Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki

Okładka książki Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki
Tony TetroGiampiero Ambrosi Wydawnictwo: Znak Literanova biografia, autobiografia, pamiętnik
304 str. 5 godz. 4 min.
Kategoria:
biografia, autobiografia, pamiętnik
Format:
papier
Data wydania:
2024-03-25
Data 1. wyd. pol.:
2024-03-25
Liczba stron:
304
Czas czytania
5 godz. 4 min.
Język:
polski
ISBN:
9788324096206
Tłumacz:
Katarzyna Makaruk
Średnia ocen

                6,8 6,8 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki w ulubionej księgarni i

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów), „Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki

Średnia ocen
6,8 / 10
273 ocen
Twoja ocena
0 / 10

Opinia

avatar
28
25

Na półkach:

Bardzo przyjemna lektura. Chciałbym odrobinę obniżyć moją notę, na takie... 10 z minusem za końcówkę książki, gdzie wyczuwa się pewnego rodzaju ostrożność i poprawność autora, której nie można było dostrzec we wspomnieniach lat wcześniejszych.
Książka wprowadza nas w świat malarzy, fałszerzy dzieł sztuki i marszandów. Pokazuje jak przewrotne potrafi być życie, choć w przypadku autora i bohatera tej książki kończy się ona... raczej happy endem.
Czy jestem bogatszy po lekturze tej książki? Nie wiem, pewnie niewiele, ale można powiedzieć, że książkę czyta się jednym tchem...
Polecam!

Bardzo przyjemna lektura. Chciałbym odrobinę obniżyć moją notę, na takie... 10 z minusem za końcówkę książki, gdzie wyczuwa się pewnego rodzaju ostrożność i poprawność autora, której nie można było dostrzec we wspomnieniach lat wcześniejszych.
Książka wprowadza nas w świat malarzy, fałszerzy dzieł sztuki i marszandów. Pokazuje jak przewrotne potrafi być życie, choć w...

więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

850 użytkowników ma tytuł Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki na półkach głównych
  • 527
  • 313
  • 10
97 użytkowników ma tytuł Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki na półkach dodatkowych
  • 40
  • 20
  • 12
  • 7
  • 6
  • 6
  • 6

