Flannery O’Connor „Trudno O Dobrego Człowieka” 7/10 (tytułowe 10/10!)
Flannery O’Connor - jedna z mistrzyń samego Stephena Kinga („Trudno O Dobrego Człowieka” jest na jego liście poleceń w „Danse Macabre”),to autorka w Polsce mniej znana (choć ostatnio wyszedł prawie kompletny zbiór jej opowiadań),a bardzo niesłusznie, bo jej twórczość jest uznawana za kanon nowoczesnej literatury amerykańskiej.
O’Connor tworzyła tzw. „southern gothic” - w jej wydaniu nie można tego oczywiście traktować jako gatunkowego „horroru”, ale istotnym tematem, przewijającym się przez jej opowiadania jest mrok przyczajony w duszy człowieka, a czasem pojawia się w nich krwawa plama okrucieństwa i przemocy. Najbliżej będzie jej do Shirley Jackson (z tomu „Loteria”),ale w niektórych momentach zachwyceni będą fani Cormaca McCarthy’ego, a nawet Jacka Ketchuma (!). („Trudno O Dobrego Człowieka”).
Trudno O Dobrego Człowieka 10/10
Amerykańska rodzina wybiera się na wakacje na Florydę. Mąż, żona, troje dzieci i babcia. Babcia narzeka, że wyjeżdżają na Florydę, wolałaby Tennessee, stara się zniechęcić syna strasząc go, że właśnie na Florydzie uciekł z więzienia groźny morderca, Niezgoda (Misfit). Nikogo jednak nie obchodzą jej opowieści.
W drodze kobieta zaczyna namawiać do krótkiego objazdu, by pokazać dzieciom starą posiadłość. Mimo niechęci syna, wykorzystując zainteresowanie wnuków, udaje jej się namówić wszystkich do skrętu w polną drogę. Droga jest długa, ciężka, terenowa, wściekłość syna narasta, i w pewnym momencie babcia ze zgrozą uświadamia sobie, że wszystko pomyliła, a dom znajduje się w innym stanie. Zanim jednak zdąży komukolwiek przekazać tę wiadomość, dochodzi do wypadku - auto spada do rowu.
Oszołomieni pasażerowie wychodzą z przewróconego samochodu, żona w szoku trzyma się za złamany obojczyk. Puste, zakurzone pole, wokół nikogo, znikąd pomocy.
Wkrótce jednak na drodze pojawia się inne auto. Kiedy wszyscy oddychają z ulgą, wysiadają z niego trzej mężczyźni a babcia z narastającą zgrozą rozpoznaje w jednym z nich Niezgodę, takiego samego, jak na zdjęciu w gazecie…
+
„Trudno O Dobrego Człowieka” rzekomo ma być religijnym moralitetem, traktującym o „łasce pańskiej” która spływa w finale na zbrodniarza - ale niech mnie kule biją, jeśli jego przekaz ma cokolwiek wspólnego z pochwałą Boga Miłosiernego, już raczej przypomina on budzące grozę makabreski starotestamentowe. To absolutnie przerażający southern gothic, opowiadanie najczarniejsze z czarnych, mroczne niczym powieści McCarthy’ego, pełne narastającej grozy eksplodującej w drastycznym, ketchumowskim finale, pełnym nie nadziei zbawienia a nihilizmu, drwiny z losu ludzkiego i gniewnej zadumy nad „wolą Boga”.
Co ciekawe, „Trudno” rozpoczyna się niczym komedia i przez dłuższy czas skrzy się zgryźliwym poczuciem humoru. Jednak końcowe, mrożące krew w żyłach sceny zetrą uśmiech z twarzy czytelnika. 10/10 - absolutny niezbędnik dla fana literackiego horroru.
+
Mrok, zbrodnia i śmierć pojawiają się również w „Widok Na Las” - dziadek jest zakochany bez pamięci w swojej wnusi, ale reszty rodziny - swej córki, jej męża i pozostałych dzieci specjalnie nie lubi. Dziwnym nie jest, zważywszy, że zięć to gbur i, jak się okazuje, sadysta regularnie bijący swą córeczkę. Co dziwne, wydaje się, że ta bardziej szanuje ojca - przemocowca niż dziadziusia gotowego położyć jej wszystko u stóp.
