Idioci mają pierwszeństwo

Okładka książki Idioci mają pierwszeństwo autora Bernard Malamud, 8335156518
Okładka książki Idioci mają pierwszeństwo
Bernard Malamud Wydawnictwo: Atext literatura piękna
172 str. 2 godz. 52 min.
Kategoria:
literatura piękna
Format:
papier
Tytuł oryginału:
Idiots first
Data wydania:
1995-01-01
Data 1. wyd. pol.:
1995-01-01
Liczba stron:
172
Czas czytania
2 godz. 52 min.
Język:
polski
ISBN:
83-35156-51-8
Tłumacz:
Ewa Życieńska
Średnia ocen

6,9 6,9 / 10

Oceń książkę
i
Dodaj do biblioteczki
Reklama

Kup Idioci mają pierwszeństwo w ulubionej księgarnii

Porównywarka z najlepszymi ofertami księgarń
W naszej porównywarce znajdziesz książki, e-booki i audiobooki z najpopularniejszych księgarń internetowych. Niektórzy partnerzy przygotowują dla użytkowników naszego serwisu specjalne rabaty, dlatego warto kupować książki przez lubimyczytać.pl.
Oferty są prezentowane w trzech kategoriach: „Oferta dnia” (promocje partnerów),„Polecane księgarnie” (sprawdzeni partnerzy handlowi, z którymi współpracujemy na podstawie umów) oraz „Pozostałe”. W każdej kategorii kolejność prezentacji zależy od ceny produktu przekazanej przez księgarnie lub dostawcę porównywarki.
Lubimyczytać.pl nie prowadzi sprzedaży i nie uczestniczy w procesie zakupowym po przekierowaniu na stronę sklepu. Mimo że dokładamy starań, aby wszystkie linki i informacje były aktualne, nie mamy wpływu na ewentualne nieścisłości cenowe, błędne przekierowania lub zmiany w ofertach księgarni. Jeśli zauważysz nieprawidłowość, prosimy o zgłoszenie jej na adres: admin@lubimyczytac.pl. Dzięki Twojej informacji możemy jeszcze lepiej dbać o jakość działania naszej porównywarki.
Ładowanie Szukamy ofert...

Polecane przez redakcję

Oceny książki Idioci mają pierwszeństwo

Średnia ocen
6,9 / 10
16 ocen
Twoja ocena
0 / 10

OPINIE i DYSKUSJE o książce Idioci mają pierwszeństwo

Sortuj:
avatar
220
219

Na półkach:

te opowiadania bardzo mi się podobały. w blurbie wydawca zapewnia, że to mistrzowskie teksty i nie sposób się z nim nie zgodzić. dodatkowo bernard malamud dba o szczegóły i nastrój. ja z kolei mogę zapewnić, że poziom wszystkich tekstów jest bardzo wyrównany. czyta się szybko i łatwo, a historie, które początkowo wydają się nie interesujące, wkręcają czytelnika do ostatniej kropki. jednym słowem - polecam.

te opowiadania bardzo mi się podobały. w blurbie wydawca zapewnia, że to mistrzowskie teksty i nie sposób się z nim nie zgodzić. dodatkowo bernard malamud dba o szczegóły i nastrój. ja z kolei mogę zapewnić, że poziom wszystkich tekstów jest bardzo wyrównany. czyta się szybko i łatwo, a historie, które początkowo wydają się nie interesujące, wkręcają czytelnika do ostatniej...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

avatar
398
58

Na półkach: , , , , , ,

Czy idioci mają pierwszeństwo?

Być może faktycznie pierwsze przepuszczać trzeba książki niedobre, niech wejdą, przejdą i wyjdą, by zrobić miejsce tym lepszym. Na przykład zbiorkowi pod takim oto tytułem: Idioci mają pierwszeństwo Bernarda Malamuda.

Nie wiem, z jakimi książkami na półce bibliotecznej, podpisanej „obyczajowe”, przyszło sąsiadować zabiedzonemu ptaszysku na okładce, złymi czy dobrymi. Nie wiem też, czy chwytliwy tytuł nie jest przypadkiem kluczem do sukcesu poczytności wielu książek, które ujrzał świat, bo zwabiona tytułem (i sympatycznym przedstawicielem krukowatych na okładce także, oddaję tu sprawiedliwość ptaszysku),sięgnęłam po tę książeczkę ot tak, wybierając metodą chybił-trafił. Strach pomyśleć, pod jak złymi tytułami kryją się książki warte lektury…

Nie wiedziałam, że łowię perłę. Smakowity opis na obwolucie coś tam przebąkiwał, ale któraż srocz… Któryż kruk swego ogonka nie chwali?

Nie wiem, czy poznałam wystarczającą dużą liczbę książek niedobrych. Może i lepiej, jeśli mało. Ale od dłuższego czasu potrafię docenić te dzieła, w której iskrząca się zwrotami akcji fabuła nie jest głównym atutem. Nie jest nim też zadziwiająca splątana intryga. Więc co?

Życie, proszę państwa.

Brzmi banalnie, ba, podejrzanie nawet, w końcu telenowelowe przygody rodziny na „Ym” też przedstawiają życie. Hm... Przepuśćmy więc telenowele przodem, proszę tędy, do widzenia. Zapraszam, zapraszam, panie Bernardzie, proszę usiąść!