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Złodziej sztuki. Prawdziwa opowieść o pożądaniu piękna i niebezpiecznej obsesji Michael Finkel
Złodziej sztuki. Prawdziwa opowieść o pożądaniu piękna i niebezpiecznej obsesji
Michael Finkel
Jak ukraść naprawdę Jak włamać się do muzeum i dokonać zuchwałej kradzieży dzieła sztuki? Wystarczy obejrzeć kilka filmów z naszym „Vinci” na czele. Film Juliusza Machulskiego pokazuje cała skomplikowaną procedurę działania. Bo to „Cumę” trzeba wyciągnąć z „więźnia”, przekonać do akcji „Szerszenia”, wynająć Werbusa i Hagena, założyć podsłuch, opracować skomplikowany plan…. W ogóle roboty jest od diabła i ciut ciut. Podobnie w filmie „Osaczeni” z Catherine Zeta-Jones i Seanem Connery. Też robią skok stulecia na dzieła sztuki. Słowem, żeby zwinąć owe dzieło trzeba ludzi, sprzętu i dobrego pomysłu. A nie można tak inaczej? Czy do otwarcia gabloty nie wystarczy szwajcarski scyzoryk? Parę ruchów w lewo i gablota staje otworem. Wystarczy wsunąć dłoń. A potem albo schować dzieło sztuki do plecaka, albo wsunąć na pasek od spodni. I wyjść, po prostu normalnie wyjść z muzeum? Do tego wystarczy tylko jeden wspólnik, który chrząka, gdy zbliża się strażnik. A ten jak wiadomo porusza się, bo robi obchód i nie zawsze jest wszędzie. Plan? Jaki plan? Przecież to takie proste. Wchodzę, zabieram i wychodzę. No dobrze, jakiś kamuflaż ubraniowy i tyle. A po co w ogóle kraść wielkie, duże obrazy, które nie mieszczą się w torbie na zakupy? Nawet złodzieje, chcący dorobić się majątku na kradzieży dzieł sztuki wiedzą, iż im cenniejsza zdobycz, tym mniejsza za nią cena na czarnym rynku. Wyjątkowe dzieła sztuki znajdują się również w małych muzeach i też są niewielkie. A jeśli złodziej ma „Syndrom Stendhala - zjawisko psychosomatyczne, które objawia się intensywnymi reakcjami emocjonalnymi i fizycznymi na widok dzieł sztuki i zabytków, szczególnie w miejscach o dużym nagromadzeniu takich obiektów” - za wikipedią, to wiele wyjaśnia. Wchodzi taki złodziej do budynku, powiedzmy do małego muzeum w Baden-Baden i dostaje wstrząsu na widok obrazu Lucasa Cranacha Starszego „Sybilla, księżna Cleves” o wartości szacowana jest na 5-5,6 mln funtów, no to trzeba go po prostu zwinąć i powiesić u siebie w domu. Myślicie, że to niemożliwe? Jakże się mylicie. A chcecie dowiedzieć się więcej? To sięgnijcie po książkę Michaela Finkela „Złodziej sztuki. Prawdziwa historia o pożądaniu piękna i niebezpiecznej obsesji”. To literatura non-fiction, tak uwielbiana przez czytelników, bo opisująca historię, która się wydarzyła, ba, która może się powtórzyć, bo główny bohater Stéphane Breitwieser ciągle żyje, a jeśli cierpi na „syndrom Stendhala” to nigdy nie wiadomo, czy nie kradnie na przykład w tej chwili... Książka Finkela ukazała się w 2023 roku, w Polsce rok później. Napisana sprawnym dziennikarskim językiem relacjonuje fakty, które trzymają w napięciu. Zupełnie tak, jak wtedy, kiedy oglądaliśmy po raz pierwszy film „Vinci” czekamy – złapią go (ich), czy nie złapią….
gks - awatar gks
ocenił na 8 26 dni temu
Afryka to nie państwo Dipo Faloyin
Afryka to nie państwo
Dipo Faloyin
Dobra książka. W lekkiej formie przekazuje solidną dawkę wiedzy o Afryce, pozwalając lepiej zrozumieć jej historię a przez to i współczesność. Niektóre sprawy są szeroko znane, jak np. to, że nie tylko "Afryka to nie państwo", ale też wiele afrykańskich państw to nie państwa, w sensie, jaki przywykliśmy nadawać temu pojęciu w Europie (i świecie Zachodu w ogólności), czyli względnie jednolite etnicznie państwa narodowe ukształtowane przez nacjonalizm rodem z XIX wieku. To zlepki plemion, które znalazły się na jednym terytorium w konsekwencji kolonialnych podziałów, co doskonale pokazują dzisiejsze granice, wiele jak spod linijki. Nic dziwnego, że obywatele tych państw nie uznają ich za swoje, bo