William Faulkner w powieści „Wściekłość i wrzask”, przekroczył granice nie tylko literackiej formy, ale i psychicznej wytrzymałości czytelnika. To powieść, która nie tyle opowiada historię, co rozbija ją na części pierwsze, na atomy percepcji, i każe odbiorcy poskładać je od nowa – jeśli tylko starczy mu odwagi. W świecie literatury XX wieku to dzieło osobne, radykalne, w swej konstrukcji niemal bezkompromisowe, a jednocześnie olśniewające w głębi psychologicznej i moralnej. To książka, która wywraca wszystko do góry nogami, ale nie po to, by zburzyć – lecz by przebudować.
Faulkner, z całą bezwzględnością i liryzmem, konstruuje portret rozpadającej się rodziny Compsonów – starego rodu Południa, który przeżarty od środka przez własne namiętności, obsesje i niespełnienia, staje się symbolem upadku wartości, tradycji i tożsamości. A jednak Faulkner nie opowiada tej historii w sposób linearny, ani nawet klasycznie psychologiczny – sięga po technikę strumienia świadomości, po fragmentaryczność i polifoniczność narracji, co sprawia, że lektura tej powieści staje się doświadczeniem – czasem bolesnym, czasem hipnotyzującym, ale nigdy obojętnym.
Najbardziej radykalna i zarazem poruszająca część książki to pierwsza część – opowiedziana z perspektywy Bena, upośledzonego członka rodziny. Jego świadomość, pozbawiona logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego, funkcjonuje na zasadzie impulsów, obrazów, zapachów, skojarzeń. To język czysty i chaotyczny zarazem, jak sen bez snu, przefiltrowany przez umysł pozbawiony zdolności analizy, a jednocześnie niepokojąco ludzki. Faulkner dokonuje tu literackiego eksperymentu, który nie tylko udaje się formalnie, ale przede wszystkim – emocjonalnie. Benjy nie jest narratorem w klasycznym rozumieniu, ale jego spojrzenie staje się lustrem – zdeformowanym, ale prawdziwym – w którym odbija się tragizm całej rodziny.
Druga część – głos Quentina – to jedno z najbardziej wstrząsających studiów psychiki w literaturze. Quentin to inteligent, obsesyjnie rozdarty między powinnością a pragnieniem, między tradycją Południa a jego moralnym bankructwem, między miłością do siostry Caddy a niemożnością pogodzenia się z jej seksualnością. Jego narracja to monolog wewnętrzny, pękający od napięć, erudycyjny i neurotyczny zarazem. Czas – motyw obsesyjnie obecny w jego rozdziale – nie jest tu jedynie miernikiem upływu chwil, lecz staje się symbolem niemożności zatrzymania tego, co nieuchronne. Quentin nie potrafi żyć w teraźniejszości; jego istnienie to próba zatrzymania przeszłości, która rozpada się w dłoniach jak kurz. Jego samobójstwo – zapowiedziane już na początku – nie jest klęską, lecz logiczną konsekwencją rozkładu świata, który stracił spójność.
Trzecia część – głos Jasona – to gwałtowny kontrast wobec wcześniejszych. Tu Faulkner opuszcza rejony metafizyczne, by oddać głos pragmatykowi, człowiekowi zawistnemu, cynicznemu, ale jakże potrzebnemu w tym chórze rozpaczy. Jason to typ, który mógłby dziś pracować w korporacji, z pogardą patrzeć na humanistów, i z kalkulatorem w ręku liczyć, ile emocji może sobie jeszcze pozwolić. Jego sposób mówienia – prosty, ostry, pozbawiony ornamentyki – stanowi brutalną kontrę do wcześniejszych narracji. Ale i w nim widać pęknięcie – nieco bardziej zakamuflowane, ale przez to może nawet bardziej przerażające. Jason nie czeka na zbawienie, nie wierzy w odkupienie – jego świat to świat przegranych transakcji, w których sentymenty są luksusem, na który nie może sobie pozwolić.