Trzeba najwyższego kunsztu pisarskiego, by w miniaturkach jak te, nowelkach właściwie (za wyjątkiem A może ślub?, gdyż jest to forma dramatyczna) pomieścić tyle literackiego dobra. Dobrami literackimi są bohaterowie, relacje między nimi, ich perypetie, przygody. Do przedstawienia tych wszystkich skarbów posłużył zaś pisarzowi celny, żywy język. W języku Malamuda te wszystkie niesamowicie frapujące drobiazgi, jak oczy, nosy, powiedzonka, zająknięcia, uliczki, skwerki, wreszcie, złożone z nich – małe wielkie kłopoty małych nie-śmiesznych ludzi – są odmalowane z niesamowitą wrażliwością, wnikliwością, znajomością głównego tworzywa, w którym autor rzeźbi: życia ludzkiego. Życie to w większości nie jest takim, którym na dzień dobry zainteresują się media, no, może poza wyjątkowo upartym reportażystą. Nie jest wielkie, nie składa się z wielkich spraw i zdumiewających zwrotów akcji. A przynajmniej nie w odbiorze czytelnika, któremu opatrzyło się wszystko.

Życie bohaterów Malamuda składa się z nędzy, drobnych podłości, uprzedzeń, często na tle rasistowskim, zadawnionych konfliktów z błahych przyczyn, niegodziwości płynącej tylko z tego, że jeden ma inny kolor skóry, nóż, parę groszy więcej, co wystarcza, by upodlić drugiego. Mamy tu biorących się za łby z lada powodu pomocników krawieckich, skrywającą grzech dzieciobójstwa malarkę, biednego studenta sztuk pięknych, zakochanego w tycjanowskiej Wenus, zgorzkniałego starego aktora, wdowę z obsesją winy wobec męża... Ani to bohaterowie, ani antybohaterowie. Ale z jednego powodu nie da się ich nie lubić, nawet jeśli napadają na siebie z nożycami i żelazkiem („Przez Was trafi mnie szlag”) czy kiedy prowadzą dość chaotyczne, moralnie dwuznaczne życie („Martwa natura”): są prześwietnie, soczyście odmalowani.

Każdy szczegół ma znaczenie – i to, że prasowacz je salami, i to, że Anna Maria Oliovino zamawia zupę klasztorną na obiad. Pisarzom, zwłaszcza młodym, często zarzuca się (niekiedy niepotrzebnie i z powodu ignorancji czytającego): „Akcji mało, zbyt długie, nudne opisy”. Tu akcja jest opisem, a opis akcją, istotniejsze niż widoczne i namacalne jest to, co stanowi tkankę podskórną tych opowieści: burze wewnątrz postaci i ich dziwacznych niekiedy związków. Dwupłaszczyznowość widać też w detalach: mogą być odczytywane i jako ubarwienie wątku, i jako symbole. Fenomenem jest tu tytułowy bohater „Żydoptaka”, wzbogaconego o element fantastyki, kruk Szwarc – pokazuje nam, że mali często rosną nie tylko z tchórzostwa, ale też dlatego, że ci więksi wylewają na nich pomyje. Jeszcze trudniej niż wielkie czyny wielkich postaci ocenia się codzienną krzątaninę i proste zabiegi prostych ludzi, mających jeden cel: jakoś żyć. Poruszane problemy antysemityzmu (szerzej: rasizmu w ogóle) – też nie są odzwierciedlane jednostronnie; nie ma tu złych i dobrych, raczej dobre i złe są cząstki tkanki całej ludzkości, zaś człowieczeństwo ma w sobie sporą dozę podłości, tchórzostwa, nieufności rodzącej gorycz. Ani rasizmu, ani antysemityzmu nie zrodził przecież jeden człowiek, nieważne, „kto pierwszy zaczął”. Mam wiele współczucia, zrozumienia i dla Szwarca, którego zwycięża własna pokora, i dla Anny Marii, która rzuciła dziecko do Tybru, i dla skłóconych pomocników krawca, choć żaden nie chce odrzucić nienawiści. Najczarniejsze charaktery w całym zbiorze to chyba szantażyści malarza Fidelmana („Nagi akt”),zmuszający go do fałszerstwa obrazu. Sam malarz budzi sympatię i litość, można jednak zapytać, do jakiego stopnia ciąży nad nim fatum, do jakiego zaś sam wpędził się w impas. Małe bolączki, wielkie tragedie. Służąca Rita („Pantofle służącej”) w równym stopniu drażni i irytuje, co chwyta za serce w swojej biedzie i nieporadności. Milkliwy profesor, jej patron, zdaje się jednocześnie człowiekiem oschłym i filantropem, czułym na krzywdę. Florence, szukając własnej wolności, może być nielubiana za swoje niezdecydowanie, którym rani obydwu adoratorów („A może ślub”). Czuły i przyjacielski Cesare („Życie jest lepsze niż śmierć”) tchórzy przed ojcostwem, a przecież daje zagubionej wdowie może najwięcej szczęścia w życiu. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Krótka forma ma swoje ograniczenia. I może to one są siłą zbiorku Malamuda: ładne opakowanie, słuszna zawartość i jeszcze smaczki psychologiczne gratis w wersji mini. Dwanaście utworów, wśród których nie ma złego – jedenaście nowel i jednoaktówka – a nienakreślenie tu opinii o każdym z nich, każdym wartym więcej niż paru słów, wynika tylko z formuły samej recenzji – powiedzieć wiele to czasem za wiele, trzeba po prostu przeczytać.. Dwanaście utworów-wyzwalaczy, w sam raz na chwilę refleksji, podumania nad kondycją ludzką. Taka chwila z pewnością się znajdzie. Nie...? No cóż, idioci mają pierwszeństwo.

