3 mangi z tego Wszechświata: Fullmetal Alchemist od Hiromu Arakawy.

Zanim odpowiednio wczytałem się w omawiany i recenzowany tom 3 ,,FA”, trochę jednak tego geekowskiego czasu upłynęło od skończenia mojej czytelniczej przygody z lekturą tomu 2. To nie była zabawa w kotka i myszkę z niepewnością, czy będę w miarę dobrze pamiętał to, co w cyklu no.2 serii się wydarzyło. Manga o nieustraszonych braciach alchemikach, to - tak mówiąc w skrócie - tak płynnie i ciekawie pisana i rysowana opowieść, że spora przerwa w lekturze komiksu tego Świata nie odjęła mi wiedzy i odpowiedniego kojarzenia stylistyki tego jak kreuje się Świat ,,FA”. Po dostaniu do moich spragnionych kolejnych rewelacji z mangowego wydania ,,Fullmetala” rąk tomu 3, i po kilkunastu pierwszych stronach tejże lektury, cóż, mówiąc dość delikatnie i bardzo, bardzo łopatologicznie: ,,FA” w takiej formie wciąż okazuje się dla mnie na tyle intrygujący, na tyle ciekawy, niekiedy prosty, ale i złożony oraz pełny emocji od humoru po zamyślenie, refleksję i także humor postaci, że trzecia z tegoż to alternatywnego cyklu manga to prawie że czysta zabawa, wzruszenie, rewelacja, i to do tego stopnia, iż stwierdzam śmiało: komiks w tych realiach, od tego mangaki, osadzony w tym oryginalnym Wszechświecie jest dla mnie jedną z najważniejszych pozycji w Kanonie moich ulubionych niekonwencjonalnych mang, także w Kanonie swych adaptacji.

Mimo iż tom no. 3 ,,Fullmetala” początkiem w intensywności akcji tak jakby… nie grzeszył, to cholibka, ,,na gdaczące pustosłowie!”, to jak rozwija się to wydanie, jak ów tom ewoluuje w akcji, a w szczególności w kontekście pojedynku ,,Braci” i ekipy z ,,Grzechami” i pewnymi ,,niespodziewanymi gośćmi na ich drodze poszukiwań" przechodzi (może i nie to najwyższe) co najmniej ,,okazałe pojęcie”. I dobra nasza, że poprzednie dwa tomy mangi, których doświadczyłem z tego Uniwersum nakreśliły podstawy historii tytułowych Alchemików, która z każdą kolejną stroną tomu 3 rozwija się w bardzo różnych kierunkach. Oczywiście o super-zastoju w fabule i spadku jakości ,,kreski” nie ma mowy! Tom został – nie spoilerując – tak napisany i graficznie pomyślany w swym rozwoju, iż nadaje się on zarówno dla wymagających dorosłych geeków, jak i nastolatków. Powiem więcej, bakcyla do serii mang złapie tu ten czytelnik, które kontynuował ,,Fullmetala” po drugim cyklu, ale jakby tylko z czystego ,,musu”, żeby np. nie tracić ciągłości, bez oczekiwań na polepszenie historii w kolejnym tomie. Po lekturze ,,trójki” ktoś taki może dojść do wniosku, że manga wraca na konkretne tory: humor jest wpisany w konstrukt dramatyczno-polityczno-fantastyczny fabuły, co dodatkowo przeciera szlaki przed kolejnymi tomami cyklu. Tak, mangowy ,,Fullmetal” to taki ciekawy mikrokosmos – jest stabilniejszy, ciekawszy, bardziej przykuwający uwagę od swojej anime serialowej adaptacji: od postaci tu wykreowanych, wątków, aż po elementy konstrukcji rzeczywistości, to w tych aspektach manga ,,FA” góruje nad swym ,,przeniesieniem do formy animacji”, tym bardziej, że element tajemnicy i próba rozwiązania zagadki Kamienia Filozoficznego przez tytułowych braci w komiksie smakuje dżyliony-fazylionów razy lepiej niż ,,kolorowe i wprawione w ruch” anime. Manga ,,FA” zawsze musi być doceniana, zawsze!

Autentyczność postaci i świetnie wykreowane ,,alternatywne realia" budowanego w ,,Alchemikach" Świata w stosunku do naszej rzeczywistości – to piekielnie mocna strona nie tylko tego tomu (i to po raz kolejny! W kreacji całego grona, zarówno antagonistów, protagonistów, postaci częściowo neutralnych, za którą to uważam ,,Bliznę", co w jego przypadku potwierdza niniejszym omawiana część mangowych przygód ,,Braci”, twórcy osiągnęli praktycznie płynną i stabilną konsekwentność!), ale i całego cyklu. Scar, Grzechy, spotykani z początku i w dalszej części tomu, poboczni bohaterowie – to wszystko ciągnie tą fabułę z gracją i energią do przodu! Niespodzianek, owszem, nie brakuje, co znowu jest cenne dla odbiorcy: sprawia że chce się pozostać z tą mangą w kolejnych i kolejnych rozdziałach, aż do zakończenia calutkiej serii. Na, nazwijmy to ,,arenie niespodziewanych potyczek” Eda i Ala pojawia się pewien odziany w dziwną płytową zbroję, ,,zaklęty" przeciwnik, a grzechy ,,Żądza” i ,,Obżarstwo (w zależności od tłumaczenia)” podążają tropem naszych ,,MC", co samo w sobie podnosi to pożądane ciśnienie i napięcie. Wszystko to jest wypadkową poszukiwania braci Elriców, nie inaczej, Kamienia Filozoficznego, ot sekretnego składnika, którego użycie pomoże im przywrócić matkę do życia a im samym ciała do właściwej postaci. W tym tomie widać to wyraźnie; nawet wątki polityczne wpasowują się w to, co muszą zrobić. To ta dwójka i ich towarzysze podzielający ich misję są z perspektywy linii fabuły najważniejsi.