Ostatnia część, trzecioosobowa, niejako porządkuje cały chaos – ale tylko pozornie. Przypomina, że mimo wszystko istnieje porządek, choćby mechaniczny, zewnętrzny, niezależny od ludzkiej woli. Ale ten porządek nie przynosi ukojenia. Wręcz przeciwnie – potęguje wrażenie tragicznego determinizmu. Faulkner, snując tę końcową narrację, nie tyle zamyka historię, co zostawia ją otwartą, jak ranę, która nie przestaje krwawić.
Trudno przecenić artystyczną śmiałość Faulknera. „Wściekłość i wrzask” to powieść, która wymaga od czytelnika nie tylko cierpliwości, ale i odwagi – odwagi zanurzenia się w chaos, w bezradność języka, w ból świadomości. To nie jest książka, którą się czyta – to książka, którą się przeżywa. I choć może na początku budzić frustrację, choć wymyka się konwencjom, choć nie daje prostych odpowiedzi – z każdą kolejną stroną otwiera przestrzeń, w której literatura dotyka tego, co najbardziej ludzkie: cierpienia, miłości, wstydu, żalu, nadziei, śmierci.
Nie sposób nie docenić kunsztu językowego Faulknera. Jego zdania, choć często pozbawione interpunkcji, rozciągnięte do granic możliwości, posiadają własną muzykę, rytm, który pulsuje napięciem. Słowa w jego prozie żyją – nie jako narzędzia komunikacji, lecz jako ślady świadomości, echa wewnętrznych zmagań. Faulkner pisze nie po to, by opowiadać historię, ale by oddać stan ducha – a może raczej: stan rozkładu duszy. I czyni to z maestrią, która onieśmiela.
„Wściekłość i wrzask” to również powieść o czasie – nie tylko jako kategorii filozoficznej, ale jako źródle traumy. Czas w tej książce nie płynie, lecz zapętla się, zaciera granice między przeszłością a teraźniejszością. Każdy z narratorów tkwi w swoim własnym czasie, w swojej własnej wersji rzeczywistości. Nie ma tu jednej, obiektywnej prawdy – są tylko głosy, narracje, przeżycia. I właśnie to sprawia, że powieść Faulknera jest tak przejmująca. Bo pokazuje, że każda historia to suma subiektywnych cierpień.
Postać Caddy – choć nigdy nie mówi własnym głosem – jest sercem tej powieści. To wokół niej koncentrują się wszystkie emocje, obsesje i rozpacze pozostałych bohaterów. Caddy staje się figurą utraconej niewinności, niespełnionej miłości, zdradzonego ideału. Jej milczenie jest bardziej wymowne niż tysiące słów. W gruncie rzeczy, to ona – nieobecna, ale wszechobecna – nadaje sens całej opowieści.
Nie sposób też pominąć tytułu – zainspirowanego fragmentem „Makbeta” Szekspira: „Życie jest tylko przechodnim cieniem, nędznym aktorem, który przez godzinę się szarogęsi, a potem ginie w nicości; opowieścią idioty, pełną wściekłości i wrzasku, nieznaczącą nic.” To zdanie doskonale oddaje ducha powieści Faulknera – życie jako teatr bez sensu, pełen krzyku, chaosu i emocji, które nie prowadzą donikąd. Ale paradoksalnie – w tym bezsensie Faulkner odnajduje najgłębszą prawdę o człowieku.
Faulkner nie pisze dla mas. Jego literatura nie jest łatwa, nie daje pocieszenia. Ale za to daje coś znacznie cenniejszego – wgląd w najciemniejsze zakamarki ludzkiego wnętrza. To literatura dojrzała, bezkompromisowa, prawdziwa. „Wściekłość i wrzask” to nie tylko powieść – to doświadczenie. I choćby z tego powodu zasługuje na najwyższe uznanie.
Czytając Faulknera, czujemy, że obcujemy z czymś wielkim – nie w sensie rozgłosu, ale w sensie głęboko egzystencjalnym. To literatura, która boli, ale jednocześnie oczyszcza. Nie daje odpowiedzi, ale stawia pytania, które pozostają z czytelnikiem na długo. To właśnie dlatego – mimo swojej trudności – powieść ta wciąż przyciąga, fascynuje, inspiruje. To literatura, która żyje – nie na papierze, lecz w świadomości czytelnika. I dlatego nie przestanie być aktualna, dopóki człowiek będzie zadawał pytania o sens, o czas, o miłość, o śmierć.