Edytowano: 15.10.'13

Recenzja opublikowana również na:

http://ciche-wieczory-czytelnika.blogspot.com/2013/10/nie-dla-idiotow.html [cykl: Recedycja]

Czy idioci mają pierwszeństwo?

Być może faktycznie pierwsze przepuszczać trzeba książki niedobre, niech wejdą, przejdą i wyjdą, by zrobić miejsce tym lepszym. Na przykład zbiorkowi pod takim oto tytułem: Idioci mają pierwszeństwo Bernarda Malamuda.

Nie wiem, z jakimi książkami na półce bibliotecznej, podpisanej „obyczajowe”, przyszło sąsiadować zabiedzonemu ptaszysku na...

więcejOznaczone jako spoiler Pokaż mimo to

Poznaj innych czytelników

119 użytkowników ma tytuł Idioci mają pierwszeństwo na półkach głównych
  • 96
  • 23
21 użytkowników ma tytuł Idioci mają pierwszeństwo na półkach dodatkowych
  • 11
  • 2
  • 2
  • 2
  • 1
  • 1
  • 1
  • 1

Inne książki autora

Okładka książki 9th Annual S-F Charles Beaumont, Alfred Bester, Lloyd Biggle, Anthony Boucher, Ben Bova, Reginald Bretnor, Frederic Brown, Hal Clement, Allan Danzig, John Joseph Gallagher, Mort Gerberg, W.J.J. Gordon, Frank A. Javor, Gerald Kersh, Fritz Leiber, Bernard Malamud, Richard Matheson, André Maurois, Bruce McAllister, Judith Merril, Ray Nelson, Cliff Owsley, Jules Ralph, Peter Redgrove, Leigh Richmond, Walt Richmond, Fred Saberhagen, Cordwainer Smith, William Tenn, E. C. Tubb
Ocena 0,0
9th Annual S-F Charles Beaumont, Alfred Bester, Lloyd Biggle, Anthony Boucher, Ben Bova, Reginald Bretnor, Frederic Brown, Hal Clement, Allan Danzig, John Joseph Gallagher, Mort Gerberg, W.J.J. Gordon, Frank A. Javor, Gerald Kersh, Fritz Leiber, Bernard Malamud, Richard Matheson, André Maurois, Bruce McAllister, Judith Merril, Ray Nelson, Cliff Owsley, Jules Ralph, Peter Redgrove, Leigh Richmond, Walt Richmond, Fred Saberhagen, Cordwainer Smith, William Tenn, E. C. Tubb
Bernard Malamud
Bernard Malamud
Bernard Malamud (ur. 26 kwietnia 1914 w Nowym Jorku, zm. 19 marca 1986 w Nowym Jorku),amerykański pisarz, prozaik i autor sztuk teatralnych. Malamud urodził się na Brooklynie w rodzinie rosyjskich Żydów. Jego utwory często rozgrywają się w żydowskich środowiskach Nowego Jorku, pisarz nie ogranicza się jednak jedynie do opisania tradycyjnych żydowskich zwyczajów i postaw na tle wielokulturowej społeczności. Interesuje go głównie jednostka i sposób realizacji jej ambicji oraz marzeń wobec oporu otoczenia. Jego proza, w pełni realistyczna i z pozoru oschła, zaskakuje ukrytym liryzmem. Najbardziej znana jego powieść, Fachman w 1967 zdobyła National Book Award i Nagrodę Pulitzera w dziedzinie fikcji literackiej. Bohaterem książki jest Jakow Bok, Żyd oskarżony w Imperium Rosyjskim o popełnienie mordu rytualnego. Pisarz oparł swą powieść o rzeczywiste wydarzenia z lat 1911 - 1913. National Book Award uhonorowano także wcześniejszy (z 1958) zbiór opowiadań Malamuda - The Magic Barrel. Twórczość: The Natural (1952) Pomocnik (The Assistant 1957) The Magic Barrel (1958, zbiór opowiadań) Nowe życie (A New Life 1961) Idioci mają pierwszeństwo (Idiots First 1963, zbiór opowiadań) Fachman (The Fixer (1966) Pictures of Fidelman (1969) The Tenants (1971) Rembrandt's Hat (1974, zbiór opowiadań) Dubin's Lives (1979) God's Grace (1982) //Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Bernard_Malamud//
Zobacz stronę autora