Ostatnie strony tomu 3 to stosunkowo lekkie zakończenie: akcja spowalnia, a zatrzymuje się na – nie spoilerując – pewnej zagadce, która wtłacza lekki suspensik w całość mangi. Co warte uwagi, dość duża ilość stron z całości zajmuje akcja, w tym walki oraz ich reperkusje czy intensywniejsze momenty poszukiwań Eda i Ala. A poboczne ,,mikro-komiksy", tak: śmiechostki na zakończenie wydania, które może i nic nie wniosą do Uniwersum, ale na pewno poprawią niejednemu czytelnikowi humor.

Wszechświat ,,mango-animeholików”, ot miłośników japońskiej popkultury… żyje, i obecnie ma się dobrze. Tak, wciąż jest to zbiorowisko niewyobrażalnej ilości i specyficznej jakości rozrywki, które nieustannie ewoluuje i, co zabrzmi dziwnie… nieustannie ma się dobrze. Japończycy nie zwalniają, mimo iż ogólnie znani są ze spokoju ducha i stoickiego wyrachowania w sytuacjach...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

1082 użytkowników ma tytuł Fullmetal Alchemist t. 3 na półkach głównych
  • 981
  • 93
  • 8
712 użytkowników ma tytuł Fullmetal Alchemist t. 3 na półkach dodatkowych
  • 336
  • 187
  • 80
  • 72
  • 20
  • 9
  • 8

Tagi i tematy do książki Fullmetal Alchemist t. 3

Inne książki autora

Hiromu Arakawa
Hiromu Arakawa
[Wikipedia] Zasłynęła w 2001 roku mangą Fullmetal Alchemist. Autorka często przedstawia siebie pod postacią krowy w okularach i bardzo ceni sobie prywatność. Obecnie mieszka w Tokio, gdzie oprócz FMA tworzy dzieła takie jak Raiden 18, Souten no Koumori i Hero Tales. Mangi autorstwa Hiromu Arakawy: Stray Dog (1999) Shanghai Yōmakikai (2000) Fullmetal Alchemist (2001) Raiden 18 (2005) Souten no Koumori (2006) Hero Tales (2006)
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Death Note #1: Nuda Tsugumi Ohba
Death Note #1: Nuda
Tsugumi Ohba Takeshi Obata
Zawsze bałem się tej chwili, kiedy wracam do źródła czegoś, co już wcześniej mnie poraziło, bo przecież dobrze znam to uczucie, gdy anime przewraca cię na drugą stronę i zostawia z sercem bijącym szybciej niż wskazówki zegara, dobrze pamiętam japoński film, ten prawdziwy, nie zachodni karykaturalny klon, film który pachniał ulicą Tokio i miał w sobie ciężar spojrzeń, które mogłyby kroić szkło, i dlatego byłem pewien, że manga okaże się tylko szkicem, surowym zapisem, który już został wyciśnięty i przetłumaczony na język obrazu i dźwięku, a więc nic nowego, nic mocniejszego, nic więcej. A jednak od pierwszych stron zrozumiałem, że się pomyliłem, bo papier daje przewagę, cisza między kadrami dźwięczy mocniej niż cała ścieżka dźwiękowa, zatrzymany rysunek wpatruje się w ciebie dłużej niż dowolna scena animowana, a spojrzenia Obaty potrafią wwiercać się w duszę w sposób, którego ekran nigdy nie odda. Tytuł pierwszego tomu brzmi Nuda i to szyderstwo, prowokacja, bo prawdziwej nudy nie ma tu ani sekundy, to raczej detonacja, która rozciąga się w czasie i stopniowo niszczy poczucie zwyczajności, kiedy chłopak dostaje w ręce notes o boskiej mocy, niby banalny przedmiot, a jednak od razu wiadomo, że każde imię, które tam zapisze, będzie wyrokiem, że świat już nie wróci na swoje tory i że wszystko zaczyna się zmieniać. W anime była to gra intelektów, w filmie coś na kształt mrocznego spektaklu, a manga sprawia, że stajesz się świadkiem cichej obsesji, w której drżenie dłoni i zarys liter mają wagę życia i śmierci. Rysunki bywają przesadne, twarze wygięte w grymasach, czasem aż bliskie grotesce, ale właśnie to teatralne napięcie daje poczucie obcowania z rzeczywistością wypaczoną, nienaturalną, która musi wyglądać tak a nie inaczej, bo historia o notesie śmierci nie może być zwyczajna, musi być przerysowana, przyciężka, niepokojąca. A w tej przesadzie jest prawda, bo kiedy patrzysz na oczy Lighta, gdy zapisuje pierwsze imię, czujesz coś więcej niż moralny dylemat, czujesz zwykłą fizyczność śmierci, atrament na papierze, drżenie powieki, rytm oddechu, ciemność w pokoju oświetlonym lampą. Pierwszy tom nie daje jeszcze pełni tej opowieści, to dopiero rozstawienie figur na planszy, zapowiedź, że gra będzie śmiertelnie poważna, ale już tutaj widać, jak idealnie wyważona jest ta konstrukcja, jak napięcie sączy się z każdej strony. I chociaż znałem już przebieg wydarzeń, znałem zakończenia i zwroty akcji, to czytając mangę miałem wrażenie, że wracam do źródła rzeki, której bieg znałem na pamięć, ale której początkowa woda okazała się czystsza, ostrzejsza, lodowata i bardziej prawdziwa niż wszystko, co powstało później. Anime pozostaje genialne, film japoński solidny i wierny, ale dopiero manga pozwala Death Note oddychać pełnią, daje intymność i ciszę, które sprawiają, że cała historia wbija się w czytelnika jak igła i zostaje na długo. I jeśli autorzy nazwali ten tom Nuda, to chyba tylko po to, żeby zakpić z odbiorcy, bo prawdziwa nuda umiera już na pierwszej stronie, a potem zostaje tylko to dziwne przyspieszenie serca, które trzyma do samego końca.