identyfikują się z plemieniem i klanem, a nie abstrakcyjnym dla siebie tworem, na którym im nie zależy i traktują go jak łup do wyciśnięcia jak cytryna, kiedy na chwilę im, a nie "onym" wpadnie w ręce. Niestety, mają konkurencję zewnętrzną, bo Afryka znów jest kolonizowana, po cichu, ale z tego samego powodu, co w XIX w., dla jej bogactw naturalnych. Są też oczywiście w książce smaczki, czyli wiedza mało znana, a fascynująca, jak np. o nigeryjskim przemyśle filmowym, albo świetne kawałki satyryczne, jak np. szydercza dekonstrukcja wizerunku Afrykanina utrwalanego w kinie zachodnim (postaci "dyktatora" albo "afrykańskiego studenta"). Przyjemnie się czyta, a i w głowie coś po tej lekturze zostaje.
q-anons - awatar q-anons
ocenił na 7 2 miesiące temu
Drabina Eugenia Kuzniecowa
Drabina
Eugenia Kuzniecowa
Drabina to książka pozornie cicha, a w istocie boleśnie głośna. Nie krzyczy, nie oskarża wprost, nie domaga się współczucia. Zamiast tego cierpliwie układa kolejne szczeble doświadczenia, po których czytelnik musi wspinać się sam, bez poręczy, bez gwarancji, że na górze czeka jakiekolwiek ocalenie. Niczym Tolik ( główny bohater )wchodzący do swojej sypialni po drabinie ... No właśnie. To proza o wojnie, ale pozbawiona wojennej retoryki, o uchodźstwie, ale bez sentymentalnych skrótów, o stracie, która nie potrzebuje wielkich słów, bo i tak wypełnia wszystko. Kuzniecowa pisze o świecie rozszczelnionym. O rzeczywistości, w której normalność przestała być stanem trwałym, a stała się chwilowym przywilejem. Drabina nie opowiada o heroizmie ani o wielkich gestach. Interesuje ją codzienność pęknięta na pół, życie „pomiędzy”: pomiędzy domem a obcym miejscem, pomiędzy językiem ojczystym a obcym, pomiędzy pamięcią a koniecznością zapomnienia, żeby w ogóle przetrwać. Tytułowa drabina nie jest tu obietnicą awansu ani drogi ku górze. To raczej konstrukcja prowizoryczna, chwiejna, zbita z doraźnych decyzji, kompromisów i strat. Niczym te pomidory w fontannie, które skradły moje serce. Każdy szczebel kosztuje tutaj: energię, godność, poczucie ciągłości własnego życia. Wspinaczka nie daje satysfakcji, nie prowadzi do triumfu, jest raczej ruchem wymuszonym, próbą utrzymania się nad przepaścią. Język autorki jest prosty, ale nie banalny. Zdania są klarowne, pozbawione ornamentów, a jednocześnie nasycone emocją, która nie potrzebuje podkreśleń. Autorka nie moralizuje, nie tłumaczy świata czytelnikowi, pokazuje go takim, jaki jest: nieuporządkowany, niesprawiedliwy, pełen drobnych okrucieństw i jeszcze drobniejszych aktów czułości. To właśnie ta powściągliwość sprawia, że Drabina działa tak silnie: dramat rozgrywa się w półtonach, w niedopowiedzeniach, w rzeczach, które „po prostu się dzieją”. Relacje międzyludzkie przedstawione w książce są kruche i niestabilne, jak wszystko, co powstaje w warunkach zagrożenia. Bliskość bywa chwilowa, pomoc niepewna, a solidarność często obciążona zmęczeniem i strachem. Kuzniecowa nie idealizuje ani ofiar, ani tych, którzy pomagają. Pokazuje ludzi zmęczonych, zagubionych, czasem egoistycznych, czasem zaskakująco dobrych, zawsze jednak prawdziwych. Szczególnie przejmujące jest to, jak Drabina opowiada o tożsamości. O tym, jak łatwo ją stracić, gdy trzeba porzucić miejsce, język, rytm życia. Bohaterowie noszą w sobie dawny świat jak ciężki bagaż: nie mogą go zostawić, ale też nie potrafią z nim iść dalej bez bólu. Pamięć nie daje ukojenia, raczej przeszkadza, potyka, ciągnie w dół. To książka pozbawiona łatwego finału. Nie oferuje katharsis, nie zamyka ran. Zostawia czytelnika w stanie zawieszenia, dokładnie tam, gdzie znajduje się jej świat. Drabina nie próbuje dawać nadziei na siłę. Jeśli jakaś nadzieja się tu pojawia, jest cicha, nieśmiała, związana z trwaniem, nie z wygraną. To jedna z tych książek, które czyta się z poczuciem, że literatura spełnia swoją najważniejszą funkcję: nie pozwala odwrócić wzroku. Bez patosu, bez oskarżeń, bez manifestu. Po prostu pokazuje, jak wygląda życie, gdy grunt usuwa się spod nóg, a człowiek mimo wszystko próbuje się wspinać. Dziękuję Wydawnictwu ZNAK za egzemplarz recenzencki z roku 2024 :)
