Trzy opowieści austriackiego awangardzisty Petera Handke – każda bez upiększeń w akcie demonstracyjnej wrogości wobec fabuły. Trzeci tekst o matce sięga wyżyn empatii…
Na szczęście fabuła sama w sobie nie jest dla mnie najważniejsza, to i narracja Noblisty do mnie przemawia. Tylko próg wejścia na tyle wysoki, że komuś bardzo się może obniżyć próg wyjścia.
Już po paru stronach i nawet nie na drugi rzut oka oczywistą oczywistością jest, że Handke to ktoś, kto z natury lubi prowokować, epatować (czy tylko mieszczanina?), dystansować się od innych, być kompletnie osobnym. A to może prowadzić w różne miejsca. Czy może zatem dziwić, że po latach odnajdzie się on jako adwokat „pro bono” serbskiego zbrodniarza wojennego, ale i "pokojowego", Slobodana Miloševicia…
Pierwsze dwie części tej książki z 1972 r. dotyczą pobytu Autora w USA. To umiarkowanie antyamerykańska treść w superamerykańskiej formie, czyli powieści drogi. Autor mieszka w typowych hotelach (z obowiązkową Biblią w szufladzie biurka) i niemalże cały czas jest w ruchu, taki ówczesny biegun.
To głównie, jeśli nie przede wszystkim, relacja z banalnej codzienności w banalnym kraju, jak wynika z narracji. Zapis kolejnych dni może nużyć, co jest zamierzonym chwytem, skoro narrator czyli autor silnie odczuwa sztuczność, a nawet i fałszywość istnienia. Dlatego, a może mimo to, skupia się niemal wyłącznie na sobie.
Jedną z jego cech są natręctwa…
„Tak bardzo odzwyczaiłem się od samego siebie, że nie wiedziałem teraz, co z sobą zrobić”.
„Będąc sam ze sobą, czułem się niepotrzebny”.
„Najchętniej bym się zbił, tak byłem sobą znudzony”.
„Zbliżałem się do wszystkiego, co tylko możliwe, i ledwie doszedłem, traciłem na to ochotę”.
„Jak to się dzieje, że akurat mnie opowiadano zawsze różne historie? pomyślałem. Przecież chyba było widać po mnie, że z góry się na to nie zgadzam. A mimo to stale opowiadano mi najgłupsze różne historie z takim spokojem, jak gdyby nie sposób było sobie wyobrazić, że wysłucham ich inaczej niż jako zaufany wspólnik”.
W tej realistycznej, ale tez i lekko odrealnionej części, występuje również wątek znienawidzonej i nienawidzącej byłej żony narratora czyli autora. Raz nasyła ona na niego zbirów, a kiedy indziej znów razem odwiedzają reżysera Johna Forda.
Wiele tu odnalazłem wspólnego z moim ulubionym Thomasem Bernhardem, starszym od Handkego o 11 lat (wydaje się do niego nieco podobny, zwłaszcza w „szarganiu świętości”, choć jednak nie dorównuje mu w „ojkofobii” - czyje to ulubione słowo?). Wycofanie z życia i niechęć do niego niemal takie, jak u autora niezapomnianego „Wymazywania”: „Jak daleko sięgnę pamięcią, byłem jakby urodzony do lęków i przerażeń”.
Albo taki cytat: „Jesteś obserwatorem doświadczeń, nie ich uczestnikiem. Zachowujesz się, jak gdyby świat stanowił przykrą niespodziankę, specjalnie dla ciebie. Więc przypatrujesz się tylko uprzejmie, jak stopniowo wszystko wychodzi na jaw; wmieszać się to byłaby przecież nieuprzejmość”.
„Mówicie zawsze +ja+, a jednak czujecie się pochlebieni, gdy weźmie się was za kogoś innego”.
Bardzo mi odpowiadają liczne tu imiesłowy uprzednie, tak rzadko już dziś używane w coraz bardziej ubożejącym języku polskim (bo mój ulubiony czas zaprzeszły dawno już przeszedł był do zamierzchłej historii).
Amerykańską rzeczywistość Autor odbiera jednoznacznie negatywnie (co mnie nie dziwi: bylem tam, nie tęsknię - a już zwłaszcza teraz...).
„- W Ameryce nie chodzi się na spacery – powiedziała Claire. – „Jeździ się samochodem albo siedzi przed domem w bujakach. Kto wałęsa się, ot tak sobie, bez celu, zwraca na siebie uwagę”.