Bob - awatar Bob
ocenił na 9 6 miesięcy temu
Fullmetal Alchemist t. 2 Hiromu Arakawa
Fullmetal Alchemist t. 2
Hiromu Arakawa
,,Overlord IV" i ,,Fullmetal Alchemist: Brotherhood” to tytuły anime, które znajdują się w topce moich, ale i zapewne wielu z geeków również, seriali anime, które obejrzałem w ciągu ostatnich kilku lat. To przykłady jednych z najlepiej, najszerzej i najkonsekwentniej wykreowanych tytułów wśród seriali z kraju kwitnącej wiśni właśnie, które doświadczyłem w całym swoim popkulturowym życiu. Powiem więcej, tytuł o przygodach ,,Pana Ainza” jak i ta multiodcinkowa opowieść osadzona w alternatywnym Świecie, z motywami steampunkowymi i alchemią w tle o losach dwójki braci, Edwarda oraz Alphonse Elriców, to przykłady najbardziej stabilnie i jednocześnie otwarcie i rozlegle w świecie przedstawionym oraz najbardziej kompetentnie zrealizowanych serii anime tudzież najlepiej eksplorujących możliwości, które dają ich fabuły czy pojedyncze wątki. I żeby było jeszcze ciekawiej omawiane powyżej animowane rewelacje nie są to typy produkcji, które są stricte świeżynkami sprzed roku czy 2 lat, które ogląda chyba każdy, bo ,,to coś jest nowe, ciekawe i trzeba obejrzeć”. Wiekowo stanowią przedział 10-15 lat łącznie, ale gdybyśmy podsumowali wiele współczesnych ,,animajców” i porównali do tej pary, to właśnie ona wyszła by zwycięsko pod każdym względem swej ,,lepsiejszości”: dynamika, kreska, bohaterowie, kapitalna oryginalność w koncepcji tworzenia wirtualnych czy alternatywnych światów z kalejdoskopowymi często mixami gatunkowymi, np. steampunkiem, horrorem i dark fantasy etc. Tak, ,,Overlord” i ,,FA: Brotherhood”, to czysta magia! Ale.. tam gdzie są ,,plusy dodatnie” są też i ,,plusy ujemne”. Najsolidniej spośród wad i licznych ,,ujemności” z tych anime mogę mieć odpowiednią ilość zastrzeżeń tylko i wyłącznie do ,,FA". W ,,Brotherhood” zabrakło zcentralizowanej i skupionej akcji i narracji: to nie JjK, AOT, czy Chainsaw Man, gdzie akcja i nietuzinkowa fabuła są najważniejsze i idą w parze, gnając do przodu sporym tempem, mega intensywnością, nie licząc się z tym jak opowiadana będzie cała historia. W tych mocno ,,rozenergetyzowanych” seriach, jakby to powiedział krytyk: ,,scenariusz się nie klei a całość jest mało spójna”, jednak dzięki mocy, którą ma ostra i szalona ,,kreska”, motywy walk z różnymi przeciwnikami i te tajemnice wokół licznych tematów, które potrafią się tu zadomowić sprawiają, że nie patrzy się na słabostki ichniejszej fabuły. W ,,Brotherhood" cała ta opowieść, od akcji, przez wątki, aż po wszystkie tajemnice związane z alchemią właśnie, wszystko to rozwija się swoim troszku koślawym tempem: jest powoli, raz dynamicznie, raz znowu dość nostalgicznie, jakby depresyjnie, a znowu kiedy indziej śmieszkowo. To jest dość specyficzne, nawet jak na rodzaj ,,alternatywnej rzeczywistości z gatunku steampunk/sci-fi" przystało, którą ta produkcja prezentuje. I to zboczenie fabuły, idące niczym w jakiś dziwny kierunek: w okolicach 3/4 sezonu (a jest on mówiąc łopatologicznie: turbo długi!) coś się zaczyna dziwnego dziać z tą serią: za dużo polityki i wątków społecznych zaczyna wchodzić w grę, a to i cała cała reszta tejże dziwnej części opowieści ,,Brotherhood”, bez dynamiki, którą mają podane wyżej serie nie zaszła tam gdzie finalnie swą kreacją caluśkiej fabuły zajść powinna. O wiele więcej, już nawet sądząc tak po pierwszym przeczytanym tomie mangi ,,Fullmetal Alchemist” tego autora na podstawie której stworzono całe dziedzictwo tak niezwykłej produkcji z kraju kwitnącej wiśni sprzed 15 lat, o której pamięć w świadomości mas fanów zaczyna coraz bardziej zanikać, ma nam do powiedzenia Hiromu Arakawa w drugim tomie tegoż to wieloczęściowego cyklu, który zna chyba większość szanujących się ,,popkulturowców” lubujących się w tytułach z kraju kwitnącej wiśni. To właśnie ten tom potwierdza nie tylko jakość fabularną i rysunkową rozdania pilotowego mangi, ale i fakt – choć wyda się to bardziej subiektywne – że manga Arakawy zaczyna być stopniowo tak samo dobra, a niekiedy z sygnałami że może stać się lepsza, jak seria anime ,,Brotherhood”, której o czym wspomniałem wyżej w ostatniej części odcinków całości zabrakło szczerości i konsekwentności w dopięciu historii na ten ,,konkretny i ostatni stabilny” guzik. Sequel pilota komiksowego o braciach, którzy złączeniu są silną więzią krwi i alchemicznymi tajemnicami, kontynuuje to, choć na początku przez początkowe strony nie wyglądało to na aż tak bezpośrednie, co fabularnie skończył ów tom 1: pojawia się Płomienny Alchemik. To przez postać Roya Mustanga Edward tak naprawdę zaczyna wprowadzać perspektywę w fabule tomu związaną z dość dużą intensywnością historii w tomie. Tak też się stało, to miało miejsce na przestrzeni całości tych około 190 stron treści. Można odnieść wrażenie, że to Edward Erlic jest osią całego tomu, a perspektywy, czyli wątki, rozszerzenie