Kiedy pewnego dnia dziadek na złość zięciowi i córce postanawia sprzedać przydomowy trawnik pod stację benzynową, ukochana wnusia stanowczo dołącza do potępienia tej decyzji. Gdy doprowadzony do szału jej niegrzecznością dziadek postanawia, śladem ojca, wlepić niesfornej dziewczynce parę pasów, dochodzi do dramatu…
O’Connor bawi się z czytelnikiem, zwodzi jego emocje - początkowo dziadek (taki amerykański Maciej Boryna) wydaje się, mimo swego zmierzłego charakteru, bohaterem pozytywnym, zwłaszcza na tle odrażającego, sadystycznego taty dziewczynki, w finale jednak wszystko staje na głowie a czytającego wali w twarz erupcja nagłej makabry. 9/10 - genialne
+
Starotestamentowym okrucieństwem przepełniona jest również „Rzeka”. Nowoczesne małżeństwo, postępowe, niewierzące i w tym braku wiary wychowujące jedynego syna. Opiekunka, gorliwa chrześcijanka, pewnego dnia zabiera małego na chrzest w wodach rzeki. Dzień później, po awanturze między nie interesującymi się nim rodzicami, samotny chłopiec wychodzi, by w wodach rzeki poszukać Królestwa Chrystusowego.
Nie bardzo wiadomo, czy opowiadanie ma wzmóc wyrzuty sumienia u „nowoczesnych niewiernych” czy raczej zaszokować „boskim” sadyzmem? Mocna lektura - 7/10.
+
Z postępakami w ogóle O’Connor się nie patyczkuje. Oto „Kulawi Będą Pierwsi” - owdowiały opiekun społeczny za punkt honoru stawia sobie „wyprowadzenie na ludzi” czarnego sieroty z poprawczaka. Przyjmuje go do domu, hołubi (lekceważy i zaniedbuje przy tym własnego syna) nie spotyka się jednak z wdzięcznością. W swym „postępowym” szale jest jednak skoncentrowany wyłącznie na sobie, nadęty własną „prawością” i „szlachetnością” nie zwraca zupełnie uwagi na to, jak jest odbierany przez obu chłopców, nie zauważa ich potrzeb emocjonalnych, co doprowadzi do kapitalnego, mrocznego finału (8/10).
+
Innym „postępakiem” jest nowoczesny syn towarzyszący swej „tępej”, konserwatywnej matce podczas jazdy autobusem. Kobieta jest jawną i obrzydliwą rasistką, czemu daje wyraz w wygłaszanych poglądach i zachowaniach, a postępowy i nowoczesny syn zaciska z wściekłości zęby, strofuje matkę a przy tym rozpamiętuje swe rozliczne „krzywdy”. Na koniec opowiadania jednak to on okazuje się jednak naprawdę zły - to on jest nieczuły i niewdzięczny, Za karę zostanie sam bez szansy okupienia swych krzywd. (Dość podobnie ukształtowany jest „Dreszcz”).
+
Dusznym klimatem amerykańskiego południa, obłudy przesycone są dwa inne opowiadania. (w obu pojawia się figura Złowrogiego Przybysza, gotowego zniszczyć szarą codzienność). W „Ocalisz Życie, Może Swoje Własne” matka za wszelką cenę chce znaleźć męża dla swej ociężałej umysłowo dziewczyny, gotowa jest za to dużo zapłacić, kupujący jednak okaże się dużego kalibru niegodziwcem.
W „Poczciwi Wiejscy Ludzie” jest trochę na odwrót. Postępowa, wykształcona (tyle, że nieatrakcyjna i kaleka),ateistyczna dziewczyna początkowo lekceważy wędrownego sprzedawcę Biblii, którego, jako tytułowego „poczciwego wiejskiego człowieka” polubiła jej matka. Niemniej krew nie woda - chłopak jest chłopak, a dziewczyna dziewczyną - wkrótce więc dwoje młodzi spotkają się tete a tete. Tym razem nie ma makabrycznego finału, otrzymujemy za to jeszcze jedno wejrzenie wgłąb mroku, spoczywającego na dnie ludzkiej duszy.