„Prawie już nie zauważała natury, lecz sztuczne znaki i przedmioty cywilizacji przyjmowała za naturę”.
„Umysłowo chorzy w Europie przemawiają na ogół formułkami religijnymi, umysłowo chorzy tutaj, choćby mówili tylko o jedzeniu, zaczynają nagle deklamować jak katarynki nazwy bitew wygranych przez naród”.
„Nie widziałem w Ameryce bodaj nikogo, kto byłby w czymś zatopiony”.
W pełni podzielam autorską ocenę ulubionego napoju Amerykanów (a może nie tylko ich): „Spróbowałem czknąć; pomogła mi coca-cola”. I jeszcze reakcja Europejczyka na tamtejsze „jedzenie”: „Poczułem głód, ale gdy popatrzyłem potem na jadłospisy przed restauracjami, głód minął”.
Trzecie opowiadanie „Pełnia nieszczęścia” to fascynujące wspomnienie o matce (rocznik 1920, z pochodzenia Słowence), która z choroby i biedy popełniła samobójstwo. Ten tekst „łatwiejszy” od tamtych dwóch – to wybitny rys psychologiczno-socjologiczny jej zwykłego, tak mało, za mało znaczącego życia.
Emocje syn pozostawia raczej na boku. „Nigdy nie mówiła o sobie, a i mnie nigdy nie przyszło na myśl, że można coś o niej powiedzieć. Rozmawialiśmy więc o mnie albo o rzeczach za oknem, to była nasza jedyna możliwość okazywania sobie czułości”.
Urodziła się na austriackiej wsi w czasach powszechnego ubóstwa. „Jedyne ich mienie, odświętne ubranie, składano wraz z nimi do grobu”. Życie mocno patriarchalne. „Wszelkie manifestowanie kobiecej odrębności uchodziło w tym wiejsko-katolickim otoczeniu za zuchwałość”. Poza Kościołem nie ma życia. „Chodzili do spowiedzi po to tylko, żeby temu, kto zostawał w domu, przypomnieć o jego grzechach”. Polityka? „Jako radny gminy reprezentuje małą podupadłą partię, która w oparciu o wielką przeszłość marzy o wielkiej przyszłości”.
To wciąż czasy przednowoczesne, choć lata już 50., 60. „Wciąż jeszcze istniał dość śmieszny podział dóbr na to, co konieczne, pożyteczne i luksusowe. Konieczne było wówczas tylko jedzenie; pożyteczny – opał na zimę, cała reszta była luksusem”.
Życie pozornie wyglądało na wspólnotowe, ale to oczywiście dyktat niewyróżniania się niczym. „Po jednostkowej indywidualności nie pozostawał żaden niemal ludzki ślad; +indywiduum+ zresztą to było słowo znane tylko jako wyzwisko”.
Matka jednak odważnie łamie patriarchalne schematy – wyjeżdża do „miasta”, wychodzi za mąż za nazistę („Nie stali się sobie obcy; nigdy bowiem nie byli sobie naprawdę bliscy”), takie to ówczesne marne życie. „Stała się więc niczym, nie mogła tez stać się niczym więcej, tego nie trzeba było jej nawet przepowiadać”.
Nie było w jej życiu wiele miejsca na uczucia.
„Mąż, do którego nic już nie docierało, i dzieci, do których jeszcze mało co docierało”.
„Zrobiła się drażliwa i ukrywała to z lękliwą, wymuszoną godnością, spoza której przy najmniejszej przykrości natychmiast wyzierała panicznie bezbronna twarz. Bardzo łatwo było ją poniżyć”.
„Nie była samotna, co najwyżej odczuwała pewną połowiczność”.
„Czytała książki tylko jako historie z przeszłości, nigdy jako marzenia o przyszłości”.
„Chętnie by sobie umarła, ale bała się umierania”.
„W liście, który poza tym zawierał tylko zarządzenia co do pogrzebu, napisała mi na końcu, że jest bardzo spokojna i szczęśliwa, iż wreszcie zaśnie w pokoju. Ale ja jestem pewien, że to nieprawda”.
„To nieprawda, że pisanie mi pomogło”.
Nielekka to literatura, ale kto powie, że daleka od życia...? Czuje się raczej zachęcony do kolejnych książek Autora.
Opinia
Nieczytany przeze mnie w Peerelii janczar ówczesnych władz dziś zaskakuje dojrzałą prozą na tematy wiejskie, a przecież ogólnoludzkie - jakby jedno z drugim miało stać w sprzeczności. Na szczęście zniknął tzw. kontekst.