Mariola Sternahl - awatar Mariola Sternahl
ocenił na 7 2 miesiące temu
Kobiety, o których myślę nocą Mia Kankimäki
Kobiety, o których myślę nocą
Mia Kankimäki
„Jestem M. Mam czterdzieści trzy lata” – to zdanie od pierwszej chwili brzmi szczerze, bez pozy i literackiego zadęcia. I właśnie taka jest cała książka „Kobiety, o których myślę nocą” autorstwa Mia Kankimäki. To nie tylko opowieść o niezwykłych kobietach, ale też bardzo osobiste wyznanie kogoś, kto w pewnym momencie życia poczuł, że stoi w miejscu. Mia po sukcesie swojej pierwszej książki zamiast euforii czuje pustkę. Zamiast stabilizacji – niepokój. I robi coś, o czym wiele z nas tylko myśli: rzuca pracę, sprzedaje mieszkanie i rusza w świat. Nie po to, by uciec, ale by znaleźć odpowiedź na pytanie, czy można żyć odważniej. Towarzyszą jej „nocne kobiety” – te, o których myślała bezsennymi nocami. Wśród nich są m.in. Karen Blixen, Yayoi Kusama, Ida Pfeiffer, Lavinia Fontana i Sofonisba Anguissola. Każda z nich żyła inaczej, niż wypadało. Każda zapłaciła jakąś cenę za wolność. I każda udowodniła, że kobieta może więcej, niż pozwala jej epoka. Najbardziej poruszył mnie wątek podróżniczek. Kobiet, które w XIX wieku samotnie przemierzały świat, kiedy „samotnie” i „kobieta” w jednym zdaniu brzmiało jak prowokacja. Czytając o ich wyprawach, miałam wrażenie, że strach i ekscytacja idą ramię w ramię. I że granice naprawdę częściej istnieją w głowie niż na mapie. Ta książka ma w sobie coś bardzo kojącego. Podróż przez Japonię, Afrykę czy Włochy jest oczywiście fascynująca, ale najważniejsze dzieje się wewnątrz autorki. Gdy powtarza: „Bądź odważna. To nic, że się boisz”, brzmi to nie jak hasło z plakatu, ale jak szept skierowany do samej siebie – i trochę do nas. „Kobiety, o których myślę nocą” to książka, którą czyta się jak rozmowę z kimś bliskim. Inspiruje, ale nie moralizuje. Pokazuje, że czterdzieści czy pięćdziesiąt lat to nie moment zamykania drzwi, tylko często ich uchylania. I że nigdy nie jest za późno, by spróbować żyć trochę bardziej po swojemu.
mamausza - awatar mamausza
oceniła na 7 1 miesiąc temu
Domek z piernika Jennifer Egan
Domek z piernika
Jennifer Egan
„Jeśli wszyscy wciąż żyją, można naprawić wszystko”. A gdyby tak wystarczyło założyć zestaw słuchawkowy i trzymać się za ręce, by zyskać bezpośredni dostęp do świadomości dotykanej osoby i dzielić z nią cierpienie, poczucie zagubienia lub radość. Albo wgrać swoją pamięć, by dostać nieograniczony dostęp do wspomnień innych ludzi. Zdecydowalibyście się? Przecież już i tak udostępniamy w sieci znacznie więcej niż powinniśmy, dzielimy się wszystkim – od rzeczy błahych po ważne, chodzimy wszędzie przywiązani do naszych smartfonów, a nasze twarze ciągle rozjaśnia niebieska poświata. Lubimy wystawiać na widok publiczny szczegóły swojego prywatnego życia i chcemy poznać jak najwięcej szczegółów z życia innych. W „Domku z piernika” możemy przyglądnąć się naszej przyszłości, zastanowić się nad odpowiedzialnością za technologie, które tworzymy i konsekwencjami naszych wyborów. „Domek z piernika” Jennifer Egan to lektura zawiła (trochę mnie wymęczyła!), wymagająca skupienia i odstawienia wszelkich rozpraszaczy. Z uwagi na liczbę bohaterów i łączące ich powiązania z pewnością znacznie trudniejsza do ogarnięcia, ale równie ciekawa i pobudzająca do myślenia, co inna powieść w tym temacie – „Antyświat” Nathana Deversa. Obie bardzo podobne w wątpliwościach, z którymi zostawiają czytelnika: wpływ mediów społecznościowych na nasze życie i cena, jaką przychodzi nam zapłacić za złudne poczucie bliskości z innymi samotnymi bytami.
