W Uniwersum Gwiezdnych Wojen – tematycznie dość rozległym, ale niepotrzebnie według wielu fanów i krytyków podzielonym na Nowy i Stary Kanon, tzw. „Legendy” – niepodzielnie króluje treść audiowizualna: film, serial animowany i aktorski, oraz treść pisana: głównie powieść. Bez względu na to, czy we Wszechświecie gdzie króluje Galaktyka tworzona i spajana przez Moc, gdzie mamy dualistyczną koncepcję dobra i zła w postaci Ciemnej i Jasnej Strony Mocy doświadczamy oddzielonych w 2014 roku od obecnego Kanonu Legend, czy smakujemy samej esencji nowokanonicznych treści Uniwersum, które w rzeczywistości zaczęły ,,budować” go wokół kinowego "Epizodu VII", "Star Wars: The Force Awakens", przeważnie skupiamy się albo na filmie, albo na książce. Rzadziej są to seriale animowane i komiksy. I na komiksach należy się na dłużej w niniejszych deliberacjach zatrzymać, gdyż sekwencyjne historie obrazkowe, to również istotny nośnik informacji, który nie tylko według mnie, ale również zdaniem innych miłośników fenomenu marki "Star Wars", w takim samym stopniu wpływa na naszą wiedzę o gwiezdnowojennym Uniwersum, co najbardziej rozchwytywane filmy z Klasycznej Trylogii, z trylogii Prequeli, czy, o iście nieskończonym zasobie wiedzy, słynne powieści z Legend.
Gwiezdne Wojny, to naprawdę coś bardzo specyficznego, coś inaczej popkulturowo kategoryzowanego. Spowodowały one, że każdy zagłębiający się w ich jestestwo fan – najliczniejsze produkty, formy przekazu, i idee, które prezentuje – odnosi wrażenie, a przynajmniej tak jest w większości, że franczyza zapoczątkowana przez George'a Lucasa stworzyła nowy wspaniały wymiar, w którym popkultura jest ważnym elementem życia Cywilizacji, którą tworzymy, ba, życia każdego z nas. Choć ciężko to jednoznacznie rozstrzygnąć, dzięki fenomenowi Gwiezdnych Wojen w coraz większym stopniu miłość i szacunek do popkultury staje się tak samo wysoki i dojrzały, co uznanie, podziw i ,,zasmakowanie” w kierunku kultury pięknej. I tak, kontynuując myśl z powyższego ustępu, komiks w szczególności powinien być uznawany jako dzieło pośrednie tj. pomost pomiędzy kulturą masową a kulturą piękną. Zapewne jest to kontrowersyjny pogląd, ot dziwaczny trop refleksyjny, ale sama budowa komiksu: sekwencyjne, układane na planszach obrazy, jeden po drugim, w różnych proporcjach, gdzie kadry mają różny rozmiar, kształt, właściwość i wydźwięk, a narracja wpisywana w dymki na kadrach, dorysowane do postaci, lub w ,,kwadraty” odpowiednie dla narratora, wskazywałaby na taką możliwość. Obraz od zawsze jest uważany za bardzo ekspresyjną formę przelania treści artysty, jego założeń, czy emocji, co kieruje nas ku sztuce i kulturze pięknej. Dodajmy do tego narrację, wynikającą z wcześniej przygotowanego scenariusza, a otrzymamy czytany od lewej do prawej, od góry do dołu... komiks. Sęk w tym, że właśnie sam komiks może być sztuką, i wyrzucajmy tego tropu myślowego do kosza. Poruszająca, inteligentna, z odpowiednią do fabuły emocjonalnością, grafika, może sprawić, że przez komiks będzie przezierał artyzm, coś kluczowego, innego, jedynego w swoim rodzaju. Historie obrazkowe z Uniwersum Gwiezdnych Wojen, które nie są aż tak popularne, jak gwiezdnowojenna powieść czy film - ten trend z racji dostępności komiksów zdaje się zmieniać na lepsze - może i nie są ,,artystyczną duszą” i chwytającą za serce formą wyrazu kultury, ale są za to cennym nabytkiem informacyjnym, na które to każdy doświadczony fan Uniwersum Mocy i Skywalkerów powinien zwrócić uwagę. Obraz ożywiony narracją, odpowiednio dynamicznie się prezentujący, jako komiks, dla słynnych galaktycznych historii, na punkcie których od 1977 roku szaleje świat, pozwoli być najbliżej filmowi - pierwowzorowi, od którego prawie każdy późniejszy miłośnik Uniwersum rozpoczął swą niezapomnianą wędrówkę z Mocą, świszczącymi mieczami świetlnymi i batalią statków w przestrzeni kosmicznej, mającą rozstrzygnąć przyszłość Galaktyki.