punktu widzenia na daną sprawę w opowieści (tak jak ta z Roy’em), ulegały zamianie i były urozmaicane. Mało tego, wraz z postępem fabularnym, czytelnik zaczyna stopniowo wchodzić, i zdaje mi się iż intensywniej niż w tomie pilotowym, w bardzo oryginalnie skonstruowane dla tego Świata zasady rządzące podstawowymi prawami przyrody, czyli ichniejszej Alchemii, która w tej rzeczywistości potrafi zastąpić liczne źródła energii, na której nasza Cywilizacja się opiera. ,,Alchemicy” w omawianym niniejszym, drugim już rozdaniu mangowej opcji tego Uniwersum, najbardziej w stosunku do poprzedniego tomu, różnią się jedną, może być to dla wielu z Was zmiana kosmetyczna, graficzną charakterystyką, i to na przestrzeni całości komiksu: aspekt koloru czarnego i szarego. Fakt, barw tych jest nie aż tak znacząco, ale jednak… jakby sprawia to wrażenie, że paradoksalnie ich głębi jest więcej: chodzi o ich równomierne rozmieszczenie, nie tylko dla zaakcentowania cienia, czy bardziej ,,monstrualnej w dynamice” scenki, ale przede wszystkim dla uwydatnienia w kolorze włosów, ściany tunelu, krawędzi budynków, wypełnień przestrzeni i temu podobne. To nie jest na pierwszy rzut oka zauważalne, ale… gdy wczytamy się w to, co tom opowiada nam warstwą obrazu, zauważymy że czerń jest tu intensywna tym, że tak naprawdę jej tu nie ma, bo scala się z całością treści, którą kreuje obraz. Jeden z największych walorów wydania; można mieć tylko nadzieję, że Arakawa ze swoją ekipą nie sprawią nam zawodu w tej kwestii, jeśli sięgniemy po tomy 3, 4, 5 etc. tejże alchemicznej a’la steampunkowo-dziewiętnastowiecznej w swym klimacie opowieści. Fabuła, tak jak w przypadku otwarcia mangi serii: składa się z 4 rozdziałów. Krótko, prawda? Nic bardziej mylnego. To cztery symetryczne i nieco bardziej skupione w akcji i narracji części, i to na tyle ciekawej i złożonej historii, że nic tutaj mangowiczowi nie jest w stanie uciec. Brak ,,koślawych” kadrów to nie ujma – zmieniają one swe wymiary rozsądnie i intuicyjnie w stosunku do tego co niesie nam ,,mięsko treści” ze scenariusza i sama wizja twórcy na narysowanie sceny. Jednym słowem: świetna robota! Da się takowy plus fizycznych rozmiarów scen w tej mandze odczuć, nawet w bardziej subtelnych i emocjonalnych momentach: sekwencja retrospekcji Edwarda, jako jego sen, który silnie przeżywa, także gdy zalewa nas nieco niespodziewanie humor, choć ,,śmieszki” nie rwały się aż tak do fabuły i atmosfery tomu, jak w poprzednim tomie: a to daje nam do myślenia, iż powaga w narracji w żadnym wypadku nie szkodzi bardzo naturalnej i żywej aurze, które prezentują bracia Elricowie w całej mandze jak i w anime, o którym wspomniałem powyżej. W okolicach 2/5 całości pozycji z ust ,,brata w Zbroi” pada bardzo ważna definicja: wyjaśnienie z jego punktu widzenia czym jest alchemia, z dopowiedzeniem ze strony Edwarda po takiej scence z czym wiąże się cały świat tak istotnie od Alchemii uzależniony, i jaką cenę płacą ludzie, którzy nie patrzą na konsekwencje jej ,,użycia” – brzmi znajomo? Tak, to wyrzuty sumienia obu braci i żal zarówno do siebie i świata za to, jaki okazał się być. Zresztą tej scenie i tak specyficznej refleksji towarzyszy ciekawe graficzne wyciszenie: akcja trochę schodzi na bok, aby pokazać, że te postaci nie są jednowymiarowi, a mają bogatą, ciekawą historię, której przy takim gatunku, przy tak wydawać by się mogło przewidywalnej konstrukcji gatunkowej tej rzeczywistości (steampunk, fantastyka, alternatywna rzeczywistość i masa polityki) mogą pozazdrościć im inni bohaterowie z bardzo podobnych Uniwersów. Grzechy. Tom drugi częściowo należy do nich. A ,,grzechy” występują tu w fizycznej postaci homunculusów, sztucznych bytów powstałych na wskutek mrocznych praktyk związanych z alchemią, co w tej rzeczywistości jest zakazane, albo przynajmniej niepożądane. W omawianym tomie pierwsze skrzypce w tej kwestii, również jako ważne ogniwo w budowie antagonisty tej serii grają grzechy: Obżarstwo oraz Żądza. Nie pchają się ze swoją rolą w fabułę za bardzo – zdaje się są przedstawiani powoli, dość tajemniczo, czyli tak jak na sposób ich powstania przystało. Arakawa miał gust i zmysł – wiedział, że budowanie historii i roli ,,Grzechów” dla całego Uniwersum Fullmetal Alchemist będzie dobre jeśli wtłoczy się to w formie powoli rozwijanej intrygi, podstępu, tajemnicy, która na dodatek będzie powiązana z Braćmi Elric. Co ciekawe, to ,,Żądza” kończy tom, a raczej akt jej zemsty, albo czegoś innego, co na razie nie jest do końca jasne – wydaje się, że ,,Grzechy” w mandze będą działały pchane dziwnym, niewytłumaczalnym instynktem związanym z tym, jak stworzył ich… pewien Stwórca. A minusik? Znacząco dużo takowego, czy takowych ,,ujm", w części drugiej mangowych realiów tego Uniwersum nie ma. Pstryczek w nos za to, iż w scenariuszu za późno podano historię Ishvalu, która zapewne w dalszych tomach odegra istotną rolę.