ISavedTheBookToday - awatar ISavedTheBookToday
ocenił na 7 1 rok temu
Na bulwarach czyhają potwory. Filmowa historia Ameryki Maciej Jarkowiec
Na bulwarach czyhają potwory. Filmowa historia Ameryki
Maciej Jarkowiec
Wciągająca od pierwszych zdań. Bardzo ciekawe, nieszablonowe połączenie historii, filmoznawstwa, socjologii a nawet filozofii. Mnóstwo smaczków i nieznanych detali, z kolei znane historie przedstawione są z innej strony niż zwykle. Podejście do każdego tematu jest naprawdę oryginalne. Niech Cię nie zwiodą tytuły rozdziałów, odpowiadające słynnym filmom – każdy z nich jest przede wszystkim pretekstem do poruszenia dylematu moralnego, który był aktualny w momencie kręcenia filmu i najczęściej pozostał taki do dziś. Z pewnym niedowierzaniem a może nawet przerażeniem czytelnik odkrywa, że lata lecą a społeczeństwo w zasadzie stoi w miejscu. Rasizm, ksenofobia, mizoginia, bezkarność bogatych i potężnych – może i przebrały się w nowe szaty, ale w swoim jądrze pozostały niezmienione. Ciężko czuć się bezpiecznie w świecie, w którym wystarczy iskra, żeby na nowo rozpalić nigdy niewygasłą nienawiść. Może kiedyś ktoś nakręci o tym film – o kolejnym dzieciaku z getta, który przecież nie jest niewolnikiem ale nie jest też wolny. O kolejnej kobiecie, która nie powiedziała „nie” wystarczająco głośno. O kolejnym koncernie kupującym sobie przychylność polityków i mediów, dla których zera na koncie są ważniejsze od cierpienia jakichśtam obcych, biednych ludzi. Póki co napisał o tym Maciej Jarkowiec – i zrobił to z pomysłem, z polotem, z wizją, z wrażliwością. Odważnie, mądrze, miejscami nawet dowcipnie, często ironicznie. Wspaniale spędzony czas. Słuchałam audiobooka – lektor również spisał się świetnie.
SagittariusA - awatar SagittariusA
oceniła na 8 2 miesiące temu
Rozbite lustro Mercè Rodoreda
Rozbite lustro
Mercè Rodoreda
Do przeczytania książki Merce Rodoredy przekonały mnie dwie rzeczy: to, że jeszcze nigdy nie rozczarowała mnie literatura hiszpańska, oraz zachęta wydawcy, że oto przede mną katalońskie Downton Abbey. Autorka w posłowiu pisze o książce tak: „Rozbite lustro to powieść, w której każdy zakochuje się, w kim nie powinien, a ten, komu brak miłości, chciałby ją otrzymać za wszelką cenę: na godzinę lub choć na chwilę.” Początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do konstrukcji tekstu, w którym nie ma tradycyjnie wydzielonych dialogów, a wszystkie wypowiedzi przytaczane są w formie cytatów. Utrudniało to lekturę, ale po około 100 stronach udało mi się przywyknąć. Cieszę się, że mnie to nie zraziło, bo z każdą kolejną stroną coraz mocniej wsiąkałam w opowieść o rodzinie Valldaura. To opowieść o barcelońskiej socjecie z początku XX wieku. Obserwujemy obraz życia rodzinnego, gdzie pod powierzchnią skrywane są liczne sekrety i przemilczenia. Miraże i koligacje, zdrady i nieślubni potomkowie – wszystko to znajdziecie, ale przedstawione nie jako tania sensacja, a nostalgiczna opowieść. Bohaterowie połączeni są niewidzialnymi nićmi, które prowadzą czytelnika od rozdziału do rozdziału, ukazując kolejne perspektywy i fragmenty życia rodziny – nie tylko głównych członków rodu, ale też służby i innych osób z ich otoczenia. Czuć tętniący pod skórą niepokój, a towarzyszy mu przeświadczenie, że wkrótce wydarzy się coś złego. Możemy snuć na ten temat przypuszczenia, co dodaje lekturze napięcia i odrobiny dramatyzmu. Bo też nie brak tu nieszczęśliwych splotów okoliczności, które naznaczają ród Valldaurów. Ostatecznie sposób narracji, gdzie zmieniamy punkty widzenia, nie tylko bardzo mi się spodobał, ale też zostawił mnie z przekonaniem o kunsztowności tej powieści. Ostatni rozdział, bardzo dekadencki, z innej perspektywy i z inną wrażliwością, świetnie to dopełnił. To także piękna opowieść o przemijaniu – dóbr doczesnych, rodów, uczuć, nas samych. Tę książkę być może docenicie dopiero, gdy przeczytacie ostatnie zdania i zamkniecie okładkę. Warto dać się porwać tej literackiej przygodzie.
