Nieczytany przeze mnie w Peerelii janczar ówczesnych władz dziś zaskakuje dojrzałą prozą na tematy wiejskie, a przecież ogólnoludzkie - jakby jedno z drugim miało stać w sprzeczności. Na szczęście zniknął tzw. kontekst.
Już sam tytuł mówi o odwiecznej, przez wieki niezaspokojonej miłości polskiego chłopa do własnej ziemi, “tej ziemi”. I choć narratorem jest, teoretycznie, ktoś, kto po 1944 r. odszedł ze wsi dla kariery w mieście i stał się nie tylko “miastowym”, ale i inteligentem, bo prokuratorem, to jednak w jakimś sensie odczuwa ten głód, a przynajmniej go podświadomie, nie przyznając się przed samym sobą, rozumie w kontekście czynu.
Zarazem oskarżyciela publicznego męczą ewidentne bóle fantomowe. Nie tylko odczuwa wspólnotę losu z oskarżonym, ale i wręcz się z nim w pewnym sensie utożsamia. Daleko tu od typowego, profesjonalnego stanowiska prokuratora wobec deliktu…
Oskarżonemu zarzucono bowiem zabójstwo jeszcze w 1930 r. dokonane - właśnie w imię ziemi, by nie odeszła wraz z siostrą do innego mieszkańca wsi, za którego miała wyjść za mąż. Narzeczony domagał się bowiem w wianie dwóch mórg ziemi - a jeszcze pozostało dwóch braci czekających na swoją schedę. Drugie zabójstwo, po 30 latach, wynikało z chęci usunięcia świadka, który mógł znać prawdę, że nie było to przypadkowe utonięcie....
Mam nadzieję, że nie dokonałem właśnie szkaradnego występku “spojlerowania”, zwłaszcza że oczywiście nie jest to żaden kryminał - jeżeli już to moralitet niemal na miarę greckiej tragedii.
Napisałem że prokurator jest narratorem tylko “teoretycznie”, bo to raczej pisarz - ma mocy swojego świętego prawa - wchodzi w jego głowę i z tej wygodnej pozycji snuje swoją opowieść. Zresztą narrator, kimkolwiek jest, odczuwa dziwność sytuacji: “Tak myślałem i tak sobie swoje myśli zupełnie nie po prokuratorsku komplikowałem”.
W retrospekcjach, które w zasadzie wypełniają niemal całą niezbyt obszerną książkę, poznajemy “stan faktyczny” sprzed zbrodni (a może i świat samego Autora).
Ale narrację wciąż przejmuje pan z czerwonym żabotem...
“Ja, do piętnastego roku życia idąc w tym samym co Wojciech Trepa kierunku, mogłem iść ku zbrodni, bo mogłem zostać nakierowany przez moje warunki i warunki mojej wsi na popełnienie zbrodni, podobnie jak oskarżony Wojciech Trepa”.
“Chodząc od drzwi do okna, w dalszym ciągu zabawiałem się tym porównywaniem mojego życia z życiem oskarżonego Wojciecha Trepy, choć to mi nie było potrzebne”.
“Ta zabawa w dowolne przesuwanie siebie w czas młodości oskarżonego, a oskarżonego w czas mojej młodości, wywołała - pozbawione oczywiście realnego znaczenia - wyobrażenie zamienionych ról. Ja, dzisiejszy prokurator, w takim wypadku idę na ławę oskarżonych między dwóch milicjantów, a oskarżony Wojciech zasiada za moim, czyli prokuratora, pulpitem. Ale to oczywiście nie ma znaczenia i jest raczej zabawą wynikającą z tego, że i ja, i Wojciech od pasienia, kaczek i gęsi zaczynaliśmy życie”.
“Gdyby rok 1945 nie przeciął na połowy mojego docelowego życia, to mogłoby się tak stać, że ja dziś dzieliłbym los oskarżonego”.
“Zabawiałem się tym porównywaniem mojego życia z życiem oskarżonego Wojciecha Trepy, choć to mi nie było potrzebne i mogło wprowadzić zamęt w sprawną, liczącą się tylko z faktami działalność prokuratora”.
“Uśmiechnąłem się na myśl, do czego to można dojść, gdy się człowiek zabawia w przesuwanie ludzi na szachownicy czasu”.
I im bardziej się zarzeka, że to tylko “zabawa”, tym bardziej w całej książce narrator właśnie to czyni, zwłaszcza że jego dzieciństwo ma wiele wspólnego z losami podsądnego…
“Ma cztery lata i już zna wielką cierpliwość wrony; już w tym wieku wie, jak może zawirować świat, jak się świat wali, jak jasny dzień staje się nocą jak wszystko zapada się, gdy młodą kaczkę, która się nie trzyma kwoki, porwie wrona. (...) To pozostaje w tobie, jeśli pilnowałeś kaczek, i z tym już idziesz w świat, z tym dorastasz”
“I te chłopskie bose stopy, te śmieszne guzowate, sczerniałe i spękane stopy depczące po ziemi, wodzie i gównie, upodlone, żyjące gorszym życiem niż reszta chłopskiego ciała”.