Czytelnicy tej książki przeczytali również

Trudno o dobrego człowieka Flannery O'Connor
Trudno o dobrego człowieka
Flannery O'Connor
Flannery O’Connor „Trudno O Dobrego Człowieka” 7/10 (tytułowe 10/10!) Flannery O’Connor - jedna z mistrzyń samego Stephena Kinga („Trudno O Dobrego Człowieka” jest na jego liście poleceń w „Danse Macabre”),to autorka w Polsce mniej znana (choć ostatnio wyszedł prawie kompletny zbiór jej opowiadań),a bardzo niesłusznie, bo jej twórczość jest uznawana za kanon nowoczesnej literatury amerykańskiej. O’Connor tworzyła tzw. „southern gothic” - w jej wydaniu nie można tego oczywiście traktować jako gatunkowego „horroru”, ale istotnym tematem, przewijającym się przez jej opowiadania jest mrok przyczajony w duszy człowieka, a czasem pojawia się w nich krwawa plama okrucieństwa i przemocy. Najbliżej będzie jej do Shirley Jackson (z tomu „Loteria”),ale w niektórych momentach zachwyceni będą fani Cormaca McCarthy’ego, a nawet Jacka Ketchuma (!). („Trudno O Dobrego Człowieka”). Trudno O Dobrego Człowieka 10/10 Amerykańska rodzina wybiera się na wakacje na Florydę. Mąż, żona, troje dzieci i babcia. Babcia narzeka, że wyjeżdżają na Florydę, wolałaby Tennessee, stara się zniechęcić syna strasząc go, że właśnie na Florydzie uciekł z więzienia groźny morderca, Niezgoda (Misfit). Nikogo jednak nie obchodzą jej opowieści. W drodze kobieta zaczyna namawiać do krótkiego objazdu, by pokazać dzieciom starą posiadłość. Mimo niechęci syna, wykorzystując zainteresowanie wnuków, udaje jej się namówić wszystkich do skrętu w polną drogę. Droga jest długa, ciężka, terenowa, wściekłość syna narasta, i w pewnym momencie babcia ze zgrozą uświadamia sobie, że wszystko pomyliła, a dom znajduje się w innym stanie. Zanim jednak zdąży komukolwiek przekazać tę wiadomość, dochodzi do wypadku - auto spada do rowu. Oszołomieni pasażerowie wychodzą z przewróconego samochodu, żona w szoku trzyma się za złamany obojczyk. Puste, zakurzone pole, wokół nikogo, znikąd pomocy. Wkrótce jednak na drodze pojawia się inne auto. Kiedy wszyscy oddychają z ulgą, wysiadają z niego trzej mężczyźni a babcia z narastającą zgrozą rozpoznaje w jednym z nich Niezgodę, takiego samego, jak na zdjęciu w gazecie… + „Trudno O Dobrego Człowieka” rzekomo ma być religijnym moralitetem, traktującym o „łasce pańskiej” która spływa w finale na zbrodniarza - ale niech mnie kule biją, jeśli jego przekaz ma cokolwiek wspólnego z pochwałą Boga Miłosiernego, już raczej przypomina on budzące grozę makabreski starotestamentowe. To absolutnie przerażający southern gothic, opowiadanie najczarniejsze z czarnych, mroczne niczym powieści McCarthy’ego, pełne narastającej grozy eksplodującej w drastycznym, ketchumowskim finale, pełnym nie nadziei zbawienia a nihilizmu, drwiny z losu ludzkiego i gniewnej zadumy nad „wolą Boga”. Co ciekawe, „Trudno” rozpoczyna się niczym komedia i przez dłuższy czas skrzy się zgryźliwym poczuciem humoru. Jednak końcowe, mrożące krew w żyłach sceny zetrą uśmiech z twarzy czytelnika. 10/10 - absolutny niezbędnik dla fana literackiego horroru. + Mrok, zbrodnia i śmierć pojawiają się również w „Widok Na Las” - dziadek jest zakochany bez pamięci w swojej wnusi, ale reszty rodziny - swej córki, jej męża i pozostałych dzieci specjalnie nie lubi. Dziwnym nie jest, zważywszy, że zięć to gbur i, jak się okazuje, sadysta regularnie bijący swą córeczkę. Co dziwne, wydaje się, że ta bardziej szanuje ojca - przemocowca niż dziadziusia gotowego położyć jej wszystko u stóp. Kiedy pewnego dnia dziadek na złość zięciowi i córce postanawia sprzedać przydomowy trawnik pod stację benzynową, ukochana wnusia stanowczo dołącza do potępienia tej decyzji. Gdy doprowadzony do szału jej niegrzecznością dziadek postanawia, śladem ojca, wlepić niesfornej dziewczynce parę pasów, dochodzi do dramatu… O’Connor bawi się z czytelnikiem, zwodzi jego emocje - początkowo dziadek (taki amerykański Maciej Boryna) wydaje się, mimo swego zmierzłego charakteru, bohaterem pozytywnym, zwłaszcza na tle odrażającego, sadystycznego taty dziewczynki, w finale jednak wszystko staje na głowie a czytającego wali w twarz erupcja nagłej makabry. 