Paryskie pasaże. Opowieść o tajemnych przejściach
Krzysztof Rutkowski to taki miłośnik kultury francuskiej, który nie ma dla niej pobłażania w wielu jej aspektach. Potrafi np. napisać: “Czasami słodka Francja odsłania niechcący swe ineksprymable cuchnące i szare, bo niezmieniane od pół wieku. Otwieranie okien wtedy nie pomaga, a wylanie pół litra Chanela na łono i butelki whisky do gardła – nie zdaje się na nic”.
To czwarta moja książka Autora, wybitnego intelektualisty, który ma nieszczęście nazywać się jak ktoś…. zupełnie inny.
Jego znajomość wszystkiego, co się mieści w pojemnym pojęciu francuszczyzny jest po prostu zadziwiająca. Zarazem, co nieczęsto się zdarza, potrafi celnie uderzyć w słaby, czy też właśnie odwrotnie: silny, punkt tego, co opisuje. A może po prostu jest obiektywny - taka to dziwna przypadłość, przepadła już dawno niczym choćby trzepanie dywanów na podwórkach.
I trzepie z zapałem nasz Autor ten francuski kobierzec aż iskry lecą, jaskrawe - bo zachwytu. Wystarczy nieco cytatów, by się przekonać, że mało kto pisze z takim pazurem. ..
“W pierwszej połowie XIX wieku Paryż był miastem niesamowicie ciasnym, ciemnym, brudnym, błotnym i cuchnącym jak martwa ostryga”.
“Powieści Balzaka i Stendhdala opisują tylko niewielką, cienką – jak bieda zupka – warstwę paryskiego społeczeństwa. 50 tysięcy paryżan żyło sobie w luksusie lub w dostatku; 250 tysięcy wiązało jakoś koniec z końcem, a 700 tysięcy klepało biedę z żałosnym dudnieniem pośród niepowtarzalnych zapachów po obu stronach Sekwany”.
“Prawdziwy Babilon. Istna Sodoma. Paryż przerażał. Paryż był chorym człowiekiem Europy”.
“Zagęszczenie ludności, stężenie brudu oraz wszelkiego plugastwa osiągnęło w niepięknych dzielnicach Paryża taki stopień, że nawet mieszkańcy nowych lub bogatych części miasta zaczęli się niepokoić”.
“Przy zachlapanych stolikach wśród oparów, dymu, cuchu wilgotnych płaszczy i przepoconych koszul nieudani poeci, polscy emigranci i zwykli alkoholicy wyrzynali w pień królów i panów, zakładali zakony zarodowe na szczęśliwą przyszłość ludzkości, rozdzielali między siebie kobiety i zagrabione przez burżujów skarby. Znosili wszelką własność, tęskniąc do nowej pary własnych kalesonów. Niektórzy z nich umrą na suchoty, zwariują od przerzutów syfilitycznych, wskoczą do Sekwany, inni się wzbogacą jeszcze inni trafią do więzienia, reszta pójdzie do klasztoru”.
“Psychoanalitycy twierdzą, że przyczyn homoseksualizmu Verlaine'a należałoby szukać w trzech słojach formaliną, w których jego matka zakonserwowała skutki wcześniejszych poronień.(...) Pewnego dnia w przypływie furii potłukł wszystkie słoje, potem rzucił się z nożem na ślubną małżonkę, prawie zadusił matkę, później postanowił zostać świętym”.
“Prefekt miasta Paryża wydał w roku 1878 wszystkim policjantom tajnym, jawnym i dwupłciowym rozporządzenie, by pod żadnym pozorem nie zatrzymywali Verlaine'a.
“Henri de Toulouse-Lautrec miał metr 52 cm wzrostu i najlepiej czuł się pod stołem lub w burdelu. (...) Koiły go w ramionach krągłe egerie. Wtulał się cały pod ich biusty, rozpłaszczał na brzuchu, wsysał w pępek”.
“W latach osiemdziesiątych zeszłego stulecia paryska bohema zmieniała skórę. Dawniej stanowiła sposób na życie. Powoli zamieniała się w zorganizowaną, zbiorową sztukę reklamy”.
Jednym z ulubionych bohaterów Autora jest markiz Donatien Alphonse François de Sade. Najwspanialszy jest fragment o jego testamencie, w którym wyraził wolę, aby pochowano go w jego prowincjonalnym majątku, gdzieś w gęstwinie ogrodu (co się jednak nie stało, bo majątek wcześniej sprzedano).
“Na zasypanym dole posadzić na powrót wszelkie chwasty, aby wyżej wspomniany dół nie odróżniał się niczym od otoczenia, a zagajnik zarósł jak wprzódy, i aby po moim grobie nie pozostał najmniejszy ślad na powierzchni ziemi podobnie – jak mniemam – pamięć o mnie wśród ludzi zaginie, z wyjątkiem może tyciej garstki nielicznych, którzy obdarzyli mnie swą miłością aż do ostatniej chwili i o których słodkie wspomnienie zabiorę ze sobą do grobu”.
Autor celnie wytyka Francji prorosyjskość w XIX wieku i prosowieckość w XX. Wiele miejsca zajmuje rozprawa Rutkowskiego z taką orientacją zwłaszcza u francuskich intelektualistów.
“Największy podziw budziła, budzi i budzić będzie nad Sekwaną Rosja. Najpiękniejszy most w Paryżu nosi imię cara Aleksandra III”.