Komiksy, tak jak powieści i inne treści kreujące każdą, nawet najmniejszą mikrocząstkę gwiezdnowojennego Uniwersum, podzielone są na te należące do ,,Legend”, i te będące częścią „Nowego Kanonu”. Najmocniej, choć to z lekka sugestywne założenie, oddziałuje na fanów marki Star Wars komiks, a może i cała ich seria, ze ,,Starego Kanonu”, będącego najwierniejszym pod względem śledzenia i odwzorowywania treści Kanonem w ogóle, do kinowych Epizodów Sagi: od I do VI. Z mojej geekowskiej perspektywy, zacząłem coraz bardziej doceniać narracje obrazkowe Legend. Wywarły one na mnie chyba solidniejsze, dużo głębsze wrażenie, niżeli duża część beletrystyki, czy to ze Starego, czy z Nowego Kanonu. Żywiej i intensywniej, jak wspomniałem wyżej, kreują one wydarzenia, różne wątki, kształtują postacie, niżeli powieści z identycznego Kanonu, zwłaszcza, gdy taki komiks przedstawia odpowiednio dobrą historię z okresu przed rokiem zerowym w chronologii wydarzeń na osi czasu Legend, którym była ,,Bitwa o Yavin” z kinowego "Epizodu IV" Star Wars, najsłynniejszego filmu z całej Sagi, bądź opowiada cały cykl wydarzeń pomiędzy Epizodami IV – VI, tworzącymi "Klasyczną Trylogię" filmów Uniwersum. To właśnie "W cieniu Yavina" od Briana Wooda jest jednym z tych najbardziej oldschoolowych, archetypowych w stosunku do treści filmów Star Wars z lat 1977-1983, komiksów, z którym w Kanonie Legend można się zetknąć. I co istotne, niesamowite jest to, że jako entuzjasta tejże Sagi mogę doświadczyć tak ważnej dla niej narracji graficznej, dopisującej wiele istotnych kwestii do całego jestestwa Wszechświata Gwiezdnych Wojen. Jednym słowem mamy tu klimat ,,Klasycznej Trylogii”, zamkniętej w formie komiksu. No cóż, piękno 42 lat historii franczyzy na pewno wciska się w dzieło Briana Wooda, poruszając nostalgię fana Gwiezdnych Wojen, w odważny, szczery i cudowny sposób. Komiks rozpoczyna się z hukiem, niczym w rytm otwierającej każdy filmowy Epizod Sagi, dźwięcznej, pięknej kanonady orkiestry symfonicznej Johna Williamsa. W około 2 miesięcy ,,czasu galaktycznego”, który odpowiada naszemu czasu, po zniszczeniu pierwszej Gwiazdy Śmierci, Luke i Leia, jako ważne w Sojuszu Rebeliantów osobistości i bohaterowie gaszący zapał apodyktycznego Imperium, wlatują w przestrzeń jakiegoś odległego Układu Planetarnego zlokalizowanego na Zewnętrznych Rubieżach – a wszystko to na kartach komiksu, i to jeszcze w momencie jego otwarcia, co samo w sobie jest rzeczą niezwykłą. Fani nie są przyzwyczajeni do widoku Lei Organy zasiadającej za sterami X-winga, ani do momentu, w którym wiedząc, że Hoth będzie Bazą Rebelii w kinowym "Epizodzie V" Star Wars, nagle stają się świadkami poszukiwania planety dostatecznie wystarczającej dla potrzeb Sojuszu. I tu się zaczyna dynamika komiksu, podkreślona przez solidną, dokładną, dającą monstrualną ilość, jak na gwiezdnowojenny komiks, szczegółów rzeczy martwych, przedmiotów, statków floty Rebelii, i Niszczycieli czy myśliwców TiE Imperium. Graficznie - w określeniu rozkładu koloru wypełniającego postacie komiksu, od najbardziej klasycznych, jak Luke Skywalker, Han Solo, Chewbacca, Wedge Antilles i inni, można by rzec, że "W cieniu Yavina" wypadło w neutralnie zadowalający sposób. Barwa postaci, głównie kolory przesunięte w kierunku jasnych tonów, była aż nadto ,,pastelowa”, zbyt pełna, nierozmazana, nawet nieostra. Natomiast czerń stanowiła dominantę, wyznacznik i główny atut kolorystów, którzy wykonali w tym wydaniu wyjątkowo dobrą robotę: Darth Vader nosił nie czarny skafander, hełm i resztę odzienia, lecz hebanowy, smolisty ciężki opalizujący kolor agresywnej ropy, zatrważający i wdrażający chłód do umysłów czytelników – takiego mrocznego Lorda chce się w komiksach „Legend” oglądać. Taki rozkład ostrości ,,kreski” – przy szczegółowości w budowie mega struktur, czy fizjonomii różnych istot, plus kolor i tusz (kreślenie cienia i kontrastu światła) ciągnie się przez całą historię, zawartą w tejże narracji obrazkowej Briana Wooda.