9/10 - genialne + Starotestamentowym okrucieństwem przepełniona jest również „Rzeka”. Nowoczesne małżeństwo, postępowe, niewierzące i w tym braku wiary wychowujące jedynego syna. Opiekunka, gorliwa chrześcijanka, pewnego dnia zabiera małego na chrzest w wodach rzeki. Dzień później, po awanturze między nie interesującymi się nim rodzicami, samotny chłopiec wychodzi, by w wodach rzeki poszukać Królestwa Chrystusowego. Nie bardzo wiadomo, czy opowiadanie ma wzmóc wyrzuty sumienia u „nowoczesnych niewiernych” czy raczej zaszokować „boskim” sadyzmem? Mocna lektura - 7/10. + Z postępakami w ogóle O’Connor się nie patyczkuje. Oto „Kulawi Będą Pierwsi” - owdowiały opiekun społeczny za punkt honoru stawia sobie „wyprowadzenie na ludzi” czarnego sieroty z poprawczaka. Przyjmuje go do domu, hołubi (lekceważy i zaniedbuje przy tym własnego syna) nie spotyka się jednak z wdzięcznością. W swym „postępowym” szale jest jednak skoncentrowany wyłącznie na sobie, nadęty własną „prawością” i „szlachetnością” nie zwraca zupełnie uwagi na to, jak jest odbierany przez obu chłopców, nie zauważa ich potrzeb emocjonalnych, co doprowadzi do kapitalnego, mrocznego finału (8/10). + Innym „postępakiem” jest nowoczesny syn towarzyszący swej „tępej”, konserwatywnej matce podczas jazdy autobusem. Kobieta jest jawną i obrzydliwą rasistką, czemu daje wyraz w wygłaszanych poglądach i zachowaniach, a postępowy i nowoczesny syn zaciska z wściekłości zęby, strofuje matkę a przy tym rozpamiętuje swe rozliczne „krzywdy”. Na koniec opowiadania jednak to on okazuje się jednak naprawdę zły - to on jest nieczuły i niewdzięczny, Za karę zostanie sam bez szansy okupienia swych krzywd. (Dość podobnie ukształtowany jest „Dreszcz”). + Dusznym klimatem amerykańskiego południa, obłudy przesycone są dwa inne opowiadania. (w obu pojawia się figura Złowrogiego Przybysza, gotowego zniszczyć szarą codzienność). W „Ocalisz Życie, Może Swoje Własne” matka za wszelką cenę chce znaleźć męża dla swej ociężałej umysłowo dziewczyny, gotowa jest za to dużo zapłacić, kupujący jednak okaże się dużego kalibru niegodziwcem. W „Poczciwi Wiejscy Ludzie” jest trochę na odwrót. Postępowa, wykształcona (tyle, że nieatrakcyjna i kaleka),ateistyczna dziewczyna początkowo lekceważy wędrownego sprzedawcę Biblii, którego, jako tytułowego „poczciwego wiejskiego człowieka” polubiła jej matka. Niemniej krew nie woda - chłopak jest chłopak, a dziewczyna dziewczyną - wkrótce więc dwoje młodzi spotkają się tete a tete. Tym razem nie ma makabrycznego finału, otrzymujemy za to jeszcze jedno wejrzenie wgłąb mroku, spoczywającego na dnie ludzkiej duszy. + Z innych opowiadań warto jeszcze zwrócić uwagę na przewrotny „Przybytek Ducha Świętego” - wychowywane w pobożności dziewczęta przeżyją szok, kiedy odwiedzając prowincjonalny wędrowny lunapark natrafią - jako atrakcję - na pokaz….hermafrodyty (sic!),i „Sztuczny Murzyn”, jeszcze jeden gorzki moralitet, w którym opisując wyprawę do miasta dziadka ze swym wnukiem, w scenie rodem z biblijnego zaparcia się św. Piotra O’Connor ujawni ludzką słabość - obłudę i tchórzostwo w obliczu zagrożenia. + Co charakterystyczne, Flannery O’Connor była gorliwą katoliczką, kwestia wiary i roli człowieka wobec Boga stanowi istotę, sedno przekazu zawartego w jej opowiadaniach, ale zaiste, nie są to komunały wygłaszane przez znudzonych kapelonków na niedzielnych kazaniach, nie są to puste, obrane z treści zaklęcia hierarchów czy innych „zawodowych katolików”. O, jeśli uznać twórczość O’Connor za naznaczoną religijnością, to nie ma tu banalnych recept i komunałów, za to pełno znaków zapytania i wyzwań stawianych wierze, a wszystko to z literacką i psychologiczną maestrią. O taką ewangelizację chodzi! Tytułowe opowiadanie to dla fanów grozy „must read”, bezwzględny kanon, pozostałe już niekonieczne - ale lektura Flannery O’Connor będzie dla wszystkich fanów amerykańskiej prozy, dla fanów Stephena Kinga, ale i dla fanów literackiego weirdu znakomitą przygodą (nb. rzadko zdarza się autor, który łączy w sobie narracyjność Kinga i dziwaczność weird fiction. Flannery O’Connor, obok np. Shirley Jackson, ma taką umiejętność). PS. Jasne, że punktem wyjścia było Danse Macabre, ale sam King to byłoby za mało, jeszcze by ta O’Connor latami na półce leżała, gdyby nie Olga Kowalska z Wielkiego Buka, która mi na pilną konieczność lektury „Trudno…” zwróciła uwagę. 100 razy tak! - Dzięki Olga! PPS. Jest dostępne nowe wydanie - prawie kompletny zbiór opowiadań O’Connor - i najprawdopodobniej po niego sięgnie osoba, która dziś chciałaby poznać jej twórczość, ja jednak czytałem stare, jeszcze PRLowskie wydanie, zawierające wybór najbardziej znanych i znaczących jej dokonań.