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 8 1 rok temu
Hellsing t.2 Kohta Hirano
Hellsing t.2
Kohta Hirano
Gusta – tak, to one są bardzo ważnym elementem, wręcz wykładnikiem tego, jaką formę ostatecznie przyjmuje kultura, czy kultura masowa, jako ta integralna część tego co nazywamy rozrywką. I co istotne, jak mówi nam pewne porzekadło to ,,gusta zawsze pozostaną gustami”; zawsze będziemy na granicy subiektywno-obiektywnego ,,punktu widzenia" danego zjawiska, rzeczy, książki czy filmu, jak to zwykle bywa podczas oceniania czy recenzowania czegoś, co nas interesuje i zajmuje nasz jakże cenny w pędzącym na złamanie karku ku cywilizacyjnemu postępowi Świat. Już na przestrzeni jednego gatunku, tematu, danego Uniwersum nasze popkulturowe upodobania w gronie fanów czy zwykłych zjadaczy chleba doświadczających danego wątku, tytułu, stylu czy nurtu mogą wręcz meandrować w nieprzewidywalnym kierunku: zmieniać się bardzo szybko i znacząco. I weźmy na to duży temat w kulturowej ,,masówce”, najsolidniej owinięty wokół filmu i serialu, a obecnie nieco mniej w książce, czy komiksie. I jest to ,,wampiryzm" czy inaczej mówiąc wątek ,,strzyg” lub ,,krwiopijców”. Ten a'la ,,filmowy" element wszystkiego, co audiowizualne co tworzymy, w tym wampirzym przypadku mjsolidniej owinięty jest wokół gałęzi horroru, thrillera, fantasy, kryminału i temu podobne, niekiedy nawet z domieszką komedii. Istnieje jednak pewna seria mangi, na podstawie której zrealizowano dwa wyjątkowo dobre seriale anime z wampiryzmem w roli głównej: "Hellsing" oraz "Hellsing: Ultimate". Za nim zasmakowałem pierwszego, a obecnie drugiego tomu japońskiego komiksu, który był podstawą, ot kanwą na bazie której zrealizowano ów serial, o tym samym co mangowy twór tytule: "Hellsing", któremu to poświęcam w większości ów tekst, wszystko to, co kojarzyło mi się ze strzygami, ghulami, ,,dziećmi nocy" i temu podobne mary, co budowało moją wiedzę i doświadczenie z tym szerokim wątkiem, tematem i informacjami w popkulturze, ,,smakowałem” naprawdę wielu różności tego motywu. Doszło kiedyś do takiej sytuacji, iż przypadkowo oglądnąłem pewien film, ni to komedię, ni to coś z kina kiczowatości pełnego bezguścia, ni to z jakiejkolwiek konkretnej parodii – tym tytułem okazała się produkcja: "Wampiry i Świry" z 2010 roku. I co ciekawe pamiętam ,,to coś" w miarę dobrze, mimo iż było to totalnie wybebeszające moje (i chyba wasze również, jeśli macie podobne zdanie o tym filmie) stabilne pojęcie o tym czym jest wampir i wampiryzm w popkulturze. Można uważać tą filmową inność za coś tak samo głupiego jak i fajnego, ale w sam raz wystarczającego na chillout i mega relaks; za coś, co jest w stanie jedynie popsuć nasze prywatne zdanie i opinię o ,,istotach nocy" w kinie i serialu. Z drugiej strony filmy czy nawet i seriale takie jak "Wampiry i Świry" są potrzebne dla każdego zorientowanego w temacie widza czy fana: w ten sposób nasze gusta i pasje są w stanie dość szybko się wyklarować, gdyż wtedy wiemy czego unikać a czego nie, na czym po prostu najzwyklej w świecie powinno się skupić. Krąg tematyczny i tytułowy się zwęża, a nas może ogarnąć jedynie spokój i zdecydowanie w tym przypadku ,,kinematograficzno-wampirowej” pasji. Ta niby-parodia, o której mowa udowodniła mi jeszcze jedno: zbyt mało wiem i nie wszystko widziałem z gatunku, podgatunku, czy samej subkultury w popkulturze, jeśli chodzi właśnie o wampiryzm i temu podobne monstra. Oczywiście "Wywiad z wampirem", kanon Lugosiego sprzed prawie 100 lat, "Van Helsing" z Jackmanem, wybitne "Dracula" Coppoli - to tylko cząstka tego, co w kinematografii jest w tym temacie wręcz klasyczne i piękne. Ale tak dziwne doświadczenie jak seans z "Wampiry i Świry" skierowało mnie ku re-watchowi "Hellsing: Ultimate" i doświadczeniu jeszcze jednego tytułu: ,,krwiopijczego" drugiego tomu mangi Kohty Hirano pt. "Hellsing", o którą tak niniejszym mi się rozchodzi. Nie każdy z nas jest tym ,,największym, tym jedynym!” fanem, i to ortodoksem, wampirów, strzyg, czy lykanów w ,,masówce”. To również tyczy się i mnie; miłośnikiem Istot Nocy i różnych fantazyjnych monstrów (poza Godzillą!) w popkulturze, niestety, nie jestem, ale mam spory sentyment i szacunek do postaci Blade'a z Marvela, z serii filmów sprzed ery MCU z udziałem tej postaci, oraz do Alucarda, czyli głównego ni to antagonisty, ni to protagonisty bohatera mangi i anime, o których piszę. Siłą rzeczy, tą naturalną z racji takiej ,,alucardowej” pasji kwestią czasu będzie ogarnięcie wszystkich tomów Hellsinga od Pana Hirano. Na ten moment jednak zatrzymałem się na finale drugiego, z którego całości jestem niesłychanie zadowolony. A co do gustów, nas, popkulutorowiczów, o czym napomknąłem nieco wcześniej, po raz kolejny poprzez tom 2 alucardowych przygód w mandze potwierdza się to jak kapryśna, falująca w różnych kierunkach potrafi być natura naszego zdania, upodobań, gustów. Manga ta podkreśla siłę samego horroru w tym medium, samo to, że o wampirach właśnie i temu podobnych stworach grozy wciąż chcemy czytać i doświadczać ich różnorodności akurat w formie tak nieźle skrojonego japońskiego komiksu, który nie jest tym samym, co mega popularny ,,wampirzy” film lub serial live