“Cieszył się tymi butami Wojtek, ale nie tak, jakby się cieszył, gdyby te buty nie były za duże; ale musiały być za duże, bo musiał się tam jeszcze zmieścić wiecheć ze słomy, żeby było cieplej. (...) Dla spokoju całych pokoleń te buty musiały być za duże”.
Ale prokuratorowi powiodło się w życiu, bo korzystał z łaski późniejszego od zabójcy urodzenia i po 1944 r. swoją szansę wykorzystał.
“Ożeniłem się z córką profesora akademii handlowej i wszedłem do tej profesorskiej, do tej od pokoleń profesorskiej rodziny. Nie przyznam się nikomu do tego, że w mojej miłości do żony i miłości żony do mnie odnalazłem element zemsty; a i do tego się nie przyznam nikomu, że to wsunięcie się na białe, zgrabne ciało córki profesora akademii handlowej, czyli mojej żony, uznam za jedną z nominacji, jakie rewolucja rozdziela ludziom zrodzonym z brudnych, nie mytych matek”.
Ciekawym zabiegiem jest, że prokurator-narrator raz zwraca się w swym strumieniu świadomości wprost do podsądnego, a raz pisze o nim w trzeciej osobie - jakby wracał do swej pozycji procesowej, choć niechętnie...
“Gdyby wiosna 1930 roku była wiosną 1945 roku, to byś tego morderstwa nie popełnił, bo nie istniałaby przyczyna morderstwa, bo ziemi byłoby pod dostatkiem dla ciebie i dla twojej siostry Jadwigi; bo się brało dworską ziemię”.
“Najgorsze jest to, że się musisz cieszyć, a ty byś wolał się smucić, ty byś wolał rozpaczać, ale nie możesz pozwolić się sobie na rozpacz, bo ty jesteś skazany na uśmiech, bo się sam na ten nieszczery uśmiech skazałeś, bo musisz to morderstwo zachować w tajemnicy”.
“Najgorsze są te ludzkie spokojne, nieodgadnione twarze, jak zaryglowane drzwi, jak zamglone szyby. Wojna nie była dla niego zła, bo nie było potrzeby obwarowywania tej jego tajemnicy, bo ona jakby się gdzieś zagubiła, jakby to jego morderstwo znalazło się na spodzie wielkiej ilości morderstw i zostało przytłoczone wielkim ciężarem z wielokrotnego morderstwa, a tym samym utraciło coś niecoś z własnego ciężaru”.
“Mówił o tych swoich dwóch zbrodniach z jakąś zdumiewającą szczerością, która, jak można było zauważyć, przynosiła mu ulgę, a może dawała nawet odrobinę przyjemności, bo zrzucał z siebie ten trzydziestoletni ciężar tajemnicy morderstwa”.
Rzecz ma formułę otwartą; a wyroku nie poznamy, bo przecież nie on jest tu najważniejszy, co prokurator przyznaje sam przed sobą:
“Czy po tym procesie powiem: – Nie dałem się pamięci, czy: – Pokonała mnie pamięć…”.
W sumie: co ci przypisane, od tego nie uciekniesz... Dość dobra to książka, zasługująca na lekturę, choć jej wartość dziś już bardziej historyczna...
Jednak wyższą ocenę (9) dałem innej książce Autora "Tańczący jastrząb". To tylko o oczko słabsza od arcydzieł Myśliwskiego świetna opowieść o przemijalności egzystencji, naszego świata, naszych wysiłków, tego wszystkiego, na czym tak bardzo nam – za życia - zależy....
Opinia
Lubię czasem zajrzeć na stronę wikiźródeł i przeczytać teksty zapomniane. Przez przypadek trafiłem na opowiadania Leo Lipskiego. Jedno z nich "Dzień i noc": Młody człowiek, pomocnik lekarza, obserwuje więźniów w sowieckim łagrze. Dwadzieścia cztery godziny życia w obozie. Świat odwróconej moralności. Szaleństwo, głód, cieżka praca, załamanie psychiczne, determinacja, amok. Nieludzka ziemia. To opowiadanie ukazujące nieodwracalność duchowych zmian w psychice człowieka, spowodowane przejściem przez „sowiecką Golgotę”.
Lubię czasem zajrzeć na stronę wikiźródeł i przeczytać teksty zapomniane. Przez przypadek trafiłem na opowiadania Leo Lipskiego. Jedno z nich "Dzień i noc": Młody człowiek, pomocnik lekarza, obserwuje więźniów w sowieckim łagrze. Dwadzieścia cztery godziny życia w obozie. Świat odwróconej moralności. Szaleństwo, głód, cieżka praca, załamanie psychiczne, determinacja, amok....
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to