Galfryd - awatar Galfryd
ocenił na73 lata temu
Aleksander März Heinar Kipphardt
Aleksander März
Heinar Kipphardt
Na pełną recenzję, z cytatami i zdjęciami, zapraszam na bloga. https://bit.ly/4mB1dvA *** Pewnego niedzielnego popołudnia naszła mnie ochota, by przeczytać książkę, o której nic nie wiem. Bez żadnych uprzedzeń, nadziei, oczekiwań. Pogrzebałem na nieco już zakurzonej półce i wyciągnąłem wciśniętą w kąt książkę ze słynnej czarnej serii PIW-u. Od razu zaatakowała mnie armia germańsko brzmiących imion i nazwisk. Heinar Kipphardt. Aleksander März. Brzmi tak topornie i kanciasto, że bardziej się już nie da. Wchodzę w to! Autor kompletnie mi nieznany, tytuł nie mówił nic, okładka za to intrygująca. Nada się idealnie. Zadowolony z siebie (chociaż nie do końca – zakurzona półka, skandal!) zatopiłem się w lekturze. Heinar Kipphardt opowiada historię pacjenta szpitala psychiatrycznego w Lohbergu, tytułowego Märza. Wychowywany w dysfunkcyjnej rodzinie, która wstydzi się go, nie pokazuje światu, a na imprezach rodzinnych zabrania się odzywać. Wszystkiemu winna zajęcza warga, szpecąca twarz naszego bohatera. Matka wyręcza go we wszystkim, zaś ojciec w nieporadny sposób próbuje wyrobić w nim odruchy „prawdziwego mężczyzny”. März przekracza próg dorosłości będąc kompletnie nieprzygotowanym do życia w społeczeństwie. W wieku 24 lat trafia do zakładu w Lohbergu, gdzie przebywać będzie przez kolejnych kilkanaście lat. Przez trzy lata nie odzywał się do nikogo. Pisze wiersze, listy, a pewnego dnia ucieka ze szpitala. Znajduje nawet miłość. Książka zbudowana jest w nietypowy sposób. Narratorów jest wielu, a fabuła (sama w sobie szczątkowa) rozdrobniona i pomieszana; jak okruszki po kilku posiłkach, pozostawione na stole przez jakiegoś flejtucha. Zgodnie z zasadą „od szczegółu do ogółu”, dostajemy do ręki lupę i ślęcząc na kolanach podążamy tropem tych drobinek. Z nich, powoli lecz systematycznie, ukazywać się będzie całościowy obraz. Puzzle Kipphardta są ułożone chaotycznie, niechronologicznie, pochodzą z różnych źródeł, mają odmienny styl, cel i długość. Część z nich to zapiski samego Märza, ale pomiędzy nimi znajdziemy też opinie innych lekarzy, relacje dra Koflera – zarządzającego szpitalem w Lohbergu, zeznania pielęgniarzy, listy Märza, jego wiersze, fragmenty dziennika Koflera, a okazjonalnie jeszcze inne źródła jak np. wypis z bawarskiego planu krajowego dla upośledzonych z roku 1974. Punkt widzenia zmienia się nieustannie. Oglądamy życie w zakładzie oczami schizofrenika, by za chwilę spojrzeć na tę samą scenę z perspektywy lekarza. Daje to niesamowite wręcz wrażenie autentyczności. Nieraz zapominałem, że to w ogóle książka; czułem się jakbym czytał materiały zebrane w jakieś grubej tece, stanowiącej fragment autentycznej historii szpitala psychiatrycznego w Lohbergu. Dostrzegam w tym pewną wartość terapeutyczną i uświadamiającą, mimo kilkudziesięciu lat, jakie upłynęły od czasu premiery tej książki (1976 rok, polski przekład - 1980). Mimo tego pozornego chaosu, namiastkę porządku wprowadzają kolejne rozdziały: „Odtworzenie przedklinicznej kariery”, „Opis klinicznej kariery”, czy „Społeczność terapeutyczna”. W tych suchych wycinkach tkwi ogromny ładunek emocjonalny. Gdy tylko zdamy sobie sprawę, jak tragiczna jest historia człowieka, który próbuje po prostu żyć, a społeczeństwo notorycznie go odrzuca; który nie ponosi żadnej winy za swój fizyczny defekt i sposób, w jaki wychowywali go rodzice, a jednak to właśnie on zbiera cierpkie owoce tych wydarzeń. Kipphardt uderza też w cały system. Nie byłem przygotowany na rozdział pt. „Dygresja”, w którym autor bez żadnej zapowiedzi podrzuca garść danych statystycznych. W RFN ponad 600 tysięcy osób cierpi na choroby mieszczące się w obrębie schizofrenii. Za każdego z nich kasa chorych zwraca tylko połowę stawki przeznaczonej dla innych chorych. Konkluzja jest porażająca: "dziecko urodzone dziś w Republice Federalnej (Niemiec) ma o wiele większą szansę znaleźć się w zakładzie leczniczym niż na uniwersytecie". Kilkanaście