action. Ogólnie rzecz biorąc w kwestii porównania Uniwersum Hellsing, czyli zestawienia jego anime do mangi zyskałem ,,podwójne szczęście” – chodzi o fakt, iż lektura tomu 2 graficznej opowieści Hirano okazała się tak samo intensywnym i dobrym przeżyciem, co manga pilotowa autora, ba!, dużo lepszym doznaniem niżeli oglądanie anime tego Świata w wersji podstawowej w odcinkach odpowiadających temu, co znalazło się w tomach 1 i 2 owych komiksów. W ,,dwójce” dostajemy solidniejsze tąpnięcie w kwestii dynamiki akcji, szybkości narracji i jej płynności w takim tempie – choć to bardziej subiektywne wtrącenie - że aż zostałem bezdyskusyjne tym świetnym aspektem tytułu przyszpilony do ściany. Tak, drugi tom w kwestiach jakości i tempa przedstawiania historii w Świecie Hellsinga jeńców nie bierze, i takie do było dobre! Równie mocno, choć delikatnie, ot ciut gorzej ma się sprawa z szatą graficzną omawianego wydania niezrównanego Kohty Hirano. Mówiąc w subkulturze animemango-geeków: tak zwana ,,kreska" w części drugiej mangowego Hellsinga w moim odczuciu okazała się zbyt ostra i nieco uboga w podaż czerni i kontrastu między strefami ,,bielszym” a tymi ciemniejszymi na kadrach. Aż nadto ,,krawędzista". Sylwetki postaci pozostają bez zmian w stosunku do tomu 1, wciąż są fantazyjnie kreślone, miejscami nie aż tak potężne jak to było w seriach anime Hellsinga. Ważne jest to, że grafika idzie krok w krok z tym, co kreuje niniejszym scenariusz. Czytelnik czuje tu pewną stabilność narracji - nie może mieć on powodów do nudy, tym bardziej, że sam wątek Alucarda i krnąbrnej jeszcze wtenczas Wiktorii zaczyna nabierać rumieńców. Wizualnie emocje stają się po prostu ,,większe” i pełniejsze, mimo iż ostrość ,,kreski” kieruje nas ku ,,głosie o zbytniej agresywności”. Do gry zaczynają wchodzić kolejni przeciwnicy Organizacji, którą (na szczęście) steruje Integra Hellsing, zaczyna się robić jeszcze żywiej i barwniej w tej kwestii w stosunku do pilota mangowej serii – aż strach pomyśleć o tym, co czeka nas w tym elemencie w kolejnych i kolejnych tomach. Tu dzieje się na tyle dobrze i dużo, że brakuje tylko monstrualnie klimatycznej ścieżki dźwiękowej z Ultimate albo serii podstawowej tego ,,animajca”. "Hellsing" no.2 to kolejne wydanie mangi, które zaraz po "Full Color Saiyan Saga, tom 1" (ostatnio przeze mnie czytane) posiada, co warto to jako zaletę tytułu wypunktować: piekielnie istotną, dla wybrednego i dokładnego fana, numerację stron. Może wydawać się to proste, a nawet zbyteczne, ale ostatecznie staje się to niezwykle pomocne dla każdego geeka, w sytuacji gdy w tomie tym zauważasz tak ciekawy element odnoszący się do poziomu mocy Alucarda i inkantacji, które wampirzy lord przywołuje, jak świetnie narysowane i dobrze dobrane w czerń odcienie fragmenty rysunku to potwierdzające. Odnośnie tego rodzaju i ogólnej specyfiki charakterystyki rysunku Pana Kochty, jak wspomniałem wcześniej ogólna szata graficzna może tu dawać nieco ,,lekko do życzenia", ale przy takich kreacjach Alucarda, o których piszę - i to świadczących o potędze i zmysłowości wyobraźni naszego mangaki - który uwalnia się spod pieczęci Hellsingów (przynajmniej chwilowo) i sprawia prawdziwe piekło jednemu z tzw. Braci, którzy są antagonistami tomu, powinniśmy być w stanie wybaczyć autorowi wiele, nawet te nie zawsze pasujące i odpowiednie do akcji, rodzaju fabuły, kreślonych wątków etc. konturówki i tuszowania. Delikatna kreska i odpowiedni dobór odpowiednio ciemnej czerni dla Alucarda, który zrzuca wszelakie ograniczenia swojej pierwotnej mocy, faktycznie pasują tu jak ulał. A to paradoksalnie jest ta konsekwentność – ta wiara w to, co i dlaczego się robi i czemu ma to służyć. Hirano uparcie trzymał się swojego stylu i wizji tego Uniwersum, a jak widać przyniosło to koniec końców pewne pozytywne skutki. Scenariusz tomu punktuje w prostych, ale jednocześnie opartych o istotne dla rozwoju fabuły i treści w całym Uniwersum informacje, dialogach. W dymkach, które przyjmują tu różne formy w zależności od kontekstu i przebiegu akcji komiksu, autor nie patyczkuje się z intencją wlania w swoje postaci odrobiny szczerej brutalności, zwłaszcza bezwzględnego zła i emocjonalnej patologii bijącej od pewnych ,,antagonistycznych sylwetek”, patrz: wspomnianych ,,Braci”, które idealnie oddają to, czym i jacy są i dlaczego dokonują tak paskudnych i barbarzyńskich aktów agresji te właśnie postaci. Fakt, może to być przykład ,,mało inteligentnych” dialogów, ale dla tego Uniwersum, jego gatunku, tak prostych i agresywnych złoli takie ,,linijki tekstu” pasują idealnie, boostując te negatywne cechy u agresorów jeszcze bardziej. A to, co z ,,braćmi” się stało… sami pomyślcie i dopiszcie sobie zakończenie, skoro taką mocą dysponuje Alucard, a ,,kamerdyner” Organizacji za bardzo mu nie ustępuje w swej sile i możliwościach. Na tym nie koniec: coraz bardziej, z tomu na tom, daje o sobie znać kreacja cynicznego, podłego i zawistnego, lubiącego bawić się w kotka i myszkę z wszystkim i wszystkimi co spotka na swej drodze, Alexandra Andersona, szefa XIII oddziału watykańskiego. To w końcu jego Jednostce przeznaczony jest również dodatek do tomu: ,,Crossfire”, którego za żadne skarby nie można przegapić!