+
Z innych opowiadań warto jeszcze zwrócić uwagę na przewrotny „Przybytek Ducha Świętego” - wychowywane w pobożności dziewczęta przeżyją szok, kiedy odwiedzając prowincjonalny wędrowny lunapark natrafią - jako atrakcję - na pokaz….hermafrodyty (sic!),i „Sztuczny Murzyn”, jeszcze jeden gorzki moralitet, w którym opisując wyprawę do miasta dziadka ze swym wnukiem, w scenie rodem z biblijnego zaparcia się św. Piotra O’Connor ujawni ludzką słabość - obłudę i tchórzostwo w obliczu zagrożenia.
+
Co charakterystyczne, Flannery O’Connor była gorliwą katoliczką, kwestia wiary i roli człowieka wobec Boga stanowi istotę, sedno przekazu zawartego w jej opowiadaniach, ale zaiste, nie są to komunały wygłaszane przez znudzonych kapelonków na niedzielnych kazaniach, nie są to puste, obrane z treści zaklęcia hierarchów czy innych „zawodowych katolików”. O, jeśli uznać twórczość O’Connor za naznaczoną religijnością, to nie ma tu banalnych recept i komunałów, za to pełno znaków zapytania i wyzwań stawianych wierze, a wszystko to z literacką i psychologiczną maestrią. O taką ewangelizację chodzi!
Tytułowe opowiadanie to dla fanów grozy „must read”, bezwzględny kanon, pozostałe już niekonieczne - ale lektura Flannery O’Connor będzie dla wszystkich fanów amerykańskiej prozy, dla fanów Stephena Kinga, ale i dla fanów literackiego weirdu znakomitą przygodą (nb. rzadko zdarza się autor, który łączy w sobie narracyjność Kinga i dziwaczność weird fiction. Flannery O’Connor, obok np. Shirley Jackson, ma taką umiejętność).
PS.
Jasne, że punktem wyjścia było Danse Macabre, ale sam King to byłoby za mało, jeszcze by ta O’Connor latami na półce leżała, gdyby nie Olga Kowalska z Wielkiego Buka, która mi na pilną konieczność lektury „Trudno…” zwróciła uwagę. 100 razy tak! - Dzięki Olga!
PPS.
Jest dostępne nowe wydanie - prawie kompletny zbiór opowiadań O’Connor - i najprawdopodobniej po niego sięgnie osoba, która dziś chciałaby poznać jej twórczość, ja jednak czytałem stare, jeszcze PRLowskie wydanie, zawierające wybór najbardziej znanych i znaczących jej dokonań.
OPINIE i DYSKUSJE o książce Idioci mają pierwszeństwo
te opowiadania bardzo mi się podobały. w blurbie wydawca zapewnia, że to mistrzowskie teksty i nie sposób się z nim nie zgodzić. dodatkowo bernard malamud dba o szczegóły i nastrój. ja z kolei mogę zapewnić, że poziom wszystkich tekstów jest bardzo wyrównany. czyta się szybko i łatwo, a historie, które początkowo wydają się nie interesujące, wkręcają czytelnika do ostatniej kropki. jednym słowem - polecam.
te opowiadania bardzo mi się podobały. w blurbie wydawca zapewnia, że to mistrzowskie teksty i nie sposób się z nim nie zgodzić. dodatkowo bernard malamud dba o szczegóły i nastrój. ja z kolei mogę zapewnić, że poziom wszystkich tekstów jest bardzo wyrównany. czyta się szybko i łatwo, a historie, które początkowo wydają się nie interesujące, wkręcają czytelnika do ostatniej...
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toCzy idioci mają pierwszeństwo?
Być może faktycznie pierwsze przepuszczać trzeba książki niedobre, niech wejdą, przejdą i wyjdą, by zrobić miejsce tym lepszym. Na przykład zbiorkowi pod takim oto tytułem: Idioci mają pierwszeństwo Bernarda Malamuda.