Fabularnie, rzeczywiście, oprócz uzupełnienia historii multum wydarzeń rozegranych na tkance Galaktyki pomiędzy końcem IV a początkiem V Epizodu kinowego Star Wars, dotyczących multum postaci, wątków itp., "W cieniu Yavina” dało nam zupełnie nowe spojrzenie na najważniejsze sylwetki ,,Klasycznej Trylogii” Sagi Gwiezdnych Wojen. Leia, przykładowo, w ujęciu Briana Wooda, okazała się walczakiem na równi mocnym, co Luke, Han, i najlepsze asy Sojuszu; mało tego, Leia genialnie manewruje X-wingiem, i zaraża pewnością siebie, charyzmą, zdolnościami strategicznymi, i silną osobowością, pozwalającą jej stłumić żal, próbujący rozerwać jej serce po stracie ojczystego Alderaana. Pozycja Luke’a – i jest to lekką wadą w kreacji tej postaci – została w tyle za Organą, nawet za Hanem i Chewbaccą, którzy byli tu ważni, ale epizodyczni, jakby mieli zrobić to, co swoje i na tym koniec. Skoro mamy kogoś z Rebelii, to pora na kogoś z Imperium. Uwydatnienie osobowości Vadera, okraszonej piękną szatą graficzną dla jego fizyczności, było dość konkretne i klasyczne: Lord Sithów wypowiadał się w konkretny, tyraniczny i tytaniczny sposób, z trudnością akceptując zdanie innych, i czując pogardę do niższych rangą w Imperium i wszystkich ,,rebelianckich szumowin”, a z Imperatorem będąc wciąż w napiętej, ale jednak, związanej mocno relacji: Mistrz – lojalny sługa i uczeń. Konstrukt fabuły komiksu był bardzo prosty, lecz rozwinięcie go w ciekawą wielowątkową, dynamiczną historię, narodziło się jako coś godnego ,,Klasycznej Trylogii” Epizodów Star Wars – utrzymanego w jej konwencji. Zadanie Sojuszu polegało na zdobyciu dodatkowego zaopatrzenia militarnego, przydatnego do walki z Imperium, przy nieustannym deptaniu Sojuszowi po piętach przez samą flotę Vadera. Równie istotne było to, aby Rebelia odnalazła stały bądź tymczasowy Azyl czy Bazę zaopatrzeniowo-rozładunkową dla swojej armii i floty.
W wydaniu nie zabrakło również powiewu tajemnicy, związanej z ,,niby-tajemniczym" szpiegiem pracującym dla Imperatora, który miał wpłynąć na wykonanie przez Sojusz złych ruchów, i powiadamiać o wszystkim, co robią jego wojska i najważniejsze organy decyzyjne. Summa summarum, w niniejszej pozycji komiksowej Briana Wooda, solidnie obeznany z franczyzą fan Uniwersum znalazł wszystko to, co uzupełni jego apetyt na informacje z realiów Gwiezdnych Wojen pomiędzy końcem IV a początkiem V Epizodu kinowego. Gdyby nie te niekiedy ,,disneyowskie” barwy, tło i kontur postaci, finalnie byłoby wybornie. W konsekwencji jednak mamy mocne ,,bardzo dobrze” dla całego komiksu.
Opinia
Świetny akcyjniak, z realistyczną kreską i epickimi scenami walki. Vader jest tu chodzącą bestią na którego drodze nie stanie nikt.
Czy tytuł zasługuje na miano must-have?
Raczej nie, tytuł jest zamkniętą historią, czyta się go jak film akcji ;) Jest to świetna rozrywka i aż tyle.
Świetny akcyjniak, z realistyczną kreską i epickimi scenami walki. Vader jest tu chodzącą bestią na którego drodze nie stanie nikt.
Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzy tytuł zasługuje na miano must-have?
Raczej nie, tytuł jest zamkniętą historią, czyta się go jak film akcji ;) Jest to świetna rozrywka i aż tyle.