karpatkadobra - awatar karpatkadobra
oceniła na 8 1 rok temu
Balsamista #1 Mitsukazu Mihara
Balsamista #1
Mitsukazu Mihara
"Balsamisty" autorstwa Mitsukazu Mihary. To nie jest zwykła manga, to raczej jakieś mistyczne wejście do świata, w którym śmierć i życie splatają się w nierozerwalny węzeł. W tym tomie Mamiya Shinjirō, nasz główny bohater i profesjonalny balsamista, wprowadza nas w swoje codzienne doświadczenia ze śmiercią i pamięcią o zmarłych. **Wprowadzenie do Świata Shinjirō:** Ten pierwszy tom to takie wprowadzenie w świat Shinjirō - pokazuje, jak wygląda jego praca, jakie ma przemyślenia i jakie historie przewijają się przez jego zakład. Jest to świat, gdzie śmierć to nie koniec, ale nowa opowieść. Każda historia zmarłej osoby, z którą się spotykamy, to jakby osobny rozdział w życiu Shinjirō. **Szczegóły, które Rzucają się w Oczy:** Mamy tu kilka naprawdę wyrazistych postaci: od tragicznie zmarłej baletnicy, przez samolubnego modela, po zegarmistrza żyjącego wspomnieniami. Te postacie nie tylko tworzą tło dla pracy Shinjirō, ale też dodają głębi całej opowieści, pokazując różne aspekty śmierci i pamięci. **Styl i Atmosfera:** Mihara narysowała ten świat w sposób niezwykle sugestywny. Styl jest prosty, ale ma w sobie coś hipnotyzującego. Scenerie są skromne, co pozwala skupić się na emocjach i myślach postaci. Ten pierwszy tom jest jak otwieranie drzwi do czegoś dużo większego, dające poczucie, że to dopiero początek podróży. **Podsumowując:** Tom pierwszy "Balsamisty" to świetne wprowadzenie w uniwersum, gdzie śmierć i życie przeplatają się na każdym kroku. To nie tylko opowieść o pracy balsamisty, ale też o tym, jak różnie ludzie radzą sobie ze stratą i pamięcią. Daje mocne 8/10 za oryginalność, głęboką treść i styl, który wyróżnia się na tle innych mang. Jeśli szukasz czegoś, co zmusza do myślenia i czujesz się gotowy na podróż po mrocznych, ale fascynujących ścieżkach ludzkiej egzystencji, to "Balsamista" jest dla Ciebie.
GeekPiotr - awatar GeekPiotr
ocenił na 8 2 lata temu
Drug-On 1 Misaki Saitō
Drug-On 1
Misaki Saitō
TAJEMNICZA WYSPA Temat kryjącej w sobie wiele tajemnic wyspy nie jest żadnym novum. Posługiwał się nim już Juliusz Verne, największą sławę zdobył jednak chyba przy okazji serialu „Lost – Zagubieni”, a w komiksach doczekał się między innymi ciekawej interpretacji Marka Millara w „Jupiter’s Legacy”, a także bardziej klasycznych przygodach Tintina czy rodzimych Kajtka i Koka. Na japońską interpretację liczyłem więc bardzo, bo i temat dobry, i twórcy z tego kraju udowodnili już nieraz jak można wykorzystać podobne schematy. „Drug-on” może nie sprostał wszystkim pokładanym w nim oczekiwaniom, jednak to wciąż naprawdę dobra i ciekawa manga, łącząca w sobie miejskie legendy, gotycki horror i elementy znane z klasycznych baśni. Dragon’s Beak to wyspa, o której krąży wiele legend. Nikt nie może się na nią dostać, a jedyna droga prowadząca na nią, most, nie dość, że odgrodzona jest zamkniętą bramą, to jeszcze przejścia strzegą ciągłe warty policjantów. Młodzi ludzie z okolicy chcą się tam jednak dostać, bo podobno marzenie tego, kto dotrze do znajdującego się na wyspie źródła, zostanie spełnione niezależnie od tego, jak by ono nie brzmiało. Sława, miłość, pieniądze, władza… Trójce nastolatków udaje się tam to zrobić, jednak to, co spotykają na miejscu nie jest wcale tym, na co liczyli. „Czym do licha jest ta wyspa?”, tylko takie pytanie ciśnie im się na usta. Dziwne stworzenia, jeszcze dziwniejsi „ludzie” - Takerzy, którzy z nimi walczą… Z wyspy powraca tylko jeden z nastolatków. Dziesięć lat później wciąż jednak nie może zapomnieć o tym, co przeżył na Dragon’s Beak. Pracując jako reporter chętnie przyjrzałby się tajemniczemu miejscu z bliska, jednak nikt nie chce mu na to pozwolić. Spotkanie Takerów po latach niewiele może tu zmienić. A może jednak? Kim oni właściwie są i czym tak naprawdę jest wyspa? Chociaż to, co napisałem powyżej o treści tomiku brzmi w miarę spójnie, jego fabuła już aż tak spójna nie jest. Wątek przewodni i główni bohaterowie zmieniają się płynnie, tajemnica częściowo zostaje wyjaśniona dość szybko, zaraz potem pojawiają się kolejne pytania i