“Do połowy XIX wieku, mniej więcej do upadku Wiosny Ludów, francuska lewica adorowała i miłośnie wzdychała do Polski oraz narodów podobnie uciśnionych. Rosja jawiła się jako upiór i oprawca. (...) W drugiej połowie XIX wieku sympatia do Polski stopniała we Francji jak lód na słońcu, by rozpuścić się w brudnej kałuży po Komunie Paryskiej. W dwudziestoleciu międzywojennym podziw wzbudzała już na Sekwaną tylko Rosja sowiecka, a po roku 1945 fala rusofilli z gwiazdą rozpłynęła się we Francji jak sos beszamelowy po kotlecie z mlecznego jagnięcia”.
“Trudno sobie nawet dzisiaj wyobrazić, do jakiego stopnia komunizm sowiecki stał się obiektem pożądania dla francuskich środowisk intelektualnych (...) To widmo gdzie indziej przelewanej krwi tak przyjemnie łechtało wyobraźnię w uniwersyteckich salach, w kawiarniach i w salonach. Niczym wspomnienie o słodkich razach zadawanych szpicrutą boskiego markiza”.
“We Francji na literackie sukcesy mogą liczyć wyłącznie osoby, które poznały wszelkie zawiłości składni oraz ortografii mowy Racine'a i Moliera. Ponadto warto być draniem i w odpowiednim czasie sympatyzować z czerwonymi. Albo z Czarnymi Panterami, Frakcją Czerwonej Armii lub terrorystami z OWP. Jean Genet popierał z całego serca zarówno Pantery, jak i Arabów, bowiem doszedł do wniosku, że to bardzo piękni chłopcy. Wyznał jednocześnie z żalem, że z żadnym z przystojnych bojowników o wyzwolenie Palestyny nie udało mu się spędzić nocy”.
“W 1954 roku Jean Paul Sartre napisał, że każdy obywatel Związku Radzieckiego cieszy się zupełną wolnością słowa i ma prawo krytykować sowiecką władzę ile wlezie. (....) Doszedł do wniosku, że kapitalizm nie może już niczego ofiarować ludzkości. Jedyną rozsądną propozycją jest komunizm. Jak zaczniemy krytykować komunizm, to stracimy sens życia. Jak się straci sens życia – to koniec”.
I jeszcze francuska obsesja na punkcie wiecznej młodości: “Tu starości unika się jak kataru lub po prostu w ogóle nie zauważa, niczym kloszarda na ławce, psich odchodów na chodniku lub grymasu na ustach teściowej. Starość nie istnieje a młodość stała się synonimem piękna”.
“Bycie w formie zastąpiło obecnie bycie w prawdzie. Zdrowie stało się celem samym w sobie, a młodość absolutem”.
Albo taka inteligentna złośliwość: “Kiedy byłem małym chłopcem, to ze wszystkich francuskich profesorów lubiłem najbardziej Claude’a Levi-Straussa, ponieważ kojarzył mi się nieuchronnie z wybornymi dżinsami, które wtedy uznawałem za szczyt osiągnięć rękodzieła artystycznego”.
Wielkie wrażenie na koniec wywiera opis kopii listów pisanych ze strefy okupowanej i przechwyconych na rozkaz kolaboracyjnego francuskiego “rządu” Vichy. Niemcy tego nie żądali, to była czysto francuska narodowa inicjatywa.
“Tysiące francuskich urzędników pocztowych otwierało codziennie przez 8 godzin (z przerwą na obiad) dziesiątki tysięcy prywatnych listów nad parą i przepisywało je pracowicie z kopiami na przebitce, bo marszałek Petain chciał koniecznie wiedzieć, jakie w narodzie panują nastroje. (...) Tysiące pracowników poczty i telegrafu podsłuchiwało rozmowy Francuzów i notowało wybrane fragmenty”.
“Szpiegowano w majestacie prawa, stosy pracowitych stron wędrowały do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w uzdrowisku Vichy, a konsekwencje – w wypadkach uznanych za niebezpieczne – spadały na gadułów jak piorun w zacierkę”.
Pasjonująca to lektura książki mojego ulubionego wydawnictwa Słowo/Obraz/Terytoria...
Opinia
Lekka lektura, skierowana do osób nieobeznanych z terminologią historii sztuki, jednak i Ci obeznani będą z ciekawością śledzić szczegóły życia ludzi renesansu oraz szczegóły samych obrazów. Autorka skupia się głównie na malarstwie i bardzo często podkreśla własne zdanie: ocenia, czy jej się podoba, czy nie. Niestety, głównie się podoba, co skutkuje peanami na temat artystów. Jest to jednak jedyny minus tej książki dla przeciętnego czytelnika. Plusem jest humor autorki oraz krótkie rozdziały-gawędy. Nie jest to podręcznik, ale sposób na dowiedzenie się wielu ciekawostek na temat środowiska artystycznego renesansowej Italii.
Lekka lektura, skierowana do osób nieobeznanych z terminologią historii sztuki, jednak i Ci obeznani będą z ciekawością śledzić szczegóły życia ludzi renesansu oraz szczegóły samych obrazów. Autorka skupia się głównie na malarstwie i bardzo często podkreśla własne zdanie: ocenia, czy jej się podoba, czy nie. Niestety, głównie się podoba, co skutkuje peanami na temat...
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to