stron później, wśród zwyczajowych fragmentów różnych zapisków i opinii brutalnie uderzył mnie jeden: w latach 1942-1945 zamordowano 270 tysięcy psychicznie chorych i sterylizowano przymusowo nieznana bliżej liczbę ludzi. Osobny akapit należy się zapiskom Märza. Część z nich jest oczywiście niezrozumiała. Niektóre uderzają celnością spostrzeżeń i przenikliwością umysłu Märza. "W odniesieniu do szkoły powiedział März: - Wyrobiłem sobie zdanie, iż w lukach pomiędzy słowami kryje się rzeczywistość. - Czy według pana to, czego uczy szkoła, jest błędne? - Celem pedagogiki jest zatajenie przed uczniem, iż rzeczywistość kryje się przed nim za formułą dwa plus dwa równa się cztery". No i są jeszcze wiersze Märza. Koślawe i nieporadne, ale zakończone celną puentą, która kryje w sobie zaskakująco wiele głębi. Kipphardt zainspirował się publikacjami psychiatry Leo Navratila, które zawierały wiersze pewnego chorego psychicznie poety. Nie wiem ile w tym prawdy, ale März w swoich notatkach wspomina o kilku ciekawych postaciach świętych (święty Markariusz, który spał sześć miesięcy w bagnie, czy święty Sabeniusz, który jadł wyłączenie zgniłe zboże, nigdy nie zmieniał odzieży i nigdy się nie mył). Wspomina także o pewnym mordercy kobiet, który miał rzekomo przebywać w Piławie. Jakby tego było mało, mamy tu kilka wątków polskich. März, mimo parszywego umlauta w nazwisku, był Polakiem i za takiego też się uważał. Urodził się w Piławie Górnej. Sam Kipphardt z kolei, urodził się w Łagiewnikach w 1922 roku, a przez kilka lat mieszkał w… Piławie Górnej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że niezwykły portret Aleksandra Märza, namalowany barwami terapeutycznych doświadczeń Kipphardta, posiada wyraźny odcień autobiograficzny… Pierwsza połowa książki jest bardzo dobra, druga słabsza – rozmywa się trochę w architektonicznych szczegółach dotyczących budynku szpitala i opisach odwiedzających go gości. I – aż do momentu ucieczki Märza – traci swą moc. Ciekaw jestem, jak "Aleksandra Märza" oceniłyby osoby, które mają na co dzień do czynienia ze schizofrenią i zaburzeniami psychicznymi. Ale Kipphardt zdaje się wiedzieć, o czym pisze. Pracował w jednym z berlińskich szpitali, a z wykształcenia jest psychiatrą. "März" to jego prozatorski debiut – w moim odczuciu wielce udany. Niecodzienna tematyka oraz sieć powiązań między przedmiotem powieści, jej bohaterami, a samym autorem, mozaikowy sposób prowadzenia akcji czynią z "Aleksandra Märza" zaskakująco dojrzałą, satysfakcjonującą lekturę. Nie ma tutaj żadnych zwrotów akcji ani wciągającej fabuły, to bardziej zbiór obserwacji i zapisków poświęconych schizofrenii i próbach jej leczenia, z czego wyłania się bardziej ogólny – i niewesoły – krajobraz leczenia psychiatrycznego w powojennych Niemczech. Bo wetknięte tu i ówdzie fragmenty prawodawstwa niemieckiego wyraźnie sugerują, iż Kipphardt przedstawiając historię jednego pacjenta, ma tak naprawdę inny cel, o wyraźnie szerszym horyzoncie.
MilczenieLiter - awatar MilczenieLiter
ocenił na78 miesięcy temu
Opowieść o Såmie Per Olof Sundman
Opowieść o Såmie
Per Olof Sundman
Miłość, umiejętność wybaczania i dobre serce to jedne z bardzo ważnych, jeśli nie najważniejszych zalet, jakie każdy człowiek powinien posiadać i się nimi charakteryzować. Ale nie zawsze tak jest, niestety. W pogoni za pieniądzem, robieniem kariery, zdobywaniem kolejnych lajków, często zatracamy te jakże podstawowe, przypisane nam od urodzenia umiejętności empatii, współodczuwania, umiłowania drugiego człowieka. Wydawać by się mogło, że czasami lepiej ukrywać prawdziwe uczucia, żeby nie zostać zdradzonym czy oszukanym, a nawet wyśmianym. Żeby nie cierpieć. Ale czy tak powinno być? Może jednak warto się trochę sparzyć, dostać po d....e, żeby wzmocnić swój charakter, swoją moc w sposób naturalny, ludzki. Bo takie "granie" kogoś kim tak naprawdę nie jesteśmy może się dużo gorzej skończyć. Poza tym jest to chyba dość męczące i może doprowadzić do obłędu tak cały czas udawać i musieć się kontrolować na każdym kroku. Nie wiem, tak przypuszczam... Uczucia z jakimi mają do czynienia bohaterowie Opowieści o Samie są prawdziwe, bolesne i dramatyczne. Brak zrozumienia, empatii, nieumiejętność wybaczenia, zdrada i żądza zemsty to bardzo pierwotne instynkty nad którymi powinniśmy umieć zapanować. Dla człowieka o kryształowym sercu i czystych intencjach pewne zachowania, zdrada w szczególności zawsze będą bardzo bolesnym i traumatycznym przeżyciem, ale nie oznacza to, że należy rezygnować z siebie, ze swojego prawdziwego ja, poddawać się presji otoczenia czy otaczających nas osób. Bycie sobą wbrew wszystkim i wszystkiemu może być ciężkie, ale nie niemożliwe do zrealizowania i takie przesłanie, z którym w całości się zgadzam ja wyniosłam z tej opowieści. Serdecznie polecam.