Nie wiem, z jakimi książkami na półce bibliotecznej, podpisanej „obyczajowe”, przyszło sąsiadować zabiedzonemu ptaszysku na okładce, złymi czy dobrymi. Nie wiem też, czy chwytliwy tytuł nie jest przypadkiem kluczem do sukcesu poczytności wielu książek, które ujrzał świat, bo zwabiona tytułem (i sympatycznym przedstawicielem krukowatych na okładce także, oddaję tu sprawiedliwość ptaszysku),sięgnęłam po tę książeczkę ot tak, wybierając metodą chybił-trafił. Strach pomyśleć, pod jak złymi tytułami kryją się książki warte lektury…
Nie wiedziałam, że łowię perłę. Smakowity opis na obwolucie coś tam przebąkiwał, ale któraż srocz… Któryż kruk swego ogonka nie chwali?
Nie wiem, czy poznałam wystarczającą dużą liczbę książek niedobrych. Może i lepiej, jeśli mało. Ale od dłuższego czasu potrafię docenić te dzieła, w której iskrząca się zwrotami akcji fabuła nie jest głównym atutem. Nie jest nim też zadziwiająca splątana intryga. Więc co?
Życie, proszę państwa.
Brzmi banalnie, ba, podejrzanie nawet, w końcu telenowelowe przygody rodziny na „Ym” też przedstawiają życie. Hm... Przepuśćmy więc telenowele przodem, proszę tędy, do widzenia. Zapraszam, zapraszam, panie Bernardzie, proszę usiąść!
Trzeba najwyższego kunsztu pisarskiego, by w miniaturkach jak te, nowelkach właściwie (za wyjątkiem A może ślub?, gdyż jest to forma dramatyczna) pomieścić tyle literackiego dobra. Dobrami literackimi są bohaterowie, relacje między nimi, ich perypetie, przygody. Do przedstawienia tych wszystkich skarbów posłużył zaś pisarzowi celny, żywy język. W języku Malamuda te wszystkie niesamowicie frapujące drobiazgi, jak oczy, nosy, powiedzonka, zająknięcia, uliczki, skwerki, wreszcie, złożone z nich – małe wielkie kłopoty małych nie-śmiesznych ludzi – są odmalowane z niesamowitą wrażliwością, wnikliwością, znajomością głównego tworzywa, w którym autor rzeźbi: życia ludzkiego. Życie to w większości nie jest takim, którym na dzień dobry zainteresują się media, no, może poza wyjątkowo upartym reportażystą. Nie jest wielkie, nie składa się z wielkich spraw i zdumiewających zwrotów akcji. A przynajmniej nie w odbiorze czytelnika, któremu opatrzyło się wszystko.
Życie bohaterów Malamuda składa się z nędzy, drobnych podłości, uprzedzeń, często na tle rasistowskim, zadawnionych konfliktów z błahych przyczyn, niegodziwości płynącej tylko z tego, że jeden ma inny kolor skóry, nóż, parę groszy więcej, co wystarcza, by upodlić drugiego. Mamy tu biorących się za łby z lada powodu pomocników krawieckich, skrywającą grzech dzieciobójstwa malarkę, biednego studenta sztuk pięknych, zakochanego w tycjanowskiej Wenus, zgorzkniałego starego aktora, wdowę z obsesją winy wobec męża... Ani to bohaterowie, ani antybohaterowie. Ale z jednego powodu nie da się ich nie lubić, nawet jeśli napadają na siebie z nożycami i żelazkiem („Przez Was trafi mnie szlag”) czy kiedy prowadzą dość chaotyczne, moralnie dwuznaczne życie („Martwa natura”): są prześwietnie, soczyście odmalowani.