postacie, jednak autorka nie do końca nad wszystkim panuje. Oczywiście czyta się to lekko i przyjemnie, ale nic poza tym. Najciekawszym elementem „Drug-on” (tytuł kojarzący się z narkotykami nie jest przypadkowy, jednak wątek ten jest tutaj niemal nieobecny) pozostaje początek i klimat legendy miejskiej. Kiedy akcja przenosi się na wyspę akcja zaczyna przypominać horror w realiach superhero, a przynajmniej fantasy. Takerzy władają mocą, właściwie konkretnymi żywiołami, walczą z pewnymi istotami (kim one są zdradzi Wam już sama manga) i to właściwie tyle. Czasem zdarzają się smaczki, bardzo miłe detale (baśniowe, wiktoriańskie), więcej jest jednak walk i dynamicznego tasowania bohaterami. Znakomicie wypadają natomiast rysunki. Niby lekkie, ale niestroniące od czerni, trochę jakby inspirowane „X” grupy Clamp, kadry z ciągniętym przez konie powozem przypomniały mi natomiast oglądane w dzieciństwie anime (niestety nie pamiętam już co to było). Jako całość „Drug-on” wypada przyjemnie, choć nie jest to do końca spełniona manga. Recenzja opublikowana na moim blogu http://ksiazkarnia.blog.pl/2017/04/07/drug-on-1-misaki-saito/
Wkp - awatar Wkp
ocenił na 6 9 lat temu
The Innocent Avi Arad
The Innocent
Avi Arad Junichi Fujisaku Ko Yasung
Historii na temat duszy ludzkiej w szeroko pojętej popkulturze jest całe mnóstwo, od książek, filmów na mangach kończąc. Nie jeden tytuł skupiał się na bohaterach, którzy zginęli tragiczną śmiercią, a ich bezcielesny byt pozostawał na ziemi, nie mogąc zaznać odkupienia, do momentu aż osoby odpowiedzialne za ich cierpienia nie dosięgnie ręka sprawiedliwości. Właśnie tego rodzaju fabularna treść znajduje się w mandze The Innocent pozycji, która ma już swoje lata na karku, ale nadal jest warta przeczytania. Głównym bohaterem tytułu jest prywatny detektyw Ash, który zajął się sprawą, którą nikt nie powinien się interesować. Szybko został on oskarżony, o której zbrodnię nie popełnił, a błyskawiczny proces kończy się wyrokiem skazującym go na śmierć. Jego dusza skalana wieloma grzechami nie mogła odrodzić się ponownie, dostał on jednak szansę od Rady Aniołów na odkupienie swoich win. Miał on powrócić na ziemię i stać się opiekunem ludzi podobnych do siebie. Zadanie które otrzymał, jednak niespecjalnie go interesuje, jedynym jego celem jest zemsta na osobach, które doprowadziły do jego śmierci. Nie ma co ukrywać, że pod względem fabularnym mamy tutaj do czynienia z dziełem dobrym, ale dość mało odtwórczym (tytuł powiela wiele sprawdzonych schematów). Próba pokazania głębszej treści w postaci poruszenia tematyki grzechu i odkupienia duszy jest tutaj dość mocno przytłoczona przez główny sensacyjny wątek. Zdecydowanie nie jest to wada tytułu, wręcz przeciwnie skonstruowanie stosunkowo prostej i zamkniętej jednotomowej historii, w której istotną rolę odgrywa akcja, a wszystkie wątki są należycie wyjaśnione sprawia, że całość czyta się naprawdę przyjemnie. Jeśli szuka ktoś postaci złożonych, których enigmatyczność nadaje całemu tytułowi należytego klimatu, będzie mocno zawiedziony. Twórcy w swoich założeniach postawili na pewną prostotę i akcyjny charakter tytułu. Od samego początku mamy wyraźny podział na dobrą i złą stronę. Postacie zaliczająca się do tych „mrocznych” to pod wieloma względami schematyczne „czarne charaktery”, które mają nadać tytułowi odrobiny tajemniczości i klimatu thrillera (z różnym skutkiem). Sam Ash również nie należy do bohaterów, o których można byłoby napisać, że są innowacyjni. Mamy tutaj do czynienia z połączeniem Constantina i Punishera, czyli postacią, która nie zważa na nic na swojej drodze i jest gotowa do poświęcenia wszystkiego, aby tylko dokonać zemsty. Trudno nie odnieść wrażenia, że postacie ociekają tutaj dość „amerykańskim” klimatem. Z drugiej strony nie ma się jednak temu, co dziwić skoro w pomysł stworzenia tytułu był zaangażowany Aviego Arad - założyciela amerykańskiego Marvel Studios. Cała recenzja na: https://www.popkulturowykociolek.pl/2020/02/the-innocent-recenzja-mangi.html
PopKulturowy - awatar PopKulturowy
ocenił na 6 6 lat temu

Cytaty z książki Fullmetal Alchemist t. 3

Więcej
Hiromu Arakawa Fullmetal Alchemist t. 3 Zobacz więcej
Więcej