kasiaman55 - awatar kasiaman55
ocenił na64 lata temu
Rezerwat Ward Ruyslinck
Rezerwat
Ward Ruyslinck
„One też wierzyły, że wiedzą, co to jest szczęście; dudnienie grających szaf, jazgot automatów do gry, ryk silników samochodów wyścigowych, reklamy orzeźwiających napojów, motele przy autostradach i tempo, coraz szybsze, desperackie tempo pozbawionego sensu życia”. Książka jest rewelacyjna, od początku naszykowałam sobie kajecik na cytaty, ale szybko zarzuciłam ten pomysł, bo by mi miejsca w kajeciku zabrakło szybko. Ta książka jest jedną całą mądrością cytatową. Jednym wielkim manifestem przeciwko... Ja nie mogłam się oderwać. Raymond De Belser, bo tak naprawdę nazywał się autor, napisał coś, co im dalej w przyszłość, tym bardziej jest aktualne i tym bardziej jest to przykre. Tak przykre, że chciałoby się powiedzieć "zatrzymajcie to, ja wysiadam".... Niemal przeszłam obok tej książki bez zauważenia jej. W antykwariatach jest mnóstwo starych książek, które przeważnie mają niezbyt ciekawe (chociaż zastanawiające) okładki, mały, niezbyt przyjazny druk i często stare biblioteczne stemple. Właśnie taki egzemplarz spadł pod moje nogi z jakiejś kupki, potrącony przez kogoś, kto chwilę wcześniej przede mną tamtędy przechodził. Kupiłam go więc, już nawet nie pamiętam za jakie grosze. "Rezerwat" wywarł na mnie ogromne wrażenie. Silniejsze, tym bardziej że przeczytany po poprzedniej świetnej książce. Teraz chyba muszę przeczytać coś lżejszego, bo czuję się z lekka przytłoczona. Myślę, że na długo ta książka zostanie w mojej głowie. Jeszcze tylko dwa cytaty, nie mogę się oprzeć... "Jeśli zaś idzie o swobody, jakie zdaniem pana gwarantuje mi demokracja, to są to swobody teoretyczne, gwarantuje się je bowiem tylko na plakatach, w gazetach, kinach i w pewnym określonym gatunku literatury" (str.25) „ [...] normy moralne zmieniają się podobnie jak klimat, moda i historyczne prawdy”. (str.185)
Żona_Pigmaliona - awatar Żona_Pigmaliona
oceniła na94 miesiące temu
Duży zeszyt. Dowód. Trzecie kłamstwo Agota Kristof
Duży zeszyt. Dowód. Trzecie kłamstwo
Agota Kristof
Wojna jest tak strasznym i niewyobrażalnym doświadczeniem, że trudno zgadnąć czytając tą opowieść, co jest prawdą a co fikcją. Czy rzeczywiście bohater jest jeden czy jest ich dwóch. Według mnie dramat i tragizm, jakiego doświadczył Lucas/Claus będąc małym chłopcem w czasie wojny, mógł sprawić, że stworzył on sobie takie swoje alter ego, brata bliźniaka, o którym opowiada. To, co przeżył, jakiego bestialstwa i sadyzmu głównie psychicznego zaznał od swoich najbliższych i to w tak traumatycznym momencie, jakim jest napaść jednego państwa na drugie, kiedy rodzina powinna się wspierać i trzymać razem, jest kompletnie niezrozumiała i niepojęta dla normalnego człowieka. Brak miłości, czułości, współczucia, jakiegokolwiek oparcia w zamian za to niechęć, nienawiść, brak jakichkolwiek pozytywnych uczuć, empatii... koszmar! Moja interpretacja jest taka ponieważ w książce mamy do czynienia z kilkoma wersjami, które owszem momentami się pokrywają, ale są pewne różnice, które pozwalają uważać, że jednak opowieść snuje jeden człowiek, które przeżył piekło na ziemi i to nie od wroga z pola walki, ale od matki, babki, siostry, ojca... i to jest prawdziwym dramatem w całej tej historii, która równie dobrze mogłaby się wydarzyć dzisiaj, niestety i oby raczej nie. Polecam, ciekawe przeżycie czytelnicze. Ps. Wiem, że jest film, na podstawie książki p.Kristof, który przedstawia, że bohaterami są bracia bliźniacy, ale ja wolę mieć swój obraz tej powieści. Tak po prostu. Każdy ma prawo po swojemu odbierać dzieło pisane.
kasiaman55 - awatar kasiaman55
ocenił na75 lat temu

Cytaty z książki Idioci mają pierwszeństwo

Więcej
Bernard Malamud Idioci mają pierwszeństwo Zobacz więcej
Więcej