Każdy szczegół ma znaczenie – i to, że prasowacz je salami, i to, że Anna Maria Oliovino zamawia zupę klasztorną na obiad. Pisarzom, zwłaszcza młodym, często zarzuca się (niekiedy niepotrzebnie i z powodu ignorancji czytającego): „Akcji mało, zbyt długie, nudne opisy”. Tu akcja jest opisem, a opis akcją, istotniejsze niż widoczne i namacalne jest to, co stanowi tkankę podskórną tych opowieści: burze wewnątrz postaci i ich dziwacznych niekiedy związków. Dwupłaszczyznowość widać też w detalach: mogą być odczytywane i jako ubarwienie wątku, i jako symbole. Fenomenem jest tu tytułowy bohater „Żydoptaka”, wzbogaconego o element fantastyki, kruk Szwarc – pokazuje nam, że mali często rosną nie tylko z tchórzostwa, ale też dlatego, że ci więksi wylewają na nich pomyje. Jeszcze trudniej niż wielkie czyny wielkich postaci ocenia się codzienną krzątaninę i proste zabiegi prostych ludzi, mających jeden cel: jakoś żyć. Poruszane problemy antysemityzmu (szerzej: rasizmu w ogóle) – też nie są odzwierciedlane jednostronnie; nie ma tu złych i dobrych, raczej dobre i złe są cząstki tkanki całej ludzkości, zaś człowieczeństwo ma w sobie sporą dozę podłości, tchórzostwa, nieufności rodzącej gorycz. Ani rasizmu, ani antysemityzmu nie zrodził przecież jeden człowiek, nieważne, „kto pierwszy zaczął”. Mam wiele współczucia, zrozumienia i dla Szwarca, którego zwycięża własna pokora, i dla Anny Marii, która rzuciła dziecko do Tybru, i dla skłóconych pomocników krawca, choć żaden nie chce odrzucić nienawiści. Najczarniejsze charaktery w całym zbiorze to chyba szantażyści malarza Fidelmana („Nagi akt”),zmuszający go do fałszerstwa obrazu. Sam malarz budzi sympatię i litość, można jednak zapytać, do jakiego stopnia ciąży nad nim fatum, do jakiego zaś sam wpędził się w impas. Małe bolączki, wielkie tragedie. Służąca Rita („Pantofle służącej”) w równym stopniu drażni i irytuje, co chwyta za serce w swojej biedzie i nieporadności. Milkliwy profesor, jej patron, zdaje się jednocześnie człowiekiem oschłym i filantropem, czułym na krzywdę. Florence, szukając własnej wolności, może być nielubiana za swoje niezdecydowanie, którym rani obydwu adoratorów („A może ślub”). Czuły i przyjacielski Cesare („Życie jest lepsze niż śmierć”) tchórzy przed ojcostwem, a przecież daje zagubionej wdowie może najwięcej szczęścia w życiu. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Krótka forma ma swoje ograniczenia. I może to one są siłą zbiorku Malamuda: ładne opakowanie, słuszna zawartość i jeszcze smaczki psychologiczne gratis w wersji mini. Dwanaście utworów, wśród których nie ma złego – jedenaście nowel i jednoaktówka – a nienakreślenie tu opinii o każdym z nich, każdym wartym więcej niż paru słów, wynika tylko z formuły samej recenzji – powiedzieć wiele to czasem za wiele, trzeba po prostu przeczytać.. Dwanaście utworów-wyzwalaczy, w sam raz na chwilę refleksji, podumania nad kondycją ludzką. Taka chwila z pewnością się znajdzie. Nie...? No cóż, idioci mają pierwszeństwo.
Edytowano: 15.10.'13
Recenzja opublikowana również na:
http://ciche-wieczory-czytelnika.blogspot.com/2013/10/nie-dla-idiotow.html [cykl: Recedycja]
Czy idioci mają pierwszeństwo?
więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo toByć może faktycznie pierwsze przepuszczać trzeba książki niedobre, niech wejdą, przejdą i wyjdą, by zrobić miejsce tym lepszym. Na przykład zbiorkowi pod takim oto tytułem: Idioci mają pierwszeństwo Bernarda Malamuda.
Nie wiem, z jakimi książkami na półce bibliotecznej, podpisanej „obyczajowe”, przyszło sąsiadować zabiedzonemu ptaszysku na...