Już sam tytuł mówi o odwiecznej, przez wieki niezaspokojonej miłości polskiego chłopa do własnej ziemi, “tej ziemi”. I choć narratorem jest, teoretycznie, ktoś, kto po 1944 r. odszedł ze wsi dla kariery w mieście i stał się nie tylko “miastowym”, ale i inteligentem, bo prokuratorem, to jednak w jakimś sensie odczuwa ten głód, a przynajmniej go podświadomie, nie przyznając się przed samym sobą, rozumie w kontekście czynu.
Zarazem oskarżyciela publicznego męczą ewidentne bóle fantomowe. Nie tylko odczuwa wspólnotę losu z oskarżonym, ale i wręcz się z nim w pewnym sensie utożsamia. Daleko tu od typowego, profesjonalnego stanowiska prokuratora wobec deliktu…
Oskarżonemu zarzucono bowiem zabójstwo jeszcze w 1930 r. dokonane - właśnie w imię ziemi, by nie odeszła wraz z siostrą do innego mieszkańca wsi, za którego miała wyjść za mąż. Narzeczony domagał się bowiem w wianie dwóch mórg ziemi - a jeszcze pozostało dwóch braci czekających na swoją schedę. Drugie zabójstwo, po 30 latach, wynikało z chęci usunięcia świadka, który mógł znać prawdę, że nie było to przypadkowe utonięcie....
Mam nadzieję, że nie dokonałem właśnie szkaradnego występku “spojlerowania”, zwłaszcza że oczywiście nie jest to żaden kryminał - jeżeli już to moralitet niemal na miarę greckiej tragedii.
Napisałem że prokurator jest narratorem tylko “teoretycznie”, bo to raczej pisarz - ma mocy swojego świętego prawa - wchodzi w jego głowę i z tej wygodnej pozycji snuje swoją opowieść. Zresztą narrator, kimkolwiek jest, odczuwa dziwność sytuacji: “Tak myślałem i tak sobie swoje myśli zupełnie nie po prokuratorsku komplikowałem”.
W retrospekcjach, które w zasadzie wypełniają niemal całą niezbyt obszerną książkę, poznajemy “stan faktyczny” sprzed zbrodni (a może i świat samego Autora).
Ale narrację wciąż przejmuje pan z czerwonym żabotem...
“Ja, do piętnastego roku życia idąc w tym samym co Wojciech Trepa kierunku, mogłem iść ku zbrodni, bo mogłem zostać nakierowany przez moje warunki i warunki mojej wsi na popełnienie zbrodni, podobnie jak oskarżony Wojciech Trepa”.
“Chodząc od drzwi do okna, w dalszym ciągu zabawiałem się tym porównywaniem mojego życia z życiem oskarżonego Wojciecha Trepy, choć to mi nie było potrzebne”.
“Ta zabawa w dowolne przesuwanie siebie w czas młodości oskarżonego, a oskarżonego w czas mojej młodości, wywołała - pozbawione oczywiście realnego znaczenia - wyobrażenie zamienionych ról. Ja, dzisiejszy prokurator, w takim wypadku idę na ławę oskarżonych między dwóch milicjantów, a oskarżony Wojciech zasiada za moim, czyli prokuratora, pulpitem. Ale to oczywiście nie ma znaczenia i jest raczej zabawą wynikającą z tego, że i ja, i Wojciech od pasienia, kaczek i gęsi zaczynaliśmy życie”.
“Gdyby rok 1945 nie przeciął na połowy mojego docelowego życia, to mogłoby się tak stać, że ja dziś dzieliłbym los oskarżonego”.
“Zabawiałem się tym porównywaniem mojego życia z życiem oskarżonego Wojciecha Trepy, choć to mi nie było potrzebne i mogło wprowadzić zamęt w sprawną, liczącą się tylko z faktami działalność prokuratora”.
“Uśmiechnąłem się na myśl, do czego to można dojść, gdy się człowiek zabawia w przesuwanie ludzi na szachownicy czasu”.