KsiążkowaBaronowa - awatar KsiążkowaBaronowa
oceniła na 7 10 miesięcy temu
Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem Derek Scally
Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem
Derek Scally
Irlandia przez dziesięciolecia uchodziła za bastion tradycyjnego katolicyzmu, a jej tożsamość narodowa była nierozerwalnie spleciona z nauką Kościoła. Było to państwo, w którym głos biskupa ważył więcej niż ustawa, a religijność definiowała każdy aspekt życia społecznego – od szkolnictwa, przez opiekę zdrowotną, aż po sferę najbardziej intymną. Derek Scally w swojej głośnej i bolesnej książce „Najlepsi katolicy pod słońcem. Pożegnanie Irlandczyków z Kościołem” podejmuje się karkołomnego zadania: próbuje zrozumieć, jak to możliwe, że ten monolityczny gmach wiary zawalił się w ciągu zaledwie jednego pokolenia. To reportaż rzetelny, surowy i niezwykle potrzebny, który oceniam na mocne 7/10. Anatomia upadku Scally, wieloletni korespondent „The Irish Times” w Berlinie, patrzy na swoją ojczyznę z pewnego dystansu, co pozwala mu dostrzec mechanizmy niewidoczne z wnętrza wyspiarskiego tygla. Autor nie skupia się wyłącznie na samych skandalach pedofilskich, choć stanowią one mroczne tło całej opowieści. Interesuje go przede wszystkim systemowa patologia – świat azyli sióstr magdalenek, domów matki i dziecka oraz brutalnych szkół przemysłowych. Scally stawia niewygodne pytania: gdzie byli rodzice? Gdzie byli sąsiedzi? Autor obnaża zbiorowe wyparcie i „zmowę milczenia”, która pozwoliła Kościołowi na przejęcie niemal totalitarnej kontroli nad duszą Irlandczyka. To, co wyróżnia tę książkę na tle innych publikacji o kryzysie wiary, to odejście od prostej dychotomii „zły kler – dobre ofiary”. Scally sugeruje, że irlandzkie społeczeństwo było współuczestnikiem tego systemu. Kościół nie był obcą siłą okupacyjną; był częścią każdej rodziny. Autor z chirurgiczną precyzją analizuje proces, w którym Irlandczycy „pożegnali się” z instytucją, przechodząc od ślepego posłuszeństwa do całkowitej obojętności lub gniewu. To pożegnanie nie jest jednak radosnym wyzwoleniem; to proces pełen traumy, poczucia winy i pustki, której współczesna, zsekularyzowana Irlandia jeszcze nie nauczyła się wypełniać. Styl i konstrukcja Warsztat Scally’ego jest godny podziwu – pisze on językiem wyważonym, unikając taniego moralizatorstwa. Przeplata osobiste wspomnienia z wywiadami z politykami, ofiarami i hierarchami, tworząc wielowymiarowy fresk. Momentami książka staje się jednak nieco zbyt dygresyjna, co może rozpraszać czytelnika szukającego zwartej tezy, stąd ocena 7/10. „Najlepsi katolicy pod słońcem” to lektura obowiązkowa, szczególnie w krajach, które przechodzą podobny proces gwałtownej sekularyzacji. Scally nie daje gotowych recept, ale zmusza do refleksji nad tym, co dzieje się z narodem, gdy jego fundamenty moralne okazują się ufundowane na kłamstwie i przemocy. To gorzki, ale oczyszczający portret Irlandii, która przestała być „świętą wyspą”, by wreszcie stać się krajem ludzi wolnych, choć boleśnie poturbowanych przez własną historię. Książka zostawia nas z pytaniem: co pozostaje, gdy Bóg odchodzi, a instytucja, która go reprezentowała, traci twarz? To lektura, która boli, ale i uczy pokory wobec historii.
Muminka - awatar Muminka
oceniła na 7 6 dni temu

Cytaty z książki Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki

Więcej
Tony Tetro Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki Zobacz więcej
Tony Tetro Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki Zobacz więcej
Tony Tetro Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki Zobacz więcej
Więcej