Faulkner stworzył dzieło totalne – i być może najuczciwsze w całym XX wieku. Bo zamiast budować iluzję, rozbija ją w proch. I w tym pyle odnajdujemy siebie.
Opinia
"Ameryka" – najlepsza na początek przygody z Kafką.
Z twórczością Franza Kafki jest jak z wejściem do labiryntu: większość czytelników zaczyna od najciemniejszych korytarzy – najczęściej "Procesu" – i dopiero po chwili odkrywa, że brakuje im mapy, latarki i zrozumienia, że ten labirynt rządzi się zupełnie innymi prawami niż z pozoru znany świat. A jednak Kafka zostawił wejście dla tych, którzy dopiero wyruszają w tę przygodę. Nazywa się "Ameryka".
Oczywiście nie jest tak, że autor świadomie przygotował furtkę dla czytelników — po prostu "Ameryka" była najprawdopodobniej pierwszym z jego ważniejszych utworów, pisanym jeszcze wtedy, gdy styl Kafki nie przybrał swego późniejszego, niepodrabialnego kształtu.
Karl Rossmann, młody Europejczyk zesłany za ocean po rodzinnym skandalu, przybywa do Ameryki i przeżywa różne — nazwijmy to — przygody. To, co później w "Procesie" i "Zamku" przekształci się w monumentalne konstrukcje absurdu i bezradności, w "Ameryce" pojawia się jeszcze w formie rozpoznawalnych scen. Portier, który zamiast wskazywać drogę, odbiera poczucie godności. Wuj, który obiecuje bezpieczeństwo, lecz traktuje je jak kontrakt. Dwójka pasożytów — Robinson i Delamarche — podszywających się pod przyjaźń. I groteskowa Brunelda, która nie tyle kocha, ile wchłania — osłabiając bohatera do tego stopnia, że przestaje być zdolny do stawiania granic.
To tutaj rodzi się kafkowski mechanizm utraty siebie. Karl nie zostaje pokonany; on zostaje rozmontowany — najpierw społecznie, potem psychicznie, wreszcie fizycznie. A jednak "Ameryka" pozostaje książką zaskakująco przystępną. Jest w niej jeszcze ta przygoda, ruch, światło, napięcie fabularne. Kafka pokazuje swoje narzędzia, zanim zamknie je w hermetycznych strukturach późniejszych dzieł. Dzięki temu czytelnik nie tonie — uczy się pływać.
Teatr z Oklahomy, pojawiający się na końcu powieści niczym ostatnia obietnica, jest niesamowicie ważny dla złapania Kafki. Wielki, rzekomo otwarty dla wszystkich, bez granic i bez wymagań — wygląda jak brama zbawienia. Ale czytelnik, który przebył drogę Karla, widzi już coś więcej: rozumie, że świat, który obiecuje każdemu rolę, w istocie (chyba) odbiera możliwość bycia sobą. Ponieważ powieść jest niedokończona, nie wiemy, dokąd naprawdę prowadzi ten wątek — lecz przeczuwamy, że to nie scena triumfu, lecz raczej moment ostatecznego wchłonięcia. Nie przemocą, lecz obietnicą.
Zatem "Ameryka" jest najlepszym początkiem przygody z Kafką. Nie odbiera złudzeń zbyt gwałtownie, nie rzuca nas od razu w metafizyczny mrok — pozwala za to zrozumieć, jak działa świat, w którym nadzieja jest czasem najdoskonalszą formą pułapki. Kto zacznie od tej powieści, nie wejdzie do Kafki przez ścianę, lecz przez drzwi — i gdy potem trafi na "Proces" czy "Zamek", już nie zapyta „co się tutaj dzieje?”, lecz: „jak to możliwe, że to dzieje się tak naturalnie?"
"Ameryka" – najlepsza na początek przygody z Kafką.
więcej Oznaczone jako spoiler Pokaż mimo toZ twórczością Franza Kafki jest jak z wejściem do labiryntu: większość czytelników zaczyna od najciemniejszych korytarzy – najczęściej "Procesu" – i dopiero po chwili odkrywa, że brakuje im mapy, latarki i zrozumienia, że ten labirynt rządzi się zupełnie innymi prawami niż z pozoru znany świat. A jednak Kafka zostawił...