I im bardziej się zarzeka, że to tylko “zabawa”, tym bardziej w całej książce narrator właśnie to czyni, zwłaszcza że jego dzieciństwo ma wiele wspólnego z losami podsądnego…
“Ma cztery lata i już zna wielką cierpliwość wrony; już w tym wieku wie, jak może zawirować świat, jak się świat wali, jak jasny dzień staje się nocą jak wszystko zapada się, gdy młodą kaczkę, która się nie trzyma kwoki, porwie wrona. (...) To pozostaje w tobie, jeśli pilnowałeś kaczek, i z tym już idziesz w świat, z tym dorastasz”
“I te chłopskie bose stopy, te śmieszne guzowate, sczerniałe i spękane stopy depczące po ziemi, wodzie i gównie, upodlone, żyjące gorszym życiem niż reszta chłopskiego ciała”.
“Cieszył się tymi butami Wojtek, ale nie tak, jakby się cieszył, gdyby te buty nie były za duże; ale musiały być za duże, bo musiał się tam jeszcze zmieścić wiecheć ze słomy, żeby było cieplej. (...) Dla spokoju całych pokoleń te buty musiały być za duże”.
Ale prokuratorowi powiodło się w życiu, bo korzystał z łaski późniejszego od zabójcy urodzenia i po 1944 r. swoją szansę wykorzystał.
“Ożeniłem się z córką profesora akademii handlowej i wszedłem do tej profesorskiej, do tej od pokoleń profesorskiej rodziny. Nie przyznam się nikomu do tego, że w mojej miłości do żony i miłości żony do mnie odnalazłem element zemsty; a i do tego się nie przyznam nikomu, że to wsunięcie się na białe, zgrabne ciało córki profesora akademii handlowej, czyli mojej żony, uznam za jedną z nominacji, jakie rewolucja rozdziela ludziom zrodzonym z brudnych, nie mytych matek”.
Ciekawym zabiegiem jest, że prokurator-narrator raz zwraca się w swym strumieniu świadomości wprost do podsądnego, a raz pisze o nim w trzeciej osobie - jakby wracał do swej pozycji procesowej, choć niechętnie...
“Gdyby wiosna 1930 roku była wiosną 1945 roku, to byś tego morderstwa nie popełnił, bo nie istniałaby przyczyna morderstwa, bo ziemi byłoby pod dostatkiem dla ciebie i dla twojej siostry Jadwigi; bo się brało dworską ziemię”.
“Najgorsze jest to, że się musisz cieszyć, a ty byś wolał się smucić, ty byś wolał rozpaczać, ale nie możesz pozwolić się sobie na rozpacz, bo ty jesteś skazany na uśmiech, bo się sam na ten nieszczery uśmiech skazałeś, bo musisz to morderstwo zachować w tajemnicy”.
“Najgorsze są te ludzkie spokojne, nieodgadnione twarze, jak zaryglowane drzwi, jak zamglone szyby. Wojna nie była dla niego zła, bo nie było potrzeby obwarowywania tej jego tajemnicy, bo ona jakby się gdzieś zagubiła, jakby to jego morderstwo znalazło się na spodzie wielkiej ilości morderstw i zostało przytłoczone wielkim ciężarem z wielokrotnego morderstwa, a tym samym utraciło coś niecoś z własnego ciężaru”.
“Mówił o tych swoich dwóch zbrodniach z jakąś zdumiewającą szczerością, która, jak można było zauważyć, przynosiła mu ulgę, a może dawała nawet odrobinę przyjemności, bo zrzucał z siebie ten trzydziestoletni ciężar tajemnicy morderstwa”.
Rzecz ma formułę otwartą; a wyroku nie poznamy, bo przecież nie on jest tu najważniejszy, co prokurator przyznaje sam przed sobą:
“Czy po tym procesie powiem: – Nie dałem się pamięci, czy: – Pokonała mnie pamięć…”.
W sumie: co ci przypisane, od tego nie uciekniesz... Dość dobra to książka, zasługująca na lekturę, choć jej wartość dziś już bardziej historyczna...
Jednak wyższą ocenę (9) dałem innej książce Autora "Tańczący jastrząb". To tylko o oczko słabsza od arcydzieł Myśliwskiego świetna opowieść o przemijalności egzystencji, naszego świata, naszych wysiłków, tego wszystkiego, na czym tak bardzo nam – za życia - zależy....
Nieczytany przeze mnie w Peerelii janczar ówczesnych władz dziś zaskakuje dojrzałą prozą na tematy wiejskie, a przecież ogólnoludzkie - jakby jedno z drugim miało stać w sprzeczności. Na szczęście zniknął tzw. kontekst.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toJuż sam tytuł mówi o odwiecznej, przez wieki niezaspokojonej miłości polskiego chłopa do własnej ziemi, “tej ziemi”. I choć narratorem jest, teoretycznie,...